Archiwum lutego 2011

„Poszłam na wojnę taka mała...”
(Swietłana Aleksijewicz, „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”)


Swietłana Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, tłum. Jerzy Czech, Wydawnictwo Czarne 2010.

Są książki, których nie mogę czytać spokojnie. Co kilka stron, co pół rozdziału wzrok wędruje za okno, żebym mógł uspokoić emocje i pozbierać myśli. Tak było z książką Swietłany Aleksijewicz, białoruskiej reporterki. Postanowiła ona zebrać relacje żołnierek, uczestniczek Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, dziewcząt i kobiet, które wiedzione najczęściej patriotycznym odruchem wstępowały do armii i trafiały na front. Po zwycięstwie wróciły do  na pozór normalnego życia, ale o swoich przeżyciach opowiadały co najwyżej koleżankom-weterankom. Ich historie zaprzeczały bohaterskiemu mitowi, jaki kreowała radziecka propaganda, pokazywały wojnę nie jako pasmo bitew i zwycięstw, ale jako czas potu, znoju i brudu. Aleksijewicz jeździła po całym Związku Radzieckim, aby ocalać te opowieści, aby poznać prawdę o wojnie, dowiedzieć się, jak wyglądała. Przełamywała niechęć tych kobiet do mówienia, do powrotu do okropności, które przeżyły, a potem często słyszała, że powinna pisać o wielkim zwycięstwie, a nie o nieważnych „drobiazgach”:
A „drobiazgi” to jest akurat to, co dla mnie jest najważniejsze – ciepło i niepowstrzymany bieg życia: kępka włosów zamiast warkocza, kotły z gorącą kaszą i zupą, których nie ma komu jeść, bo ze stu żołnierzy po walce zostało siedmiu. Albo to, jak po wojnie chodziły na targ i nie mogły patrzeć na czerwone stragany z mięsem... Nawet na czerwony kreton...
Reporterka nie ugina się pod naporem tych próśb i żądań, chce wydobyć prawdę, chce się dowiedzieć, jak wyglądała kobieca wojna:
Kiedy mówią kobiety, nie ma albo prawie nie ma tego, o czym zwykle czytamy i słuchamy: jak jedni ludzie po bohatersku zabijali innych i zwyciężyli. Albo przegrali. Jaki mieli sprzęt, jakich generałów. Kobiety opowiadają inaczej i o czym innym. „Kobieca” wojna ma swoje własne barwy, zapachy, własne oświetlenie i przestrzeń uczuć. Własne słowa. Nie ma tam bohaterów i niesamowitych wyczynów, są po prostu ludzie, zajęci swoimi ludzkimi-nieludzkimi sprawami. I cierpią tam nie tylko ludzie, ale także ziemia, ptaki, drzewa. Wszyscy, którzy żyją razem z nami na tym świecie. Cierpią bez słów, a to jest jeszcze straszniejsze…
Z tego dążenia powstała ta książka, zbiór opowieści snajperek, lekarek, sanitariuszek, kucharek, praczek – bez względu na stopień wojskowy, przydział, pełnioną funkcję każda z nich przeżyła jednocześnie coś całkowicie odrębnego i coś wspólnego im wszystkim. Każda historia jest inna, a jednocześnie wszystkie są podobne i prowadzą do podobnych wniosków:
O czymkolwiek mówią kobiety, stale obecna jest u nich jedna myśl: wojna to przede wszystkim morderstwo, a poza tym – ciężka praca. [...] A sednem jest zawsze to, że tak ciężko umierać i tak nie chce się umierać. A jeszcze ciężej – zabijać, i tego jeszcze bardziej się nie chce, bo kobieta daje życie.
Szły na wojnę młodsze i starsze, uczennice zaraz po szkole („Poszłam na wojnę taka mała, że przez ten czas trochę urosłam”) i wykształcone, często matki i żony. W większości na ochotnika, często po przełamaniu niechęci mężczyzn do kierowania kobiet na front. Widziały i przeżywały rzeczy straszne, śmierć i zniszczenie, a równocześnie cierpiały z powodu utraty kobiecości – obciętych warkoczy, męskich kalesonów, które musiały nosić, niezgrabnych buciorów. Ileż w nich poczucia winy, kiedy o tym wspominają – bo to przecież nieistotne, bo najważniejsze było bić wroga i zwyciężać. Same zresztą liczyły, że ich walka i cierpienie przyczynią się do powstania lepszego świata:
A ja z ostatnich dni wojny zapamiętałam coś takiego. Jedziemy – i nagle skądś dobiega muzyka. Skrzypce. Tego dnia wojna się dla mnie skończyła [...]. Jakbym się obudziła... Wszystkim nam wydawało się, że po wojnie, po takim morzu łez życie będzie piękne. [...] Wydawało nam się, że wszyscy ludzie będą dobrzy, będą się kochać nawzajem. Wszyscy będą braćmi i siostrami.
Jakże gorzkie okazało się przebudzenie. Nie było im łatwo w szeregach, nie lepiej było i po wojnie. Poranione psychicznie i fizycznie, często bez domów, traktowane jak żołnierskie ladacznice – zamykały się w sobie i milczały. Milczały również te, które założyły rodziny, miały mężów, dzieci, wnuki – nie chciały im psuć wyidealizowanego obrazu wojny. Uznanie przyszło późno, a na początku XXI wieku weteranki znów znalazły się na śmietniku historii.
Książka o nich zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Marginesy mojego egzemplarza pełne są zaznaczeń. Tu zdanie, tam akapit – fragmenty celne, poruszające, bolesne. Każdy pewnie zwróci uwagę na inną opowieść, inną kwestię, inny wątek – na przeplatanie się śmierci i miłości, wszechobecnego brudu i marzeń o pięknie, szarości błota i zieleni drzew. Ja długo nie mogłem się otrząsnąć po lekturze. To znakomita, mocna książka.

Tagi , , | 28 Komentarzy

Dzień kota

Skoro mamy Dzień Kota i padł apel o zaprezentowanie futrzaków, to proszę uprzejmie. 
Leninek, siedem lat temu i co najmniej cztery kilogramy wstecz. Teraz by a) się nie wcisnął, b) nie doskoczył :)

15 Komentarzy

Zima wasza, wiosna nasza

PRL od grudnia 70 do czerwca 89, red. Paweł Machcewicz, Krzysztof Persak, Muzeum Historii Polski i Wydawnictwo Bellona 2011.

Jednego dnia na WOS-ie pan dyktował nam do zeszycików, że PZPR jest przewodnią siłą narodu, a następnego na ulicach pojawiły się plakaty, na których kowboj ze znaczkiem „Solidarności” w klapie kamizelki zachęcał do udziału w wyborach 4 czerwca 1989 roku. Wydarzenia toczyły się szybko, chociaż mnie interesował głównie egzamin do liceum. Jeszcze niedawno na murach widniało prześmiewcze hasło „Zima wasza, wiosna nasza, a lato Muminków”, a tu znienacka Adam Michnik nawoływał „Wasz prezydent, nasz premier”. Z dzieci epoki Gierka i stanu wojennego powoli stawaliśmy się młodzieżą III Rzeczypospolitej.
Z przyjemnością sięgnąłem po zbiór artykułów omawiających wydarzenia w Polsce od objęcia rządów przez Edwarda Gierka po przemiany zapoczątkowane w 1989 roku. Otwiera go, rzecz jasna, tekst poświęcony Polsce Gierka, czasom, za którymi wciąż wzdycha wiele osób. Jego autor konfrontuje wyidealizowany obraz lat siedemdziesiątych z rzeczywistością, podkreślając zarówno osiągnięcia, jak i porażki ówczesnej ekipy rządzącej. Osobne artykuły dotyczą roku 1980, krótkiego, acz intensywnego okresu legalnej działalności „Solidarności”, stanu wojennego i późniejszej „normalizacji”, wreszcie przełomowego roku 1989. Wszystkie, chociaż niezbyt długie, są przystępnie napisane, a ich autorzy, nie obciążając tekstów nadmiarem faktografii, uzyskali klarowny obraz omawianych wydarzeń. Starsi przypomną sobie, jak było, młodsi się tego dowiedzą i bez trudu zrozumieją.
Uzupełnieniem tomu są artykuły o charakterze przekrojowym, ukazujące pewne zjawiska i instytucje w dłuższych okresach. Nie mogło, oczywiście, zabraknąć omówienia działalności i losów Kościoła w powojennym czterdziestoleciu. Doceniając w pełni i jego rolę, i wpływy, uważam jednak, że poświęcony Kościołowi artykuł jest zbyt długi, szczególnie na tle pozostałych. Z powodzeniem i bez straty dla wartości merytorycznej można było go skrócić, teraz niestety rozsadza cały tom. Z kolei teksty o opozycji i związkach kultury z polityką pozostawiły ogromny niedosyt; te kwestie aż się proszą o szersze potraktowanie. Bardzo zgrabnie natomiast wypadło omówienie pozycji Polski w polityce międzynarodowej, działalności polskiej emigracji (tu szczególnie warto zwrócić uwagę na zwięzłe ukazanie ewolucji poglądów paryskiej „Kultury” na sytuację w Polsce) oraz drogi naszego kraju do NATO i Unii Europejskiej.
Szkoda, że wydawcy nie zadali sobie więcej trudu, aby tak wartościowy tom uczynić bardziej atrakcyjnym. Konia z rzędem temu, kto dopatrzy się, co przedstawia zdjęcie na okładce. Natomiast wnętrze książki zabiera nas w wycieczkę do początku lat dziewięćdziesiątych, w czasy, gdy skład komputerowy dopiero raczkował. W połączeniu z niezbyt solidną korektą robi to nieprzyjemne wrażenie.
Pomijając jednak niezachęcającą szatę zewnętrzną, książka jest warta poznania. Jak już wspomniałem, doskonale porządkuje wiedzę, idealnie nadaje się do powtórek (chociaż czy obecne programy szkolne w ogóle dochodzą do dziejów najnowszych?). Mniej zainteresowanych historią zachęcam do podczytywania tekstów pojedynczo, aby uniknąć przedawkowania, a nawet do ich kartkowania. Jest szansa, że wzrok zatrzyma się choćby na starym dowcipie z czasów zimy stulecia w 1979 roku, kiedy Polskę sparaliżowały mrozy i opady śniegu: „Nie potrzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery!” W naszym kraju, jak widać, zima zaskakuje bez względu na ustrój...
Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu Bellona.

Tagi , , | 9 Komentarzy

Nagroda blogerów

Zachęcam wszystkich do zapoznania się z interesującym pomysłem - przyznawaniem Nagrody Blogerów dla książek, które naszym blogerskim zdaniem są najciekawsze i dostarczyły nam najwięcej wrażeń.
Podstawowe kwestie do przemyślenia:
- Jak przeprowadzić zbieranie nominacji?
- Jak przeprowadzić głosowanie?
- Jakie kategorie miałyby wchodzić w grę – według gatunku, kategorie wymyślone przez nas, czy jakiś miks? Dla natchnienia: http://www.ksiazkiroku.pl/
- Jaki byłby regulamin konkursu?
- Kto byłby odpowiedzialny za jego sprawne funkcjonowanie (i zgodne z regulaminem ;p)?
- Czy dla nagrodzonych książek i autorów byłoby to tylko „hasło”, czy mielibyśmy stworzyć i wysyłać im np. jakieś dyplomy okolicznościowe?
- Czy znalazłby się ktoś, kto mógłby stworzyć jakieś skromne logo konkursu?
- Jak powinna się nazywać nasza nagroda?

Wszystkie opinie i pomysły mile widziane. Zapewne najlepiej się nimi dzielić u pomysłodawczyni, ale nie pogniewam się za komentarze u mnie. Łamy swojego bloga otworzyła też Kalio.




2 Komentarzy

Bezradny wobec opowieści

John Boyne, Chłopiec w pasiastej piżamie, tłum. Paweł Łopatka, Wydawnictwo Literackie 2007.

Będę bezwględnie spojlował, ostrzegam lojalnie. Nie dam rady inaczej.
Kiedy dowiedziałem się, o czym jest Chłopiec w pasiastej piżamie, pomyślałem, że to się nie może udać. Nie da rady napisać książki o przyjaźni niemieckiego chłopca, na dodatek syna komendanta obozu, z małym więźniem Żydem. Wszystko, co wiem na temat Auschwitz i Holocaustu kazało mi odrzucać taką opowieść. Skoro jednak powieść powstała, to autor musiał jakoś pokonać bariery, które ja uważałem za nie do pokonania. I faktycznie pokonał je, ale styl, w jakim to uczynił i efekt końcowy wzbudzają we mnie bardzo mieszane uczucia.
Dziewięcioletni Bruno, syn wysokiego niemieckiego oficera, zostaje pewnego dnia nagle wyrwany z ukochanego domu w Berlinie, pozbawiony przyjaciół i przeniesiony wraz z rodziną w ponure miejsce, które nazywa Po-Świeciem. Jego ojciec ma tu pełnić jakąś ważną funkcję. Z okien nowego pokoju Brunona widać dziwny świat – miasteczko? wioskę? – zamieszkany przez ludzi w pasiastych piżamach. Mijają dni. Coraz bardziej znudzony i samotny chłopak rusza na wyprawę odkrywczą wzdłuż płotu z drutu kolczastego, który oddziela jego świat od świata „pasiastych piżamowców”. Daleko od domu zauważa „kropkę, z której się zrobił punkt, z którego się zrobiła plama, z której się zrobiła sylwetka, z której się zrobił chłopiec”. W pasiastej piżamie, z ziemistą cerą i wychudzony. To Szmul, syn zegarmistrza z Polski, Żyd, najpierw zamknięty w getcie, a potem wywieziony do obozu. Chłopcy opowiadają sobie o rodzinach, życiu, za którym tęsknią. Spotykają się regularnie, Bruno wciąż dopytuje, jak wygląda świat za drutami, Szmul jakoś niechętnie mu odpowiada. Tuż przed powrotem Brunona do Berlina (rodzice jednak doszli do wniosku, że chowanie dzieci w domu z widokiem na obóz koncentracyjny to nie jest dobry pomysł) chłopcy wpadają na tragiczny w skutkach pomysł. Ponieważ zaginął tata Szmula, Bruno oferuje swoją pomoc w poszukiwaniach. Przebiera się w pasiak, prześlizguje pod drutami i wkracza do nieznanego świata. To, co widzi, bardzo go rozczarowuje. To nie miasteczko, to jakieś nieprzyjazne miejsce pełne smutnych wychudzonych ludzi. Chłopcy krążą w deszczu między barakami, aż wreszcie żołnierze zaganiają ich do jakiegoś suchego pomieszczenia. Do komory gazowej. Niemiec i Żyd umierają razem. „W nieprzeniknionym mroku i zgiełku Bruno nadal ściskał dłoń Szmula i pomyślał, że choćby nie wiem co, nie puści jej nigdy”.
W tym miejscu mój umysł zaprotestował. Do tej pory tłumiłem rozmaite szmery, dając się wciągnąć fabule – bo trzeba przyznać, że Boyne umie opowiadać, umie nadać wydarzeniom rytm, potrafi wczuć się w dziewięciolatka i przedstawiać świat z jego perspektywy. Jednak to zakończenie – po co? Czemu ma służyć? Wyrażać morał w stylu pana Jachowicza, że kto nie słucha ojca i matki, ten ginie w komorze gazowej? A może bardziej starotestamentowo: że za grzechy ojców karę poniosą synowie? Czy może ma to być wyrażenie banalnej prawdy, że prawdziwa przyjaźń jest na śmierć i życie, że przełamuje bariery i uprzedzenia?
W tym momencie dotarł do mnie ogrom fałszerstwa, jakim posłużył się autor, żeby nadać swojej historii pozory prawdopodobieństwa. Fałszerstwa bardzo zręcznego, za to dokonanego w celu, którego nie umiem sobie wyobrazić. Oto spreparowany zostaje bohater: całkiem bystry, ciekawy świata dziewięciolatek, który jednak nie ma pojęcia kim jest jego ojciec, który dziwnym trafem nie wie nic o Żydach, nie słyszał antysemickich haseł. Boyne pokazuje naiwne dzieciątko o nieskalanych myślach, a nie – jak moglibyśmy się spodziewać – małego wychowanka Hitlerjugend. Swoją drogą, chyba właśnie dużo ciekawiej byłoby, gdyby Bruno taki niewinny ideologicznie nie był, gdyby przyjaźń ze Szmulem wymagała od niego pokonania zaszczepionych uprzedzeń wobec Żydów, tyle że wtedy opowieść nie toczyłaby się tak gładko. Autor fałszuje też scenerię. I nie chodzi o to, że dom komendanta obozu mieścił się daleko od Birkenau, gdzie więziono Żydów. Raczej o to, że chłopcy spotykają się w jakimś dziwnym, odrealnionym miejscu, gdzie prąd nie płynie przez druty i gdzie nie sięga wzrok strażników z wieżyczek. Siedzą naprzeciwko siebie oddzieleni tylko płotem, nikt im nie przeszkadza, nikt ich nie widzi.
Powie ktoś, że Boyne stworzył baśń z wplecionymi elementami prawdziwych wydarzeń. Ale co to za baśń bez szczęśliwego zakończenia? Nie ma baśni, w której dzieci umierają w komorze gazowej. Szczerze mówiąc, starałem się uwierzyć w tę baśniowość opowieści. Liczyłem niemal, że dzięki temu autorowi uda się znaleźć optymistyczne zakończenie, choćby najbardziej nierealne. Przełknąłbym dobrą wróżkę, która przeniosłaby chłopców gdzieś daleko, w bezpieczne miejsce. Nie skrzywiłbym się chyba na okręt kapitana Nemo wyłaniający się z obozowego błota i zabierający bohaterów w podróż dookoła świata. Ale nie. Zakończenie okazało się brutalne i realistyczne, chociaż przez cały czas autor od realizmu stronił. Tyle dobrego, że chociaż udało się Boyne’owi uniknąć w scenie śmierci patosu, który byłby nieznośny. Powetował to sobie jednak ostatnimi zdaniami książki.
I tak stoję bezradny wobec tej opowieści. Nie wiem, dla kogo ją napisano: dla dzieci? dla dorosłych? Nie wiem, po co ją napisano: miała przypominać o zagładzie milionów? Stanowić opowieść o sile przyjaźni? Ostrzeżenie przed nienawiścią, która zawsze obraca się przeciwko tym, którzy nienawidzą? Mam straszne podejrzenie, że może miała tym być wszystkim po trosze, a w rezultacie jest powieścią bez wyraźnego odbiorcy i bez wyraźnego przesłania.
PS. Od kilku dni wisiał w obserwowanych link do tej recenzji. Całą siłą woli powstrzymywałem się, żeby nie zajrzeć. Zajrzałem teraz i okazało się, że niemal popełniłem plagiat. Pocieszam się tylko tym, że great minds think alike:).

Tagi , , , | 26 Komentarzy

Gigantyczne gacie Obeliksa


Michel Pastoureau, Diabelska materia. Historia pasków i tkanin w paski, tłum. Maryna Ochab, Oficyna Naukowa 2004.

Zawsze w podziw wprawiała mnie pomysłowość historyków zachodnich, a szczególnie francuskich, w wymyślaniu tematów badań. Nieskrępowani żadnym ideologicznym gorsetem i dysponujący niemal nieograniczoną bazą źródłową mogą sobie pozwalać na dowolne fantazje. Historia histerii? Gilotyny? Miłości macierzyńskiej? Żaden problem. Zajęcie się dziejami pasków i pasiastych tkanin doskonale się w tę tendencję wpisuje.
Zdaniem Michela Pastoureau w średniowieczu szaty w paski miały charakter dyskryminujący – ubierano w nie heretyków, błaznów, trędowatych czy prostytutki. Mogło to mieć związek z błędnym odczytaniem starotestamentowego zakazu wdziewania strojów zrobionych z dwóch rodzajów przędzy, co zamieniono w tkaniny w dwóch różnych kolorach. Można też tu jednak dostrzec wyraz niechęci ludzi średniowiecza do pasków jako takich, gdyż zaburzały one widzenie, nie pozwalały odróżnić figury od tła, wprowadzały zamęt i niepokój – a stąd już tylko krok do stwierdzenia, że szatan musi lubić paski. Stopniowo paski jednak oswajano, odbierając im nieco diaboliczności, wkroczyły one też do domów zwyczajnych ludzi – choćby pod postacią liberii służących, jako symbol podporządkowania. W naturalny sposób przeszły też na mundury, sztandary i flagi – dzięki czemu pozwalały wskazywać pozycje osób wewnątrz grupy i określać przynależność. Okres powszechnej mody na paski to przełom XVIII i XIX wieku, gdy zagarnia je dla siebie rewolucja; najpierw amerykańska, która umieszcza je na fladze Stanów Zjednoczonych, potem francuska. W czasach nam współczesnych paski są wszędzie i zależnie od kontekstu nadal mogą odgrywać rolę negatywną, jak choćby na więziennych pasiakach. Jednak już umieszczone na dziecięcych ubrankach znamionują wesołość i zabawę (a przy okazji mają walor praktyczny, gdyż na pasiastym mniej znać brud). Stroje klownów czy komików też są pasiaste, by budzić rozbawienie (w takim właśnie celu Obeliks nosi swoje „gigantyczne gacie w pionowe biało-niebieskie pasy”).
Wywody autora są interesujące, aczkolwiek nadużywa on słów w rodzaju „semiologia” i „transgresja”, zapewne po to, by nikt nie pomyślał, że się dobrze bawił przy pisaniu swojej książeczki. Można się też zastanawiać, czy Pastoureau nie posunął się za daleko w śledzeniu głębokiej symboliki pasków. Bo jak potraktować stwierdzenie, że pościel czy piżamy w paski mają nas chronić w nocy, „kiedy leżymy biedni i bezbronni, przed złym snem i zakusami Szatana”, stanowiąc rodzaj krat lub klatek? Mimo to rzecz czyta się nieźle i szybko, ale nie może być inaczej, gdyż „pasek jest tak dynamiczną strukturą powierzchni, iż można ją przebiec tylko pędem”.
Szczerze mówiąc, spodziewałem się więcej historii pasków, a mniej abstrakcyjnych rozważań o ich odniesieniach kulturowych. Niewątpliwie jednak książka przyczyniła się do wyjaśnienia jednej z tych tajemnic wszechświata, które gnębią wszystkich rodziców. Chodzi o przyspieszone znikanie dziecięcej pasty do zębów. A to oczywiście wina pasków:
Wychodząca z tubki biała pasta w czerwone paseczki na obrzeżu jest niezwykle efektowna i skutecznie zachęca do mycia zębów. Paseczki podkreślają higieniczny charakter pasty [...]; wydaje się, że przez te paseczki pasta szybciej wychodzi z tubki, jest wesoła i apetyczna, a mycie zębów zamienia się w zabawę. Chciałoby się zjeść tę białą pastę w czerwone paseczki i faktycznie zużywa się jej więcej niż zwykłej pasty. Tubki opróżniają się szybciej, bo dzięki paseczkom mycie zębów nie jest już obowiązkiem, tylko przyjemnością, więc kładzie się na szczotkę więcej pasty.

Tagi , | 10 Komentarzy

W krainie lentilków

Mariusz Szczygieł, Gottland, Wydawnictwo Czarne 2010.

W połowie lat osiemdziesiątych kilkunastoletniemu przybyszowi z Polski  Czechosłowacja jawiła się jako coś w rodzaju wielkiego sklepu ze słodyczami. W wiejskim sklepiku niedaleko obozu pionierskiego, w którym mieszkała nasza grupa kolonijna, było chyba więcej rodzajów czekolady, niż widziałem w życiu, a lentilki nie stanowiły rarytasu pokątnie szmuglowanego do naszych przaśnych warzywniaków. Naiwna młodość dziwiła się: czemu tu może być wszystko, a u nas nie ma nic? Nikt nie wypowiadał tego pytania na głos, a gdyby nawet to zrobił, to pewnie i tak nie usłyszałby odpowiedzi. Nikt z nas też nie zaglądał za kolorowe fasady, nie wnikał, co tak naprawdę zakrywają pełne sklepowe regały.
Pokazał to Mariusz Szczygieł. Życie w Czechosłowacji od zaplecza, od podwórza, gdzie rzuca się na stos niepotrzebne kartony po lentilkach. I niepotrzebnych ludzi. Tych, którzy nie pasują do kolorowej bajki o Arabelli, tych, którzy nie zgadzają się, żeby kobieta za ladą rzucała im smakowite kąski w zamian za milczenie, tych, którzy w szpitalu na peryferiach nie chcą nakładać workowatych ochraniaczy, żeby nie zbrukać błyszczącego linoleum. Lida Baarova, gwiazda kina, która miała to nieszczęście, że zwrócił na nią uwagę Adolf Hitler. Marta Kubisova, piosenkarka, która miała nieszczęście nagrać piosenkę do serialu realizowanego przez państwową (bo przecież innych nie było) telewizję, piosenka zaś niespodziewanie stała się hymnem praskiej wiosny. Otakar Svec, rzeźbiarz, który nieopatrznie wygrał konkurs na monumentalny pomnik Stalina, a potem musiał patrzeć, jak partyjni biurokraci masakrują jego dzieło w imię sojuszu z bratnim Związkiem Radzieckim. Tacy jak oni mieli zostać „zamilczani na śmierć”, mówiąc słowami Pavla Kohouta, pisarza, którego władza też się pozbyła, zmuszając do emigracji (Szczygieł wspomina o jego Kacicy – a to jedna z najlepszych powieści, jakie czytałem).
Książka zaczyna się mocnym uderzeniem – dziejami rodu Batów, potentatów obuwniczych. Można tylko przecierać oczy ze zdumienia, czytając o rozwoju firmy i wpływie, jaki wywierała na życie pracowników, na życie całego miasta. Niesamowity rozmach batyzmu (coś w rodzaju obuwniczego faszyzmu) naprawdę robi wrażenie. Już ten tekst sprawiłby, że Gottland warto przeczytać. Ale to nie koniec. Potem mamy Tylko kobietę (o Baarovej) z genialnym podsumowaniem dojścia Hitlera do władzy:
W tym czasie władzę w sąsiednich Niemczech władzę absolutną zdobywał mężczyzna, który [...] najbardziej był wdzięczny swojemu ojcu za porzucenie pospolitego, wiejskiego nazwiska Schicklgruber.
To jasne.
Pozdrowienie „Heil Schicklgruber” byłoby zbyt rozwlekłe.
Oraz historię praskiego pomnika Stalina i jego twórcy, piosenkarki Kubisovej, której karierę zakończyło oskarżenie o występ w duńskim filmie pornograficznym, czy opowiadane równolegle życiorysy Jaroslavy Moserowej, specjalistki od leczenia oparzeń, która w 1969 roku zajmowała się Janem Palachem (dokonał samopodpalenia w proteście przeciwko interwencji wojsk Układu Warszawskiego i apatii społeczeństwa Czechosłowacji), i Zdenka Adamca, który w 2003 roku powtórzył jego dramatyczny czyn w tym samym miejscu w centrum Pragi – w proteście przeciwko bezdusznemu systemowi i zakłamaniu polityków. Nie umiem wskazać tekstu, który zrobił na mnie największe wrażenie. Podczas lektury myślałem, że już znalazłem ten jeden najlepszy, po czym okazywało się, że kolejny też robi ogromne wrażenie, a potem jeszcze następny. Czechosłowacja okazywała się nie wielkim sklepem ze słodyczami, lecz gigantyczną miodową pułapką. Na pozór było słodko, ale miód oblepiał szczelnie, żeby nikt nie mógł ulecieć, i zaklejał usta, żeby nikt nie protestował. Bohaterka jednego z reportaży stwierdziła wprost: „Uświadomiłam sobie, że szpital dla psychicznie chorych jest w Czechosłowacji jedynym normalnym miejscem, bo wszyscy mogą tam bezkarnie mówić, co naprawdę myślą”.
Zastanawiam się, czy znajdzie się cudzoziemiec, który napisze podobną rzecz o Polsce i Polakach. A może już się znalazł, tylko ja w zacofaniu swoim zdołałem go przegapić?
PS. Wiem natomiast doskonale, które z zamieszczonych w książce zdjęć podoba mi się najbardziej. Stadion. Długie szeregi dziewczyn kostiumach gimnastycznych, zziębniętych, trochę znudzonych oczekiwaniem na rozpoczęcie pokazu. I wszystkie w identycznych butach. Długie szeregi Czeszek w czeszkach.

Tagi , | 19 Komentarzy

Szykarna programa lutowa

Beznadziejnie zacofany w lekturze ma zaszczyt przedstawić
Oryginalne trupy w gorsecie na motocyklu, oprócz tego szykarna programa lutowa, m.in. człowiek-osioł, bezustanny śmiech, bezdenne krowy, które połykają wszystko, konie bez rąk, grające w szachy. Gentleman-balon, unoszący się w powietrze i tam pozostający. Początek o godz. 8. Każdy człowiek może wprowadzić kobietą, każda kobieta dziecko, każde dziecko psa, każdy pies szczeka.
Poza tym czas omówić ankietę. Głosów oddano 44 (prawdziwie mistyczna liczba), a wyniki wyglądają tak:
E. Zola „W matni” 5 (11%)
F. Herbert „Heretycy Diuny” 6 (13%)
M. Szczygieł „Gottland” 11 (25%)
J. Boyne „Chłopiec w pasiastej piżamie” 13 (29%)
J. Thorwald „Stulecie chirurgów” 9 (20%)
Nie wiem, o co tyle szumu z tym „Chłopcem”, ale zapoznam się, bo i tak muszę oddać do biblioteki. Ponieważ „Gottland” wydawał się bez szans, to przeczytałem sobie z zachwytem na boku i jak się otrząsnę z nawału pracy, to napiszę.
Ankieta marcowa z okazji Dnia Kobiet zawiera dzieła kobiece, pierwsze z brzegu, więc proszę się nie oburzać, że tak mało ambitnie podszedłem do zagadnienia.
** Cytat, tylko lekko podrasowany, oczywiście z Oparów absurdu.

12 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.