Archiwum maja 2011

Płaszcz zabójcy, odc. 2

Z dziennika Anne Frank

Amsterdam, 31 maja 1944 roku

Kochana Kitty!
W sobotę, niedzielę, poniedziałek i wtorek było tak gorąco, że nie mogłam utrzymać pióra w ręce, dlatego też niemożliwe było do Ciebie napisać. W piątek kanalizacja była zepsuta, w sobotę została naprawiona. [...] Takie piękne i gorące, można spokojnie powiedzieć, upalne Zielone Świątki bywają rzadko. Upał tu, w Oficynie [miejsce ukrywania się kilku rodzin żydowskich, w tym państwa Frank BZL], jest straszny, żeby Ci to przybliżyć, opiszę w skrócie gorące dni:
Sobota:
Wspaniale, co za pogoda mówiliśmy rano. Żeby tylko było trochę chłodniej mówiliśmy po południu, kiedy trzeba było zamknąć okna.
Niedziela:
To jest nie do wytrzymania, ten upał, masło się topi, w domu nie ma ani jednego chłodnego miejsca, chleb wysycha, mleko się psuje, nie można otworzyć żadnego okna. My biedni wygnani siedzimy tu i dusimy się, podczas gdy inni ludzie mają zielonoświątkowe wakacje. (To pani).
Poniedziałek:
Stopy mnie bolą, nie mam cienkich rzeczy, nie mogę zmywać w tym gorącu! Narzekanie od rana do wieczora. To było ogromnie nieprzyjemne.
Stale jeszcze nie mogę znieść gorąca i cieszę się, że dziś porządnie wieje, a mimo to świeci słońce.
Twoja Anne M. Frank

Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 236237.



Tagi , | 13 Komentarzy

Płaszcz zabójcy



The Assassin’s Cloak. An Anthology of the World’s Greatest Diarist, oprac. Irene i Alan Taylor, Canongate Books 2000.

Jeśli wydaje się wam, że znacie ten tytuł, to macie rację. Nie tak dawno Padma  obszernie przedstawiła antologię złożoną z fragmentów dzienników i pamiętników z różnych epok. Zrobiła to tak smakowicie, że nie oparłem się pokusie i nabyłem egzemplarz za oszałamiającą sumę 0,99 funta (niech żyją charity shops!). Odkąd tydzień temu opasłe tomisko dotarło do mnie, czytam co wieczór zapiski z danego dnia (wybiegając naprzód, bo któż oparłby się pokusie?), a niekiedy otwieram na chybił trafił i podczytuję przypadkowo wybraną zapiskę.
Tytuł książki pochodzi z dziennika szkockiego poety Williama Soutara, który napisał: „Dziennik to płaszcz zabójcy, który nakładamy, kiedy chcemy dźgnąć towarzysza w plecy naszym piórem”. Ulubiona zaś ostatnio na blogach autorka, Muriel Spark, nazwała antologię „kufrem pełnym rozrywki i wiedzy” (swobodne tłumaczenie własne).
W dyskusji o książce na blogu Padmy padły dwie sugestie: że warto byłoby przełożyć rzecz na polski („Points des reveries, Messieurs”) i przygotować podobny zbiór z fragmentami dzienników polskich autorów. Ponieważ Padma uprzejmie pozwoliła mi skorzystać ze swoich pomysłów, chciałbym zaproponować rozwiązanie mieszane: otóż przez cały czerwiec, co kilka dni, pojawiać się będzie tu fragment dziennika, pamiętnika lub listu. Nie odmówię sobie sięgnięcia po klasyków gatunku, ale autorami będą głównie Polacy – w końcu mamy nie lada osiągnięcia, z samych tylko fragmentów dzienników Zofii Nałkowskiej można zestawić całoroczną antologię.
Zapraszam do czytania, komentowania i podrzucania waszych ulubionych zapisków z dzienników. Może serial przekształci się w prawdziwy tasiemiec? W odcinku pilotowym, a jakże!, Zofia Nałkowska.

*** 

Z dziennika Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 29 maja 1942 roku
Wybuchł wreszcie ten maj zapachem, upałem, piskiem ptaków, wszystkimi kwiatami. Brak tylko motyli i ćmy nie tłuką się wieczorami u elektrycznych lamp. Nie wiem, że żyję, porwana w ten przyśpieszony kołowrót pracy, w ciasny, wstydliwy splot zagadnień moralności i zagadnień istnienia. Noce bez snu po zmęczeniu dnia, strachy sumienia, politowanie nad własnym nierozumem. We dnie tłumy ludzi przed sklepem [Nałkowska podczas okupacji wraz z siostrą prowadziła sklep tytoniowy – BZL], długie ogony, krzyk, lament i perswazje, by otrzymać więcej niż wyznaczona dawka dziesięciu papierosów. Widzenie z zewnątrz siebie i innych w tej relacji, powolne schodzenie w ten lej, którego nie można uniknąć, którego unikanie byłoby nie bohaterstwem, tylko nonsensem. Nawet matka jest głodna. Żywność od Zosi, za którą rewanżuję się cenną teraz bielizną i papierosami, już się skończyła, zarówno jak dwie żywnościowe przesyłki zupełnie nieznajomej pani, której tak jestem wdzięczna. Nie ma cukru, nie ma masła. Kasza, mąka, mleko – to wszystko jest w cenach potwornych albo wcale [...].

Zofia Nałkowska, Dzienniki 1939–1944, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1996, s. 298–299.

Tagi , | 39 Komentarzy

Niebieski dzbanuszek z łabędziami

Magda Szabó, Staroświecka historia, tłum. Krystyna Pisarska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981.

Na początku chciałbym podziękować dwóm życzliwym osobom, dzięki którym mogłem w ogóle skończyć czytanie. Tuż bowiem przed końcem w moim egzemplarzu ziała dziesięciostronicowa dziura, jak się okazało – w miejscu dość istotnym dla zrozumienia finału. Udało się ją jednak wypełnić.
Magda Szabó zastawiła na mnie pułapkę, w którą, niepomny wcześniejszych doświadczeń, wpadłem od razu. Zamieściła mianowicie na początku swej powieści obszerny spis ważniejszych bohaterów. Takie wykazy sprawiają, że gubię się w licznych parantelach i bezskutecznie usiłuję zapamiętać nazwiska, co z góry skazane jest na niepowodzenie. A tu jest co zapamiętywać, gdyż Staroświecka historia to saga rodzinna napisana z rozmachem i pełna smakowitych detali oraz pikantnych szczególików. Dodajmy, że jest opowieścią o rodzinie samej autorki, a w zasadzie – o jej matce. Zanim jednak na scenie pojawi się Lenke Jablonczay primo voto Majthenyi, secundo voto Szabó, poznamy dokładnie nie tylko scenerię wydarzeń, a więc okolice Debreczyna, ale i dzieje przodków Lenke po mieczu i kądzieli.
Zaczyna się niemal jak u Prousta (toutes proportions gardées, rzecz jasna), co prawda nie od ciastka, ale od secesyjnego dzbanuszka z łabędziami, który narratorka kupiła pod wpływem dziwnego impulsu. Odkąd kurzący się na półce przedmiot pojawił się w jej domu, Szabó poczuła dziwną chęć odświeżenia kontaktów z dawno niewidzianymi krewnymi. Narastało w niej też pragnienie napisania książki o matce, kobiecie pięknej i utalentowanej, a jednocześnie przez całe dzieciństwo cierpiącej z powodu grzechów swych rodziców, wychowywanej przez surową babkę, która odbiera jej całą radość życia i pod różnymi względami okalecza psychicznie, przelewając na dziewczynkę całą swą nienawiść do nieakceptowanej synowej. Drobiazgowo zbierane materiały, pamiątki rodzinne, rękopisy, wspomnienia krewnych i znajomych zaczęły powoli składać się w panoramę losów dwóch rodzin z węgierskiej prowincji. Tajemnicę dzbanuszka wyjaśnił Magdzie dopiero przyrodni brat.
Próba przedstawienia, choćby w największym skrócie, historii Lenke i jej przodków to rzecz karkołomna, nie poważę się więc na tak ryzykowny krok. Zdradzić zbyt dużo – to zniweczyć przyjemność lektury innym, napisać za mało – to stworzyć obraz mglisty i zamazany. A uwierzcie mi, że książka pełna jest emocji i uczuć, często skrajnych: miłość jest tu namiętna i wielka, choć niekoniecznie wieczna, a niechęć i nienawiść twarde i nieprzejednane (jednak do czasu). Trudno uwierzyć, że bohaterowie żyją w XIX wieku na węgierskiej prowincji, a nie w Weronie, gdzie rodzinne animozje wydawałyby się bardziej na miejscu. Niesamowita jest galeria postaci: arystokratów hulaków, solidnych kupców, matron o niezłomnych poglądach, złotych młodzieńców i rozflirtowanych panien. Jest nawet grupa światłych zakonnic. Każda postać ma do odegrania swoją rolę, jest wyraziście zarysowana, choć niekiedy zaledwie paroma kreskami. W tle przewalają się światowe kataklizmy; czymże jednak jest wojna światowa wobec narodzin wyczekiwanego dziecka?
Książka Magdy Szabó wciąga powoli, ale nieuchronnie. Najpierw czekamy, do czego zmierza narratorka swą opowieścią o dzbanku i odnawianiu rodzinnych więzów, później poznajemy otoczenie, w jakim przyszło żyć bohaterom, a zanim poczujemy się znużeni historyczno-geograficznymi detalami niepostrzeżenie zatapiamy się w rodzinnych komplikacjach, uczymy się imion i nazwisk, profesji, zalet i przywar kolejnych postaci i bez reszty zaczynamy sekundować im w życiowych wyborach, zaczynamy mieć swoje sympatie i antypatie. Dla wielbicieli „Tajemnicy Abigel” to pozycja obowiązkowa, dla innych doskonały początek znajomości z Magdą Szabó.

Tagi | 25 Komentarzy

„Ile czasu się tam umiera?”


Shlomo Venezia we współpracy z Beatrice Prasquier, Sonderkommando. W piekle komór gazowych, tłum. Krystyna Szerzyńska-Maćkowiak, Prószyński i S-ka 2009.

Od lat czytuję literaturę poświęconą obozom koncentracyjnym i Holocaustowi. Wydawało mi się, że wiem sporo o mechanizmach funkcjonowania  obozów i o Zagładzie, o rozmaitych postawach ludzi wobec tragicznych wydarzeń, o ich przeżyciach w piekle, jakie zgotowali im inni ludzie. Myliłem się. Nigdy bowiem nie dane mi było zstąpić na samo dno tych piekieł, do ich ostatniego kręgu – komór gazowych i krematoriów.
Obsługujący je więźniowie, którzy tworzyli Sonderkommando – komando specjalne – nie mieli bowiem prawa przeżyć, nie mieli prawa przekazać nikomu prawdy o tym, co widzieli. Cudem przeżyli nieliczni, ale nawet oni przez wiele lat milczeli: bali się odrzucenia, piętna kłamców, a może i współwinnych niemieckich zbrodni. Nie chcieli obarczać najbliższych brzemieniem swej tragedii. Otworzyli się – tak jak Shlomo Venezia – po bardzo wielu latach, gdy uznali, że mimo ogromnego bólu, jaki ich to będzie kosztować, ich świadectwo będzie mogło coś zmienić, oddziaływać na młode pokolenie, przeciwstawić się odradzającemu się złu.
Shlomo Venezia (rocznik 1923) jest greckim Żydem z Salonik. Wcześnie stracił ojca i musiał pomagać matce w utrzymaniu domu. Po klęsce armii greckiej w 1941 roku Saloniki znalazły się w niemieckiej strefie okupacyjnej. Rozpoczęło się prześladowanie Żydów: kierowani byli do robót przymusowych, musieli zamieszkać w getcie. Rodzina Veneziów, dzięki swemu włoskiemu obywatelstwu (ojciec Shlomo walczył w armii włoskiej podczas pierwszej wojny), przeniosła się do Aten, okupowanych przez Włochów, licząc, że tam będzie bezpieczniej. W drugiej połowie 1943 roku jednak i tutaj wkroczyli Niemcy, rozpoczynając wywózkę Żydów do obozów zagłady. Shlomo z rodziną 11 kwietnia 1944 roku znalazł się w transporcie do Auschwitz.
Po kwarantannie Shlomo trafił do Sonderkommando. Venezia rzeczowo i szczegółowo opowiada o tym, czym musiał się zajmować, o tym, jak przebiegały ostatnie chwile życia skazanych na śmierć ludzi z całej Europy, jak wyglądała ich agonia i co działo się z ich ciałami po otwarciu drzwi komory gazowej. Z trudem czyta się jego słowa, szczere i bezpośrednie, widać, że nie zamierzał nic ukrywać, nic łagodzić. Grozę unoszącą się nad tą partią książki potęgują jeszcze ilustracje – rysunki Davida Olere’a, również członka Sonderkommando, który po wojnie utrwalał na papierze to, co oglądał za murami krematorium. Wszystko, co mógłbym napisać, zabrzmiałoby patetycznie, a patosu właśnie w tych wspomnieniach nie ma. Początkowy wstręt, jaki odczuwał Shlomo, przekształcał się w „rutynę, o której lepiej nie myśleć”. Tylko dzięki temu członkowie Sonderkommanda nie odchodzili od zmysłów, a przecież wielu z nich widziało śmierć własnych krewnych.
Shlomo też pewnego razu zauważył wśród chorych wybranych do zagazowania kuzyna swego ojca. Mężczyzna spytał go: „Ile czasu się tam się umiera? Czy bardzo się cierpi?” Chłopak, aby go uspokoić, skłamał. Zapewnił, „że to nie trwa długo i nie boli. W rzeczywistości dziesięć do dwunastu minut to cała wieczność, kiedy walczy się o powietrze”. Dziesięć do dwunastu minut trwało, zanim z komory gazowej przestały dochodzi jakiekolwiek odgłosy życia.
Książka ma formę wywiadu. Rozmowę z Venezią przeprowadziła Beatrice Prasquier, która zadawała mu lapidarne pytania – wystarczały one jednak, by Venezia dzielił się swoimi wspomnieniami i przemyśleniami. Nie zabrakło pytań trudnych: czy członkowie Sonderkommanda zastanawiali się nad tym, czy ludzie przyprowadzani do krematorium domyślali się, jaki los ich czeka? Czy zapamiętywali twarze mordowanych? Czy myśleli o przyszłości? Odpowiedzi składają się na psychologiczny portret człowieka zmuszanego do robienia rzeczy, które budzą w nim głęboki sprzeciw, a który jednocześnie nie może tego sprzeciwu wyrazić; musi wyłączyć rozum i myślenie, zmienić się w robota. Jakże gorzka musi być prześladująca Venezię całe życie świadomość, że niektórzy uważają jego i jego kolegów za współsprawców zbrodni.
Wspomnienia Venezii to lektura bardzo bolesna i trudna, mimo prostej formy i bezpośredniego języka. Wbrew sobie, podświadomie, próbowałem zająć jego miejsce, wyobrazić sobie to, co czuł, odpowiedzieć na pytania, które sobie stawiał. To było oczywiście niemożliwe, ale wyczerpywało emocjonalnie. Napięcie ustąpiło nieco w późniejszych fragmentach opowiadania, gdy Venezia mówił o swoich dalszych losach po wyrwaniu się z Sonderkommando i Auschwitz.
To nie jest książka, o której mogę napisać, że szczerze ją polecam. Każdy sam musi rozważyć, czy ma dość siły, by towarzyszyć Venezii w najniższym kręgu piekła.

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

PS. Rysunki i obrazy Davida Olere’a można obejrzeć w wielu miejscach w internecie. Na stronie A Teacher’s Guide to the Holocaust  znajduje się reprezentatywna próbka jego twórczości, w tym kilka rysunków z krematorium. W całości poświęcona jest mu strona http://www.sonderkommando.info/skauschwitz/temoignages/art/olere/index.html.

Tagi , , | 14 Komentarzy

Zupełnie inaczej niż w serialu

Max Hastings, Wojna koreańska, tłum. Barbara Cendrowska, Wydawnictwo Dolnośląskie 2010.

Na powszechnym wyobrażeniu o pierwszej wojnie światowej zaważyły w większym stopniu, jak sądzę, przygody dobrego wojaka Szwejka (a u nas film CK Dezerterzy) niż Na Zachodzie bez zmian. Sam mam raczej skłonność do postrzegania tego wielkiego konfliktu jako czasu chaosu, bezdusznej i idiotycznej wojskowej biurokracji, łazików i dekowników niż krwawej i bezsensownej jatki wojny pozycyjnej. Wojna w Korei z lat 1950–1953 podobną sławę „zawdzięcza” serialowi M.A.S.H., którego bohaterowie, powołani do armii lekarze, nijak nie mogą przywyknąć do wojskowych rygorów i całą swoją postawą wyrażają protest przeciwko temu, co się wokół nich dzieje. Flirtują, płatają iście sztubackie figle i mobilizują się wyłącznie w chwilach, gdy helikoptery dostarczają rannych z pola bitwy, co stanowi jedyne przypomnienie o tym, że toczą się walki.
Już na samym początku swej książki Max Hastings podkreśla, jak niesprawiedliwy to obraz wojny w Korei, jak głęboko krzywdzący dla wszystkich jej uczestników, deprecjonujący skalę i grozę tego konfliktu. Jego praca miała być (i dodam od razu, że jest) pełnym rozmachu przedstawieniem wszystkich aspektów wojny w Korei, pierwszej zbrojnej konfrontacji zimnej wojny w zacofanym i biednym zakątku Azji. Okupowaną przez Japończyków Koreę po drugiej wojnie podzielili między siebie Rosjanie i Amerykanie; w obu strefach zaczęły się zupełnie nowe porządki. Amerykanie nie wykazywali się zrozumieniem dla miejscowych stosunków, tradycji i pragnień ludności, narzucając rząd, który w ich mniemaniu miał zapewnić opór wobec komunizmu szerzącego się na północ od 38 równoleżnika. Napięta sytuacja wewnętrzna w Korei i równie napięte stosunki między mocarstwami nie musiały prowadzić do wojny, szczególnie że, jak wykazuje Hastings, ani ZSRR, ani Stany Zjednoczone nie pragnęły nowego zbrojnego konfliktu. Działania zbrojne rozpoczął jednak północnokoreański przywódca Kim Ir Sen, przypuszczając w czerwcu 1950 roku atak na Południe.
Wielu autorów książek o wojnach uznaje, że liczą się tylko aspekty militarne, siła armii, ruchy oddziałów, strategia i taktyka. Piszą, jakby czytali sztabową mapę, przejmują opinie wyższych dowódców, traktujących żołnierzy jak pionki na gigantycznej szachownicy. Straty w ludziach są dla nich tylko statystykami. Tego rodzaju prace nudzą mnie ogromnie i starannie ich unikam. Hastings jednak napisał książkę, w której posunięcia polityczne i dyplomatyczne przeplatają się z działaniami zbrojnymi – częstokroć przedstawianymi w punktu widzenia szeregowych żołnierzy na pierwszej linii, a całość obrazu uzupełniają informacje o losach ludności cywilnej, najbardziej poszkodowanej podczas wojen. Wielkim osiągnięciem autora jest to, że nie sięgnął wyłącznie po memoriały dyplomatów i wspomnienia generałów. Zebrał też wiele relacji żołnierzy, nie tylko amerykańskich i brytyjskich, ale również chińskich, oraz Koreańczyków. Dzięki temu uniknął typowego dla wielu podobnych opracowań bezosobowego spojrzenia na wojnę; w tej książce walczą ludzie, konkretni, znani nam z nazwiska, a nie poszczególne oddziały. Cierpienia cywilów także poznajemy na konkretnych przykładach ludzi zmuszonych do opuszczenia domów i porzucenia dorobku całego życia, głodnych, cierpiących z chorób i zimna.
Książkę czyta się nieźle mimo niejakich chropowatości przekładu i pewnych niedociągnięć redakcyjno-korektorskich. Autor bardzo sprawnie rozwija opowieść, ubarwiając ją cytatami z dokumentów i relacji, krytycznie ocenia postępowanie stron konfliktu, wskazując błędy i ich podłoże (jak choćby lekceważenie przez Amerykanów „bosonogiej azjatyckiej armii”, co prowadziło do porażek w początkowej fazie wojny). Liczne mapy pokazują kolejne etapy działań, a fotografie przybliżają klimat tamtych czasów.
Obszerna monografia zainteresuje zapewne głównie miłośników dziejów najnowszych, ale wydaje mi się, że z zaciekawieniem i z pożytkiem mogą po nią sięgnąć również czytelnicy zwykle stroniący od książek o wojnach.

Za przesłanie książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat.

Tagi , , | 25 Komentarzy

Gdy opadnie atmosfera skandalu


Colette, Klaudyna w szkole, tłum. Krystyna Dolatowska, W.A.B. 2011.

Ponad sto lat temu, kiedy Klaudyna w szkole ukazała się po raz pierwszy, skandal rzeczywiście musiał być ogromny. Tak ogromny, że do dziś podstawowym przymiotnikiem określającym powieść Colette jest „skandalizująca”. Cóż z tego, że ów skandal jest już zwietrzały, nadal jednak zdaje się przysłaniać wszystkie inne walory książki.
O cóż cały ten szum? „Na imię mi Klaudyna, mieszkam w Montigny; tu się urodziłam w 1884 i pewno nie tu umrę”. Uczennica prowincjonalnej szkoły (bynajmniej nie eleganckiej pensji dla panienek z dobrych domów) zrobi wszystko, byle wyrwać się w szeroki świat. Świadoma swoich atutów: urody, inteligencji, ciętego języka wie, że bez trudu sobie poradzi. Szczególnie, że nie ogranicza jej rodzicielska troska; matka nie żyje, ojca zajmują wyłącznie badania nad ślimakami, córka okręca go sobie wokół paluszka i właściwie wychowuje się sama, swobodnie, nie krępowana konwenansami, oczytana w książkach i pismach, której jej rówieśnicom nie są dostępne. Na drodze do wymarzonego Paryża stoi jej tylko egzamin nauczycielski, wieńczący lata szkolnej nauki, choć w zasadzie zupełnie niepotrzebny dziewczynie.
Ostatni rok nauki szkolnej Klaudyna stara się na wszelkie sposoby urozmaicić. Zwykłe figle płatane przez koleżanki niezbyt ją bawią, ona ma ochotę wypróbować swoją urodę i inteligencję w bardziej wyrafinowany sposób: zamierza oczarować młodą nauczycielkę, świeżo przybyłą do Montigny. Jest na dobrej drodze do sukcesu, gdy okazuje się, że ma groźną rywalkę: samą dyrektorkę szkoły. Rozgrywka o pannę Lanthenay daje Klaudynie okazję do głębszej analizy charakteru zarówno ślicznej Aimee, jak i władczej panny Sergent i dostarcza niezliczonych możliwości do manipulowania wszystkimi wokół. Szkoła bowiem, już pogrążona w chaosie wywołanym przez remont, rozprzęga się dodatkowo, gdy nauczycielki toną w upojeniu. Klaudyna wykorzystuje to, by pozostać bezkarną, a pozwala sobie na coraz większą śmiałość. Budzącą się seksualność dziewczyny zauważają też mężczyźni; szkolny lekarz, który przy każdej okazji nagabuje uczennice, i młody nauczyciel, który robi Klaudynie awanse, chociaż tylko ją bawi.
Dzisiejszego czytelnika postępowanie Klaudyny raczej nie zgorszy, nie okrzyknie jej zepsutą czy wręcz zdemoralizowaną. Nie została (na szczęście dla nas) wtłoczona w gorset konwenansów, rosła swobodnie, wybujała na wolności. We mnie wzbudziła wiele sympatii, trudno było jej nie kibicować w rozgrywce z dyrektorką, chociaż bynajmniej nie była to czysta walka.
I tak, gdy opadła atmosfera skandalu, pozostała nam fantastyczna powieść, zadziwiająco świeża, barwny psychologiczny portret dojrzewającej dziewczyny, a przy okazji pełny życia obrazek obyczajowy. Colette zadbała też o przedstawienie postaci drugoplanowych, nasyciła całość humorem i zgrabnie przeprowadziła swoją bohaterkę przez szkolne i osobiste zawirowania. Razem z Klaudyną możemy na zakończenie żałować, że ten okres w jej życiu się skończył; tak jak i ona nie chcę wierzyć, by następny "mógł być równie zabawny jak szkoła”. Nawet jeśli nie będzie, to ja już czekam na Klaudynę w Paryżu

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu W.A.B.

Tagi | 40 Komentarzy

Zakonnica głodziła kota

W pierwszych słowach spieszę donieść, że nie czytałem przygnębiającej powieści z życia przyklasztornych kotów. Przeciwnie. Pełen zachwytu czytałem Staroświecką historię Magdy Szabo i zamierzałem zarażać swoim entuzjazmem. Podły los zadał mi jednak cios w plecy: tuż przed końcem okazało się, że w moim egzemplarzu brakuje dziesięciu stron. Liczę, że dostanę skan tekstu i wtedy dzieło zalśni pełnym blaskiem.
Żeby natomiast zupełnie nie wyjść z klimatu epoki, odświeżam znajomość z Klaudyną, która co prawda jeszcze uczy się w szkole, ale już szelma z niej wielka i ma na koncie kilka gorszących (zwłaszcza niegdyś) wyczynów. O czym niebawem napiszę ku uciesze, jak sądzę, wielbicieli pensjonarskich klimatów. Aczkolwiek szkole Klaudyny daleko do eleganckiej pensji.
Chichot podłego losu niemal słyszę za plecami, ale zamierzam go zignorować, ponieważ zyskałem dzięki temu okazję do zaprezentowania perełek wydłubanych ze statystyk bloga: „wyszukiwane słowa kluczowe”. Żadna z nich nie dorównuje co prawda prześladującemu Lirael  zestawieniu „a.a milne imie dla chomika”, ale i tak nie jest najgorzej.
Całkiem sensowne jest na przykład zapytanie „na jaką chorobę oczu chorowała skłodowska” (na zaćmę, o ile pamiętam), albo: „trudny los kobiet w lekturach szkolnych”. „Styl prowansalski zdjęcia i widoki tamtych okolic” zdaje się sugerować, że należy zwiększyć liczbę ilustracji, żeby nie zawieść poszukiwaczy wartościowych treści. „Radziecki kapuś” nie jest, mam nadzieję, obelgą pod moim adresem, za to zupełnie nie wiem, co począć z „fotel bujany zżelaza” (pisownia oryginalna). Był tu kiedyś wątek o meblach, nawet dość ciężkich, ale „zżelaza” to nawet Wyspiański foteli nie robił.
Pole do popisu wszelkiej maści ciekawskim dała jednak recenzja Drewnianego różańca. Przykro mi, że żadnych remediów na swoje problemy nie znalazły osoby wpisujące w wyszukiwarkę następujące frazy (dlatego w nawiasach dodam nasuwające mi się rozwiązania):
– „jak uniknąć sprzątania w kościele” (przeczytać książkę Natalii Rolleczek i kupić odpowiednie środki chemiczne);
– „jaki los czeka przedszkole sióstr felicjanek” (trudno powiedzieć, ale każde miejsce w przedszkolu jest na wagę złota, więc pewnie siostry nie zamkną placówki);
– „różaniec sposób wykonania książka” (bierzemy koraliki i nawlekamy na nitkę, a książek na ten temat jest kilka, choćby Różaniec z granatów);
– „zakonnica głodziła kota” (bo to zła kobieta była);
– „szczotka drewniana plecami” (szczotkę śnić – „niepokój, często na podłożu seksualnym”; dalsza interpretacja po wysłaniu SMS-a za 6 zł plus VAT);
– „różaniec w sprawach beznadziejnych” (odmówić radzę przed najbliższym kontaktem z wyszukiwarką internetową).
Oprócz tego masa osób szuka na najróżniejszy sposób charakterystyk bohaterów Chłopca w pasiastej piżamie – czyżby to wątpliwe dzieło weszło do kanonu lektur szkolnych? Przyznam, że to dość przygnębiająca wizja. Pociesza mnie tylko to, że ewentualni gimnazjaliści odpisujący z mojej recenzji na pewno nie zyskają uznania nauczyciela za nazbyt krytyczny stosunek do Boyne’a, który wielkim autorem jest.
PS. Na okrasę zupełnie niezagłodzony Leninek odpoczywa po zapoznaniu się ze świeżą prasą.

[uzupełnienie z 8 maja] Ponieważ Lirael domaga się niżej niezbitych dowodów na to, że Leninek jest bezwzględnym zabójcą gryzoni, zdjęcie z poligonu:


41 Komentarzy

Młoda dama w kalesonach taty
(Klara Feher, „No cóż, za moich czasów...”)



Prawie szesnastoletnia Kati Horwath pochodzi z biednej rodziny, ma dwie młodsze siostry i jest stypendystką w szkole handlowej. Horwathówny muszą dzielić się wszystkim i dokonują cudów, żeby w szkole na czas przekazać sobie atlas geograficzny czy ekierkę. Nagła zmiana planu lekcji okazuje się kataklizmem, który potrafi zburzyć misternie opracowane przez siostry procedury i narazić dziewczęta na złapanie dwói za brak pomocy naukowych. Niedostateczny zaś to groźba utraty zwolnienia z czesnego, a w konsekwencji szansy na zdobycie wykształcenia.

Kati nie ma nabożeństwa do sprzątania i wiecznie podkrada siostrom czystą bieliznę. Poznajemy ją pewnego poranka 1940 roku, gdy usiłuje znaleźć kilka niezbędnych części garderoby. Nic z tego, matka i siostry akurat ten moment wybrały sobie na wychowywanie Kati i starannie pozamykały swoje szafy i komody. Dziewczyna ostatecznie biegnie do szkoły w ojcowskich kalesonach – nic więc dziwnego, że wiadomość o czekającym uczennice badaniu lekarskim budzi w niej panikę. Cóż za hańba pokazać się w tak nietypowym dessous.

Powieść Klary Feher nie jest jednak – jak by się mogło wydawać – tylko lekką i sympatyczną opowieścią o szkolnym życiu i kłopotach dorastającej panienki. Taka książka nie może obejść się bez miłości. Horwathówna zakochuje się w studencie Ferim; wiele wysiłku kosztuje ją ukrycie tego związku przed surowymi rodzicami, którzy by go nie pochwalili. Kiedy jednak wszystko wychodzi na jaw w nader dramatycznych okolicznościach, rodzice przypominają sobie trudne początki własnej miłości i wykazują się zrozumieniem dla uczuć młodych.

Poza problemami osobistymi na życie bohaterki coraz głębszy cień zaczyna rzucać polityka. Z mglistych napomknień dowiadujemy się, że jej ojciec nie może dostać dobrej pracy z powodu swego zaangażowania w wydarzenia na Węgrzech w 1918 roku i dlatego rodzina klepie biedę. Prawdziwa groza sytuacji dociera do Kati, gdy jedna jej koleżanek musi opuścić szkołę, gdyż jest Żydówką. Wtedy okazuje się, na kogo naprawdę może liczyć pozbawiona możliwości kształcenia dziewczyna – to prawdziwy sprawdzian i dla rówieśnic, i dla nauczycielek. Te pierwsze mogą pokazać, czy wzięły sobie do serca nauki profesorek, te drugie zaś udowodnić, czy są wierne własnym naukom, czy też są one jedynie frazesami wtłaczanymi do głów uczennic. Największym ciosem dla Horwathówny jest jednak wybuch wojny niemiecko-radzieckiej, w której Węgry staną po stronie Trzeciej Rzeszy i która zniweczy plany Kati na przyszłość.

No cóż, za moich czasów... to bardzo dobra, sprawnie napisana powieść. Przeplatają się w niej momenty zabawne z poważnymi, dziewczęce figle z pierwszymi próbami zrozumienia trudnych spraw, jakie dzieją się dokoła. Autorka skupia się na głównej bohaterce, inne postacie stanowią dla niej zaledwie tło, są zarysowane kilkoma kreskami. Kati Horwath musi dojrzeć w przyspieszonym tempie, często nie radzi sobie z nawarstwiającymi się problemami, otrząsa się z nich jednak dzięki swemu chłopcu, który zresztą podejmuje próbę wychowania  sobie przyszłej żony. Otwiera przed dziewczyną świat muzyki i poezji, pomaga zwalczać przeciwności, staje się oparciem w skomplikowanym świecie.

Znakomity przekład Anny Rak i świetne ilustracje Julitty Karwowskiej są dodatkowym walorem książki Klary Feher, która zdecydowanie zasługuje na to, aby wygrzebać ją z zapomnienia, w jakie zupełnie niesłusznie popadła.
Klara Feher.
PS. Znalezienie informacji o Klarze Feher nie jest łatwe, w zasadzie poza węgierskimi stronami nie ma żadnych danych (a i tu nie jest dobrze: nie doczekała się nawet hasła w węgierskiej Wikipedii). Z pomocą Google Translatora udało mi się dowiedzieć, że żyła w latach 19221996, studiowała administrację w Budapeszcie. Popularność przyniosły jej powieści młodzieżowe, ale pisywała też humoreski i komedie. Po polsku ukazał się jeszcze Pierwszy tydzień z daty wydania i okładki wynika, że to jakieś socrealistyczne dzieło.

Klara Feher, No cóż, za moich czasów..., tłum. Anna Rak, Nasza Księgarnia 1974.

Tagi , | 34 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.