Archiwum kwietnia 2011

Emma wypunktowana
(Jane Austen, „Emma”)


Przypomnę, że Emma wygrała ankietę na lekturę marca. Jako człowiek rzetelny i słowny zacząłem czytać w okolicach Dnia Kobiet, a wskutek zbiegu rozmaitych czynników skończyłem po paru tygodniach zamiast po dwóch czy trzech popołudniach (przy założeniu, że ktoś może poświęcić popołudnie na beztroskie obcowanie z angielskimi klasykami). Od razu podkreślę, że tempo lektury nie miało nic wspólnego z jakością dzieła: nie ziewałem, nie przysypiałem i nie odczuwałem organicznego wstrętu do powieści Jane Austen. Tak jak szarpana była lektura, tak i nieco chaotyczne będą wrażenia, więc zbiorę je w punktach.

1. Pierwsze zdanie – absolutne mistrzostwo świata. Przypomnę: „Emma Woodhouse, osóbka przystojna, rozumna i bogata, posiadająca dostatni dom i obdarzona pogodnym usposobieniem, otrzymała, zda się, wszelkie dary, jakie życie ofiarować może; toteż przeżyła na świecie blisko dwadzieścia lat bez większych powodów do zmartwień i niezadowolenia”. Perfekcja i precyzja. Celna charakterystyka bohaterki oraz subtelna wskazówka, że jednak i na nią spadną jakieś plagi, o których dowiemy się z kolejnych akapitów. Niemal można żałować, że do tego zdania został dopisany ciąg dalszy, który zamyka pole do spekulacji i wyobrażeń i narzuca konkretną wizję wypadków, jakie spotkają pannę Woodhouse – wizję zgodną z wyobrażeniami autorki, a niekoniecznie z naszymi.  

2. Bohaterka – wymykająca się zaszufladkowaniu. Moje opinie wahały się od „kompletna idiotka” i „prowincjonalna gęś” do „całkiem sympatyczna i bystra osóbka”. Zdecydowaną niechęć budził demonstrowany przez Emmę mało subtelnie „faszyzm sferowy”: ciągle ktoś kogoś nie był godny, ktoś komuś nie dorównywał pozycją, a panna Woodhouse stale wykłuwała oczy swej przyjaciółce Harriet różnicami sferowymi, na dodatek traktując je mocno instrumentalnie, zależnie od własnych zamierzeń – bogaty dzierżawca nie był godny owej panny, ale nadęty pastor powinien był docenić wdzięki dziewczęcia (mimo iż było ono niżej urodzone). Wiem, że to cecha typowa dla epoki, ale jakoś w innych książkach Austen czynnik ten, również obecny, pojawiał się dużo dyskretniej. Może akurat w Emmie manifestuje się tak szczególnie te uprzedzenia (uprzedzenia w naszym pojęciu, ówcześni traktowali te sprawy bardzo zdroworozsądkowo) dlatego, że popycha to fabułę do przodu.  

3. Fabuła – przewidywalna. Autorka charakteryzuje główne postacie, ich podejście do życia i otoczenie i od razu można sobie wytyczyć dalszy kierunek wydarzeń, szczególnie w sferze romansowej, mimo iż Austen próbuje mylić tropy, a jej bohaterka wykazuje się porażającą niedomyślnością i z uporem godnym lepszej sprawy wmawia sobie coraz to nową miłość. Co więcej, Emma zajmuje się swatami, ale rozeznanie w cudzych uczuciach ma równie marne, jak we własnych. W każdym razie każdy, kto czytał Dumę i uprzedzenie lub Rozważną i romantyczną z miejsca rozpozna, czyje śluby opisze autorka w zakończeniu. Powieść mogłaby być o jedną trzecią krótsza, nic nie tracąc, a zyskując jedynie na dynamice.  

4. Dodatkowe smaczki – w zasadzie brak. Dwie inne znane mi powieści Jane Austen obfitowały w celne charakterystyki postaci, przedstawianych z sympatią albo lekką ironią, w barwne obserwacje obyczajowe i ciepły humor. W Emmie dominuje raczej sztampa w przedstawianiu bohaterów, szkicowanych bardziej grubą kreską niż cyzelowanych; galeria typów standardowa: szlachetny dżentelmen, gadatliwa stara panna, marudny hipochondryk, złoty młodzieniec i tak dalej. Dżentelmen będzie udzielał złotych rad pannie Woodhouse, stara panna będzie się wszystkim naprzykrzać swymi opowieściami, tatuś hipochondryk będzie stale domagał się uwagi, a złoty młodzieniec zasieje ferment. Oczywiście talent Jane Austen nie pozwolił, żeby poszło to wszystko w kierunku zupełnego banału, ale jednak brakowało mi nieco błyskotliwości.

5. Podsumowanie – nie polecam jako książki pierwszego kontaktu z Jane Austen. Po co sobie wyrabiać opinię, że pisała przewidywalne romansidła i że prawie nic – ani humor, ani zmysł obserwacyjny – nie uzasadnia dość powszechnych zachwytów nad jej twórczością. Jeśli jednak nie nastawimy się na arcydzieło pióra mistrzyni, to Emma dostarczy niejakiej rozrywki; mnie szczególnie pochłaniało obserwowanie głównej bohaterki, o której chciałem sobie (bezskutecznie) wyrobić zdanie. Na plus zaliczyć muszę także ograniczenie liczby cytowanych listów (właściwie tylko jeden, chociaż bardzo długi, za to istotny dla wyjaśnienia postępowania jednego z bohaterów). Przeczytać więc można bez szczególnej przykrości, ale nie jest to pozycja obowiązkowa.

Jane Austen, Emma, tłum. Jadwiga Dmochowska, Prószyński i S-ka 2003. 

Tagi | 39 Komentarzy

Marzenie o chlebie, cz. 2

  Mamo wstań – obraz A.A. Kazancewa.
Tom W oblężonym Leningradzie, o którym pisałem niedawno, zawiera wspomnienia matki, która poświęciła całą energię i wszystkie siły ratowaniu swych dzieci. Nie ma natomiast w nim historii najtragiczniejszych: dzieci, które straciły matki. Dlatego przedstawiam fragment wspomnień nauczycielki Anastazji Mironowej, która zimą z 1941 na 1942 rok uratowała około setki maluchów:
Jura Stiepanow lat 9 ponad dobę leżał obok zmarłej matki. Chłopczyk mówił: „Dobrze koło mamy, tylko zimno”. Jura nie chciał iść ze mną. Krzyczał, opierał się, chwytał się mebli i powtarzał: „Mamo, mamo, co z tobą zrobili”.

W komentarzu do notatki wspomniałem o oglądanej niegdyś fotografii zapisków dziewczynki, która lakonicznie utrwalała daty odejścia kolejnych najbliższych sobie osób. Była to dwunastoletnia Tania Sawiczewa. Udało mi się odszukać to zdjęcie.

Tekst zapisków:
Żenia [siostra Tani] zmarła 28 grudnia o 12 w południe, 1941 r.
Babcia zmarła 25 stycznia o 3 po południu, 1942 r.
Loka zmarł 17 marca o 5 rano, 1942 r.
Wujek Wasia zmarł 13 kwietnia o 2 w nocy, 1942 r.
Wujek Losza zmarł o 4 rano, 1942 r.
Mama 13 maja o 7.30 rano, 1942 r.
Sawiczewowie [opiekunowie Tani] zmarli.
Wszyscy zmarli.








Zdjęcia i cytat ze wspomnień Mironowej z: Władysław Bortnowski, Andrzej Sokolnicki, 900 dni Leningradu, Krajowa Agencja Wydawnicza 1984 (tu nieduża bibliografia, z której jednak wypisałem sobie kilka interesujących książek - więc ciąg dalszy nastąpi).

Tagi , , | 10 Komentarzy

Ostatnie lato dzieciństwa

Ewa Nowacka, Kilka miesięcy, całe życie, Nasza Księgarnia 1981.

Gdy byłem w wieku bohatera książki Ewy Nowackiej, to jej powieści współczesne niezbyt mi się podobały. Wydawało mi się, że za dużo cieni kładzie się po kątach, że nawet w słoneczny dzień jakaś czarna chmura czai się za horyzontem. Być może podświadomie reagowałem niechęcią na niełatwe problemy, jakie poruszała, być może uznawałem, że dylematy bohaterów mnie nie dotyczą i lepiej nie psuć sobie nimi nastroju. Dopiero teraz, na fali odświeżania sobie rozmaitych zapomnianych lektur, postanowiłem zweryfikować tę opinię.
Po przeczytaniu Kilku miesięcy, całego życia nadal uważam, że Nowacka stawiała swych dojrzewających bohaterów przed trudnymi dylematami, teraz wiem jednak, że i tak może ułożyć się życie, a zmaganie się z wieloma zasadniczymi pytaniami jest częścią dorastania. To, jak sobie na nie odpowiemy, zadecyduje o tym, kim się staniemy.
Trzynastoletni Piotrek spędza, jak co roku, wakacje u dziadka na wsi. Jego rodzice wyjeżdżają wtedy na zagraniczną wycieczkę, co jest dla nich symbolem własnego awansu społecznego. Ojciec chłopca bowiem ze wszystkich sił stara się odciąć od swoich korzeni, od tej wsi, z której pochodzi, a z której się wyrwał, by zdobyć wykształcenie. Dla niego liczy się praca, kariera i pieniądze, materialne dowody pozycji. Nie ma najlepszej opinii o swym rodzinnym domu, pogardza dawnymi znajomymi, którym się gorzej powiodło. Syna podrzuca dziadkowi, ale stara się swojego jedynaka odgrodzić od „złych wpływów” wiejskich chłopców. Piotrek natomiast jest zachwycony i wsią, i dziadkiem, i kolegami – zna wszystkich i wszystko, z góry cieszy się na wspólne zabawy, kąpiele, przygody. Pojawia się też ktoś nowy – Elka, niedostrzegana dotąd siostra towarzyszy wakacyjnych eskapad, która zaczyna fascynować chłopca i powoli staje się dla niego kimś wyjątkowym.
To lato jest dla Piotrka bardzo ważne: oprócz zwykłych chłopięcych zabaw wypełnia je rodzące się uczucie do Elki. Ponadto wnuk zaczyna się interesować przeszłością dziadka, o którym tak naprawdę niewiele wie, dostrzega jego pasję ogrodniczą, obserwuje, w jaki sposób starszy pan odnosi się do ludzi, do zwierząt i roślin – i porównuje go z własnym ojcem, który ocenia ludzi według stanowiska, majątku i wpływów. Piotr wciąż jest jednak dzieckiem, nie potrafi jeszcze wyobrazić sobie, jakie skutki pociąga za sobą jego nieodpowiedzialność – przez to o mało nie ginie jego ulubiony pies, on sam poważnie się przeziębia, naraża na szwank dobre stosunki z dziadkiem, a wreszcie poniekąd doprowadza do gwałtownej zmiany w życiu całej rodziny.
Śledzimy początek dojrzewania bohatera, kiedy musi sam ustalić, co jest dla niego ważniejsze: zabawa z kolegami czy opieka nad ufającym mu zwierzęciem, chęć zaimponowania dziewczynie czy szacunek dla dziadka i jego pracy. Pierwsze wybory nie są najszczęśliwsze, ale Piotrek przekonuje się, że może liczyć na dziadka i jego życiową mądrość. Dowiaduje się, czym należy się kierować w ocenie ludzi, jak pomagać i przyjmować pomoc. I wnuk, i dziadek, boleśnie zostają dotknięci małostkowością i materializmem ojca Piotrka, który wymusza na nich rezygnację z tego, co obaj uważali za najważniejsze. Wali się świat, życie nigdy nie będzie już takie, jak dawniej. Można mieć tylko nadzieję, że zrozumieją, iż mają jeszcze siebie i że są sobie potrzebni.
To mądra książka i zaskakująco aktualna, takich ojców Piotra widuje się aż nazbyt często i aż nazbyt często próbują oni narzucać innym (a przede wszystkim własnym dzieciom) swój sposób widzenia świata. Oby nie zabrakło pełnych życiowego doświadczenia dziadków, którzy wskażą swoim wnukom, jak odróżniać dobro od zła, wpoją im szacunek do ludzi i nauczą samodzielnie myśleć.

Tagi , | 6 Komentarzy

„Wyspa przedstawiała widok straszliwy...”
(Nicolas Wert, „Wyspa Kanibali”)


W 1933 roku na nagiej wyspie Nizino pośrodku Obu na Syberii znalazło się kilka tysięcy ludzi: wygłodzonych, obdartych, chorych, pozbawionych dachu nad głową i jakichkolwiek narzędzi. Wśród nich „elementy zdeklasowane i szkodliwe społeczne”, których pozbyto się z wielkich miast mających być wizytówkami radzieckiego państwa, chłopi, którzy przed szalejącym głodem uciekali z rodzinnych wsi, a także ci, których jedyną winą było to, że przypadkiem wyszli po papierosy bez dokumentu tożsamości. Po ciężkiej podróży przez niemal cały Związek Radziecki, po pobycie w prymitywnym obozie w Tomsku rzucono ich na ten spłachetek lądu. Mieli tam budować sobie nowe życie – przynajmniej w teorii. W rzeczywistości pozostawieni sami sobie skazani byli na śmierć, dzięki czemu uwolniliby lokalne władze od konieczności zajmowania się nieproduktywnymi przesiedleńcami.

Wkrótce jednak zaczęły się rozchodzić wieści o przypadkach kanibalizmu wśród deportowanych, o nadużyciach, jakich dopuszczali się strażnicy, o ogromnej śmiertelności, groźbie epidemii. Wieści dotarły do samego towarzysza Stalina, a ten nakazał zbadać sprawę i wyjaśnić, co stało się na syberyjskiej wyspie. To chyba jeden z nielicznych  przypadków (a może wręcz jedyny?), kiedy Stalin kazał wyjaśnić zbrodnię popełnioną na swój własny rozkaz. Na podstawie materiałów zebranych przez partyjną komisję francuski historyk Nicolas Werth mógł opisać dzieje Wyspy Kanibali.

Nie jest to książka epatująca drastycznymi szczegółami, wprowadzająca czytelnika w mroczne detale zbrodni. To doskonale skonstruowana i udokumentowana praca historyczna, która ujmuje wydarzenia z 1933 roku w szerszej perspektywie: najpierw poznajemy sytuację w Związku Radzieckim i politykę władz zmierzających do przebudowania społeczeństwa (a sposobem na dokonanie tej przebudowy miało być pozbycie się wszystkich, którzy mogli sabotować starania komunistów; te aspołeczne jednostki, po przesiedleniu na obrzeża imperium, miały własnymi rękami wykuwać swój los i wrócić dzięki uczciwej pracy na łono zdrowej części narodu). Plany były piękne i z rozmachem nakreślone, nie brały jednak pod uwagę realnych warunków ekonomicznych i geograficznych. Cóż bowiem lokalne władze miały począć z transportami tysięcy ludzi bez prowiantu i narzędzi, bez odpowiedniej odzieży i umiejętności, które mogłyby zapewnić im przetrwanie w trudnych warunkach Syberii? Na przygotowanie dla nich miejsc osiedlenia, na zdobycie środków transportu i żywności nie było szans. Co więcej, okazywało się, że większość deportowanych to kryminaliści, a to groziło zaognieniem sytuacji na Dalekiej Północy, gdzie władza radziecka i tak ledwo się trzymała.

Werth przedstawia kolejne etapy procesu, który ostatecznie doprowadził do straszliwych wypadków na wyspie Nazino na Obie, wskazuje, do jakiego stopnia podczas przygotowywania gigantycznej operacji oczyszczania kraju z elementów niepożądanych nie liczono się z rzeczywistością, jak ignorowano słabe protesty lokalnych władz, puszczano mimo uszu wyrażane przez co odważniejszych funkcjonariuszy partyjnych obawy. Przerażająca jest skala ignorancji, zakłamania i bezwzględności, jaką prezentują wszyscy zamieszani w proces decyzyjny i realizację planów deportacji. Poraża całkowity brak koordynacji i współpracy pomiędzy ogniwami administracji, policji i państwowych przedsiębiorstw. Do tego dochodzi całkowita obojętność na los tych, którzy wpadli w tryby tej „inżynierii społecznej” i którzy zapłacili cenę najwyższą za realizację komunistycznych mrzonek. Setki tysięcy ludzi były jedynie liczbami w statystykach – i to statystykach prowadzonych wyjątkowo niedbale.

Lektura Wyspy Kanibali pozwala sobie uzmysłowić na nowo cały zbrodniczy wymiar stalinowskiego reżimu. Nicolas Werth przedstawia fakty, pozwala mówić dokumentom, rzeczowo komentuje obraz, jaki się z nich wyłania. Jego wywody są precyzyjne, a ich spokojny ton tym bardziej uwypukla grozę wydarzeń. Nie ma tu retorycznych efektów, nie ma emocjonalnego podejścia do trudnej historii lat trzydziestych. Bardzo mi taki styl pisania odpowiada. Autor dostarcza materiału, pokazuje mechanizmy, ale nie ocenia i nie potępia, uznając, że nie taka jest jego rola. Jego książka to doskonały przykład realizacji hasła, które powinno przyświecać wszystkim historykom: Sine ira et studio – bez niechęci i bez sympatii.

Nicolas Werth, Wyspa Kanibali. 1933. Deportacja i śmierć na Syberii, tłum. Marta Szafrańska-Brandt, Znak Literanova 2011.
Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.

Tagi , | 22 Komentarzy

Piekło i demony

Zupełnym przypadkiem (no dobra, czatowałem na to od rana) wzrok padł mi na licznik odwiedzin, a na nim:

Prawda, jaka okrąglutka liczba? Zaraz mi się przypomniał stary kawałek Iron Maiden. Od przodu "The Number of the Beast", na wspak "The Number of the Beast" i jeszcze nawet jedna szóstka zostaje dla jakiegoś pomniejszego demona (książkowego, rzecz jasna). W zasadzie powinienem zorganizować czarną mszę i podać czarną polewkę, ale mam apetyt na ruskie pierogi. A czarna może być kawa. Częstujcie się!


Tagi | 29 Komentarzy

Stadko panny Brodie

Muriel Spark, Pełnia życia panny Brodie, tłum. Zofia Uhrynowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1972.

Do sięgnięcia po tę książkę zachęciło mnie zaproszenie do kwietniowego klubu czytelniczego.
Tytułowa panna Brodie jest nauczycielką w edynburskiej szkole żeńskiej i słynie z tego, że spośród swych uczennic wybiera sobie gromadkę ulubienic, które stają się jej „stadkiem” – nauczycielka poświęca im wiele czasu, zabiera na wystawy i przedstawienia, wiele z nimi rozmawia, przekazuje im wiedzę wykraczającą znacznie poza program nauczania. Wydawałoby się, że jest więc idealną nauczycielką i wychowawczynią. Niestety rzeczywistość nie wygląda tak różowo. Panna Brodie bowiem niekoniecznie ma na uwadze wyłącznie dobro dziewczynek. Tworzy z nich coś w rodzaju gwardii przybocznej, którą wykorzystuje w rozgrywkach z innymi nauczycielami i dyrektorką, podejrzliwą wobec niekonwencjonalnego podejścia swej podwładnej do edukacji uczennic. Obserwujemy więc kolejne etapy zaszczepiania dzieci „brodyzmem” (panna Brodie jest zresztą wielbicielką Mussoliniego, a potem Hitlera), ich niezdrową fascynację życiem uczuciowym i erotycznym wychowawczyni, wreszcie manipulacje, do jakich posuwa się panna Brodie, by z pomocą dziewczynek osiągnąć własne cele.
Autorka przeskakuje od lat trzydziestych, kiedy toczy się zasadnicza akcja książki (a i w obrębie tych lat widzimy uczennice jako dziesięcio- i szesnastolatki), do okresów późniejszych, by ukazać nam losy swych bohaterek i wskazać, jakie piętno wycisnęła na nich nauczycielka. Równocześnie te wypady w przyszłość zwracają uwagę czytelnika na pewne fakty i motywy, które decydowały o postępowaniu i dziewcząt, i Jean Brodie.
Wbrew tytułowi nie jest to opowieść wyłącznie o pannie Brodie. Poznajemy ją co prawda, patrząc na nią oczami uczennic, odtwarzamy jej charakter z jej własnych wypowiedzi i postępków, ale wchodzimy też w dusze dziewcząt, szczególnie tych dwóch, które najdłużej utrzymały się w orbicie przyciągania nauczycielki. Panna Brodie nie jest postacią wzbudzającą sympatię, nie jest też postacią jednoznaczną. Z lekką zgrozą obserwowałem, jak kształtuje uczennice na swoje podobieństwo, narzucając im własne poglądy i uprzedzenia – które one przyjmują jako jedyne słuszne, jak włącza je do swoich gierek z nielubianym ciałem pedagogicznym.
To dobra powieść, sprawnie napisana i wciągająca, ale nie poruszyła mnie specjalnie (w przeciwieństwie, na przykład, do dabarai) i nie sądzę, bym musiał koniecznie poznawać inne utwory Muriel Spark. Jako wielbiciel Maggie Smith natomiast chętnie przy jakiejś okazji obejrzałbym filmową adaptację Pełni życia. W każdym razie dyskusja zapowiada się ciekawie i zachęcam do jej śledzenia. Może podczas niej pojawi się kwestia, która pozwoli mi spojrzeć na tę książkę z innego punktu widzenia i dostrzec rzeczy, które mi umknęły.

Tagi | 25 Komentarzy

Za Rzekę Pożerającą Człowieka

Ewa Nowacka, Szubad żąda ofiary, Nasza Księgarnia 1972.

Szubad, królowa Ur, umiera po długiej chorobie. Zgodnie ze zwyczajem wielka władczyni nie może sama podążyć do krainy Kur, za Rzekę Pożerającą Człowieka. Musi jej towarzyszyć godny orszak sług, by i na tamtym świecie Szubad niczego nie brakowało. Wśród wyznaczonych przez najwyższego kapłana do „dobrowolnego” odejścia wraz ze zmarłą znajduje się Nin-dada, niewolnica dźwigająca dzbany z wodą do komnat królowej. Jej przyjaciel, piętnastoletni Entemena, wie, że już więcej jej nie zobaczy i postanawia ratować dziewczynę. Wyrwanie jednak bogom przeznaczonej im ofiary nie jest łatwe. W dramatycznych staraniach o uwolnienie przyjaciółki Entemena zyskuje niespodziewanych sojuszników, dowiaduje się też, że zawsze może liczyć na swoich rodziców, którym dotąd sprawiał tyle kłopotów i zmartwień.
Osadzona w scenerii starożytnego Sumeru książka Ewy Nowackiej to opowieść o przyjaźni gotowej do najwyższych poświęceń, o pierwszej miłości i dojrzewaniu, o przekształcaniu się z chłopca, niesfornego i leniwego, w mężczyznę gotowego wziąć na siebie odpowiedzialność za losy własne i najbliższych. Jest to też pochwała miłości rodzicielskiej, niekiedy surowej, ale zawsze gotowej do wybaczenia. Tło historyczne zarysowane jest dość ogólnie, co zrozumiałe przy naszej nadal szczątkowej wiedzy o tej odległej epoce, fabuła zresztą – po niewielkich modyfikacjach – mogłaby się rozgrywać niemal wszędzie i w każdych czasach. Mimo to mamy okazję poznać kilka sumeryjskich mitów i wspaniałych hymnów sławiących bogów i bohaterów. Klimat podkreślają rysunki wzorowane na sumeryjskich, jest nawet mapka dorzecza Tygrysu i Eufratu.
Chociaż przeznaczona dla młodszych czytelników, książka nie jest infantylna i doskonale się czyta. Narratorem jest sam Entemena, niekiedy opowieść przejmuje jego matka. Język przypomina ten znany ze źródeł sumeryjskich, co nie oznacza, że jest ciężki i archaiczny. Autorka raczej doskonale uchwyciła charakterystyczny rytm starożytnych tekstów, ich skłonność do rytualnego niemal powtarzania pewnych fraz i specyficznego obrazowania (być może wzorem był dla niej „Egipcjanin Sinuhe”, którego wielbiciele doskonale odnajdą się w tej książce). Czytana po latach Szubad żąda ofiary okazała się jeszcze lepsza niż zapamiętałem; to nie tylko przygodowa fabuła, ale też sporo walorów poznawczych i uniwersalne przesłanie.
Autorka powieści, Ewa Nowacka, odeszła za Rzekę Pożerającą Człowieka 29 marca 2011 roku.

Tagi , | 6 Komentarzy

Marzenie o chlebie

Aleś Adamowicz, Danił Granin, W oblężonym Leningradzie. Dramatyczne wspomnienia, tłum. Anna Wrzosek, Bellona 2011.

Leningrad został 8 września 1941 roku odcięty od reszty Związku Radzieckiego. Siły niemieckie szykowały się do szturmu, chcąc rzucić na kolana miasto, w którym rozpoczęła się rewolucja bolszewicka. Atak się nie powiódł, więc przeciwnik postanowił zablokować Leningrad i wziąć go głodem. Wbrew niemieckim rachubom Leningrad trzymał się przez 900 dni i nocy – do 27 stycznia 1944 roku, kiedy wielka ofensywa Armii Czerwonej odrzuciła wroga na zachód.
Tyle wstępu historycznego. Podczas blokady miasta życie straciło około miliona z trzech milionów mieszkańców. Książka wydana przez Bellonę przybliża nam przeżycia, jakie stały się udziałem trzech osób spośród tych milionów.
Gieorgij Kniaziew był historykiem, dyrektorem Archiwum Akademii Nauk, człowiekiem dojrzałym. Pisał dziennik, aby dać przyszłym pokoleniom świadectwo barbarzyńskiej epoki, gdy ludzie walczyli ze sobą. Stara się więc analizować sytuację wojenną, szuka porównań do wydarzeń z przeszłości. Wiele miejsca poświęca swojej pracy, próbom uratowania bezcennych materiałów historycznych z archiwum. Nie może, oczywiście, nie zauważyć pogarszającej się sytuacji bytowej swojej i swoich współpracowników, ale początkowo nie jest to motyw dominujący w dzienniku. Dopiero po miesiącach oblężenia dopuszcza do siebie myśl, że i on sam, i jego ukochana żona mogą nie dożyć zwycięstwa, że są coraz słabsi, coraz trudniej im zdobyć żywność. Mimo to dalej stara się, by jego notatki pokazywały jak najwięcej z tego, co działo się dokoła, żeby nie skupiały się tylko na osobie autora.
Autorem drugiego dziennika był piętnastoletni w chwili wybuchu wojny Jura Riabinkin. W jego życiu wojna i oblężenie początkowo czas nowych zadań, jak choćby dyżurów przeciwpożarowych czy kopania rowów przeciwczołgowych. Dużo w jego zapiskach wystrzałów, huku bomb, ale już wkrótce zdominuje je jeden temat: głód, wszechobecny i dojmujący. Jura wystaje w kilometrowych kolejkach po żywność i często nie donosi zakupów do domu; zjada część mizernych przydziałów po drodze. Potrafi gniewać się na młodszą siostrę o to, że dostała pół cukierka więcej. W ogóle atmosfera w jego domu robi się ciężka i nieznośna; zarzuty, oskarżenia, podejrzenia, że ktoś mógł zjeść więcej, że uszczuplił cudzą porcję. Marzeniem wszystkich jest chleb, ale też ewakuacja, wydostanie się z Leningradu. Wokół tej myśli kręci się świat Riabinkinów, matka odwiedza kolejne urzędy, wydeptuje ścieżki, byle tylko zapewnić swoim najbliższym szansę przeżycia.
Trzecia bohaterka książki, Lidia Ochapkina, swoje wspomnienia utrwaliła zaraz po wojnie, podczas oblężenia nie miała głowy do pisania – musiała ratować życie swoje i dwójki swoich dzieci. Temu też podporządkowała wszystko. Ciągłe przeprowadzki w poszukiwaniu nieco bezpieczniejszej okolicy, gdzie są jeszcze jakieś zapasy opału. Nieustanne poszukiwanie żywności, w lęku o pozostawione w domu małe dzieci. Cierpienie matki, która  patrzy, jak syn i córka nikną w oczach. I również marzenie o ewakuacji.
Zapiski tej trójki przeplatają się, uzupełniane czasem wspomnieniami innych leningradczyków i komentarzem autorów. Chociaż w tym tercecie każdy głos brzmi inaczej – Kniaziew stara się o ton obiektywny, Riabinkin jest jeszcze dziecinny, a Ochapkina opisuje swoje przeżycia bardzo naturalistycznie – to razem składają się na obraz życia udręczonych ludzi, gnębionych przez głód, mróz, bombardowania i ostrzał artyleryjski. Troje konkretnych bohaterów, w różnym wieku, z różnym bagażem doświadczeń, symbolizuje los, jaki stał się udziałem wszystkich mieszkańców Leningradu. Lektura jest przejmująca; we mnie wzbudziła niedosyt i zamierzam poszukać innych książek o blokadzie. Lekki niedosyt budzi też wkładka zdjęciowa, dlatego warto sięgnąć do dodatkowych materiałów (polecam np. znakomite kolaże).

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu Bellona.

Tagi , , , , | 16 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.