Archiwum 2011

„Czy to bajka, czy nie bajka...”
(Amos Oz, „Nagle w głębi lasu”)



Na większości blogów pewnie już podsumowania minionego roku, a ja mam do nadrobienia zaległość. Książkę przeczytałem bowiem wiosną i od tamtej pory nie mogłem się zebrać, żeby o niej napisać. Zapewne dlatego, że nie do końca wiem, jak się do niej odnieść.

Nagle w głębi lasu Amosa Oza czytałem z nastawieniem, że to baśń skierowana do dzieci i dorosłych. I wiele wskazywało, że tak jest faktycznie. Oto w małej, odległej wiosce nie ma ani jednego zwierzęcia – zniknęły pewnej nocy wiele lat wcześniej. Młodsze dzieci nie wierzą nawet, że jakiekolwiek zwierzęta w ogóle istnieją. Noc jest porą grozy, gdyż wtedy grasuje demon Nehi, odpowiedzialny za wyprowadzenie stworzeń ze wsi. Jak to w bajce, dwoje ciekawskich dzieci postanawia dowiedzieć się, co naprawdę stało się ze zwierzętami, podejmują więc wyprawę przez tajemniczy, budzący lęk las. Wreszcie odnajdują dwór Nehiego i poznają prawdę o nim, o uprowadzeniu zwierząt, ale przede wszystkim o mrocznych stronach natury ludzkiej.

Temat wydaje się idealny do snucia baśniowej materii, jednak Oz – zakładam, że świadomie i celowo – czyni tę materię niejednolitą. Partie pełne poetyckiego uroku i niesamowitej atmosfery przeplata fragmentami pisanymi rzeczowo niczym szkolne wypracowanie – w takim stylu relacjonuje na przykład przeprawę Mai i Matiego przez groźny las, co jest przecież klasycznym wątkiem baśniowym. Podobnie jest w zakończeniu – przy relacjonowaniu wydarzeń w dworze Nehiego znowu pojawia się dwoistość stylu. Przepiękny, przepojony czarem opis pierwszego zetknięcia chłopca z kociakiem, pierwszego dotknięcia aksamitnego futerka kontrastuje z bezpośrednią, szorstką, wręcz brutalną opowieścią Nehiego o tym, kim był i co go spotkało, o upokorzeniach doznanych od mieszkańców wioski i o zemście.

Dla mnie to stylistyczne rozbicie było nieznośne, wybijało mnie z rytmu czytania, drażniło i irytowało – i być może tak właśnie miało działać. Być może Oz nie chciał, aby atmosfera baśni stłumiła bolesną wymowę opowieści o nietolerancji wobec odmieńców, aby ją złagodziła. Może chciał dobitnie podkreślić, że takie zjawisko jest jak najbardziej realne i często spotykane. Historia jednak nie straciłaby na wyrazie, gdyby utrzymał ją w jednej konwencji, partie baśniowe bowiem są znakomite i równie dobrze posłużyłyby celom autora. Znakomite są też ilustracje Lucyny Talejko-Kwiatkowskiej – wizerunki zwierząt z wpisanymi w nie bohaterami książki i czarno-białe inicjały. Całość jednak wypadła niezbyt przekonująco, ale może myślę tak tylko dlatego, że niezaspokojona została moja potrzeba zanurzenia się w baśniowej niesamowitości.

Amos Oz, Nagle w głębi lasu, tłum. Leszek Kwiatkowski, Rebis 2006.
Za przesłanie książki dziękuję Księgarni Matras.

Załatwiwszy zaległość, mogę spokojnie życzyć teraz wszystkim (zależnie od osobistych upodobań) upojnej zabawy sylwestrowej lub cichego wieczoru z książką przy lampce wina oraz wiele szczęścia i powodzenia w Nowym Roku.

Tagi , | 8 Komentarzy

Zaopatrzony przez Mikołajów

Rozdawanie wśród Mikołajów listy życzeń daje znakomite wyniki. Odpadają wymówki typu „Nie mam pomysłu” albo „Bałem się, że to już masz”. Wszystko jasno wypisane, każdy chętny Mikołaj dostaje inny zestaw, a po rozpakowaniu paczek można się do woli napawać, kartkować i układać w malownicze stosy. Oraz chwalić się na blogu, co też zamierzam uczynić.
Mikołajów było pięcioro i tyleż delicji podrzucili pod choinkę.
Najbardziej imponująco wygląda biografia Zofii Nałkowskiej pióra Hanny Kirchner, edytorki dzienników pisarki, które nieustająco prezentujemy w  „Płaszczu zabójcy”.
Kończący się rok był rokiem Marii Skłodowskiej-Curie, co odnotowałem i recenzjami z dwóch książek (chociaż w planach było jeszcze kilka), i prezentacją zapisków i listów uczonej. Ukazało się też kilka ciekawych książek, w tym wybór korespondencji Marii z córkami, który zamierzam ze smakiem przeczytać, porównując go z wydanymi wcześniej listami Marii i Ireny.
„Farby wodne” Lidii Ostałowskiej zbierają znakomite recenzje, między innymi u The_book.  Bolesny i trudny temat Holokaustu poruszam często,  nie może więc zabraknąć i tego reportażu.
Twórczość Marcina Szczygielskiego lubię od dawna i z przyjemnością obserwuję jego rozwój jako pisarza. „Poczet królowych polskich” zapowiada się interesująco, gdyż jest to (jak pisze wydawca) saga trzech pokoleń bohaterek albo też powieść z kluczem.
„Matka Wszystkich Lalek” to najnowsza powieść Moniki Szwai, którą darzę wielką sympatią pomimo wielu zastrzeżeń do jej ostatnich książek. Być może autorka mnie zaskoczy i wróci do dawnego poziomu.
Mikołajów było pięcioro, książek jest sześć – no ale nawet anioł nie oparłby się pokusie zakupu „Wichrów Diuny”, kolejnego po „Paulu z Diuny”  interquela do klasycznego cyklu Franka Herberta, za cenę stanowiącą ułamek okładkowej.
Tym samym kolejne tomy dołączają do gigantycznej kolejki, chociaż jest szansa, że przynajmniej część z nich doczeka się przeczytania poza kolejnością, o czym niewątpliwie doniosę.

Tagi | 46 Komentarzy

Sześć stopni pod równikiem


Małgorzata Szejnert, Dom żółwia. Zanzibar, Znak 2011.

Sześć stopni pod równikiem leży tropikalny Zanzibar. Nazwa niczym z Opowieści tysiąca i jednej nocy, ale historia i współczesność wcale nie baśniowe. Małgorzata Szejnert opowiada skomplikowane dzieje wyspy, niegdyś centrum handlu niewolnikami i kością słoniową, wielkiego ośrodka eksportującego goździki, miejsca, gdzie stykały się kultury czarnej Afryki, Arabii i Indii, a później również Europy. To z Zanzibaru wyruszał w swe podróże doktor David Livingstone, dobrze znany czytelnikom powieści Juliusza Verne’a, to stąd na poszukiwanie odkrywcy ruszał Henry M. Stanley, śmiały reporter. To tu rozegrała się najkrótsza wojna w dziejach świata – w niespełna czterdzieści minut Anglicy narzucili wyspie lojalnego wobec siebie sułtana. Czasy nam bliższe też nie były dla Zanzibaru łaskawe: odzyskanie niepodległości w 1963 roku, wybuch rewolucji i obalenie sułtana, wreszcie stworzenie wspólnego państwa z Tanganiką – Tanzanii.
Przez dziesięciolecia Zanzibar zmagał się z dziedzictwem niewolnictwa i wpływów europejskich. Wciąż silna jest rywalizacja między Afrykanami a Arabami, biali zaś wykorzystują nędzę wyspy, by zagarniać dla siebie coraz większe jej połacie i tworzyć luksusowe enklawy dla turystów, nie dając niemal nic w zamian miejscowemu społeczeństwu. Sytuacji nie zmienią starania garstki ludzi, którym na sercu leży dobro wyspiarzy.
To odległe miejsce ma zaskakująco wiele związków z Polską. I nie chodzi tu tylko o zanzibarski znaczek pocztowy z portretem Marii Skłodowskiej-Curie. Jednym z dziewiętnastowiecznych francuskich konsulów był bowiem Polak z Podola, zapomniany poeta Henryk Jabłoński. Księżniczka z sułtańskiego rodu, Salme Emily Ruete, uciekła z ukochanym do Niemiec i przez pewien czas mieszkała w Bydgoszczy. Podczas swych afrykańskich wojaży o Zanzibar zahaczył Henryk Sienkiewicz, a i dziś mieszka tu kilkoro Polaków.
Książka Małgorzaty Szejnert tchnie egzotyką, ale nie jest to lukrowany obrazek tropikalnego raju. Dzieje Zanzibaru były i są skomplikowane, pełne bolesnych problemów, z którymi dotąd się nie uporano. Do przeszłości zresztą mało kto ma głowę, skoro codzienność pełna jest trudności – wyspa od czasu do czasu pogrąża się z kompletnej ciemności z powodu awarii jedynego kabla doprowadzającego prąd z kontynentu, bezrobocie jest duże, a perspektywy rozwoju słabe. Przemawiają dokumenty, wspomnienia, relacje podróżników, ryciny i świadkowie, a reporterka dyskretnie dopełnia obraz wyłaniający się z tych źródeł własnymi wrażeniami z miejsc, w których rozgrywały się wydarzenia. Nie jest to łatwe, gdyż nikt nie zadbał o zachowanie historycznych gmachów czy placów; nawet jeśli przetrwały, zwykle są w ruinie. Wśród źródeł ważną rolę odgrywają zdjęcia – Zanzibar bowiem, chociaż muzułmański, słynął ze znakomitych fotografów, którzy tworzyli wręcz dynastie fachowców i towarzyszyli wszystkim przemianom politycznym, społecznym i gospodarczym. Szejnert rozmawia też z wyspiarzami, odszukując świadków historycznych momentów.
Dom żółwia. Zanzibar to znakomite połączenie wykładu o nieznanych dziejach odległego skrawka lądu, opowieści podróżniczej i reportażu. Pełen jest barw i zapachów (nie zawsze najpiękniejszych), a także skrajnych przeciwieństw – luksusów sułtańskiego dworu i nędzy biedaków. Czyta się niemal jednym tchem, a wiele scen – jak choćby opis przenoszenia zwłok doktora Livingstone’a z głębi Afryki na wybrzeże – zapada w pamięć i zachęca do sięgnięcia po inne książki o dziejach Czarnego Lądu.

Za przesłanie książki dziękuję serwisowi Lektury Reportera.

Tagi , | 24 Komentarzy

Książek (i czasu! czasu!)

Link do tradycyjnej pieśni świątecznej :)
Świat najwyraźniej schodzi na psy, ponieważ podczas przedświątecznych zakupów w żadnej placówce handlowej nie grali "Last Christmas" Wham. Doprawdy święta bez tej piosenki są nieważne i odczuwam poważny niedosyt.
A tak poza tym, to oczywiście życzę wszystkim
spokoju,
ciepła,
miłości,
dużo książek,
przede wszystkim zaś CZASU, żeby je wszystkie przeczytać!
Zacofany.w. lekturze

Tagi | 33 Komentarzy

Platynowa przeciętność
(I.J. Kryspin, „Platynowa jaszczurka)”



Prowadzący śledztwo młody porucznik MO Janusz Kulik jest bystry i ambitny, jego starszy kolega major Cepryński to doświadczony wyga, a ich przełożeni nieodmiennie cisną podwładnych, żądając rezultatów. Denatka, Marta Niekrasz, to niezbyt sympatyczna baba namiętnie kolekcjonująca antyki, a na dodatek wywożąca nielegalnie z kraju resztki zachowanych dzieł sztuki, jej mąż to mięczak, chociaż zdolny chirurg, a jego kochanka jest wyrachowaną cwaniarą. Pani doktorowa pewnej nocy zostaje znaleziona w wagonie kolejowym z raną kłutą, a narzędzie zbrodni – chirurgiczny skalpel, zdaje się jednoznacznie wskazywać na sprawcę, zainteresowanego na dodatek pozbyciem się małżonki.

Kulik najchętniej od razu przymknąłby Niekrasza, ale zapędy młokosa umiejętnie studzi Cepryński, który domaga się (formalista jeden) niezbitych dowodów winy pana doktora. Imponujące hipotezy śledcze porucznika wydają się walić niczym domki z kart, znienacka jednak śledztwo zaczyna nabierać rozpędu, doprowadzając nas do sceny finałowej, ewidentnie wzorowanej na wystąpieniach Herkulesa Poirot.

Właściwie nie byłoby się nad czym rozpisywać, gdyby nie to, że Platynowa jaszczurka to jedna z ulubionych książek mojego dzieciństwa, więc mam do niej wielki sentyment. Po raz pierwszy czytałem ją mając dziesięć, może jedenaście lat, a od tamtej pory wracałem do niej niezliczoną liczbę razy. Zawsze fascynowała mnie okładka – damska ręka, wyglądająca na odrąbaną, obwieszona biżuterią i upozowana na jakimś złotogłowiu. Banalność powieści dotarła do mnie dopiero po lekturze Książek najgorszych Stanisława Barańczaka, który dogłębnie przeanalizował peerelowskie milicyjniaki. Po latach stwierdziłem, że książkę nadal nieźle się czyta. Na plus J.I. Kryspinowi należy zapisać to, że nie popełniał błędów językowych (no przecież nie będę się czepiał tego, że wciąż żyjącą, chociaż ledwo, ofiarę mordercy nazywa się denatką) tak częstych w innych powieściach tego gatunku, chociaż jego dziełko wyrafinowaniem stylu nie grzeszy, a ponadto nie lubił się rozpisywać (ku żalowi tych, którzy w polskich kryminałach z lat siedemdziesiątych cenią sobie tzw. mały realizm). Gdyby jednak ktoś chciał przeczytać jedną jedyną powieść milicyjną w życiu – to ja będę rekomendował Platynową jaszczurkę.

I.J. Kryspin, Platynowa jaszczurka, Krajowa Agencja Wydawnicza 1977.

Tagi , , | 29 Komentarzy

Mój dzień w książkach

Jak zwykle zacofany, z opóźnieniem przyłączam się do zabawy, którą zaproponowała Lirael. Należy poniższy tekst uzupełnić tytułami książek przeczytanych i zrecenzowanych w tym roku. Panowie, pamiętajcie o zmianie form czasowników. 

Mój dzień w książkach
Zaczęłam dzień (z) ____________ .
W drodze do pracy zobaczyłam _____________
i przeszłam obok ________________ ,
aby uniknąć ______________ ,
ale oczywiście zatrzymałam się przy ______________ .
W biurze szef powiedział: ___________ ,
i zlecił mi zbadanie ____________ .
W czasie obiadu z _____________
zauważyłam __________
pod ___________ .
Potem wróciłam do swojego biurka _________ .
Następnie w drodze do domu, kupiłam _______________
ponieważ mam _____________ .
Przygotowując się do snu wzięłam ____________
i uczyłam się ______________,
zanim powiedziałam "Dobranoc" ____________ .

Oto moja wersja wydarzeń:

Mój dzień w książkach
Zacząłem dzień z Żoną piekarza.
W drodze do pracy zobaczyłem Maniusię
i przeszedłem obok Szamanki od umarlaków,
żeby uniknąć Pielgrzymki do Jasnej Góry,
ale oczywiście zatrzymałem się przy Ani z Wyspy Księcia Edwarda.
W biurze szef powiedział: No cóż, za moich czasów... 
i zlecił mi zbadanie Losu człowieka.
W czasie obiadu z Dziecięciem Starego Miasta
zauważyłem Pępek węża
pod Mogilną.
Potem wróciłem do swojego biurka na Kilka miesięcy, całe życie.
Następnie, w drodze do domu, kupiłem Drewniany różaniec,
ponieważ mam Dożywocie.
Przygotowując się do snu, wziąłem Staroświecką historię
i uczyłem się Pełni życia panny Brodie,
zanim powiedziałem Dobranoc, wciąż o tobie śnię.

A teraz lecę czytać, co inni napisali.

Tagi | 27 Komentarzy

Paddington i anarchiści
(Michael Bond, „Paddington wyrusza do miasta”; Richard Pipes, „Zamachowcy i zdrajcy”)


Mały miś z mrocznych zakątków Peru, znaleziony na londyńskim dworcu Paddington, szybko zadomowił się nie tylko u państwa Brown przy Windsor Gardens 32, ale zajął też stałe miejsce w sercach małych (i – nie ukrywajmy – również całkiem dużych) czytelników. Cóż takiego ma w sobie Paddington, że jego perypetie śledzi się z zaciekawieniem i uśmiechem na twarzy? Otóż niedźwiadek ma wielki talent do wpadania w tarapaty – i jeszcze większy do wydobywania się z nich z olbrzymim wdziękiem. Jak mawia pani Bird, gospodyni państwa Brown: „Niedźwiedzie mają to do siebie, że zawsze spadają na cztery łapy, cokolwiek by się działo”.
Tak zaczyna się moja recenzja aż trzech kolejnych tomików z przygodami Paddingtona, którą można znaleźć w najnowszym, czternastym, numerze „Literadaru” - jeszcze nie jest za późno, żeby dorzucić książeczkę o moim ulubionym misiu do gwiazdkowych prezentów, nie tylko dla najmłodszych.  
Tym, którzy woleliby coś poważniejszego od perypetii niedźwiadka w dziwnym kapeluszu (co jest możliwe, chociaż dziwne), polecam recenzję z książki Richarda Pipesa „Zamachowcy i zdrajcy. Z dziejów terroru w carskiej Rosji”. Opowiada ona o wydarzeniach, które legły o podstaw terroryzmu politycznego. A zaczęło się od niepozornej dziewczyny, która w 1878 roku strzeliła, w dodatku niecelnie, do gubernatora Petersburga generała Trepowa. Wiera Zasulicz, gdyż tak się nazywała zamachowczyni, stała się inspiracją dla kolejnych konspiratorów, przekonanych, że tylko usuwając przedstawicieli znienawidzonego carskiego reżimu można doprowadzić do zmian w Rosji. Książka dla zainteresowanych historią i miłośników biografii - na dodatek znakomicie się czyta.

Tagi , , , , | 9 Komentarzy

"Gdyby Urban nosił turban..."
(Maryna Miklaszewska, „Mikołajek w szkole PRL”)




Znacie kolegów Mikołajka: Alcesta, Rufusa, Gotfryda, Joachima i Ananiasza, pieszczoszka Pani? To zapomnijcie o tych wychowanych na bananach i mlecznej czekoladzie dzieciach gnijącej zachodniej burżuazji. Oto nadchodzą prawdziwi przyjaciele Mikołajka: Masław, Spytko, Ziemomysł, Mściwój i Pękosław. Oni przechodzą prawdziwą szkołę życia w peerelowskiej podstawówce lat osiemdziesiątych, gdzie na porządku dziennym są akademie ku czci i spotkania z zasłużonymi milicjantami. Chłopcy, choć zaledwie z trzeciej klasy, dobrze wiedzą, co to stan wojenny i „Solidarność”, na przerwach z okrzykiem „ZOMO do koszar” biją dyżurnych, których dyrekcja niefortunnie wyposażyła w białe pałki do regulowania ruchu na korytarzu. Nieustannie wprawiają też w zakłopotanie swoją Panią, gdyż ich wiedza o historii najnowszej obejmuje wiele faktów, o których lepiej nie wspominać na głos („Czy to prawda, że Armia Czerwona specjalnie zatrzymała się za Wisłą, bo nie chciała pomóc powstańcom?”). Biedna Pani ciągle się czerwieni, więc uczniowie starają się za często nie poruszać tematów politycznych. W ich klasie widoczne są podziały targające społeczeństwem: jest Krzesimir, którego tata jest milicjantem (ale drogowym, więc to się nie liczy) i Ziemomysł – „ekstremista, bo jego tata był internowany i aresztowany”. Ten ostatni to ma dobrze, bo nie musi brać udziału w apelach i wygłaszać idiotycznych wierszyków. Ale nie dostaje też paczek ze słodyczami od dzieci z bratnich krajów socjalistycznych, bo kiedyś z powodów pryncypialnych odmówił przyjęcia budzika z cukierkami.

Niewielka książeczka Maryny Miklaszewskiej, pozornie parodia klasycznych „Mikołajków”, to znakomita satyra na polską rzeczywistość lat osiemdziesiątych, która oglądana oczami dzieci nabiera dodatkowego groteskowego wymiaru. Zastanawiam się, czy ta powiastka jest jeszcze w ogóle zrozumiała dla kogoś, kto nie pamięta tamtych czasów i nie ma pojęcia, do kogo odnosi się wierszyk „Gdyby Urban nosił turban, to zamiast świni byłby Chomeini”. Rówieśnicy Mikołajka jednak nieodmiennie będą się podczas lektury znakomicie bawić, a pewnie westchną sobie z cicha „Tak, tak właśnie było” i wspomną smak cukierków z plastikowych radzieckich budzików. Młodszym bardzo polecam jako nietypową lekcję historii i źródło wiedzy o losach ich własnych rodziców.

„Mikołajka w szkole PRL-u” ilustrował 10-letni syn autorki, Mikołaj Chylak.
Bohaterowie książki w 1989 r. pojawili się na plakacie wyborczym.
Maryna Miklaszewska, Mikołajek w szkole PRL-u, ilustr. Masław (Mikołaj Chylak), Wydawnictwo Tenten 1991 (pierwsze podziemne wydanie: 1986).

Tagi , | 31 Komentarzy

Klaudyna odeszła
(Colette, „Klaudyna odchodzi”)




W ostatnim tomie cyklu Klaudyna faktycznie odchodzi. Na drugi plan. Zepchnięta tam przez osóbkę, której nigdy nie podejrzewalibyśmy o to, że mogłaby przyćmić dynamiczną i niekonwencjonalną żonę Renauda. A jednak wola Colette wysunęła na czoło Annie, niepewną siebie, całkowicie uległą woli męża, który wychowywał ją sobie od wczesnej młodości i który po ślubie decyduje o wszystkim. Gdy wyjeżdża w interesach w zamorską podróż, zostawia żonie dokładny spis czynności, które pod jego nieobecność musi wykonać, listę wizyt, które musi złożyć, a nawet wskazówki co do stroju, jaki obowiązywać ma ją w konkretnych sytuacjach towarzyskich. Nie ceni wysoko Klaudyny i Renauda, więc ostrzega małżonkę przed zacieśnianiem kontaktów z tą parą.

Uwolniona od mężowskiej kurateli Annie zaczyna sobie powoli uświadamiać, że dała się zepchnąć do roli niewolnicy, bezwolnej i pozbawionej prawa głosu. Sporą rolę odgrywa w tym procesie emancypacji podziw dla Klaudyny – wyzwolonej, śmiałej, pięknej, a przede wszystkim tak żarliwie kochanej i tak namiętnie kochającej. Przyrównując własne szczęście małżeńskie do uczucia Klaudyny i Renauda, Annie dochodzi do wniosków tyleż rewolucyjnych, ile bolesnych. Idealizowany mąż okazuje się nudziarzem i tyranem, odmawiającym żonie nawet upragnionego pieska. „W jego sercu tkwi snobizm, a w pupie pręt od firanek” – z właściwą sobie bezpośredniością podsumowuje Klaudyna. Niewinna w gruncie rzeczy Annie obserwuje światowe zepsucie reprezentowane przez własną szwagierkę i jej znajome, czuje się coraz swobodniej i coraz trudniej godzi się z myślą, iż już wkrótce będzie musiała wrócić do swojej klatki, szczególnie że na świetlanym portrecie małżonka pojawia się brzydka rysa.

Decyzja o zmianie głównej bohaterki, ukryta przewrotnie pod tytułem sugerującym coś zupełnie innego, mogła się okazać porażką. Wyszła jednak książce na dobre. Zamiast znowu plątać losy Klaudyny, Colette usunęła ją w cień. Postać Annie, chociaż może nieco schematyczna, nazbyt szybko przechodząca od stanu bezwolnej lalki do kobiety wyzwolonej, ma w sobie wiele uroku. Z przyjemnością obserwujemy jej przemianę, zrywanie kolejnych ogniw krępującego ją łańcucha, coraz śmielsze uwagi i coraz większy krytycyzm wobec zakłamanego otoczenia. Klaudyna – która dojrzała i poukładała sobie wreszcie życiowe priorytety – występuje jako katalizator emancypacji Annie, życzliwa przyjaciółka, a nawet obiekt fascynacji. Styl wciąż lekki, pełen humoru, postacie traktowane z lekką ironią, bystre obserwacje (kolejny wyborny portrecik zwierzęcy – tym razem kotkę Fanszetkę zastąpił buldożek Toby) – wszystko składa się na powieść wysokiej klasy i znakomite zamknięcie całego cyklu. Moje uwielbienie dla Colette będę teraz testował na innych powieściach, licząc na to, że nie tylko znajdę w nich wszystko, co tak lubię, ale i wiele nowego.

Colette, Klaudyna odchodzi, tłum. Krystyna Dolatowska, W.A.B. 2011.
Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

Tagi | 23 Komentarzy

Przypadkowy dzień przypadkowych ludzi
(Katherine Mansfield, „Garden party”)



Na krótką chwilę, na parę stron wchodzimy w życie obcych ludzi, zupełnie nam obojętnych, takich, których pewnie nie zaszczycilibyśmy spojrzeniem na ulicy. Dzień wydaje się wybrany zupełnie przypadkowo, ot, dzień jak co dzień. Wydarza się jednak coś, co może – chociaż w ostatecznym rozrachunku wcale nie musi – być w życiu bohaterów przełomem, chwilą, gdy ich życie ma szansę się zmienić. Dwie stare panny, tyranizowane przez ojca, wreszcie po jego śmierci mogą nieco odetchnąć, chociaż same ledwo wierzą w swobodę, jaka stała się ich udziałem. Czy zdecydują się wyjść do ludzi i może, do czego ledwo przyznają się przed sobą, nawet poznać jakichś mężczyzn? („Córki zmarłego pułkownika”) Czy żona, której imponują nowi przyjaciele artyści, zdecyduje się z nich zrezygnować, by ratować swoją rodzinę? („Małżeństwo a la mode”) Czy stara sprzątaczka będzie mogła opłakać całe swoje nieszczęśliwe życie, by móc się podnieść po ciosach? („Życie Mamy Parker”) Czasem dostajemy opowieść o tych, których jedno słowo czy gest wynosi z rozpaczy ku szczęściu („Państwo Gołębiowie”, „Lekcja śpiewu”) – albo wręcz przeciwnie: o tych unoszonych euforią i marzeniami, którzy nagle opadają na ziemię niczym przekłuty balon („Panna Brill”).

Katherine Mansfield
Opowiadania Katherine Mansfield to kameralne drobiazgi, jakby stworzone po to, by je filmować: jest w nich wszystko, czego potrzebuje reżyser. „W zatoce” rozpoczyna się panoramą wybrzeża morskiego o poranku, to niemal gotowe kadry (tu moje ulubione zdanie – stado owiec mija pogrążone we śnie domy letników. „Beczenie owiec rozlega się w snach małych dzieci, które podnoszą ramiona, aby przyciągnąć do siebie, aby utulić kochane, maleńkie, wełniane owieczki snu”). „Lekcja śpiewu” zawiera też gotową ścieżkę dźwiękową – bohaterka, nauczycielka muzyki, doborem pieśni nie tylko wyraża własne stany ducha, ale poprzez nią manipuluje nastrojem całej klasy. Autorka jest bystrą obserwatorką, stworzyła całą galerię rozmaitych typów – od podlotka, który jeszcze nie zdecydował, czy jest dzieckiem, czy już wampem, przez matkę, która postanowiła, że nie pokocha swojego dziecka, do zaharowanej starej kobiety. Równie wnikliwie przygląda się światu – plaży, ogrodom, mieszkaniu pisarza, pokojowi zmarłego starca („Czemu fotografie umarłych stają się zawsze tak wyblakłe?” – zastanawia się jego córka) czy damskiej garderobie przy sali balowej („Duży, chwiejący się płomyk gazu oświecał garderobę pań. Nie mógł czekać, już tańczył” – czy można lepiej oddać atmosferę oczekiwania, niecierpliwości przed zabawą?).

Lektura „Garden party” dostarcza wielu wrażeń – i emocjonalnych, kiedy nie można się uwolnić od myślenia o tym, czy Mamie Parker udało się znaleźć spokojne miejsce, by zapłakać, albo czy panna Brill jeszcze kiedykolwiek w życiu poczuła się ważna, sławna, utalentowana, i estetycznych – kiedy rozpamiętuje się stworzoną przez Mansfield scenerię wydarzeń. Pisarka, jak wyznaje w jednym z listów, nie była zadowolona ze swych nowel. Pewnie naprawdę tak myślała, ale zupełnie nie miała racji.

***
Na forum „Kobiecym piórem” trwa teraz dyskusja o opowiadaniach Katherine Mansfield  – zachęcam do jej śledzenia i zabierania głosu. Co miesiąc rozmawiamy o utworach innej autorki angielskojęzycznej, warto się przyłączyć.
Katherine Mansfield jest też autorką znakomitych listów, z których kilka przedstawiliśmy w „Płaszczu zabójcy” – dają one doskonałe wyobrażenie o stylu pisarki.

Katherine Mansfield, Garden party, tłum. Bolesława Kopelówna, Czytelnik 1958 (wybrane utwory z tomu wydane jako Jej pierwszy bal, Książka i Wiedza 1980).

Tagi | 45 Komentarzy

Co się kryje za przenośnymi drzwiami?
(Tom Holt, „Przenośne drzwi”)


Kiedy życiowy nieudacznik dostaje pracę w solidnej, przynajmniej na oko, firmie z tradycjami, mimo iż w kolejce po posadę stały tłumy pewnych siebie i doskonale wykształconych kandydatów, ma prawo podejrzewać, że coś jest nie tak. Zapewne po uporządkowaniu stert pokrytych rzędami liczb dokumentów zostanie wywalony na bruk, gdyż szefowie uznają, że nawet do takiej roboty się nie nadaje. Paul Carpenter najchętniej sam od razu rzuciłby nową pracę, ale, po pierwsze, jeść trzeba, a po drugie – i ważniejsze – biurko naprzeciwko zajmuje interesująca dziewczyna. Chociaż tak naprawdę dla Paula interesująca jest każda dziewczyna, która nie ucieka z krzykiem zaraz po wypowiedzeniu przez niego pierwszego zdania. W przełamaniu pierwszych lodów znakomicie pomaga wspólne zastanawianie się, dlaczego pewnego poranka siedziba firmy wygląda tak, jakby przeszedł przez nią huragan i dlaczego na drzwiach widnieją ślady pazurów jakiejś bestii. W powietrzu wisi coś niesamowitego, Paula dręczą dziwne sny, a kiedy po przebudzeniu zastaje w swoim ciasnym mieszkaniu wielki kamień z wbitym weń mieczem, nawet się bardzo nie dziwi. Irytuje się tylko, bo rękojeść miecza okropnie przeszkadza mu przy goleniu.

Wraz z Paulem i jego koleżanką Sophie stopniowo odkrywamy tajemnice biura J.W. Wells & Co i bynajmniej nie chodzi o ukrywane przez szefostwo przekręty podatkowe. Młodzi pracownicy dowiadują się, że dysponują zdolnościami, o które nigdy by siebie nie podejrzewali, a które mogą okazać się cenne w nietypowych działaniach firmy. Zgłębianiu sekretów zakładu pracy towarzyszą perypetie uczuciowe młodych ludzi, których rodzącej się miłości próbuje przeszkodzić potworna – w dosłownym tego słowa znaczeniu – recepcjonistka.

Tom Holt napisał dobrą, rozrywkową powieść z wartką akcją i sporą dawką humoru. Co prawda okładkowe porównanie Holta do Terry’ego Pratchetta jest na wyrost (a okładka, wprost nawiązująca do Świata Dysku, chociaż z dość paskudnym rysunkiem, nazbyt łopatologicznie streszczającym historię, to już ewidentna manipulacja), ale w „Przenośnych drzwiach” panuje podobna, nieco absurdalna atmosfera, fabuła rozwija się z licznymi zakrętami (mimo iż czasem wiadomo, co kryje się za zakrętem), a świat i bohaterowie są mocno przerysowani. Nie wszystko może jest bardzo oryginalne i zaskakujące, ale na pewno sprawnie przyrządzone i atrakcyjnie podane. Czyta się znakomicie i z zainteresowaniem, szczególnie jeśli nie bierze się na serio marketingowych haseł. Na jesienne przesilenie przechodzące płynnie w przesilenie zimowe będzie to książka w sam raz.



Tom Holt, Przenośne drzwi, tłum. Tomasz Wilusz, Prószyński i S-ka 2009.

Tagi , | 13 Komentarzy

Prawda i tylko prawda
(Anna Politkowska, „Tylko prawda”)


Anna Politkowska nie była ulubienicą kremlowskich polityków, urzędników lokalnych, generałów i funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa. Zaciekle tropiła ich kłamstwa, obnażała bezduszność i realizowanie własnych pokrętnych celów kosztem niewinnych. Bezkompromisowo wskazywała winnych przestępstw wojennych, mocodawców bandytów i skrytobójców, wnikała w mechanizmy systemu władzy, który niewiele ma wspólnego z demokracją, a nazbyt wiele z radziecką przeszłością. Zaglądała za fasady propagandowych mitów i wyciągała na światło dzienne szyte grubymi nićmi afery. Cenili ją prości ludzie, którym pomagała wywalczyć sprawiedliwość, doceniały organizacje broniące praw człowieka na całym świecie. Zginęła 7 października 2006 roku pod drzwiami własnego mieszkania, zastrzelona przez nieznanego sprawcę.

„Tylko prawda” zawiera artykuły i reportaże Politkowskiej z lat 1999–2006. Dotyczą przede wszystkim drugiej wojny czeczeńskiej – poznajemy losy ludzi, którym wojna odebrała spokój, cały dobytek, a przede wszystkim najbliższych. Tracili życie podczas bombardowań, przepadali porwani przez zamaskowanych żołnierzy, odnajdywali się w masowych grobach lub ślad po nich ginął. Dziennikarka pokazuje Czeczenię jako miejsce, w którym przestały obowiązywać jakiekolwiek prawa – poza prawem siły. Mimo licznych deklaracji kremlowskich polityków nie postępowała normalizacja i odbudowa kraju – środki na nią przepadały w kieszeniach lokalnych polityków i watażków, jednostki mające pilnować spokoju i bezpieczeństwa ludzi dopuszczały się najgorszych przestępstw. Walkę o ukaranie jednego z takich zbrodniarzy przedstawia cykl tekstów z części zatytułowanej „Kadet”.

Początkowo czyta się te artykuły i reportaże z zapartym tchem i niedowierzaniem, że współcześnie, na oczach całego świata, może rozgrywać się taki dramat. Po jakimś czasie lektura staje się jednak nieco nużąca. Artykuły prasowe rządzą się swoimi prawami, drukowane co kilka czy kilkanaście dni muszą zawierać rekapitulację poprzednich tekstów. Wydane jednak obok siebie i czytane razem irytują takimi powtórzeniami. Są też wśród nich artykuły dotyczące kwestii już mniej aktualnych, a tym samym mniej przyciągających uwagę. Osoba opracowująca ten tom powinna zapewne dokonać wyboru z publicystyki Politkowskiej, choć, trzeba przyznać, byłaby to rzecz niezwykle trudna – teraz czytelnik sam decyduje, co przeczyta uważnie, a co jedynie przekartkuje. Mniej trudne za to powinno było być dobranie precyzyjniejszych tytułów poszczególnych części książki. Te zatytułowane „Nord-Ost” i „Biesłan” nie zawierają w zasadzie materiałów dotyczących przebiegu dramatycznych wydarzeń w moskiewskim teatrze na Dubrowce (nie licząc relacji Politkowskiej z próby negocjacji z terrorystami) i w szkole w Biesłanie (reporterka nie dotarła na miejsce, otruta w samolocie i z trudem uratowana). Znajdziemy tu natomiast wyniki żmudnych i niebezpiecznych dziennikarskich śledztw mających odsłonić, kto naprawdę stał za tragicznymi wypadkami. Książkę zamykają reportaże z Rosji i ze świata – warto zwrócić uwagę na opowieść o norweskiej pielęgniarce, która zginęła w niejasnych okolicznościach w Czeczenii, a nikt nie zrobił nic, aby wyjaśnić sprawę. I zaskakującą historię psów Politkowskiej, Martyna i Van Gogha.

Anna Politkowska (1958-2006).
Po lekturze tego zbioru trudno nie zgodzić się z otwierającymi go słowami czeczeńskiej pieśniarki Lizy Umarowej: „Była honorem i sumieniem Rosji – i chyba nikt nie pozna źródła jej fanatycznej odwagi i miłości do pracy, którą wykonywała”. Potwierdzają je nie tylko wspomnienia przyjaciół i współpracowników, ale przede wszystkim poświadcza każde zdanie napisane przez Annę Politkowską.

Anna Politkowska, Tylko prawda. Artykuły i reportaże, tłum. Sebastian Szymański, Prószyński i S-ka 2011.
Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Tagi , | 19 Komentarzy

E-Buka nadeszła

Nad ranem Buka zdecydowała się wyruszyć. [...] Zebrała ciemne spódnice, wiszące na niej jak płatki zwiędłej róży. Rozpostarły się z szumem i uniosły niczym skrzydła. [...] Poruszała spódnicami w górę, na boki i do tyłu, jak gdyby wykonując ruchy pływaka w zamarzniętym powietrzu. Woda cofała się zwichrzoną, wystraszoną falą, a Buka płynęła dalej w szarej mgle, wlokąc za sobą dryfującą chmurę śniegu. Na tle nieba wyglądała jak wielki zataczający się nietoperz. Posuwała się wolno, ale jakoś to szło. Miała czas. Nie miała nic innego, jak tylko czas.

Powietrze już faktycznie lekko zamarznięte, ale Buka, czy raczej E-Buka nie przyszła z szumem spódnic, ale została przyniesiona przez panią listonosz. Razem z przyjemnym pakiecikiem książek.
Raz jeszcze bardzo dziękuję wszystkim, dzięki którym dostałem tę nagrodę. Zawiśnie wkrótce na jakimś eksponowanym miejscu.

A cytat, rzecz jasna, z „Tatusia Muminka i morza” Tove Jansson.

50 Komentarzy

Huk, łomot i podejrzane mlaskanie
(Michael Bond, „Paddington zdaje egzamin”)



Paddington wielokrotnie już zdawał rozmaite egzaminy. W końcu niedźwiadek rzucony z najmroczniejszych zakątków Peru do Anglii musiał dawać sobie radę w najdziwniejszych sytuacjach, wychodził jednak obronną ręką z najgorszych tarapatów. Tym razem zaś, zupełnie niespodziewanie i z wielkim hukiem zdał egzamin na prawo jazdy.

Huk zresztą, podobnie jak łomot i podejrzane mlaskanie to odgłosy nieodłącznie kojarzące się z Paddingtonem (nie zapomnijmy też o lepkich śladach po marmoladzie pomarańczowej). Zdaje się on być chodzącą katastrofą, chociaż zwykle ma dobre intencje. Chęć dorobienia sobie do skromnego kieszonkowego doprowadza do unicestwienia wszystkich spodni pana Curry’ego, skąpego sąsiada, który zawsze wypatrywał sposobności, by wymusić na niedźwiadku jakąś bezpłatną przysługę. Pan Curry zresztą, mimo wielu nauczek, nie chce zrozumieć, że bezpieczniej jest się trzymać od niedźwiadka z daleka – unika się wtedy chociażby zamknięcia w rozgrzanej saunie. Straszliwymi kłopotami kończy się też często pojawienie się Paddingtona w miejscach publicznych – w eleganckiej restauracji niespodziewanie gościom podaje się kalosz, a w teatrze przedstawienie wymyka się spod kontroli. Na misia nie można się jednak długo gniewać – jego wdzięk rozmiękcza najtwardsze serca (poza sercem pana Curry’ego, rzecz jasna), a zamiast wyrzutów spotykają go podziękowania i wyrazy uznania – zamieszanie z niedźwiedziem w roli głównej jest przecież rewelacyjną reklamą.

Paddington bez trudu podbija serca dzieci i dorosłych – jest zresztą moim ulubionym literackim misiem. Szkoda więc wielka, że – sądząc po braku zapowiedzi kolejnego tomu na okładce – jest to ostatnia część jego przygód. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, żeby zacząć czytanie od początku – dwanaście tomików zapewni mnóstwo zabawy w jesienne wieczory. I nie tylko jesienne.

Michael Bond, Paddington zdaje egzamin, tłum. Piotr Pieńkowski, Znak Emotikon 2011.
Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Znak Emotikon.

Skoro już jesteśmy przy książkach dla najmłodszych, to w najnowszym, trzynastym numerze „Literadaru” na stronach 70–72 znajdują się napisane przeze mnie recenzje dwóch innych znakomitych książek dla dzieci: „Niewidzialnego Tonino” Gianniego Rodari i „Małego duszka” Otfrieda Preusslera. Zapraszam do lektury!

Tagi , | 27 Komentarzy

Wycieczka do egzotycznego kraju

Mulat w pegeerze. Reportaże z czasów PRL-u, red. Krzysztof Tomasik, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2011.

Wydany przez Krytykę Literacką zbiór reportaży z czasów schyłkowego PRL-u wprowadził mnie jednocześnie w świat doskonale znany, z którym stykałem się na co dzień jako uczeń podstawówki, i w świat, który pozostawał daleki od moich dziecięcych doznań i obserwacji. Niby wszystko jest znajome: szare ulice, zmęczeni i źle ubrani ludzie, kolejki, braki w zaopatrzeniu, wydeptywanie ścieżek w urzędach, ale w tej scenografii rozgrywają się wydarzenia, o których nie mogłem mieć pojęcia – a gdybym nawet o nich wiedział, to pewnie nie zaprzątałbym sobie nimi głowy.
A są tutaj przedstawione sprawy i wydarzenia, które jeszcze po latach robią wrażenie. Weźmy choćby historię młodej dziewczyny z małego miasteczka, która urodziła czarnoskórego syna. Pod naciskiem rodziny i otoczenia matka wyrzekła się go, skazując na pobyt w domu dziecka. Po pewnym jednak czasie – pod wpływem tej samej rodziny i otoczenia – zaczęła się starać o jego odzyskanie, napotykając na niezrozumiały opór dyrektora placówki wychowawczej. Albo opowieść o zamianie dzieci w prowincjonalnym szpitalu, która wyszła na jaw zupełnym przypadkiem – i nie zainteresowała nikogo poza pokrzywdzonymi rodzinami i czyhającymi na sensację dziennikarzami. Wszystkie odpowiedzialne za sprawę i jej wyjaśnienie instytucje umyły po prostu ręce. Zresztą bezwład urzędów stał się też przyczyną dziecięcej tragedii – sąd odebrał matce małego chłopca i przyznał opiekę nad nim ojcu, który miał mu jakoby zapewnić lepsze warunki rozwoju. Zapewnił – ale niezrównoważoną macochę, która zakatowała dziecko.
Reporterzy interesowali się jednak nie tylko takimi dramatami. Śledzili też nowe zjawiska obyczajowe, jak choćby wczasy dla samotnych rolników, podczas których kawalerowie mieli poznawać życiowe partnerki, czy rozwój ruchu naturystów (uwieczniony w przeboju Zbigniewa Wodeckiego). Mamy też między innymi portret zbiorowy warszawskich prostytutek (przypuszczam, że po kilku uzupełnieniach byłby on aktualny i dziś) i wyznania kobiety urodzonej w ciele mężczyzny – jej dążenie do zmiany płci rozbijało się o niezrozumienie lekarzy i urzędników. Mnie szczególnie się podobała opowieść o kobiecie krążącej nieustannie między Argentyną i Polską, która w żadnym z tych krajów nie potrafiła zagrzać miejsca i żyła wiecznie rozdarta pomiędzy wytęsknioną ojczyzną a zapewniającą stabilizację krainą za oceanem.
Wszystkie teksty znakomicie się czyta, życiowe historie wciągają, budzą oburzenie lub bawią, a każda z nich pokazuje jakiś mało znany wycinek peerelowskiej rzeczywistości – zabitą dechami prowincję, dom małego dziecka, turnus wczasowy, warszawski pigalak. Dla mnie było to uzupełnienie własnych wspomnień o tamtych latach, dla młodszych będzie to zetknięcie się z obliczem PRL-u, którego nie znajdą w podręcznikach historii, wycieczka do egzotycznego kraju, pełnego absurdów i nieznanych już dziś problemów, w którym jednak ludzie próbowali – mimo wszystko – żyć normalnie.

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu Krytyki Politycznej.

Tagi , | 15 Komentarzy

Sto głosów, sto opowieści

Lyn Smith, Holokaust. Prawdziwe historie ocalonych, tłum. Anna Puziewicz, Wydawnictwo RM 2011.

Sto głosów, sto opowieści. Każda inna, a jednak wszystkie podobne. Okruchy pamięci układające się w wielki fresk. Najpierw jasne kolory spokoju i bezpieczeństwa przedwojennego życia, w które wkrada się szarość pierwszych antysemickich ustaw i represji w Niemczech. Z chwilą wybuchu wojny obraz robi się coraz mroczniejszy – czernią rozpaczy i czerwienią bólu, z rzadka usiany perłowymi plamkami ludzkich odruchów, kiedy ktoś nakarmił, przechował, pomógł, dał szansę przeżycia. Zbliżające się wyzwolenie nieznacznie tylko rozjaśnia malowidło, gdyż jeszcze w ostatniej chwili – a i już po wojnie – tysiące umierały, najpierw w niekończących się marszach śmierci w panicznej ucieczce przed nadciągającymi aliantami, a potem z osłabienia i braku odpowiedniej opieki. Pochłonięta po latach głodu tabliczka czekolady wręczona przez amerykańskiego żołnierza mogła zabić.
Lyn Smith zebrała sto relacji ocalonych z Holokaustu, ale także ich przedwojennych sąsiadów, współwięźniów z obozów koncentracyjnych, wyzwolicieli – żołnierzy armii alianckich, przedstawicieli organizacji humanitarnych, którzy już po wojnie zajmowali się ludzkimi cieniami. Poukładała je chronologicznie, tworząc kronikę Holokaustu, ukazując pogardę i napiętnowanie, głód i choroby, wreszcie precyzyjną machinę zabijania i okoliczności, w jakich nielicznym udało się uniknąć śmierci. Wspomnieniom towarzyszą komentarze historyczne, które tworzą tło dla wstrząsających historii z gett, obozów, fabryk i kryjówek.
Szczególne wrażenie robią opowieści z chwil zaraz po wyzwoleniu. Widok więźniów i warunków, w jakich wegetowali, przyprawiał o szok nieświadomych skali zbrodni Anglików czy Amerykanów. „Nigdy nie widziałem tam lecącego ptaka” – podsumował swe odczucia brytyjski saper, który uczestniczył w grzebaniu zwłok w obozie Bergen-Belsen. Masie zobojętniałych na wszystko więźniów należało zapewnić nie tylko jedzenie i opiekę medyczną, ale przede wszystkim przywrócić poczucie człowieczeństwa. Niekiedy przypadkiem odkrywano na to wyjątkowe sposoby: do obozu w Bergen-Belsen przysłano, być może pomyłkowo, transport... szminek. „Nie wiadomo, kto prosił o szminki – stwierdził brytyjski szeregowy z korpusu medycznego – ale był to przejaw czystego geniuszu. [...] Kobiety leżały w łóżkach bez koszul nocnych i prześcieradeł, ale z czerwonymi ustami. [...] Dzięki tym szminkom ludzie poczuli się jednostkami”. Jednak to odzyskane człowieczeństwo okazywało się nader kruche, a powrót do normalnego życia był niełatwy. Jeszcze trudniejsze było uporanie się ze wspomnieniami traumatycznych przeżyć, w które niemal nikt nie chciał uwierzyć i o których nikt nie chciał słuchać. Często nawet małżonkowie i dzieci nie znali wojennych losów swych najbliższych. Dopiero po latach wielu ocalonych zebrało dość sił, by się otworzyć i opowiedzieć swe historie. Dzięki temu powstała ta książka. Nie jest to lektura łatwa, ale dzięki skali wykorzystanych materiałów pomaga – oczywiście w stopniu dostępnym dzisiejszemu człowiekowi – ogarnąć wzrokiem piekło Holokaustu.

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu RM.

Tagi , , | 14 Komentarzy

Grzech pierworodny Francji Vichy


Robert O. Paxton, Francja Vichy. Stara gwardia i nowy ład 1940–1944, tłum. Jacek Lang, Bukowy Las 2011.

Klęska Francji w wojnie z Niemcami w 1940 roku wywołała ogromny wstrząs – w całej Europie, ale przede wszystkim w samej Francji. Do Francuzów, przekonanych, że są obywatelami mocarstwa, dotarła bolesna prawda – ich kraj był nieprzygotowany do wojny, źle rządzony i słaby. Gniew i frustracja musiały znaleźć ujście i skierowały się przeciwko zmurszałemu gmachowi III Republiki. Nieudolna republika została zdyskredytowana, a na jej gruzach pojawił się bohater z czasów I wojny światowej, wybitny dowódca gotów wprowadzić Francję w nową epokę. Marszałek Philippe Petain chciał zbudować Francję silniejszą, zjednoczoną, ożywianą duchem narodowym – i miał poparcie większości swych współobywateli. Państwo Francuskie – nowy twór ze stolicą w Vichy i Petainem na czele – narodziło się w lipcu 1940 roku i od początku było, jak stwierdza Paxton, obciążone grzechem pierworodnym. Zamiast po prostu ograniczyć się do pomocy swym obywatelom w przetrwaniu ciężkich czasów, miało zapoczątkować rewolucję narodową i stało się synonimem kolaboracji i zdrady. Szczególnie czarną kartą w jego dziejach jest antysemicka polityka nowych władz, włącznie z ich haniebnym udziałem w deportacjach Żydów na wschód.
Praca Roberta O. Paxtona jest już klasycznym, znakomitym studium skomplikowanej historii Francji Vichy. Autor, wykorzystując liczne źródła, stara się pokazać wszystkie aspekty dziejów Państwa Francuskiego – od okoliczności powstania, poprzez warunki funkcjonowania, rozwiązania ideologiczne aż do powojennych rozliczeń z twórcami i przywódcami oraz spuścizną Vichy. Paxton jest wnikliwy i obiektywny, nie szafuje pochopnymi opiniami, nie oskarża i nie ocenia – dowodzi, że historia nie jest czarno-biała, że istnieje wiele odcieni pośrednich. Książka po raz pierwszy ukazała się na początku lat siedemdziesiątych i wzbudziła we Francji wiele kontrowersji – kwestia wojennej kolaboracji z Niemcami i oceny Petaina i jego reżimu nie należała do tematów chętnie poruszanych, a amerykański badacz bezwzględnie rozprawił się z wygodnymi, głoszonymi szczególnie przez zaangażowanych w działalność reżimu Vichy polityków, opiniami (choćby z tą, że władze Państwa Francuskiego wykonywały jedynie polecenia Niemców). Praca Paxtona w dużym stopniu przyczyniła się  we Francji do pogłębienia zainteresowania niedawną przeszłością i przywrócenia jej odpowiednich proporcji. To przykład znakomitego warsztatu badawczego, poza tym książka jest świetnie napisana (bardzo dobry jest też polski przekład). Nie jest to dzieło dla wszystkich, jego głównymi odbiorcami mieli być historycy, szczerze je jednak polecam również miłośnikom historii najnowszej.

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Bukowy Las.

Tagi , | 11 Komentarzy

Kefir poranny

Wszystkich, którzy czują potrzebę zregenerowania się po wczorajszym szampanie, zapraszam na obiecany kefir i inne napoje mleczne:
A do tego po ciasteczku:
Częstujcie się. Smacznego!

Tagi | 24 Komentarzy

Klub wesołego szampana

Dzisiaj koło południa na katowickich targach książki rozstrzygnięty został konkurs na Najlepszy Blog Książkowy 2011 organizowany przez portal Duzeka. Ponieważ właśnie ukazało się oficjalne potwierdzenie, ogłaszam z dumą, że mój blog został wyróżniony E-Booką - nagrodą przyznawaną przez Czytelników. Wszystkim, którzy oddali głos na mój blog bardzo serdecznie dziękuję!! E-Booka w całej swej oryginalnej okazałości do podziwiania tutaj. Gratuluję Kalio, która zdobyła nagrodę główną: kufer pełen książek.
A teraz, rzecz jasna, zapraszam wszystkich na wirtualnego szampana!!

Tagi | 49 Komentarzy

Na praskiej ulicy i w Domu Sierot


Israel Zyngman (Stasiek), Dzieci doktora Korczaka, Nasza Księgarnia 1989.

Srulek ma dziesięć lat. Trzy lata wcześniej zmarł mu ojciec, od tamtej pory chłopca i jego braci wychowuje matka, która zaharowuje się, żeby utrzymać rodzinę. Nie ma czasu i sił, by zajmować się Srulem, który biega samopas po Pradze, nawiązuje podejrzane znajomości i ściąga na siebie i ulegających mu kolegów nieustanne kłopoty: samowolne wyprawy za miasto, bijatyki, rozbite głowy, sprzedaż gazet. Wreszcie matka postanawia oddać syna do Domu Sierot, pod opiekę Janusza Korczaka. Chłopak boi się nieznanego miejsca, jego maniery ulicznika nie zyskują mu sympatii nowych kolegów. Jednak dzięki życzliwości i mądrości Korczaka Srul, nazywany w sierocińcu Staśkiem, powoli zmienia swe postępowanie.
Od samego początku autobiografia Zyngmana wydawała mi się znajoma – przecież podobne były losy Heńka, bohatera „Czarodzieja” Wandy Żółkiewskiej. Bardzo więc prawdopodobne, że ta autorka znała książkę Zyngmana, która ukazała się po polsku w Izraelu w 1976 roku. Dodała swojemu bohaterowi lat, zmieniła przygody i wreszcie inaczej zarysowała jego wewnętrzną przemianę i kontakty z Korczakiem. Za wiele jednak elementów wspólnych, by mógł to być przypadek. Nie robię z tego Żółkiewskiej zarzutu, wszak sam podkreśliłem, że korzystała zapewne ze wspomnień wychowanków Domu Sierot.
Poza dwoma rozdziałami o życiu Zyngmana w książeczce znajduje się też opowieść o Łajci, zahukanej sierocie wychowywanej w nędzy, która nie umie znaleźć sobie miejsca wśród rówieśników, jest przez nich odpychana lub, w najlepszym razie, traktowana obojętnie. Aby ją pobudzić do działania, Korczak sięgnął po dość niezwykłą metodę. Ten wątek przewija się też, choć marginesowo, w „Czarodzieju”. O Korczaku autor pisze z nieskrywanym szacunkiem i miłością, podkreśla jego ciepło i mądrość, znakomite podejście do problemów wychowanków, dopasowanie metod postępowania do indywidualnych przypadków. Doktor jest w mniejszym stopniu obserwatorem zdarzeń (jak w „Czarodzieju”), reaguje szybciej i bardziej bezpośrednio.
Książeczka napisana jest prostym, przystępnym językiem, barwnym, niekiedy wręcz jędrnym (ciekawe, ile w tym zasługi autora, a ile polskiej redakcji - na okładce jest wzmianka, że wydanie polskie różni się od oryginalnego). Przeżycia bohatera oddane są bardzo plastycznie, jego perypetie wciągają czytelnika, całość zaś tchnie autentyzmem.

Tagi , , , | 15 Komentarzy

Złota Zakładka - wyniki

W katowickim Spodku właśnie zakończyła się  uroczystość wręczenia nagród „Złota Zakładka” - dokładne sprawozdanie znajdzie się po powrocie ekipy z targów w Katowicach na stronie plebiscytu. Wyróżnieni autorzy dostali specjalne dyplomy oraz statuetki, które ufundowała firma DAsport - jeszcze raz serdecznie dziękujemy za pomoc.

Nadszedł więc czas, aby przedstawić wyniki głosowania. Nagrody otrzymali:
1. Najlepsze czytadło: Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy - Małgorzata Gutowska-Adamczyk
2. Najbardziej poruszająca książka: Dzisiaj narysujemy śmierć - Wojciech Tochman
3. Najlepsza intryga: Erynie - Marek Krajewski
4. Najlepsza książka non-fiction: Zrób sobie raj - Mariusz Szczygieł
5. Najzabawniejsza książka: Dożywocie - Marta Kisiel
6. Najciekawszy świat powieści: Cukiernia Pod Amorem Zajezierscy - Małgorzata Gutowska-Adamczyk
7. Najbardziej wciągająca książka: Cukiernia Pod Amorem. Zajezierscy - Małgorzata Gutowska-Adamczyk
8. Najlepsza książka dla dzieci: Toliny. Wystrzałowe opowieści dla dzieci - Conn Iggulden
9. Najlepsza książka dla młodzieży: Książę Mgły – Carlos Ruiz Zafon


Wszystkim głosującym bardzo dziękujemy. Teraz będziemy mogli podsumować pierwszą edycję, przedyskutować wrażenia i zacząć się przygotowywać do plebiscytu przyszłorocznego. Zaglądajcie na stronę Złotej Zakładki i na plebiscytowe forum, które zapewne niedługo ruszy.

Tagi | 21 Komentarzy

Śpiesząca się do barw i zapachów, do radości i piękna

O Magdalenie Samozwaniec, red. Gracjana Miller-Zielińska, Wydawnictwo Literackie 1979.

Portret Magdaleny Samozwaniec
pędzla Wojciecha Kossaka.
Trzydzieści dziewięć lat temu zmarła w Warszawie Magdalena Samozwaniec. Na obwolucie zbioru wspomnień o niej widnieje portret pędzla Wojciecha Kossaka, który namalował córkę z gęsim piórem i z zamyśloną, pełną skupienia miną. Jak przekonują zamieszczone w tomie teksty, od gęsiego pióra Madzia wolała maszynę do pisania, na której stukała od świtu, a powaga zdawała jej się być zupełnie obca – nawet na obrazie wygląda, jakby za chwilę miała wybuchnąć śmiechem.
Wszyscy jej przyjaciele i znajomi, bliżsi i dalsi, zgodnie podkreślają, że Samozwaniec miała nienasycony apetyt na życie – uwielbiała stroje, dobre jedzenie i alkohole, grę w brydża i cięte riposty. Wiele  w tym zbiorze opowieści o żartach i kalamburach, powiedzonkach i złotych myślach, którymi sypała przy każdej okazji. Przeklinała, ale z ogromnym wdziękiem prawdziwej damy. Słynęła z życzliwości, obdarzała  innych komplementami, jej przytyki nie były złośliwe, potrafiła też – a może przede wszystkim śmiać się z siebie samej.
W tych uładzonych wspomnieniach z rzadka da się słyszeć inny ton – mało tu bowiem autorów, którzy znali Samozwaniec dłużej (większość poznała ją dopiero po wojnie), wobec nielicznych też pozwalała sobie choćby na chwilę zrzucić maskę wiecznej wesołości. Szymon Kobyliński zapamiętał, jak zmieniała się, gdy mówiła o siostrze – poważniała, miała łzy w oczach. Wiele zresztą zrobiła dla propagowania poezji Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. W sytuacjach skrajnie trudnych potrafiła też wykazać się zimną krwią i zdecydowaniem – gdy na Kossakówce gestapo urządziło kocioł, nie tylko wymogła na Niemcach zgodę na nakarmienie zatrzymanych, ale sprytnie zdołała ostrzec wiele potencjalnych ofiar przed wejściem do domu.
Niewiele żeru znajdą w książce sępy czyhające na rodzinne skandale. Te kilka osób, które lepiej znało faktyczną sytuację Kossaków i samej Madzi, wyraża się o tym nader oględnie. Dowiemy się, że domowe życie Kossaków nie było taką sielanką, jakby wynikało z „Marii i Magdaleny”, bez wnikania w szczegóły poznamy losy córki pisarki, Teresy, która w niejasnych okolicznościach zniknęła z jej życia, wreszcie z rozmaitych aluzji i półsłówek będziemy mogli zrekonstruować skomplikowany układ między Samozwaniec a jej mężem Zygmuntem Niewidowskim – znajomi dalsi rozpływają się nad niemal idealnym związkiem, ci bardziej wtajemniczeni pozwalają się domyślać starannie skrywanych dramatów.
To jednak nie z osobistych problemów chciała być zapamiętana Magdalena Samozwaniec. Z jej licznych utworów, w dużej części zwietrzałych i nieaktualnych, trzy – „Na ustach grzechu”, „Maria i Magdalena” oraz „Zalotnica niebieska” – pozostaną jeszcze długo czytane. Ona sama zaś na zawsze pozostanie kwintesencją czaru i dowcipu, uroku i inteligencji. Doskonale podsumowuje to opowieść Haliny Auderskiej: „Na rok przed śmiercią zobaczyłam ją w Oborach wyskakującą z parterowego pokoju przez okno – i to z gracją, lekko, zwinnie.
– Spieszyło mi się do malw – krzyknęła do mnie i w tym była ona cała: śpiesząca się do barw i zapachów, do radości i piękna”.


Tagi , , | 34 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.