Archiwum stycznia 2011

Wyprawa po Piękną Piekarzową


Marcel Pagnol, Żona piekarza, Wydawnictwo Esprit 2010.

Porzucę na chwilę reklamowanie zapomnianych klasyków, aby zareklamować klasyka, który jeszcze nie zdążył u nas zagościć. Zachęcony bowiem Chwałą mojego ojca czym prędzej sięgnąłem po Żonę piekarza i nie zawiodłem się, choć to książka o zupełnie innym charakterze.
Niewielki tomik z ilustracją Sempego na okładce zawiera bowiem scenariusz do filmu, który Marcel Pagnol nakręcił w 1938 roku. Historia jest prosta. W małym miasteczku piekarz wypieka doskonałe pieczywo, młoda piękna piekarzowa zasiada za ladą sklepiku. Przystojny pasterz odbiera zamówiony chleb, następuje wymiana spojrzeń i nagle bach! Piekarzowa ucieka z młodzieńcem, pozostawiając starszego od siebie męża z piętnem rogacza. Zdradzony małżonek szuka połowicy, usiłuje zracjonalizować jakoś jej zniknięcie, by nie dopuścić do siebie myśli o tym, że ukochana okazała się niewierna. Nieobecność żony działa na niego przygnębiająco, zaniedbuje się w pracy, a wreszcie w ogóle przestaje wypiekać. Tylko powrót piekarzowej może przywrócić mu chęć do życia, a mieszkańcom zapewnić świeży chleb.
W obliczu perspektywy przywożenia pieczywa raz na kilka dni z dość odległego sąsiedniego miasta mieszkańcy zwierają szeregi. A przecież niektórzy z nich od pokoleń ze sobą nie rozmawiają. Proboszcz i nauczyciel traktują się z ironicznym chłodem, sąsiedzi pielęgnują zamierzchłe wendety, mimo iż zupełnie nie pamiętają o co poszło, a markiz rozpustnik budzi oburzenie dewotek. Jednak tylko wspólna wyprawa po niewierną piekarzową może wrócić im chleb powszedni. Kapitalna jest scena podziału na patrole, które mają się rozejść w cztery strony świata i szukać kochanków. Kapitalna jest scena, gdy nauczyciel niesie przez bagna plebana na własnych plecach do kryjówki pasterza i piekarzowej. Doskonała wreszcie jest finałowa scena między zdradzonym piekarzem a skruszoną żoną.
Całość leciutka, skrzy się humorem i można sobie tylko wyobrażać, że efekt filmowy jest jeszcze lepszy, bo dochodzi gra fizjonomii, spojrzeń i gestów, czego nieliczne didaskalia nie mogą zastąpić. Może Wydawnictwo Esprit pomyślałoby o edycji de luxe z załączoną płytą z filmem? W obliczu całkiem niezłych wyników sprzedaży gra chyba byłaby warta świeczki.
Dziękuję Wydawnictwu Esprit za przesłanie książki.

PS. Odnoszę wrażenie, że gadżet do przeprowadzania ankiet szlag trafił i przepadła gdzieś połowa głosów. Wyniki pamiętam i uwzględnię, a następną ankietę przeprowadzę w jakiś mniej odhumanizowany sposób.

Tagi | 26 Komentarzy

Nie przeszkadzać geniuszowi

Poplotkujmy sobie, skoro już i tak zaczęliśmy. Młodzi państwo Żeleńscy z lekką zgrozą obserwują meblarskie poczynania mistrza, ale „wobec tego, że Wyspiański zechciał się nimi zająć, nie było mowy, aby się wymówić od tego, co jego bawiło i zajmowało; również nie było mowy o tym, aby mu czynić jakieś uwagi; ja osobiście byłem w stosunku do Wyspiańskiego bardzo nieśmiały”. „Ależ to musiała być mocna osobowość, skoro bał się go sam Żeleński”, pada komentarz. Osobowość to na pewno była mocna, ale moim zdaniem nie sam geniusz przytłaczał młodego małżonka, a raczej jego „fanatyczna wielbicielka”, profesorowa Eliza Pareńska, czyli teściowa autora „Słówek”. Świeżo po ślubie nie można teściowej odpłacać niewdzięcznością za tyle serca włożonego w uwicie gniazdka nowożeńcom. Właściwie powinienem teraz obgadać tę nietuzinkową postać, ale z całą życzliwością uczynił to już zięć, więc skupię się na meblach (ale na pociechę wrzucę „Portret podwójny Elizy Pareńskiej” autorstwa wiadomego). Arcydzieła stolarstwa stanęły w mieszkaniu i dalszy ciąg znamy. Wyobrażenie o nich dają szkice i zdjęcia.
Całe to gadanie o umeblowaniu jest mi potrzebne do wysnucia tezy, że Wyspiański do mebli miał podejście podobne jak do żony. „Meble w salonie nie powinny być wygodne, bo inaczej goście za długo siedzą i zabierają czas do pracy...” – twierdził ten „rzadki klejnot”. Proszę zapamiętać to stwierdzenie.
Teraz o żonie. Nazywała się Teodora Teofila Pytko, nie miała ani urody, ani wykształcenia. Według bardzo romantycznej wersji krążącej po Krakowie Wyspiański poznał ją pewnej nocy nad Wisłą, gdy chciała popełnić samobójstwo. Była wtedy w ciąży. Artysta został ojcem chrzestnym tego dziecka, a potem na świat zaczęły przychodzić jego własne dzieci, chociaż z Teodorą przez niemal dziesięć lat mieszkali oddzielnie, a o ślubie mowy nie było. Pociągała go fizycznie, lubił jej słuchać, gdy śpiewała i opowiadała. Uosabiała zdrowie i tężyznę fizyczną, których mu brakowało. Oddajmy teraz głos Marcie Tomczyk-Maryon:
Teodora stworzyła mu ciepły dom, z którego czerpał siły. Potrafiła się także opiekować mężem, a to w miarę postępowania choroby było coraz trudniejsze. I to właśnie te wartości okazały się ważniejsze niż wykształcenie i wspólne zainteresowania. Artysta być może nie potrzebował, a nawet nie chciał mieć żony inteligentnej, o szerokich horyzontach, ponieważ mogłaby mu... przeszkadzać w pracy. Kobieta wykształcona konkurowałaby z nim pod względem intelektualnym, absorbowała swoimi problemami, a wreszcie mogłaby mieć wysokie wymagania, które artyście z różnych względów, na przykład materialnych czy czasowych, trudno byłoby spełnić.
Touché! Ci geniusze to jednak odrębny gatunek, żeby tak kobietę do krzesła przyrównywać...
PS. Boy być może bał się teściowej, ale Kraków drżał przed Wyspiańskim: Zaczęły się narady, jak to Wyspiańskiemu powiedzieć, a wszyscy się go bali po trochu; bali się jego stalowego spojrzenia, jego uśmieszku i brzękliwego głosu, który umiał być bardzo ostry".

** Cytaty pochodzą z Ludzi żywych Tadeusza Boya-Żeleńskiego (Pisma, t. 3, Warszawa 1956) i, oczywiście, z Wyspiańskiego Marty Tomczyk-Maryon.

Tagi , , | 50 Komentarzy

Człowiek z innej planety
(Marta Tomczyk-Maryon, „Wyspiański”)



Tak, wiem aż za dobrze. Wyspiański. Chała, nudy i dłużyzny, na dodatek wierszem. Chochoły mu tańcują i w zasięgu wzroku ani jednego wampira. To nie są lektury na dzisiejsze czasy. A jednak spróbuję powalczyć, gdyż jest okazja, nawet niezbyt przeterminowana. W 2009 roku PIW wydał bowiem biografię Wyspiańskiego autorstwa Marty Tomczyk-Maryon.

Autorka zaczyna książkę od wystawienia swemu bohaterowi pomnika, wysławiając Wyspiańskiego jako najwszechstronniejszego z polskich artystów, geniusza, który „przewidywał nowe prądy i wytyczał kierunki w sztuce”, podkreślając jego europejskość, ale i silne zakorzenienie w polskości, głęboką znajomość „skomplikowanej polskiej psychiki, trudnego patriotyzmu, wszystkich wzniosłości i upadków”. Trudno się z tym nie zgodzić, nawet jeśli ma się o Wyspiańskim jedynie rozproszoną wiedzę z podręczników szkolnych. „Stanisław Wyspiański – kończy Tomczyk-Maryon swoją przedmowę – to rzadki klejnot, którym powinniśmy się szczycić”. To też bez wątpienia prawda, ale mnie osobiście rażą tego rodzaju stwierdzenia w biografiach, sugerują bowiem, że ich autorzy stworzyli raczej hagiografię niż rzetelną opowieść o życiu i twórczości wybranej postaci. Na szczęście w tym wypadku to pierwsze wrażenie okazuje się mylne i szybko idzie w niepamięć.

Mamy bowiem do czynienia z niezwykle udaną próbą przedstawienia niełatwego, choć niedługiego życia Wyspiańskiego i wielości jego zainteresowań artystycznych: „wielki malarz, wielki designer, wielki grafik, wielki dramaturg, wielki inscenizator, wielki reformator teatru, wielki wizjoner”. I to wszystko w ciągu zaledwie 38 lat. Autorka zdołała zachować proporcje w opisie biografii i twórczości, oparła się pokusie obfitego cytowania wspomnień, listów, wierszy, dobierając fragmenty najcelniejsze, najlepiej komentujące opisywane wydarzenia. Styl jest naturalny, bez pustosłowia. Wyspiański nie jest traktowany jak brązowy pomnik, to żywy człowiek ze wszystkimi wątpliwościami, chwilami załamania czy zwątpienia. Staje się przez to bliższy, bardziej zrozumiały. Widać, że Tomczyk-Maryon narzuciła sobie dyscyplinę pisania: zamknęła swą opowieść na nieco ponad 250 stronach. Przyznam, że po zakończeniu czytania poczułem niedosyt i chęć zgłębienia biografii Wyspiańskiego, a rzadko mam tego rodzaju odczucia. Zbyt często książki biograficzne są tak przeładowane szczegółami, zwykle drugorzędnymi, że odkładam je z ulgą i całkowitym zamętem w głowie. W natłoku detali ginie bohater, z trudem mogę wskazać najważniejsze jego cechy, zasadnicze wydarzenia z jego życia. Tym większe uznanie należy się autorce za stworzenie tak klarownego portretu. Książkę uzupełniają zamieszczone w tekście czarno-białe fotografie Wyspiańskiego, jego rodziny i przyjaciół, wybranych dzieł. Kolorami pysznią się trzy barwne wkładki ilustracyjne.

Na zakończenie nie odmówię sobie przytoczenia mojej ulubionej anegdoty. Geniusz geniuszem, ale nie wszystko zawsze się Wyspiańskiemu udawało, przynajmniej z punktu widzenia zwykłych śmiertelników. Zaprojektował bowiem wyposażenie mieszkania młodemu małżeństwu Żeleńskich. Młoda para przebywała w podróży ślubnej, meblowaniem zajęła się teściowa pana młodego, wielbicielka Wyspiańskiego. Efekty były imponujące, ale... Oddajmy głos Boyowi:
Stoliki nocne były na przykład tak olbrzymie, że blat ich sięgał do piersi człowieka; zarazem sprzeciwiały się całkowicie celom użytkowym: ani spojrzeć na zegarek, ani wypić herbatę w łóżku, nic! Olbrzymie fotele w sypialni miały siedzenie o jakieś 10 cm wyższe od normalnych, stolik zaś [...] był tak niski, że o kant uderzało się kolanami [...]. Bardzo ciężkie, a szalenie niewygodne krzesełka były istnym narzędziem tortur [...]. W całym urządzeniu nie było ani jednego mebla, na którym by można spocząć, na każdym trzeba by trwać sztywno wyprostowany. [...] W końcu ogarniała nas rozpacz; dojrzewało postanowienie, aby oddać te meble do muzeum, a kupić sobie bodaj ogrodowe, trzcinowe krzesełka i nareszcie – usiąść!
Ostatecznie państwo Żeleńscy pozbyli się mebli przy okazji przeprowadzki, do innego wnętrza po prostu by nie pasowały, a i pewnie chęć wyciągnięcia się w miękkim fotelu wreszcie wygrała z poczuciem, że na co dzień obcuje się z dziełem geniusza. Geniusza, który nie miał zamiaru podporządkować się tak trywialnej zasadzie jak wygoda użytkownika.

Marta Tomczyk-Maryon, Wyspiański, Państwowy Instytut Wydawniczy 2009.

** Cytat i tytuł notki pochodzą z Ludzi żywych Tadeusza Boya-Żeleńskiego, szczerze polecam.

Tagi , , , | 15 Komentarzy

Korona miss i szkielet w kufrze


Fannie Flagg, Wciąż o tobie śnię, tłum. Wojciech Szypuła, Nowa Proza 2010.

Twórczość Fannie Flagg kocham miłością wielką i wierną odkąd milion lat temu w wiosenny dzień wyszedłem z kina pod ogromnym wrażeniem „Smażonych zielonych pomidorów”. Film do dziś należy do moich ulubionych, a książka mnie nie zawiodła: ten sam nastrój, ciepło, humor, chwytający za serce bohaterowie. Czytałem lepsze i gorsze książki Flagg, ale zawsze odnajdywałem w nich te same cechy, gdyż nie jest to autorka, która rezygnuje ze swojego charakterystycznego stylu (i na szczęście, tacy pisarze też są potrzebni. Może nawet nie „też”, ale „przede wszystkim”).
Właściwie o „Wciąż o tobie śnię” można napisać to samo: że nastrój, że ciepło, że humor. Akcja jak zwykle rozgrywa się na amerykańskim Południu, gdzie Maggie, była miss Alabamy, obecnie agentka handlu nieruchomościami, chce wreszcie uwolnić się od tego, co krępowało ją przez lata: od konieczności bycia miłą dla wszystkich, od lęku przed podejmowaniem decyzji i przed przyszłością. Maggie wciąż na nowo przeżywa te wydarzenia ze swego życia, które uważa za klęski. Nie została miss Ameryki, odrzuciła kochającego ją mężczyznę, wdała się w romans z żonatym facetem, nie zrobiła oszałamiającego kariery. W końcu przyjęła propozycję pracy w agencji sprzedaży nieruchomości należącej do Hazel Whisenknott, energicznej i pełnej niesamowitych pomysłów kobiety mierzącej zaledwie metr wzrostu. To Hazel dostrzegła potencjał piękności z Południa i zrobiła z niej specjalistkę od sprzedaży luksusowych rezydencji. Ona też swoim entuzjazmem i radością życia pomagała jej pokonywać własne ograniczenia, rozwiewała wątpliwości i smutki. Kiedy jej zabrakło, od razu wszystko zaczęło iść gorzej. Stworzonej przez Hazel agencji zaczęła coraz bardziej zagrażać przebiegła i bezwzględna konkurentka Babs Bingington, która znała wiele brudnych sztuczek i wykorzystywała je na każdym kroku. Zniechęcona Maggie podejmuje pewną brzemienną w skutki decyzję, która ostatecznie doprowadzi ją całkowitej zmiany podejścia do życia.
W starciach z Babs Maggie wspierają przyjaciółki i współpracowniczki, kobiety zupełnie inne pod każdym względem, a przez to doskonale ją uzupełniające. Każda ma własną historię, którą poznajemy krok po kroku, gdyż fabuła rozwija się co prawda liniowo, ale w kluczowych momentach autorka cofa się do czasów, gdy doszło do czegoś, co zmieniło życie i poglądy bohaterek, co wpłynęło na ich dalsze losy. Retrospektywy pokazują nam też historię Birmingham, miasta, w którym rozgrywa się akcja, i ludzi związanych z nim w przeszłości. Dzieje jednego z miejscowych magnatów finansowych kryją w sobie zagadkę, na której trop Maggie i jej przyjaciółka Brenda wpadły w zaskakujących okolicznościach, gdy na strychu przeznaczonej na sprzedaż rezydencji znalazły szkielet ukryty w kufrze z ubraniami.
Celowo staram się nie zagłębiać w szczegóły, gdyż z pewnością ujawniłbym za dużo. Na pociechę dorzucę, że szczęśliwe zakończenie jest gwarantowane, aczkolwiek rozwiązanie problemów bohaterek pojawia się deus ex machina. Nie wymagajmy jednak za dużo. W świecie Fannie Flagg dobro musi zostać nagrodzone, zło ukarane, a czytelnik ma zamknąć książkę z poczuciem satysfakcji i lekkim sercem. Bo przecież w gruncie rzeczy świat to bardzo przyjemne miejsce.
PS. Może ktoś mnie oświeci i wyzwoli od poczucia, że popadam w paranoję. Mam wrażenie, że w wersji kinowej „Smażonych” była scena, w której turyści kupują miód od staruszki, zapewne od Idgie, słoiczek miodu znajduje się też na grobie Ruth. W wersji DVD tego nie ma – przyśniło mi się, czy ktoś jednak okroił film?

Tagi | 7 Komentarzy

Los człowieka radzieckiego

Michaił Szołochow, Los człowieka, tłum. Irena Lewandowska, Książka i Wiedza 1987 (wydanie siedemnaste!).

Literatura radziecka dawno już straciła miejsce w spisie lektur szkolnych i w sercach czytelników (o ile kiedykolwiek je miała). Gorkiego, Erenburga, Simonowa czy Szołochowa nikt nie czyta. A przecież ten ostatni uznawany był za jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku, co potwierdziła przyznana mu literacka Nagroda Nobla. Ciągnęła się też jednak za nim opinia ulubieńca Stalina, raziły ostre wystąpienia przeciwko Borysowi Pasternakowi i innym literatom. Wreszcie pojawiło się oskarżenie o plagiat: Szołochow miał zagarnąć rękopisy zamordowanego przez bolszewików w 1920 roku kozackiego pisarza Fiodora Kriukowa i publikować je jako swoje. „Los człowieka” też ponoć jest oparty na tekstach Kriukowa.
Bohater książki, Andriej Sokołow, wkrótce po zakończeniu wojny, opowiada o swym życiu przygodnie poznanemu człowiekowi. Zdobył zawód, poznał dziewczynę, ożenił się i ustatkował. Na świat przyszły dzieci. Niestety wybucha wojna, Andrzej zostaje powołany do wojska. Walczy na froncie, trafia do niewoli. Przechodzi przez piekło obozów jenieckich, aż wreszcie pod koniec wojny udaje mu się uciec i wrócić do swoich. Dowiaduje się, że żona i córki zginęły w bombardowaniu, a syn dosłużył się stopnia kapitana. Sokołowa jednak los ponownie boleśnie doświadczy: jego syna snajper zabija ostatniego dnia wojny. Załamany Andriej próbuje jakoś odnaleźć się w powojennym świecie, nie ma jednak potrzeby, by gdzieś osiąść na stałe, rozpocząć nowe życie aż do chwili, gdy weźmie pod opiekę osieroconego chłopca.
Historia Sokołowa powinna chwytać za serce, budzić oburzenie na hitlerowskich oprawców i dumę z nieugiętej postawy głównego bohatera, który nie poddaje się przeciwnościom losu. Powinna, ale nie chwyciła. Chyba przede wszystkim dlatego, że Sokołow nie reprezentuje, moim zdaniem, człowieczeństwa jako takiego. On ma ucieleśniać człowieka radzieckiego: takiego, który w imię komunizmu świecić będzie przykładem i zniesie wszystko, byle nie przynieść wstydu swej ojczyźnie. Nawet z żoną się nie będzie kłócić, bo po awanturze wydajność pracy spada, a co dopiero mówić o postawie na froncie: na ochotnika amunicję na pierwszą linię powiezie i kapusia własnymi rękami zadusi, byleby tylko nie doniósł Niemcom, który z jeńców to oficer. Słabo wypadają partie poświęcone katuszom, jakie znosić musieli czerwonoarmiści w niewoli; czytamy o biciu, głodzeniu, ogromnej śmiertelności, ale to wszystko jest mało konkretne, ledwo zarysowane. Wiemy doskonale, jak Niemcy traktowali radzieckich jeńców, jak celowo dążyli do ich eksterminacji, więc Szołochow mógł epatować dowolnie naturalistycznymi opisami. Nie zrobił tego; czy nie pasowało mu to do charakteru opowieści Sokołowa, czy też może bał się wniknąć głębiej w tę kwestię, żeby radzieckiemu czytelnikowi nie nasunęły się porównania z własnym krajem? Tu przynajmniej nie musiał fałszować rzeczywistości, do czego posunął się później. Po udanej ucieczce Sokołow trafia na swoich, przekazuje im jeńca, którego ze sobą zabrał, i zbiera gratulacje za swój czyn. W szpitalu wraca do sił, a potem z bronią w ręku rusza na Berlin. Faktycznie jednak raczej wziąłby go w obroty kontrwywiad, a zamiast szpitala i dalszej walki czekałby na niego obóz, tym razem na ojczystej ziemi. Tego już jednak Szołochow napisać nie mógł. Musiał natomiast przekazać morał płynący z historii Sokołowa, obowiązkowo podnoszący na duchu. Narrator, patrząc na odchodzącego weterana z małym chłopcem, zastanawia się: 
Dwaj osieroceni ludzie, dwa ziarenka piasku ciśnięte w obce strony przez huragan wojenny o niebywałej mocy... Co ich czeka w przyszłości? Chciałbym wierzyć, że ten Rosjanin, człowiek nieugiętej woli, wytrwa, że przy jego ramieniu wyrośnie tamten, który gdy dojrzeje, potrafi wszystko znieść, wszystko pokonać na swej drodze, jeśli go wezwie ojczyzna.
I nie powinniśmy wątpić, że tak właśnie się stało. Ja, niestety, nie mogę opędzić się od wątpliwości: zarówno tych dotyczących dalszych losów bohaterów, jak i tych dotyczących wartości literackich opowiadania Szołochowa.

Tagi | 20 Komentarzy

Com się najeździł

Opisy podróży przeżywają swój renesans, tak więc i ja chciałbym zaprezentować wyjątkowe zapiski Feliksa Sarny-Kolasińskiego "Com się najeździł".
Autor zwiedził świata niemało i chwilami aż się nam czas i rozległość jego podróży wydają nieprawdopodobne. Jak wynika z jego książki, osiem lat był w Hadze, dwanaście lat w Sycylii (?), pięć lat w Białogardzie, dwa lata w zakładzie psychiatrycznym w Białymstoku, cztery lata w "różnych Amerykach", piętnaście lat w Rosji, dziewięć lat w Wiedniu, pięć lat na "wyspach żydowskich" i dwadzieścia dwa lata spędził wśród dzikich w Brazylii. Razem czyni to siedemdziesiąt dwa lata. Wyczyny jak na trzydziestopięcioletniego mężczyznę wspaniały!
Ciekawe są zwłaszcza opisy życia Indian południowoamerykańskich. Pozwalamy sobie przytoczyć opis wizyty u króla dzikusów brazylijskich:
"Ichnie zwyczaje już są takie, że co dzień o piątej trzeba się meldować w szałasie wodza. Początkowo przysyłał cesarz po mnie posługacza, to jest ichniego adiutanta. [...] Teraz sam tamoj chodzę. Jego królewska wysokość i szerokość, bo gruby aż strach, ubrany jest zawsze w biały kitel tropikalny. [...] Król jest bardzo grzeczny i człowieka uszanuje. Zawsze się o zdrowie pyta, a już specjalnie, czy ręce się nie pocą, że niby takie u nich upały panują okropne".
Jak widzimy, Sarna-Kolasiński, który jest człowiekiem prostym, nie dobiera specjalnie wyrażeń, ale mówi szczerze, co czuje i myśli. Książka ma wskutek tego pewne niedociągnięcia formalne, okupuje to jednak świeżością i bezpośredniością. Mimo niewątpliwych dziwactw, książkę Sarny-Kolasińskiego czyta się z zapartym tchem.
** O książce Feliksa Sarny-Kolasińskiego Com się najeździł (Łomża 1936) pisali Julian Tuwim i Antoni Słonimski (W oparach absurdu, Warszawa 1991).



Tagi , | 4 Komentarzy

Dynia i pępek węża

Ewa Lach, Pępek węża, Czytelnik 1987.

Posiadanie matki chrzestnej ma swoje dobre strony, bywają jednak momenty, kiedy matka chrzestna (model a la Terry Pratchett) nadlatuje z różdżką i grożąc zamianą w dynię, domaga się w trybie natychmiastowym czegoś do poczytania. Co prawda Cucurbita L. to roślinka sympatyczna, ale nie podejrzewam jej o bogate życie wewnętrzne, o braku rączek do trzymania książki nie wspominając, więc po wykonaniu dziennej normy pracy zawodowej musiałem napisać choć kilka zdań.
Ewa Lach jest autorką chyba zupełnie nieznaną czytelnikom poniżej trzydziestki. Ci starsi pamiętają cykl o rodzinie Sawanów oraz „Romeo, Julię i błąd szeryfa”. Te pisane z humorem i pełne celnych obserwacji obyczajowych powieści o nastolatkach i ich problemach niewiele się, moim zdaniem, zestarzały, pomijając może peerelowskie realia. Zasługa to niezwykle naturalnego języka pisarki, która nie siliła się na młodzieżowe stylizacje ani nie operowała drętwym językiem częstym nawet w młodzieżowych utworach z epoki (może dlatego, że sama debiutowała jako szesnastolatka powieścią napisaną trzy lata wcześniej – tyle bowiem trwało w latach sześćdziesiątych wydanie książki). Czyniąc narratorami powieści ich nastoletnich bohaterów, unikała też konieczności rozsnuwania dydaktycznego smrodku, co nie oznacza, że książki nie miały wartości wychowawczych: bohaterowie jednak uczyli się na własnych błędach i sami dochodzili do odpowiednich wniosków.
Przypominam Ewę Lach dlatego, że niedawno wpadł mi w ręce „Pępek węża”, wydany w 1987 roku. Przed lekturą dałbym sobie głowę uciąć, że wcześniej tej powieści nie widziałem na oczy, po przeczytaniu nie jestem już tego taki pewien, gdyż całość brzmiała dość znajomo. Być może dlatego, że skrojona jest według wzoru dobrze opanowanego przez autorkę, co jednak nie oznacza wtórności i nudy.
„Pępkiem węża” jest Renata Miś. Jak sama wyjaśnia: „Jestem pępkiem węża! [...] Turystycznego, rodzinnego. Wiesz, taki się czasem formuje rządek pod górkę. Głowa węża: tata, szyja: babcia [...]. Pierś węża to mama, bo głównie zajmuje się karmieniem. Pępek to ja, a ogon: reszta”. Podczas wakacyjnej wyprawy z wężem rodzinnym w góry poznaje Rafała, a ta przypadkowa znajomość ściągnie na nią kłopoty. Po powrocie do domu Renata z niepokojem zaczyna obserwować, jak stosunki między rodzicami zaczynają się psuć: padają ostre słowa, zarzuty, pretensje. Dziewczyna za przyczynę zamętu uznaje Pannę Magister, współpracowniczkę ojca, która prosi go o pomoc w jakichś doświadczeniach, a potem zaczyna coraz częściej odwiedzać w domu. Przejęta domniemanym rozpadem małżeństwa rodziców Renata zaczyna mieć problemy w szkole, pogarszają się też jej stosunki z koleżankami, gnębi ją zazdrość o ładną i utalentowaną kuzynkę, która pomieszkuje u Misiów. Coraz częściej słyszy wyrzuty matki i kazania ojca. Wreszcie postanawia wymyślić coś, żeby uratować swoją rodzinę i odstraszyć nielubianą Pannę Magister. Podejmuje też próbę wyciągnięcia się z dwój i zaprzyjaźnienia z dotychczasową rywalką z klasy. Znienacka na jej życiu mrocznym cieniem kładzie się niepokojąca postać Rafała, który okazuje się narkomanem. (Swoją drogą, w jakiej sielankowej epoce rozgrywa się akcja: ojciec chemik musi wyjaśnić swoim dzieciom, co to są narkotyki i czym grozi ich zażywanie. Dziś pewnie zostałby przez progeniturę zabity śmiechem i poinformowany, co zażywa się na szkolnych wycieczkach i jakie są efekty. No może przesadzam, przypuszczalnie szczerość w stosunkach rodzice-dzieci aż tak nie wzrosła).
Akcja toczy się wartko, nie brakuje dramatycznych zwrotów, tylko humoru jakby mniej niż w innych powieściach Ewy Lach. Na tle dzisiejszej literatury dla nastolatków, złożonej chyba wyłącznie z tłumaczonych pamiętników księżniczek i tłuczonych seryjnie (podejrzewam, że przez automaty) romansów wampirycznych, książka wypada zaskakująco świeżo, mimo upływu lat. Nie wiem, czy z tą opinią zgodziliby się gimnazjaliści. Dla nich pewnie Renata Miś i jej problemy to jakiś kompletny Spitsbergen (jak mawia bohaterka), a sama powieść to koszmarna ramota (zamiast „ramota” wstawić dowolne młodzieżowe słowo oznaczające obciachowy staroć). I na dodatek bohaterowie, żeby zadzwonić, biegają do sąsiadów. A to już zupełnie nie do pojęcia. Starszym natomiast polecam, może nie na początek znajomości z twórczością Ewy Lach, ale dla jej rozszerzenia.

Tagi , | 10 Komentarzy

Zioła prowansalskie

Marcel Pagnol, Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki, tłum. Paweł Prokop, Małgorzata Paszke, Wydawnictwo Esprit 2010.

Energia, jaką poświęcam na to, żeby nie czytać bestsellerów, z pewnością jest godna lepszej sprawy. Z rzadka się nadłamuję, bo a nuż miliony nie mogą się mylić i umknie mi, nie powiem, że Dzieło, ale może przynajmniej sympatyczne czytadło. Najłatwiej nadłamać mnie drukując na okładce, w recenzjach i omówieniach, że książka jest ciepła i pełna humoru. Na zabawne to jestem Wenclów pies. Jakiś czas temu dałem więc szansę powieści z nurtu prowansalskiego, z tych co to Amerykanin w średnim wieku zaczyna poszukiwać sensu i osiada na malowniczym, przepraszam za słowo, zadupiu, najlepiej francuskim, bo to dla takiego i egzotyka, i zarazem niezbyt daleko od cywilizacji. Ot, kilka godzin lotu przez ocean. A potem jest jak w dobranocce o Marcelim Szpaku: znaczy bohater dziwi się światu, a świat dziwi się bohaterowi. Z zetknięcia tych zdziwień, zdaniem autorów i wydawców, powstawać mają te ciepłe i pełne humoru bestsellery: ciepło jest w nich o tyle, że w Prowansji przez część roku panują upały, a humor polega na tym, że cudzoziemiec nie zna miejscowego języka, więc prosi w sklepie o oczy zamiast o jajka. Naciąłem się raz i wystarczy. Nigdy więcej Amerykanina w Prowansji. Stop. Sprawdziłem, autor inkryminowanego dzieła jest Brytyjczykiem. To też źle o nim świadczy, aczkolwiek zaszłości historyczne wiele tłumaczą.
Co innego jednak, gdy o Prowansji pisze Francuz i to na dodatek wspominający własne dzieciństwo wśród prowansalskich wzgórz. Pomyśleć, że mógłbym nigdy nie trafić na Marcela Pagnola i jego Chwałę mojego ojca. Zamek mojej matki, gdyby nie rzucona mimochodem wzmianka znajomej czytelniczki. Obejrzana w księgarni okładka pyszniła się pochwałami, jakim to klasykiem humoru jest autor, znany dramaturg i reżyser, i jak to wkroczymy z nim w magiczną krainę dzieciństwa (czerwone światełko zaczęło migać ostrzegawczo), oraz rysunkiem Sempégo (lampka nieco przygasła). Wciąż niepewny, kwestię wydatkowania 34,90 zł zwaliłem na barki Świętego Mikołaja. Staruszek potrząsnął kabzą, a ja przyciśnięty bożonarodzeniowym weltschmerzem zabrałem się do lektury.
Marcel Pagnol wychował się w Prowansji. Jego ojciec, nauczyciel, do spółki ze szwagrem kupił dom na wsi, czy raczej daleko za wsią. Marcel z rodziną ma wyjechać tam na wakacje. Najpierw są stosowne przygotowania, kupowanie mebli, plany, aż wreszcie zaczynają się wakacje. Marcel i jego brat poznają dom, ogród, wypuszczają się za ogrodzenie. Zabawy w Indian, łapanie owadów i wreszcie wielkie marzenie o tym, by wraz z ojcem i wujem wybrać się na polowanie. Łowiecką epopeję wieńczy niecodzienny sukces, Marcel zaś nawiązuje wspaniałą przyjaźń z wiejskim chłopcem. Mały mieszczuch imponuje koledze swoją szkolną wiedzą, chłopski syn zadziwia go znajomością przyrody. Razem zastawiają sidła na ptaki i zapuszczają się w dzikie ostępy. Koniec wakacji i wyjazd do miasta jawią się Marcelowi jako coś w rodzaju końca świata, któremu koniecznie i wszelkimi sposobami należy zapobiec.
Trudno jednak wierzgać przeciwko ościeniowi, obowiązki wzywają do miasta. Na szczęście cała rodzina przywykła do życia wśród natury, Pagnolowie więc wracają do swego wiejskiego domu w każdy weekend, zawdzięczając tę możliwość kobiecej przebiegłości matki. Ona też zaczyna zajmować więcej miejsca we wspomnieniach syna jako czuła opiekunka, ale i osoba, którą należy się opiekować, szczególnie podczas uciążliwych wypraw na wieś – piechotą i z licznymi bagażami. Matce poświęcone są piękne słowa na zakończenie opowieści. Reszta najbliższych też portretowana jest z miłością, ale i leciutkim sarkazmem; są bliscy, najmilsi na świecie, ale nie znaczy to, że nie mają wad i słabostek.
Dawno nie czytałem takiej książki. Rozkosznej. Smakowitej. Pachnącej. Jakkolwiek banalnie to brzmi. Pachnie wyschniętą ziemią, upałem, wreszcie, a może przede wszystkim – jak to w Prowansji – ziołami. Bohaterowie smażą sobie w plenerach kotlety na żarze z rozmarynu. Z rozmarynu! A jeszcze dokoła cząber, tymianek, lawenda. I na dodatek w tle grają im cykady. Naprawdę ciężko było się otrząsnąć z oszołomienia tymi opisami, szczególnie że za moim oknem sikorki bogatki kłóciły się w karmniku o ziarna słonecznika, a z ziół dostępna była co najwyżej herbatka miętowa i suszony majeranek.
Wyglądam niecierpliwie kontynuacji wspomnień Pagnola, mam nadzieję, że Wydawnictwo Esprit nie każe mi długo czekać.


W takich mniej więcej warunkach czytało się o lecie w Prowansji.

Tagi | 13 Komentarzy

Ile siły daje atomowy stos

Uświadomiono mi właśnie, że jako posiadacz tego słitaśnego blogaska wszedłem do „blogosfery książkowej”. O materio! Gdybym wiedział, nie zdecydowałbym się na taki poważny krok. Ale jak już się powiedziało a, trzeba powiedzieć be. Próbując poznać blogosferyczne obyczaje, przejrzałem kilka wybranych linków znalezionych na zaprzyjaźnionym blogu. Dwie rzeczy rzuciły mi się w oczy: wszyscy na potęgę podsumowują rok miniony, wyliczając, ile książek w twardej oprawie przeczytali i ile przy tym wypili herbaty z cytryną, oraz mniej lub bardziej regularnie prezentują nowe nabytki w postaci stosików. Na statystyki nie liczcie, bo odkąd stałem się BZL odnoszę wrażenie, że czytam mniej niż przeciętny mieszkaniec Wysp Triobrianda, więc nie będę się obnosił ze swoim wstydem. Co do stosika oczekujących na przeczytanie, to nigdy nie byłem detalistą, więc u mnie w grę wchodzi raczej stos lub, jeśli ktoś woli, hałda. Jeszcze trochę i przekroczę masę krytyczną, wysyłając cały regał w kosmos.  



Musicie uwierzyć, że za rzędami płyt też są książki, a tam gdzie nie ma płyt, są książki w dwóch rzędach. Nie będę przecież do zdjęcia robił porządków.
Spełniwszy w ten sposób blogosferyczny obowiązek, oddalę się, albowiem mimo całego mego zacofania udało mi się, z pomocą życzliwej duszy, popełnić nowiutki regał na książki, który pilnie wymaga zapełnienia.

9 Komentarzy

Ufać sile swych komentarzy


Obiecałem w komentarzu pod poprzednią notatką zamieścić cytat z informacją, która mogłaby być dla amerykańskiego edytora dzieł Twaina drogowskazem, jak postępować z nieprawomyślnymi tekstami. Pamięć mnie nieco zawiodła i cytat brzmi troszkę inaczej, niż mi się wydawało, ale mimo to można z niego zaczerpnąć inspirację:
Snułem się po Nowym Świecie i patrzyłem w wystawy księgarń. Przyznać trzeba, że komuniści wydają dużo, pięknie i tanio. Mówi się, że fałszują klasyków i dlatego mogą wydać każdego, każdy dynamit myśli i idei. Kto to może sprawdzić? Jak skontrolować, co zrobili z Faustem, Montaigne’em, Diderotem, Wolterem, Prusem i Świętochowskim? Nie jestem zresztą pewien, czy to im się opłaca, na ogół ufają sile swych komentarzy, przedmów, przypisów, interpretacji.
Tak więc, panie redaktorze z Alabamy, może by tak walnąć przedmówkę albo przypisik zamiast od razu brutalnie ingerować?
PS. Cytat pochodzi z „Dziennika 1954” Leopolda Tyrmanda, gorąco polecam tym, którzy nie znają.

Tagi , , | 8 Komentarzy

Podwójny brezent uszczelniony towotem

Gdyby nie to, że w Polsce ze świętem Trzech Króli nie wiążą się żadne figlarne obrzędy i tradycje, uznałbym, że ktoś robi mnie w gigantycznego balona. Przeczytałem bowiem taką notatkę prasową (pisownię zostawiłem oryginalną, zastrzegam na wszelki wypadek):

Dla jednych są to zmiany godne XXI wieku. Dla innych - poprawianie pracy mistrza na rzecz politycznej poprawności. W nowym nakładzie książek Marka Twaina, „Przygody Hucka Finna”, wszystkie wyrazy „nigger”, czyli obraźliwe określenia murzynów, zostały zamienione na „slave”, czyli niewolnik - podaje gazeta The Independent.

NewSouth Books, wydawnictwo z amerykańskiego stanu Alabama, zdecydowało zamienić w książce wszystkie 219 słów „nigger”, czyli „czarnuch”, na bardziej politycznie poprawny wyraz „slave” - niewolnik. W „Przygodach Tomka Sawyera” wykreślono również słowo „injun”, które jest obraźliwym określeniem Indianina. Wydawca swoją decyzję argumentuje tym, że chce dotrzeć do jak najszerszego grona czytelników, a szkoły niechętnie przyjmują do swoich bibliotek książki, które zawierają jakiekolwiek rasistowskie wydźwięki.

Założywszy, że to prawda (a z racji owej małej figlarności Trzech Króli wszystko na to wskazuje), mam spory zgryz. Moja kolekcja książek Marka Twaina spoczywa chwilowo w pudłach przeprowadzkowych, więc wydzielane przez nie rasistowskie miazmaty nie zatruwają na razie niewinnych duszyczek mojej progenitury, której w swej naiwności chciałem kiedyś „Przygody Tomka Sawyera” podsunąć. Teraz jednak powinienem chyba wraże dzieła owinąć w podwójny brezent uszczelniony towotem i zakopać w ogródku. Odwilż idzie, więc ziemia rozmarznie. Dzieci obejdą się bez cudnej sceny malowania płotu i zaskakującego powrotu uciekinierów na własny pogrzeb. Może jak podrosną, to odbiorę od nich solenną przysięgę, że nie zakapują tatusia, i wspólnie pod osłoną mroku odkopiemy pakiet, by sycić się zakazanymi treściami. A może lepiej kupić korektor i starannie zamazać tego „czarnucha” 219 razy (ciekawe, czy w polskim przekładzie tyle samo razy, ile w oryginale)?
W każdym razie czekam teraz niecierpliwie na podobne inicjatywy polskich wydawców. Ewentualnych sugestii zmian proszę nie wpisywać do ewentualnych komentarzy. Wróg słucha!

Tagi , | 4 Komentarzy

Jak to z Muminkami było
(Tove Jansson, „Małe trolle i duża powódź”)


Starsze Dziecię miało ostatnio dzień dobroci dla tatusia i łaskawie przyjęło sugestię, by wznowić wieczorne czytanie Muminków w wersji pełnej. Lekko tylko drżący głosik zastrzegł, że nie ma być żadnych Buk i Hatifnatów i zażądał inkryminowanych tomów do kontroli. Dokładny ogląd wykazał, że Buka widnieje na jednej ilustracji, Hatifnatów jest więcej, ale oni jakoś uznani zostali za mniej groźnych. Zapewniłem na wszelki wypadek, że fragmenty z Buką i Hatifnatami ominę szerokim łukiem i domagałem się wskazania od czego zaczniemy. Do wyboru była okładka żółta, różowa i niebieska. Tomiki oprawione introligatorsko w zgrzebne płótno w grę nie wchodziły.

Padło na różowe (bo różowe rządzi), czyli „Małe trolle i dużą powódź”. Sam czytałem tę książeczkę raz, wrażenia mi pozostały dość letnie i nie miałem nic przeciwko powtórce. To pierwsza historia, w której pojawił się Muminek i jego Mama, Tatuś jako porzucający rodzinę wielbiciel przygód i mały zwierzaczek kropka w kropkę przypominający przyszłego Ryjka. Wszystko w tym opowiadaniu jest jeszcze szkicem, zapowiedzią przyszłego rozwoju. Zaczyna się w stylu, do którego przywykliśmy:
Musiało być już późne popołudnie, gdzieś pod koniec sierpnia, kiedy Muminek i jego Mama weszli w samo serce wielkiego lasu. Było całkiem cicho i tak ciemno między drzewami jak po zapadnięciu zmroku. Tu i ówdzie rosły olbrzymie kwiaty świecące własnym światłem niczym migotliwe lampy, a głęboko wśród cieni poruszały się małe bladozielone punkciki.
Dalej jednak autorka jeszcze nie umie (a może nie chce, jak wynikałoby z jej wstępu) oderwać się od elementów konwencjonalnej baśni, wprowadzając bohaterów zupełnie niepasujących do historyjki o trollach: jakąś kwiatową wróżkę w typie Calineczki, Starego Pana z ogrodem stworzonym ze słodyczy (anty-Baba Jaga to miała być?), Marabuta w okularach. Nawet rysunki są jeszcze niepewne, Muminkom brakuje charakterystycznych krągłości, a Mamę Muminka chyba tylko po torebce poznać można w okładkowej jędzy z trąbą słonia, wrzeszczącej na stadko przysadzistych Hatifnatów. 

Jak na niewiele ponad pięćdziesiąt stron rzadkiego tekstu dzieje się zdecydowanie za dużo i nieco za szybko, szczególnie dla przyzwyczajonych do dużo wolniejszego rytmu innych książek o Muminkach. Nie napiszę więc, że zdecydowanie polecam. Ale przeczytać warto, żeby dowiedzieć się, jak to z tymi Muminkami było.


Tove Jansson, Małe trolle i duża powódź, tłum. Teresa Chłapowska, Nasza Księgarnia 1997.

Tagi , , | 5 Komentarzy

Na początek

...będzie zakończenie. Jedno z moich ulubionych:
Ach, jakże było miło – gdy już wszystko zostało zjedzone i wypite, gdy się już wszyscy nagadali o wszystkim i natańczyli do upadłego – wracać do domu o cichej godzinie przed wschodem słońca, żeby się wyspać!
O tej porze Czarodziej odlatuje na koniec świata, a mysia mama wraca do swej norki – oboje równie szczęśliwi.
Lecz może najszczęśliwszy jest Muminek, który z mamusią idzie do domu przez ogród, gdy księżyc blednie o świcie, a drzewa poruszają się lekko na porannym wietrze od morza.
Teraz chłodna jesień wkroczy do Doliny Muminków. Bo inaczej jakże mogłaby znowu przyjść wiosna?
Czy można nie zazdrościć Muminkowi?

** Tove Jansson, W Dolinie Muminków, tłum. Irena Szuch-Wyszomirska, Nasza Księgarnia 1981

Tagi , | 2 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.