Archiwum marca 2011

Różańcem po plecach


Natalia Rolleczek, Drewniany różaniec, Korporacja Ha!art 2009 (wydanie siódme poprawione)

Czternastoletnia Natalia trafia do prowincjonalnego sierocińca prowadzonego przez siostry felicjanki. Czeka ją tu głód, chłód i praca ponad siły. Dzieli swój ponury los z kilkudziesięcioma dziewczynkami w różnym wieku i tak jak one szybko uczy się zdobywać jedzenie, którego ciągle brakuje, i walczyć o ścierkę i szczotkę, niezbędne do wykonania prac porządkowych wyznaczonych przez opiekunki. Na krnąbrne i nieposłuszne  sieroty spadają kary: dodatkowe obowiązki albo razy linijką lub drewnianym różańcem. Natalia za brak pokory niemal od razu zostaje obarczona zadaniem sprzątania kościoła; to robota ponad jej siły. Zrozpaczona dziewczynka posuwa się do desperackiego kroku, aby uniknąć tej harówki.
Nigdy chyba nie przestanie mnie dziwić to, jak rozmaicie można odbierać tę samą książkę zależnie od wieku, nastroju czy wręcz pory roku. Jako nastolatek czytałem Drewniany różaniec przede wszystkim jako opowieść o hipokryzji i obłudzie. Zakonnice głodziły, biły i poniżały swoje wychowanki, a równocześnie z ich ust sypały się religijne frazesy. Idealnie korespondowało to z moją rodzącą się wówczas niechęcią do instytucji Kościoła. Tymczasem teraz prawie nic nie zostało z tego młodzieńczego oburzenia. Powieść Natalii Rolleczek uznałem przede wszystkim za doskonały portret zamkniętego światka, zbiorowości, w której trwa stała walka: zakonnice rywalizują między sobą, te „lepsze”, chórowe, pogardzają tymi „gorszymi”, konwerskami, które nie wniosły do zakonu posagu i skazane są na wykonywanie podrzędnych prac. Siostry chórowe mają swoje ambicje, każda chce się okazać lepsza od drugiej. Dziewczęta walczą zarówno z tyranią opiekunek, jak i między sobą: o chleb, o drobne przywileje, o chwilę wytchnienia. Poznajemy sierociniec z perspektywy Natalii, która pozbywszy się harówki przy sprzątaniu kościoła, włączyła się aktywniej w życie koleżanek. Odmalowuje sylwetki sierot, pokazując, jak różne reprezentują typy charakteru i jak różne przyjęły metody radzenia sobie z codziennością. Zauważa też różnice między siostrami: tymi zimnymi i wyniosłymi i tymi, które – same zamknięte w klasztorze wbrew własnym skłonnościom – starały się dać podopiecznym nieco ciepła i poczucia bezpieczeństwa.
Ważnym elementem nowego wydania Drewnianego różańca jest wywiad z autorką, dzięki któremu poznajemy jej biografię, początki pisarskie, reakcje otoczenia na powieść rychło zakwalifikowaną jako antykościelna. Warto przypomnieć bowiem, że pierwsze wydanie książki wyszło w 1953 roku, u szczytu polskiego stalinizmu i nagonki na Kościół. W rozmowie z Piotrem Mareckim Natalia Rolleczek odżegnuje się jednak od przypisywania Drewnianemu różańcowi charakteru propagandowego, uznając go raczej za sposób na uporanie się z upokarzającymi wspomnieniami z dzieciństwa.
Z własnego przykładu wiem, że tę książkę można odbierać rozmaicie. Kto będzie chciał, uczyni z niej manifest antyklerykalizmu, ale docenią ją też bez wątpienia miłośnicy porządnej prozy obyczajowej z celnymi obserwacjami psychologicznymi. Jak na niemal sześćdziesięciolatkę powieść Natalii Rolleczek trzyma się doskonale i zachęcam do wyrobienia sobie o niej własnej opinii.

Za przesłanie książki dziękuję Korporacji Ha!art.

Tagi , | 30 Komentarzy

Odór rynsztoków i spelunek
(Emil Zola, „W matni”)




Praczka Gerwazyna mieszka ze swym kochankiem Lantierem i dwoma synami w obskurnym pokoju w paryskim hotelu. Pieniądze, które przywieźli ze sobą z prowincji, dawno już zostały przejedzone, wszystkie wartościowsze rzeczy trafiły do lombardu. Kobieta zaczyna podejrzewać, że kochanek ją zdradza, a gdy w końcu jej podejrzenia się potwierdzają, mężczyzna wyprowadza się, zabierając resztę ich mizernego dobytku. Najpierw oszalała z bólu po jego stracie Gerwazyna gotowa jest rozszarpać rywalkę, wkrótce jednak przytomnieje – musi zadbać o siebie i dzieci, wraca więc do pracy. Odzyskuje spokój, ma stałe źródło dochodów. Wkrótce zaczyna się do niej zalecać sympatyczny dekarz Coupeau. Gerwazyna wzbrania się przed kolejnym związkiem, ale w końcu cierpliwy Coupeau przełamuje jej opory. Biorą ślub, żyją spokojnie, oszczędzają, by spełnić swe wielkie marzenie – otworzyć własną pralnię. Niestety, dekarz ma wypadek w pracy, odłożone pieniądze idą na leczenie. Wyleczony Coupeau nie bardzo garnie się z powrotem do roboty, a Gerwazyna toleruje jego lenistwo, uznając, że mąż musi się wzmocnić po chorobie. Praczka za pożyczone pieniądze otwiera wymarzony zakład i wszystko wydaje się być w porządku. Niestety dekarz coraz częściej wzmacnia się winem w okolicznych szynkach.

Od tego momentu fabuła robi się dość przewidywalna. Zola zamierzał bowiem pokazać, do czego prowadzi pijaństwo, mamy więc studium powolnego upadku rodziny. Coupeau upija się coraz częściej i coraz mocniejszymi trunkami, Gerwazyna po okresie powodzenia zaczyna opuszczać się w pracy i tracić klientów, ich córka Anna (zwana Naną, bohaterka jednego z następnych tomów) nieuchronnie schodzi na złą drogę. Do rodziny dołącza jeszcze Lantier, który ostatecznie przypieczętuje upadek małżonków.
Degrengolada Coupeau ukazana jest niemalże w naukowy sposób. Metodycznie, etap po etapie Zola przedstawia ich drogę na dno, nie szczędząc, jak na najwybitniejszego przedstawiciela naturalizmu przystało, drastycznych detali. Traktuje swoich bohaterów jak zwierzęta laboratoryjne, niezbędne do unaocznienia czytelnikowi, jakie zło niesie ze sobą pijaństwo, do czego może doprowadzić nawet najporządniejszych i najpracowitszych. W ten sposób stajemy się uczestnikami lekcji poglądowej; bohaterowie są tylko kukłami służącymi do udowodnienia przyjętej przez autora tezy. Nie oznacza to jednak, że portrety bohaterów odmalowane są kilkoma kreskami – wręcz przeciwnie, Zola dba o szczegóły, po mistrzowsku przedstawia nam każdy aspekt ich egzystencji, charakteru, środowiska (rewelacyjne opisy paryskiej pralni). Mimo to nie wzbudzają sympatii ani współczucia. Nie budzą też odrazy. Patrzymy na nich trochę jak na okazy w zoo. We mnie żywsze uczucia wzbudziła jedynie drugoplanowa postać małej Laluni Bijard, katowanej przez ojca alkoholika – zaledwie detal w tej wielkiej panoramie upadku.

Ta metodyczność autora i drobiazgowość w ukazywaniu drogi bohaterów na dno jest nieco męcząca. W pewnym momencie złapałem się na myśli, że spokojnie kilka etapów tego upadku mógł Zola przeskoczyć, chociaż może wtedy efekt nie byłby tak pełny.
Kiedy powieść się ukazała (wydanie książkowe w 1877 roku, wcześniej druk w odcinkach w prasie), wywołała skandal. I tematem, i wyborem bohaterów – w końcu prości robotnicy rzadko wówczas gościli na kartach dzieł literackich – ale przede wszystkim tym, że autor ośmielił się wykorzystać prawdziwy język niższych warstw społeczeństwa: dosadny, nie stroniący od mocnych i wulgarnych sformułowań. Dzisiejszego czytelnika w najmniejszym stopniu język powieści nie razi, w końcu współcześni autorzy zdołali nas przyzwyczaić do znacznie gorszych rzeczy. To, co bulwersowało dziewiętnastowieczną burżuazję, my odbieramy jako potoczny, jędrny język, w którym nie owija się w bawełnę i nie bawi w subtelności.

W matni nie jest moim zdaniem najwybitniejszą częścią powieściowego cyklu Zoli, zbyt jasna jest myśl, jaka przyświecała autorowi, zbyt chłodny jego stosunek do bohaterów. Równocześnie jednak mamy do czynienia z mistrzowskim dziełem naturalizmu: powieściopisarz nie cofał się przed opisaniem najnędzniejszych i najplugawszych stron życia – nie po to, by potępiać czy oceniać, ale by dać świadectwo stosunkom społecznym, pokazać swoim czytelnikom, jak wygląda życie ludzi, na których na co dzień nie zwracają uwagi, i jak wyglądają ulice, na które nigdy się nie zapuścili. Wpuszczał do salonów odór rynsztoków i spelunek. Wówczas go za to potępiano, my zaś dzięki temu poznajemy inne oblicze świata, który przeminął. Czytając kolejne wynurzenia narkomanów, bolesne wspomnienia maltretowanych dzieci czy wykorzystywanych seksualnie dziewczynek, warto pamiętać, że mogli zaistnieć w literaturze dzięki Emilowi Zoli i jego przekonaniu, że „dziełami wielkimi i moralnymi są tylko dzieła prawdy” – bez względu na to jak bolesna i niemiła jest ta prawda. 

Emil Zola, W matni, tłum. Roman Kołoniecki, Państwowy Instytut Wydawniczy 1958 [Rougon-Macquartowie, tom 7]

Tagi | 30 Komentarzy

Buty doktora Mengele

Otto Rosenberg, Palące szkło, tłum. Ewa Kowynia, TAiWPN Universitas 2010.

Gdyby nie to, że Otto Rosenberg był Sinto, pewnie prowadziłby w Berlinie spokojne, choć ubogie życie pod opieką swej babki. Jak ono wyglądało, dowiadujemy się z pierwszych partii jego wspomnień, powstałych pół wieku po wojnie. Klan Rosenbergów nie wędrował po całych Niemczech, jego przedstawiciele mieszkali co prawda w wozach, ale ustawiali je na wynajmowanych berlińskich parcelach. Zmiana nastąpiła w 1936 roku, kiedy przed igrzyskami olimpijskimi oczyszczano stolicę m.in. z Cyganów. Utworzono dla nich obóz w podberlińskiej wsi Marzahn, przy rowach melioracyjnych, do których spuszczano gnojówkę. Sinti podporządkowali się zarządzeniom władz, próbowali przystosować do życia w nowym miejscu. Dorośli pracowali, dzieci chodziły do szkoły i kościoła, gdzie dostawały zupę. Trzynastoletni Otto musiał jednak wkrótce iść do pracy w fabryce zbrojeniowej. Oskarżony o rzekomą kradzież soczewki, trafił do aresztu. Gdy z niego wyszedł, dowiedział się, że jego rodzina trafiła do Auschwitz. Podążył za nimi.
Obóz cygański w Auschwitz powstał w 1943 roku, umieszczano w nim całe rodziny deportowanych Romów i Sinti. Otto odnalazł bliskich, ale niedługo przebywał wraz z nimi. Za jakieś uchybienie regulaminowe czekała go karna kompania, a po powrocie z niej, ciężko chory, trafił do szpitala. Wyzdrowiał.
Nie wiem, jak to możliwe, że przetrwałem Auschwitz. Do tej pory tego nie rozumiem. Miałem też szczęście. Prawdopodobnie czuwała nade mną czyjaś opiekuńcza dłoń.
Otto zaczął pracę w łaźni. Czyścił buty kąpiącym się esesmanom, w tym osławionemu doktorowi Mengele. Dla Rosenberga „Anioł Śmierci” był przystojnym, pogodnym i uśmiechniętym mężczyzną, który kiedyś zostawił mu paczkę papierosów. Już wtedy jednak wiedział, że Mengele prowadzi jakieś eksperymenty, że pobiera od więźniów organy. Po latach pozwolił sobie na taką refleksję:
Tak sobie myślę, że gdyby lekarze wiedzieli wtedy tak dużo o pobieraniu organów jak dzisiaj, nikogo z nas nie zamęczono by pracą na śmierć. Przeciwnie. Powiedziano by nam: nie chcemy was, ale wszyscy zostaniecie internowani. [...] Żeby – jeśli będzie potrzebny jakiś organ – mogli powiedzieć: no, to jutro kolej na tego. [...] Byłby to jeden z lepszych banków mięsa na świecie.
Przerażająca wizja, jakby rodem z jakiejś powieści science-fiction. Może to tylko naiwne rojenia, a może faktycznie, gdyby medycyna była lepiej rozwinięta, taki pomysł mógłby się narodzić.
Rosenberg zauważał też straszliwe spustoszenie, jakie czynił pobyt w obozie w ludzkich duszach:
[...] ludzie tracą współczucie dla innych. Już się tylko kopie, bije i odbiera, żeby się wzbogacić, żeby przeżyć. A gdy tak na samym końcu przyglądnąć się człowiekowi i postudiować go, tak jak ja to zrobiłem, zobaczy się już nie ludzi, a zwierzęta, mają taki wyraz twarzy, którego nie da się zdefiniować.
W sierpniu 1944 roku ostatnich Romów i Sinti z Auschwitz, w tym Ottona, wywieziono do Buchenwaldu, potem do innych obozów. Wyzwolenie nie uwolniło Rosenberga od piętna pochodzenia, którym naznaczyli go naziści. Tułał się po Niemczech, wycieńczony, chory, przepełniała go żądza odwetu za śmierć najbliższych. Dopiero pobyt w domu samotnej Niemki, zabawy z jej dziećmi, odrobina normalnego życia pozwoliły mu stłamsić to uczucie. Powróciło dopiero wtedy, gdy Otton zaczął starać się o odszkodowanie za swoje utracone zdrowie, za zabitych braci i siostry, za matkę, która zmarła wskutek obozowych przejść. Wybiegi urzędników przypomniały mu to, jak potraktował go niegdyś własny kraj.
Wspomnienia Ottona Rosenberga tylko na pozór są beznamiętną relacją. Nie używa on wielkich słów, jego refleksje są może trochę naiwne, ale przejmujące. Musiał żyć ze świadomością, że tylko on przeżył. Zadawał sobie pytanie dlaczego właśnie on żyje, po nocach budziły go koszmary, o rodzicach i rodzeństwie w ogóle nie mógł mówić, zagłuszał ból alkoholem. Dopiero upływ półwiecza pozwolił mu się otworzyć. Siłę dawała mu wiara zaszczepiona w dzieciństwie.
Twarze tych, którzy zginęli, pokazują nam zdjęcia we wkładce. Widzimy ich upozowanych w rodzinne grupki, możemy przyjrzeć się obozowi w Marzahn. Z nieznanych przyczyn podpisy pod fotografiami brzmią niczym z kroniki kryminalnej: „Otto R. z siostrą Therese”. Czy to źle pojęta oszczędność miejsca? Nic na to nie wskazuje. Na dodatek w tych podpisach błędnie odmieniano imię Otto. To przykry zgrzyt.
Przez cały czas czekałem też na wyjaśnienie, co oznacza tytuł książki. „Palące szkło” – czy to jakaś metafora? W tekście nie ma o tym mowy. Jakiś trop dał mi słownik, według którego niemiecki tytuł Das Brennglas oznacza „soczewkę wypukłą”. Tę, którą miał ukraść Otto? Czy tę, przez którą spojrzał po latach na swoje życie? Interpretację pozostawiono czytelnikowi.
Te niedoskonałości nie wpływają jednak na ogólną ocenę tej książki. Oszczędna w słowach, poruszająca i pokazująca zagładę narodów z nowej perspektywy. Jak napisano na okładce, Rosenberg „nie oskarża, nie rozlicza i nie wystawia rachunku. Sinto opowiada swoje życie”. Tylko tyle i aż tyle.

Za przesłanie książki dziękuję TAiWPN Universitas.



Tagi , , | 17 Komentarzy

I już po ankietach

Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli wziąć na swoje barki ciężkie zadanie wyboru mojej lektury na czas najbliższy. Chwilowo mam ustawione czytelnicze priorytety, więc nowa ankieta (albo ankiety) dopiero za czas jakiś. 
Wśród powieści biograficznych bezapelacyjnie wygrał Lanoux  i "Dzień dobry, mistrzu" o Emilu Zoli. Przeczytane  "W matni" czeka na recenzję.
Wśród książek z serii ceramowskiej do ostatniej chwili utrzymywał się potrójny remis; ostatecznie jednym głosem wybór padł na "Panów i niewolników" - jak wynika z komentarzy, zadecydował zarzucony na wabia tytuł rozdziału (przypomnę: „Murzyn-niewolnik w życiu płciowym i rodzinnym Brazylijczyka”). Obiecuję jednak, że nie zapomnę o dwóch innych ceramach, które wzbudziły niemal równie duże zainteresowanie.
Z pozycji anglojęzycznych szanse miały powieści dwóch autorów, których znają wszyscy: Pratchetta i Herriota. Rzutem na taśmę wygrał Herriot. Przewrotnie dodam, że wstawię sobie gdzieś z przodu kolejki książkę Sue Townsend, która to pisarka po raz kolejny nie zdołała się przebić.
Przy okazji przypomnę wszystkim zainteresowanym o nagrodzie blogerów; na forum (http://www.draakhan.info/nagrodablogera/index.php) Enga pracowicie dokonała podsumowań dotychczasowych dyskusji. Przedpole oczyszczone, można przechodzić do kolejnego etapu debat.

Tagi , | 2 Komentarzy

Znaleźć żywą wodę

Wanda Żółkiewska, Maniusia, Nasza Księgarnia 1983.

Rok 2011 ustanowiony został Rokiem Marii Skłodowskiej-Curie. Sto lat temu uczona otrzymała drugą Nagrodę Nobla – z chemii za wydzielenie czystego radu. Tak się też składa, że równo 25 lat temu sięgnąłem po pierwszą książkę o noblistce – była to Maria Curie autorstwa jej córki Ewy. Od tamtej pory śledzę kolejne biografie, a jest ich tyle, że starczy na niewielki rocznicowy cykl.
Chciałbym zacząć od książeczki, którą czytałem jako jedną z pierwszych. Minęło ćwierć wieku i nieco się obawiałem konfrontowania wrażeń z dzieciństwa z wrażeniami dorosłego. Maniusia Wandy Żółkiewskiej jest bowiem książką dla dzieci i o dziecku – jedenastoletniej Mani Skłodowskiej, otoczonej rodzeństwem i koleżankami, poznającej świat i pełnej marzeń. Dominują w nich dwa pragnienia: powrotu starszej siostry Zosi i wyzdrowienia matki. Dzieciństwo młodych Skłodowskich zacieniają bowiem dwie czarne chmury: śmierć Zosi, która umarła na tyfus, i poważna choroba matki. Chora na gruźlicę pani Skłodowska, bezskutecznie leczona, stara się chronić swoje dzieci przed zarażeniem: nie mogą się do niej przytulać, nie znają matczynych pocałunków, muszą się trzymać na dystans. Szczególnie cierpi najmłodsza Maria, wrażliwa, głęboko przywiązana do swych najbliższych. W szkole należy do najlepszych uczennic, co ma jedną złą stronę – zawsze wyrywana jest do odpowiedzi podczas inspekcji przez znienawidzonego Hornberga, Rosjanina tropiącego wszelkie przejawy polskości (mamy przecież rok 1878). Oczywiście nie tylko zmartwienia i nauka wypełniają czas bohaterce; są też zabawy z rodzeństwem, czytanie, wyprawy do miasta.
Główny trzon książki oparty jest na biografii pióra Ewy Curie, ale podawane przez nią nieliczne fakty Żółkiewska rozbudowała, podbarwiła, wreszcie wprowadziła wątki wymyślone przez siebie – przyjaźń z sierotą Walerkiem i Dziadkiem Maciejem, dzięki czemu Mania poznała epizody z nie tak dawnego przecież powstania styczniowego.
Pod koniec opowieści dziewczynka na wieść o nagłym pogorszeniu zdrowia matki i po utracie przyjaciół pogrąża się w marzeniach o znalezieniu wody życia, cudownego środka na wszystkie choroby. My wiemy, że to marzenie po części się spełniło.
Powieść wytrzymała próbę czasu: nie jest infantylna, autorka tchnęła życie w bohaterkę; to jedenastolatka jeszcze nieco dziecinna, ale już zmuszona mierzyć się z ciężarami ponad siły, znajdująca wytchnienie w lekturach, które pozwalają jej zapomnieć o wszystkim i podsycają marzenia, na razie nieokreślone, o czymś wzniosłym i wielkim. W dziewczynce nie ma jednak egzaltacji, sztuczności. Inne postacie nakreślone są szkicowo, stanowią zaledwie tło, dzięki temu jednak uwaga autorki i czytelnika skupia się na głównej bohaterce. Żółkiewska dość udanie, choć również paroma kreskami, przedstawiła też ówczesną Warszawę. Dorośli będą mieli przy tej okazji dodatkową przyjemność: śledzenie nawiązań do najbardziej warszawskiej z powieści, „Lalki” Prusa.
PS. Wanda Żółkiewska to też pisarka z pocztu autorów zapomnianych. Stworzyła lekturę obowiązkową dla (dawnej) klasy piątej szkoły podstawowej, czyli Ślady rysich pazurów o walkach o utrwalenie władzy ludowej w Bieszczadach (o ile pamiętam, to całkiem sprawnie napisana powieść przygodowa, aczkolwiek z dość nachalną wymową ideologiczną) i Czarodzieja, biografię Janusza Korczaka (nie czytałem, niestety).

Tagi , , | 11 Komentarzy

Krwawy kisiel z anioła, alleluja!
(Marta Kisiel, „Dożywocie”)



Znaleźć w dzisiejszych zdegenerowanych czasach śmieszną książkę jest trudniej niż wygrzebać brylant w kaszance. Kiedy więc trafię na coś, co rekomendowane jest już choćby jako zabawne, to nie mogę się oprzeć pokusie. Zdobywam i czytam. W przypadku Dożywocia Marty Kisiel odgłosy zachwytu dobiegały z wielu stron, a najgorętszą orędowniczką Lichotki była Matka Chrzestna tego bloga, zakochana wręcz w pewnym zasmarkanym aniele.

Nawet po podzieleniu tych zachwytów przez dwa uznałem, że warto zaryzykować. Wyłączyłem na wszelki wypadek co czulsze receptory i rzuciłem się w lekturę. Powiem szczerze: do piętnastej strony włącznie miałem uczucie, jakby autorka próbowała w każdym zdaniu ukryć petardę humoru, a uzyskała jedynie rosnący stos niewypałów. Na szczęście od strony szesnastej akcja ruszyła z siłą wodospadu, ja zaś najpierw zacząłem się uśmiechać, potem śmiać, by wreszcie rechotać sobie w głos, co – i niech to będzie największym komplementem dla książki – nie zdarzyło mi się od lat. Fabuły streszczał nie będę, zrobiło to kilka osób wcześniej. Bohaterów też pozwolę sobie nie przybliżać. Kto czytał, to wie, kto nie czytał – niech nadrabia zaległości. Wbrew chyba jednak większości recenzentów mnie najbardziej ujął potwór z głębin odwiecznego zła, czyli Krakers. Gdyby podobne monstrum z talentem kulinarnym szukało przytulnej spiżarni, to zapraszam.

Ubawiłem się setnie, chociaż stłamszone receptory dawały od czasu do czasu znać o sobie, popiskując coś w rodzaju: „Ja to już chyba gdzieś czytałem”. I nie chodzi mi tu o fabułę, ale o poszczególne zwroty i powiedzonka. Marta Kisiel, moim zdaniem, nasiąkła stylem Joanny Chmielewskiej i teraz – miejmy nadzieję, że bezwiednie, tak jak średniowieczni teolodzy, którzy automatycznie niejako pisali językiem Biblii – wykorzystała go we własnej twórczości. Nie robię jej z tego zarzutu, w końcu jeśli się na kimś wzorować, to na najlepszych. Liczę jednak, że dopracuje się bardziej indywidualnego stylu, alleluja. Wielki plus za odgrzebanie znanej mi tylko z poradników językowych uroczej odmiany czasownika w rodzaju nijakim. Zastanawiałem się, po co komu forma „wzięłom” i teraz już wiem: powstała specjalnie z myślą o bezpłciowych przecież aniołach.
Marcie Kisiel dziękuję za kilka godzin bezpretensjonalnej zabawy. Czekam na kolejną powieść, a Dożywocie przeczytam ponownie, jeśli tylko uda mi się je wyrwać zaśmiewającej się małżonce.

PS. Obiecałem Matce Chrzestnej, że napiszę krwawą recenzję, ale przecież nie mogę kopać anioła. Nawet bamboszkiem. Niech więc przynajmniej tytuł sugeruje, że próbowałem chociaż przez chwilę nie poddawać się urokowi książki.

Marta Kisiel, Dożywocie, Fabryka Słów 2010.

Tagi , | 19 Komentarzy

Mała rocznica

Mamy dziś ostatnią sobotę karnawału, co samo w sobie zachęca do imprezowania: kubek herbaty z cytryną, kocyk i apetyczna książka - szał ciał i uprzęży. Poza tym tak się miło złożyło, że równo dwa miesiące temu BZL wystartował i do dziś zaliczył 3000 wejść! Dziękuję wszystkim, którzy czytają i komentują, szczególnie Matce Chrzestnej; bez Niej mógłbym sobie czytać spokojnie w kącie zamiast ujawniać swoje opinie w sieci, która - jak wiadomo - jest wynalazkiem szatana. A teraz zapraszam na tort: 

Tagi | 44 Komentarzy

Judyta w barze mlecznym
(Natalia Rolleczek, „Kochana rodzinka i ja”)



Uprzejmie informuję, że przedawkowałem literaturę poważniejszą i zamierzam przez czas jakiś pławić się w dziełach czysto rozrywkowych. Na początek klasyk autorki znanej już nawet nie trzydziesto-, ale zapewne wyłącznie trzydziestopięcio- albo i czterdziestolatkom.

Natalia Rolleczek, bo o niej mowa, pisała i o tym, jak to źle było w przedwojennych sierocińcach prowadzonych przez zakonnice (Drewniany różaniec), i o tym, jak ciekawa była epoka hellenistyczna (Trzy córki króla). Ale najlepiej jej wychodziły opowieści o rozterkach dziewcząt i chłopców (chyba jednak głównie dziewcząt). Na przykład o niejakiej Judycie Jelonek, rocznik 1941 (tak, tak), zwariowanej szesnastolatce. W Polsce trwa polityczna odwilż, a Judyta wikła się w coraz to nowe kłopoty. Jest to bowiem osóbka, która uważa się za nad wyraz dorosłą i uświadomioną, a w rzeczywistości jest nieco naiwna i jeszcze mocno dziecinna. Aczkolwiek sympatyczna. Wychowuje ją matka, wdowa po bohaterze spod Monte Cassino. Kult ojca pada cieniem na dzieciństwo Judyty i jej starszej siostry Pauli. Babka, rodzinny tyran, karmi dziewczęta patriotycznymi ideałami, przedstawiając poległego ojca jako wzór wszelkich cnót. Panienki jednak od nieznanego rodziciela wolą ciepłego, przyziemnego Juliana, przyjaciela rodziny, który jest zawsze pod ręką chętny do pomocy; a to przyniesie cytryny, a to pozwoli się wypłakać w kamizelkę. Sporadycznym i dalekim uczestnikiem życia rodzinnego jest tajemniczy stryj Karol z Londynu, przysyłający niekiedy paczkę z deficytowymi dobrami. Zasłyszany strzęp rozmowy między matką a babką, szybkie zerknięcie na pozostawiony na wierzchu list matki do jakiegoś mężczyzny sprawiają, że Judycie rusza wyobraźnia. Wymyśla piętrowe zawirowania miłosne, dochodząc do wniosku, że matka musiała wybierać między ojcem a stryjem Karolem, a wierny Julian od lat czekał na swoją szansę i wypalenie się dawnych uczuć. Ostatecznie Judycie udaje się tak zamotać we własnych domysłach i intrygach, że widzi przed sobą tylko jedno rozwiązanie problemów: ucieczkę z domu do możliwie odległego PGR-u, gdzie będzie mogła oddać się pracy u podstaw.

W tym momencie akcja przyspiesza, poznajemy z Judytą niezbyt ciekawe zakamarki Krakowa (sceny w nowohuckim barze mlecznym – mistrzostwo świata, niemal dorównują im wcześniejsze epizody malowania mieszkania sąsiadów przez awangardową młodzież artystyczną), całą galerię mniej lub bardziej sympatycznych typów i typków, a na końcu oczywiście główna bohaterka, pognębiona, pozna zaskakujące rozwiązanie kwestii, nad którymi daremnie łamała sobie głowę.

Przygody Judyty idealnie nadają się na odtrutkę po lekturach zbyt ciężkostrawnych. Doskonale poprawiają też nastrój w chwilach przesileń między porami roku, a przecież właśnie w taki okres przejściowy wchodzimy. Autorka ma dar opowiadania, zmysł obserwacji i poczucie humoru. Na dodatek, jeśli komuś się spodoba, będzie miał przed sobą kolejne dwie części, równie udane.

Natalia Rolleczek, Kochana rodzinka i ja, Nasza Księgarnia 1985.

Tagi , | 21 Komentarzy

Marzec miesiącem ankietowania

Od kwietnia rusza powszechny spis ludności, więc ankiet do wypełnienia nikomu nie zabraknie. W mojej skromnej ankiecie lutowej bezapelacyjnie wygrała „Emma” Jane Austen, która nie dała najmniejszych szans konkurencji. Podejrzewam, że głosujące panie (albowiem żaden przedstawiciel płci męskiej jeszcze się tu nie objawił) a) zagłosowały na to, co same najlepiej znają, b) zrobiły to z premedytacją, aby pastwić się nad moimi opiniami i krytykować typowo samcze podejście do Austen.
A ponieważ „władza nad cudzymi lekturami upaja” (copyright by Maiooffka), to zamierzam dostarczyć wam kilku upojnych, mam nadzieję, chwil. By uniknąć sytuacji, że znów głosujemy tylko na to, co znamy, kilka słów o kandydatkach w trzech (omne trinum perfectum) kategoriach:
1) Powieść biograficzna, bo kilka tytułów haniebnie długo czeka na przeczytanie i spogląda z wyrzutem:
a) David Weiss Nagi przyszedłem. Opowieść o Rodinie – czyli wszystko jasne. Mam podejrzenia, że już to czytałem, ale nie szkodzi. Było niezłe, jeśli nie mylę tytułów.
b) Armand Lanoux Dzień dobry, mistrzu – rzecz o Emilu Zoli, jeśli wierzyć informacji na skrzydełku obwoluty: „powieść o Zoli, w której Zola pulsuje życiem”. Strach się bać.
c) Pierre La Mure Clair de Lune. Powieść o Debussym – La Mure wbrew nazwisku ponoć zalicza się do pisarzy amerykańskich, ale i tak go uwielbiam.
d) Maurice Druon Aleksander Wielki – autor Królów przeklętych w innej epoce, ciekaw jestem, jak mu poszło.
e) H.A. Stoll Sen o Troi – teoretycznie dla młodzieży, ale w praktyce, mam nadzieję, również dla starszych – niesamowite życie Henryka Schliemanna, odkrywcy Troi. Czytałem niegdyś z wypiekami, chętnie powtórzę.
2) Rodowody cywilizacji, zwane też ceramami:
a) Ritchie Calder Spadkobiercy. Opowieść o człowieku i stworzonym przez niego świecie – książka sprzed lat niemal sześćdziesięciu, ponoć wyraz optymistycznego poglądu, że człowiek zdoła sobie podporządkować ziemię i nie wywoła przy tym katastrofy na skalę kosmiczną.
b) Gilberto Freyre Panowie i niewolnicy – historia społeczeństwa Brazylii. Dla zachęty tytuł rozdziału: „Murzyn-niewolnik w życiu płciowym i rodzinnym Brazylijczyka”.
c) Eva Lorenz Odkrywcy i rabusie starożytności – mam nadzieję, że będzie to krwisty romans archeologiczny.
d) Witalij Łariczew W poszukiwaniu przodków człowieka – „kryminał naukowy”, jak twierdzi przedmowa, „dzieje odkryć kopalnych przodków człowieka”.
e) Frank Rainer Scheck Szlak mirry i kadzidła – o dziejach „szlaku wonności” biegnącego z Arabii Południowej nad brzegi Morza Śródziemnego.
3) i jeszcze coś po angielsku:
a) Sue Townsend Rebuilding Coventry – nie ma po polsku. Niejaka Coventry Dakin, wzorowa żona z klasy średniej, zabija człowieka i ucieka przed prawem. Jako bezdomna zamieszkuje w kartonowym pudle w Londynie. Ma być zabawnie.
b) Fannie Flagg Standing in the Rainbow – w polskim przekładzie Dogonić tęczę. Jedyna powieść Flagg, której nie czytałem.
c) Terry Pratchett Carpe jugulum – Niania Ogg kontra wampiry i od razu wiadomo, kto nie ma żadnych szans.
d) James Herriot Vets might fly – kolejny zbiór cudnej urody opowieści weterynarza, tym razem powołanego do wojska.
e) Lilian Jackson Braun The Cat Who Ate Danish Modern – zważywszy barbarzyńskie wydanie serii o Qwilleranie po polsku, trzeba się przerzucić na oryginał. Dla tych, którzy nie znają: kryminał z genialnym kotem w roli detektywa.
Dla zdynamizowania akcji czas trwania ankiet skróciłem do dwóch tygodni.

Tagi | 22 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.