Archiwum czerwca 2011

Gród na JIKowym Wzgórzu

Jutro piątek, więc za chwilę na wielu blogach wyrosną stosiki mniejsze i większe. Nie celebruję tego zwyczaju, ale tym razem zostałem zobligowany do dokonania prezentacji i równocześnie do popularyzowania Projektu "Kraszewski" - którego uczestnicy zamierzają napisać dwieście recenzji utworów Józefa Ignacego Kraszewskiego dla uczczenia przypadającej w roku 2012 dwusetnej rocznicy jego urodzin. Plan realizowany jest z rozmachem, o czym świadczą rosnące słupki procentowe. Ruszył także kącik "Kraszewski od A do Z", gdzie zebrane zostaną ciekawostki poświęcone jubilatowi: już można tam poczytać o Żańci, zagorzałej wielbicielce pisarza, a dzięki Ysabell wkrótce będzie można zgłębiać niezgłębioną tajemnicę związków JIKa z George Elliot. Wszystkich, którzy chcieliby  zapoznać się choćby z jedną powieścią Kraszewskiego, serdecznie zapraszamy.
Dzieła Kraszewskiego wydawane były wielokrotnie, w ogromnych niekiedy nakładach i w rozmaitej szacie graficznej, nie jest to więc autor wymagający od wielbicieli poświęceń finansowych. W bibliotekach też go pełno. Z typową dla siebie skłonnością do przesady ruszyłem do gromadzenia zapasów lektury i oto rezultaty (uznałem, że zwalenie tych książek na stos byłoby niegodne Mistrza, stąd też wziął się Gród na JIKowym Wzgórzu).
Widok od frontu:
Brama wjazdowa z wieżą:
I skrzydła:

Lektury na lata. Pierwsza w kolejce "Orbeka".

***
"Płaszcz zabójcy" w nowy miesiąc wchodzi nie tylko na własnym blogu, ale również w poszerzonym składzie redakcyjnym. Z przyjemnością informuję, że "Płaszcz" swoimi pomysłami, pracą i bogatą biblioteczką wspomaga Lirael. Lirael jest też autorką banerka - będzie nam miło, jeśli zechcecie z niego skorzystać.
Chętnie również przyjmiemy sugestie, kto powinien się znaleźć w kolejnych odcinkach "Płaszcza" - szczególnie będziemy wdzięczni za konkretne wpisy (np. zeskanowane).

 ***
Uzależnionym od Facebooka polecam profile obu projektów: "Płaszcza zabójcy" i Projektu "Kraszewski".  Na bieżąco można tam znaleźć wszystkie nowości.




Tagi , , | 38 Komentarzy

Niewinne igraszki w ogródku miczurinowskim

Klara Feher, Pierwszy tydzień, tłum. Camilla Mondral, Czytelnik 1951.

Jakiż to chłopiec piękny i młody, w czerwonym krawacie, tak pracowicie opiłowuje klucz trzymany w imadle? To czternastoletni Anti Hajmas. Dotąd uczył się w rodzinnej wsi i wraz z kolegami oddawał niewinnym igraszkom: ozdabianiu świetlicy harcerskiej czy pracy w doświadczalnym ogródku miczurinowskim. Teraz jednak wyrusza do Budapesztu, by rozpocząć naukę zawodu w fabryce. Trochę się boi, ale jest też ciekawy wszystkiego: wielkiego miasta, ludzi, pracy. Pierwszego wieczoru w stolicy wymyka się na zwiedzanie i gubi się. W fabryce poznaje nowych kolegów, wykonuje proste prace, zamieszkuje w bursie i stara się przywyknąć do panujących w niej obyczajów. Wciąż nieco zagubiony i niepewny siebie sprzecza się z chłopcami o jakiś drobiazg. Czuje się pokrzywdzony ich postępowaniem, zamyka się w sobie, zaniedbuje w obowiązkach, wpada w złe towarzystwo. Na szczęście tylko chwilowo. Szybko uzmysławia sobie, gdzie jego miejsce – w kolektywie, wśród młodzieży pozytywnej. Na zebraniu składa samokrytykę i znowu wszystko jest w porządku. Znowu do Antiego uśmiecha się ze ściany portret Józefa Stalina.
Tak, Stalina. Bo ta banalna opowiastka jest dziełem na wskroś socrealistycznym. Każda postać czuje się w obowiązku mniej lub bardziej obszernie wychwalać osiągnięcia partii komunistycznej i opisywać swe nędzne położenie za rządów kapitalistów, obszarników i faszystów. Pasażerowie w pociągu, w tramwaju – wszyscy zachwyceni nową rzeczywistością. Na każdym kroku coś nowego i lepszego – wysokie bloki dla przodowników pracy, możliwość nauki zawodu dla młodych, opieka medyczna dla wszystkich. Nawet wizyta u lekarza staje się okazją do wygłoszenia pogadanki o tym, jak partia dba o zdrowotność społeczeństwa. Są oczywiście i niezadowoleni, ale to wyjątki: młodocianych bikiniarzy ukarze dyrektor szkoły, a jedyną ponurą postacią w całej historii, złowrogim majstrem z fabryki, zajmą się odpowiednie służby po donosie złożonym przez Antiego. Mężczyzna okaże się faszystą, przedstawicielem wrogich sił.
Wszystkie postacie są papierowe. Młodzi szlachetni i pełni zapału do pracy i nauki, dorośli wdzięczni nowej władzy za lepsze życie, sekretarz partii wesoły i wzbudzający zaufanie, a faszysta ponury i patrzący spode łba.
Właściwie najłatwiej byłoby to opowiadanie wykpić, obśmiać. Tak jak zaśmiewaliśmy się w 1990 roku, czytając na głos wydobytą ze stosu makulatury konstytucję ZSRR. Teraz jednak podczas lektury odczuwałem lekką grozę: do jakiego stopnia można zakłamać rzeczywistość, narzucić twórcom i czytelnikom jednolitą wizję świata czarno-białego i to wszystko wbrew ich własnym odczuciom i doświadczeniom.
Opowiadanie Klary Feher jest już zabytkiem, i to drugorzędnym. Gdyby ktoś chciał się zapoznać z typową socrealistyczną historyjką dla młodzieży, będzie jak znalazł. Węgierska autorka udowodniła swą późniejszą książką, „No cóż, za moich czasów”, że umie pisać dla młodych czytelników. W „Pierwszym tygodniu” trudno dostrzec zalążki tego talentu, narzucany przez ideologów schemat fabularny i wymowa polityczna nie pozostawiały wiele miejsca na indywidualność autora. Dało się go jednak przeczytać, nawet z niejakim zainteresowaniem, mimo przewidywalności akcji i sztampowości bohaterów. W ideologicznych wypowiedziach pobrzmiewały nawet tu i ówdzie nutki szczerości, a na plus autorce zaliczyć należy to, że zachowała niejaki umiar, nie ciągnąc ich bez końca. W końcu rozmowa w pociągu to nie wiec polityczny.

Tagi , | 12 Komentarzy

Truskawki i szampan w upalny dzień
(Colette, „Chéri”)




Rewolucja obyczajowa poczyniła wielkie postępy, a mimo to – jeśli sądzić po telewizyjnych talk show – związki starszych kobiet z młodszymi mężczyznami nadal wzbudzają szmerek: jeśli nie potępienia, to zdziwienia, nie wspominając już o podejrzeniach co do szczerości męskich uczuć, szczególnie jeśli partnerka jest osobą zamożną.

Kiedy dziewięćdziesiąt lat temu Colette podejmowała ten temat, zapewne była pionierką i łamała tabu. Nie dość, że bohaterką uczyniła starzejącą się kurtyzanę, to jeszcze związała ją z młodszym od niej o połowę mężczyzną. Lea, wciąż piękna kobieta z burzliwą przeszłością, dobrze urządzona, obdarzona wyrafinowanym smakiem, od sześciu lat jest kochanką Chériego, syna swej przyjaciółki, również byłej kurtyzany. Chéri, choć przystojny, porzucił szkołę, matka nie zapewniła mu żadnego wychowania, rósł dziki, kierując się jedynie własnymi zachciankami. Hulaszczy tryb życia przygasił jego urodę, odebrał mu energię i chęć do życia. Lea postanowiła uratować chłopaka, zapewnić zdrowy tryb życia, wiejskie rozrywki i swoje łoże. Traktowała to jak kaprys, zachciankę na krótkie wakacje. Okazało się jednak, że ani ona, ani Chéri nie potrafią z siebie zrezygnować. Nie traktowali swego związku jako miłości, raczej jako wygodny dla obojga układ. Lea wychowywała kochanka, matkowała mu, znosiła kaprysy, drobne sprzeczki. On lubił uregulowany tryb życia, luksus zapewniany przez kochankę, pławił się w jej cieple.   Tę sześcioletnią sielankę przerwała wieść o planowanym małżeństwie Chériego z bogatą panną. Kochankowie sądzili, że rozejdą się bezboleśnie, że bez trudu zrezygnują z codziennej rutyny. Okazało się jednak, że muszą bardzo głęboko przemyśleć łączącą ich relację. Wnioski, do jakich doszli, były zaskoczeniem dla nich samych.

Proza Colette jest niezwykle kunsztowna, uruchamia wszystkie zmysły czytelnika. Jest niczym truskawki i szampan w upalny dzień. Uderza do głowy, oszałamia bogactwem smaków, musuje bąbelkami humoru. Pod tą lekkością formy kryje się jednak znakomite studium psychologiczne kobiety koło pięćdziesiątki, której młody kochanek pozwala czuć się piękną i atrakcyjną, daje impuls do walki z nieubłaganym czasem, a równocześnie zaspokaja jej niespełnione ciągoty macierzyńskie. To również znakomity portret mężczyzny, który przeżywa bolesny proces dojrzewania, wychodzenia z beztroskich lat chłopięcych, i musi się zmagać z własnymi uczuciami.


Powieść Colette ani trochę się nie zestarzała. Drobna zmiana dekoracji i historia mogłaby się równie dobrze rozgrywać dziś. Współczesne nam autorki książek romansowo-obyczajowych mogłyby u Colette co najwyżej parkiety froterować, o ile w ogóle zostałyby wpuszczone na salony. Prędzej czekałoby je skrobanie ziemniaków w kuchni. Francuska skandalistka w ekspresowym tempie awansuje do grona moich ulubionych pisarzy. Jak pisałem przy okazji „Klaudyny w szkole”, jej utworom nie zaszkodziły przemiany obyczajowe: opadły niezdrowe emocje, a spod nich wyłoniły się prawdziwe walory – dar obserwacji, psychologiczna wnikliwość, znajomość ludzkiej natury i znakomity styl.
Na zakończenie kilka słów na temat wydania. Nie przepadam za edycjami filmowymi, zwykle nie znam ani samych filmów, ani nawet aktorów widniejących na fotosach. Zamieszczanie gotowych obrazów pozbawia mnie przyjemności kształtowania sobie własnego wizerunku bohaterów. W tym jednak wypadku muszę przyznać, że Michelle Pfeiffer jest idealną Leą, a już widoczne na jednym ze zdjęć wezgłowie jej łoża podbiło mnie zupełnie. Dodać do tego należy pełne światła strony i format zapewne idealny do damskiej torebki (w moim przepastnym plecaku tomik nieustająco ginął), a otrzymamy książkę, której forma w pełni dorównuje treści.

Colette, Chéri, tłum. Anna Topczewska, W.A.B. 2010.
Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

Tagi | 27 Komentarzy

Potrzeba życia i potrzeba ofiary

Józef Ignacy Kraszewski, Dziecię Starego Miasta, Wydawnictwo Literackie 1986.

Warszawa, rok 1861. Po trzydziestu latach letargu zastraszony naród zaczyna podnosić głowę. Nowe pokolenie, które wyrosło w zniewolonym kraju, które powstanie listopadowe zna jedynie z opowieści ojców, dość ma ucisku, dość bezczeszczenia wszystkiego, co dla Polaków najświętsze. Okazją do zamanifestowania patriotyzmu i sprzeciwu wobec władzy caratu staje się pogrzeb generałowej Katarzyny Sowińskiej, wdowy po bohaterskim obrońcy Woli. Wśród gorącogłowej młodzieży jest Franek, syn ubogiej owocarki ze Starego Miasta, dobrze zapowiadający się malarz.
Chłopaka wychowywała matka w wierze katolickiej i stawiając za wzór ojca, uczestnika powstania, który zmarł kilka lat po nim z powodu odniesionych ran. Franek głęboko kocha matkę, która dla jedynaka zrobiłaby wszystko, ale w jego życiu jest ktoś jeszcze – Anna, córka biednego nauczyciela, tyranizowana przez złośliwego starca. Anioł to prawdziwy, modelowa patriotka, która wszystko poświęci dla wyzwolenia ojczyzny, z własnym szczęściem na czele. Autor uczynił z zakochanych wyrazicieli idei, które chciał zaszczepić czytelnikowi: patriotyzmu, miłości ojczyzny, gotowości do poświęcenia życia za wolność narodu (na początku powieści Franek jest jeszcze rozdarty: „Walczyła w nim potrzeba życia z potrzebą ofiary... dla ojczyzny”, ale wkrótce ta potrzeba ofiary zaczyna przeważać). Kraszewski nie zadał sobie trudu, by tchnąć w młodych choć odrobinę życia. Są papierowi do tego stopnia, że trudno przejąć się ich losami. Rozmowy zakochanych dzisiejszego czytelnika przyprawiają o mdłości: są wzniosłe i nieznośnie ckliwe. Raz jeden możemy dostrzec w nich żywych ludzi: gdy się kłócą – po raz pierwszy w życiu. Franek czyni Annie nieuzasadniony zarzut, który pod znakiem zapytania stawia szczerość jego uczuć do panny. Ta reaguje jak przystało na prawdziwą kobietę, wkrótce jednak znów wraca do swej wzorcowej poprawności i wybacza ukochanemu.
Równie papierowa jest cała galeria innych postaci. Ojciec Anny – stary, zgorzkniały zrzęda, przyjaciel Franka Młot – wyraziciel poglądów młodzieży dążącej do walki z zaborcą, Edward – wymuskany zalotnik Anny, braciszek Serafin, bernardyn przypominający braciszka Tucka z przygód Robin Hooda czy Kasia – służąca u matki Franka. Swoją drogą, Kraszewski przedstawia domostwo owocarki jako ubogie, a mimo to pracuje u nich służąca. Być może zmieniły się standardy w pojmowaniu ubóstwa, ale raczej Kasia niezbędna była w prowadzeniu fabuły, gdyż kilkakrotnie wykazała się zimną krwią i niespodziewaną bystrością umysłu, ratując chlebodawców z opałów. Zdecydowanie najlepiej wypada Jędrzejowa, matka Franka, staromiejska przekupka. Oczywiście jej postać też zbudowana jest bardzo stereotypowo, ale Kraszewski przynajmniej pozwolił jej wykazać się wielką siłą woli i energią w staraniach o uwolnienie aresztowanego syna.
Na szczęście dla czytelnika banalna fabuła z udziałem płaskich postaci rzucona jest na tło wydarzeń historycznych, a te Kraszewski odmalował w sposób porywający. Opierając się na relacjach, przedstawił atmosferę miasta i nastroje jego mieszkańców. Rzecz jasna i tu doszła do głosu tendencyjność autora; nastroje rewolucyjne wykazuje lud, młodzież, niższe duchowieństwo; arystokracja, bogate mieszczaństwo, urzędnicy – wszyscy boją się gwałtownych ruchów, uważają kraj za niegotowy do starcia z caratem. Spontaniczne manifestacje, brutalnie tłumione przez władze, podsycają tylko wrzenie, doprowadzając do tragedii, która stanie się udziałem głównych bohaterów. Sceny zbiorowe, manifestacje, starcia z wojskiem pełne są napięcia; wypadły bardzo plastycznie i niemal wyłącznie dla nich warto po powieść sięgnąć.
Nader wyraźne są inspiracje Kraszewskiego. „Dziecię Starego Miasta” zaczyna się niemal jak „Dom Pod Kotem z Rakietką” Balzaca. Najpierw krótka panorama miasta, potem zbliżenie na staromiejskie kamienice, a wreszcie wejście do jednej z nich i dokładny opis ubogiego poddasza Franka – drobiazgowy i wiele mówiący o mieszkańcach. Pazur pokazał też autor w opisie kancelarii rosyjskiego generała, w której cisną się rozmaici donosiciele i podejrzane typy, i w rozmowach między nimi a oficjelem. O Warszawie i jej mieszkańcach Kraszewski pisze z czułością i miłością, niekiedy wymyka mu się poetyckie wręcz porównanie („Po wczorajszym deszczu ranek był jak dziecię wychodzące z kąpieli: świeży, pełen woni, która dolatywała aż w te zakąty miasta od wiślanych brzegów i lasów”), bojowo nastawiona młodzież ma go po swojej stronie. Prawdziwe oburzenie i ból czuć w opisach sytuacji Polaków i licznych nieszczęść, jakie na nich spadają. Te szczere tony ratują powieść przed całkowitym popadnięciem w przegadanie, widoczne wyraźnie w rozmowach Franka i Anny oraz w tyradach wygłaszanych na zebraniach konspiratorów.
„Dziecię Starego Miasta” jest świadectwem czasów, w jakich powstało. Wątłe fabularnie, zapełnione sztampowymi postaciami i drętwymi dialogami broni się jednak dzięki żywemu przedstawieniu atmosfery lat przed powstaniem styczniowym, żarliwemu protestowi wobec krzywd i plastycznemu przedstawieniu burzliwych wypadków. Rozmowy zakochanych radzę przekartkować, a nad resztą pochylić się z szacunkiem i dać się wciągnąć w wir historycznych wydarzeń.

Recenzja powstała w ramach Projektu Kraszewski.

Tagi , | 21 Komentarzy

Płaszcz zabójcy, odc. 9

Drodzy Czytelnicy,
zaczynając publikację pierwszych odcinków "Płaszcza zabójcy", wyraziłem nadzieję, że serial nie wypchnie mnie z własnego bloga. Minął miesiąc i okazało się, że wyprorokowałem: żeby wstawić recenzję, muszę najpierw sprawdzić, czy nie będzie ona kolidować z kolejnym odcinkiem i czy będzie dość czasu na dyskusję zanim pojawi się nowy fragment dziennika. Postanowiłem więc przenieść "Płaszcz" w nowe miejsce: od dziś zaczyna działać blog "Płaszcz zabójcy".   Dorzućcie go do swoich linków, a ja postaram się, by serial nie zawiódł Waszych oczekiwań. Zapraszam do komentowania już w nowym miejscu.



Z listu Marii Dąbrowskiej do męża, Mariana

Glina, 24 czerwca 1914 roku

Mój drogi Dziteńku -
Nic dziś nie robię. Przyjechałam i wyspałam się. Najadłam masę jagód i kwaśnego mleka. Łaziłam sobie po polach. Nikogo nie chcę widzieć, tylko Ciebie. Napiszę Ci jak ty mnie w zeszłym roku: "tyle już mam w sobie społecznego. Chcę Ciebie". - Tak mi się szalenie chce do Ciebie w lipcu jechać - może na trzy tygodnie przyjadę - a sierpień już ty sobie dla Józka rezerwuj.
Lipiec jest taki gorący i zabójczy dla pracy umysłowej. Zresztą mam już tyle trucizny w komórkach mózgowych. Czekam jeszcze odpowiedzi na moje poprzednie listy. Zwymyślasz mnie i powiesz, żem wariatka. No cóż, wielkie rzeczy - niechaj. [...]
Ach, żeby ciche i piękne miejsce, domek, mieszkanie czy coś w tym rodzaju - i mieć tyle swobody i niezależności, by nie być do niego przywiązanym. Cóż to są pieniądze! Gdy patrzę na Sobańską, że ona ma mieszkanie śliczne, samochód i wszystkie te akcesoria życia osiadłego - a swoją drogą i więcej robić może, i swobodniej się ruszać niż my.
Tak mi, Mirusiu, do Ciebie tęskno [...]. 
Ogromnie pragnę nocy z Tobą. To, mój Boże, przecież jest od wszystkiego lepsze, dziwniejsze i droższe. Zasnąć z twarzą na Twojej kochanej dłoni.
Twoja Mirka

Ich noce i dnie. Korespondencja Marii i Mariana Dąbrowskich 1909-1925, oprac. Ewa Głębocka, Iskry, 2005, s. 420-421.

Tagi , | Skomentuj

Płaszcz zabójcy, odc. 8

Z dziennika Edmunda de Goncourt

21 czerwca 1872 roku
Jestem dziś u Riche'a na obiedzie z Flaubertem, który przejeżdża przez Paryż udając się na odsłonięcie pomnika Ronsarda w Vendome. 
Obiad jemy oczywiście w gabinecie, bo Flaubert nie życzy sobie hałasu ani osób w pobliżu, a ponadto chce być przy stole bez surduta i bucików.
Mówimy o Ronsardzie. I nagle, ledwo przechodzimy do polityki, literatury, kłopotów życiowych, Flaubert zaczyna krzyczeć, a ja jęczeć. 
[...] "Nie pojadę do Vendome - mówi mi Flaubert. - Doprawdy stałem się tak chorobliwie uczulony, tak podatny, że myśl o znalezieniu się w pociągu twarzą w twarz z jakimś nieprzyjemnym typem jest mi wstrętna, nie do zniesienia! Kiedyś byłoby mi to obojętne. Powiedziałbym sobie: 'Postaram się o inny przedział'. A gdybym nie zdołał uwolnić się od mego typa, ulżyłbym sobie wymyślając mu. Teraz jest inaczej. Sama świadomość przyprawia mnie o bicie serca... [...]".
[...] "Wolę, żeby mnie okradli, niż zirytowali! I tak jest ze wszystkim, z wydawcami... Cokolwiek mam zrobić, moje lenistwo jest nieopisane. Siły pozostały mi tylko do pracy". [...]
Potem odprowadza mnie na kolej i oparty o barierkę, przy której stoi się po bilety, mówi o głębokiej nudzie, zniechęceniu do wszystkiego, pragnieniu śmierci - śmierci bez metempsychozy, nowego życia, zmartwychwstania - aby na zawsze uwolnić się od własnego ja.
Gdym go słuchał, zdawało mi się, że słyszę moje codzienne myśli. Och, do pięknego rozstroju fizycznego przywodzi życie umysłowe nawet najmocniejszych, najtęższych! Nie ma co mówić, wszyscy jesteśmy chorzy, na wpół obłąkani, i gotowi całkiem oszaleć!

Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 379-380.

Tagi , , | 25 Komentarzy

Prezent prawie urodzinowy

Za dwa tygodnie mój blog obchodzić będzie półrocze istnienia. Oczywiście będzie tradycyjna wyżerka z tortem, bo torty u BZL to jest to, co wszyscy lubią najbardziej :)
Właśnie jednak dowiedziałem się, że obchody mogę zacząć wcześniej, gdyż dostałem niespodziewany prezent: zostałem poniedziałkowym gościem u Padmy. Obnażywszy niedawno sekrety swojej duszy, tym razem ujawniłem swoje gusta literackie. Zapraszam do lektury, a Padmie raz jeszcze dziękuję za zaproszenie i miłe słowa wprowadzenia. 
Żeby spuścić nieco powietrza z rozdętego ego, nadmuchałem kilka baloników i wypuszczam je w niebo.

Tagi | 12 Komentarzy

Płaszcz zabójcy, odc. 7

Z dzienników Stefana Żeromskiego

Kielce, 17 czerwca 1883 roku
Byłem świadkiem niezwykłych ceremonij: ingresu biskupa Tomasza Teofila Kulińskiego i erekcji katedry kieleckiej. Dotychczas kościół nasz był tylko kolegiatą - obecnie zamieniony został na katedrę. Wczoraj przyjechał na tę uroczystość biskup ks. Kaźmierz Wnorowski, świeżo nominowany na biskupstwo lubelskie.
O godzinie 9 1/2 w towarzystwie gubernatora i naszego biskupa przybył on do ślicznie na ten cel przystrojonego kościółka Św. Trójcy. Przywitano serdecznie tego znanego patriotę i zasłużonego kapłana. On też dziękował serdecznie w pełnych rzewności wyrazach. Biskup Wnorowski w roku 1850 wysłany był do Wielikawo Ustjuga i przebywał tam do roku 1856. W Kielcach cieszył się zawsze szczerą życzliwością, na jaką sobie sprawiedliwie zasłużył. Dziś o 10 odprawił on nabożeństwo w obecności ks. biskupa Kulińskiego i następnie obaj biskupi z kościoła Św. Trójcy udali się do kościoła katedralnego w uroczystej procesji.
Uroczysty to był widok, coś majestatycznego, coś średniowiecznego mający w sobie. Na mnie widok biskupa w infule sprawia zawsze potężne wrażenie. Czuję się małym i nic nie znaczącym wobec tych sług ołtarza.
W kościele katedralnym przeczytano bullę papieską, najpierw po łacinie, a następnie po polsku. Złożono życzenia nominatowi, na które on odpowiedział serdecznym podziękowaniem. Czytano potem list pasterski biskupa do wiernych diecezji, a potem odbyło się nabożeństwo i uroczysta do pałacu procesja.
Szukałem na nabożeństwie H. - Nie było jej... [...] 

Stefan Żeromski, Dzienniki. Wybór, oprac. Jerzy Kądziela, Zakład Narodowy im. Ossolińskich 1980.

Za dzisiejszy cytat serdecznie dziękuję Syrence

Tagi , | 21 Komentarzy

Siódme wtajemniczenie

Siedem to liczba doskonała, atrybut bogów, oznacza pełnię i doskonałość. Oto siedem sekretów zacofanego.w.lekturze:
1) Jestem łańcuszkofobem i lukrecjofilem. Mam zamiar, za poduszczeniem Matki Chrzestnej, przy najbliższej okazji wykonać nalewkę na żelkach z lukrecji, salmiak vodkę:)
2) Skoro już jesteśmy przy alkoholach, to moja nalewka z czarnej porzeczki (według przepisu Joanny Chmielewskiej) i żurawinówka nie mają sobie równych. Świąteczny ajerkoniak podbija tłumy:)

3) Zawsze zazdrościłem Jackowi Kuroniowi, który ponoć w restauracji sejmowej zamawiał na śniadanie tatara z colą.
4) Ostatnio oddaję się maniackiej uprawie nasturcji na tarasie; roślinność kwitnie orgiastycznie, co cieszy mnie jako początkującego ogrodnika.

5) Umiem i lubię oprawiać książki: najlepiej wychodzą mi oprawy płócienne.
6) Jestem wielbicielem "Nad Niemnem" w każdej postaci: książkowej, serialowej, filmowej i audiobookowej (w wykonaniu Anny Polony).

7) Czy już wspominałem, że ze wszystkich słodyczy najbardziej lubię boczek? Wędzony. I śledzia. Z cebulką.


Ponieważ, zdaje mi się, łańcuszek zatoczył już koło i wkrótce niektórzy będą się spowiadać po raz kolejny, to ja jeszcze tylko wciągnę Matkę Chrzestną do ujawniania sekretów. 

I jeszcze bonus dla wytrwałych: czeskie seriale mógłbym oglądać na okrągło.

Tagi | 20 Komentarzy

Płaszcz zabójcy, odc. 6

Z dziennika Adriana Mole'a 

Leicester, 14 czerwca 1988 roku
Dzisiaj nie mogłem się skoncentrować w pracy. Główna bibliotekarka, pani Froggatt (gruba pięćdziesięciolatka o cerze i rysach borsuka chorego na żółtaczkę) powiedziała w porze obiadowej: "Mole, przeniósł pan wszystkie książki Jane Austen z działu klasyki angielskiej do działu romansów. Czy może pan to wytłumaczyć?" Warknąłem: "Moim zdaniem to prawidłowa klasyfikacja. Powieści Jane Austen to nic innego jak brukowe romanse czytane przez snobistycznych bezmyślnych kretynów". Skąd mogłem wiedzieć, że "Jane Austen, jej geniusz i znaczenie w Anglii lat pięćdziesiątych" to temat pracy dyplomowej pani Froggatt z literatury angielskiej napisanej wiele lat przed moim urodzeniem? Jak już wcześniej wspomniałem w moim dzienniku, nigdy nie rozmawiamy w bibliotece o książkach ani o pisarzach.
Po południu wezwano mnie do gabinetu pani Froggatt. Poinformowała mnie, że biblioteka redukuje personel w związku z restrykcjami finansowymi ze strony rządu. Zapytałem, ile osób będzie musiało odejść. "Tylko jedna", odpowiedziała wielbicielka Jane Austen, "a ponieważ przyszedł pan tu jako ostatni, więc musi pan odejść jako pierwszy". Bezdomny i bezrobotny!

Sue Townsend, Szczere wyznania Adriana Alberta Mole'a, Margaret Hildy Roberts i Susan Lilian Townsend, tłum. Hanna Pawlikowska, Książka i Wiedza 1993, s. 97-98.

Tagi , , | 31 Komentarzy

„Nurt główny i rysy zasadnicze”


Maria Skłodowska-Curie, Autobiografia, tłum. J.S. i H.S., Państwowe Wydawnictwo Naukowe 1959.

W 1921 roku kobiety amerykańskie z inicjatywy W.B. Meloney zebrały pieniądze na zakup grama radu dla Marii Skłodowskiej-Curie. Sama uczona, która wraz z mężem nie opatentowała metody uzyskiwania tego cennego pierwiastka, nie miała środków, by zaopatrzyć się w rad niezbędny do prac w jej laboratorium. Po odbiór daru Skłodowska wraz z córkami wyruszyła do Ameryki, gdzie urządzono jej wielkie tournee. Fetowana przez wielkich tego świata i tłumy zwykłych ludzi czuła się oszołomiona i zmęczona, gdyż nigdy nie lubiła rozgłosu i najlepiej czuła się w ciszy pracowni.
Owocem wyjazdu do Stanów Zjednoczonych poza fiolką z promieniotwórczym pierwiastkiem była też autobiografia, napisana za namową W.B. Meloney, która odznaczać się musiała ogromnym darem przekonywania. Maria Skłodowska skreśliła tę krótką książeczkę, z góry się zastrzegając, że nie będzie to opowieść szczegółowa, gdyż uczucia blakną, a wydarzenia „tracą swą chwilową wartość i wspomina się je tak, jakby dotyczyły innej osoby”. „Z mojego życia – napisała uczona – wybrałam tylko nurt główny i rysy zasadnicze, sądząc, że wystarczy to do zrozumienia atmosfery, w jakiej żyłam i w jakiej pracowałam”.
Kiedy wiele lat temu czytałem Autobiografię po raz pierwszy, wydała mi się sucha oraz bardzo pobieżna i pełna przemilczeń. Mnóstwo o pracy naukowej, niewiele o życiu osobistym. O młodzieńczym rozczarowaniu miłosnym ani słowa, o narodzinach drugiej córki, Ewy, dwa zdania, o śmierci męża jeden akapit, o wielkiej nagonce prasowej związanej z wykryciem romansu z żonatym naukowcem – jedno zdanie, w dodatku wysoce eufemistyczne. Dziś, kiedy znam już intymny dziennik pisany po śmierci Piotra Curie, kiedy dociekliwi biografowie wyciągnęli na światło dzienne młodzieńczą wielką miłość i skandaliczny związek z Andre Debierne, ta zwięzła relacja odkryła przede mną zupełnie nowe walory. Nie skupiając się na wyszukiwaniu tego, czego w autobiografii nie ma, mogłem się skoncentrować na tym, co autorka chciała podkreślić, co sama uznała za najistotniejsze w swym życiu i charakterze.
Poznajemy Skłodowską jako osobę niezwykle rodzinną, przywiązaną do ojca i rodzeństwa, pełną miłości i szacunku do teścia. Widzimy ją jako matkę, która martwi się, jak połączyć opiekę nad dzieckiem z pracą, która ją pochłania. To tylko kilka suchych z pozoru zdań, ale jakże znaczących. Wiele lat później, mimo nawału zajęć, Maria znajdzie czas, by osobiście uczyć fizyki starszą córkę i gromadkę dzieci swoich znajomych, dla których zorganizowali nietypową szkółkę. Każde zdanie poświęcone Piotrowi Curie przesycone jest podziwem dla jego niezwykłej umysłowości, ale i wielkim uczuciem. Łączyła ich nie tylko praca, dzielili też miłość do przyrody. Krótkie wspomnienie wspólnych wycieczek za miasto, niby drobiazg, jednak bardzo wymowny: „Przywoziliśmy z nich całe pęki kwiatów. Zdarzało się, że zapominaliśmy o wszystkim i powracaliśmy dopiero późno w nocy”.
Maria Skłodowska daje też w autobiografii wyraz swemu głębokiemu patriotyzmowi, takiemu, jaki mogli odczuwać chyba tylko przedstawiciele pokoleń urodzonych w niewoli, oraz pacyfizmowi – pogłębionemu przez własne doświadczenia z okresu pierwszej wojny, kiedy utworzyła kobiecą służbę rentgenologiczną i sama docierała na front, by badać rannych. „Aby znienawidzieć samą ideę wojny dość jest raz zobaczyć, co ja widywałam tylokrotnie przez owe lata – mężczyzn i chłopców, przynoszonych do frontowych ambulansów w mieszaninie błota i krwi. Wielu z nich skazanych na rychłą śmierć, wielu innych na całe miesiące bólu i cierpień”.
Autobiografia pisana jest prostym językiem, szczególnie przystępnie wyjaśniane są kwestie naukowe, autorka nie zagłębia się we własne uczucia i przeżycia. Pewne z nich, te, o których już wspominałem, odcisnęły jednak tak głębokie piętno, że jakby mimowolnie wymykają się spod pióra; suche na pozór zdanie okazuje się być brzemienne w znaczenia (o mężu: „Mało posiadam listów od niego, ponieważ tak rzadko bywaliśmy osobno”; o sławie: „Zmęczenie wywołane nadmiernym wysiłkiem wynikającym ze złych warunków pracy powiększyło się jeszcze, gdy przyszła sława. Przerwanie naszej dobrowolnej samotności było dla nas prawdziwym cierpieniem, miało wszelkie cechy klęski, było poważnym zamachem na porządek naszego życia”). Złośliwi mogą pewnie powiedzieć, że uczona kształtowała własny wyidealizowany wizerunek, usuwając z portretu wszystko, co mogłoby się na nim położyć cieniem. Być może. Wścibscy biografowie dogrzebali się już jednak z jej życiu wszystkiego, co ona sama z niego wykreśliła. Nie zmieniło to jednak oceny jej dokonań, ani nie umniejszyło jej osoby w oczach świata. Autobiografia nadal stanowi poruszające świadectwo niełatwego życia, niezłomnego pokonywania przeszkód i przekonania o słuszności wybranej drogi. Wystarczy się w nie wczytać.

Tagi , | 11 Komentarzy

Płaszcz zabójcy, odc. 5

Z dziennika Marii Skłodowskiej-Curie

Paryż, 10 czerwca 1906 roku
Płaczę znacznie mniej i mój smutek nie jest już tak silny, ale przecież nie zapominam. Wszystko wokół mnie jest ponure. Codzienne troski nie pozwalają mi nawet pomyśleć w spokoju o moim Piotrze. A przecież usiłowałam otoczyć się wielką ciszą, sprawić, by świat o mnie zapomniał. Mimo to ledwie daję sobie radę z własnymi myślami. Martwię się stale o dom, dzieci i laboratorium.
Ale nawet na chwilę nie zapominam, że utraciłam Piotra, tyle tylko, że trudno mi myśleć o Nim ze skupieniem i niecierpliwie wyglądam chwili, kiedy będę w stanie to uczynić.
Widziałam, jak przenoszono skrzynię z Jego ciałem do prowizorycznego grobowca. Był tak blisko mnie i tak bardzo chciałam Go zobaczyć. Jakże mi żal, że ta skrzynia, w której zamknięte jest to, co miałam najdroższego na świecie, znów zostanie zamurowana pod ziemią. Odczuwam potrzebę chodzenia na cmentarz. Jestem tam bliżej Piotra i mogę bez przeszkód żyć myślami o Nim. Znoszę jakoś życie, ale wydaje mi się, że już nigdy nie będę potrafiła się nim cieszyć, choć tak wiele mi pozostało. Nie jestem bowiem osobą pogodną i wesołą z natury, czerpałam dotąd odwagę ze spokoju ducha, jaki cechował Piotra, ale to źródło wyschło.
Byłeś ucieleśnieniem uroku i szlachetności, a także najwspanialszych talentów. Zanim Cię poznałam, nie spotkałam nikogo podobnego do Ciebie i nigdy potem nie widziałam osoby równie doskonałej. Gdybym Cię była nie poznała, nigdy bym nie przypuszczała, że w ogóle można być takim człowiekiem.
„Odkąd przestałeś istnieć”. Wspomnienia Marii Skłodowskiej-Curie, „Wysokie Obcasy”, 5 XI 2001.

Tagi , | 19 Komentarzy

„Nie ma już dzielnicy żydowskiej w Warszawie”


Władysław Bartoszewski, Marek Edelman, I była dzielnica żydowska w Warszawie. Wybór tekstów, WN PWN 2010.

„Nie ma już dzielnicy żydowskiej w Warszawie” – donosił przełożonym generał Jürgen Stroop po stłumieniu powstania w getcie w połowie maja 1943 roku. Nie ma już śladów po dzielnicy żydowskiej w Warszawie, można sparafrazować to zdanie. Nie ma zbyt wielu śladów materialnych, ale nie ma też śladów w pamięci mieszkańców. Przechodzień zapytany o getto być może wskaże okolice ulicy Stawki lub Anielewicza, być może wzruszy ramionami. A przecież getto zajmowało ścisłe centrum miasta, ostatnia siedziba Domu Sierot Janusza Korczaka znajdowała się gdzieś tam, gdzie teraz wnosi się Pałac Kultury. Jeden rzut oka na dwa plany zamieszczone na wyklejce okładki uświadamia nam, że ginie pamięć o wielkim i bolesnym fragmencie dziejów stolicy.
I dlatego dobrze, że ukazują się takie książki jak ten wybór tekstów Władysława Bartoszewskiego i Marka Edelmana, dwóch ludzi, którzy doskonale znali dzielnicę żydowską: jeden starał się pomagać jej mieszkańcom z zewnątrz, drugi zaś próbował poderwać ich do boju przeciwko niemieckim oprawcom. Obaj przeżyli wojnę i nieustannie dawali świadectwo czasom bezprzykładnego barbarzyństwa. Chcieli przypominać i uświadamiać rozmiar zła, gdyż wiedzieli, że tylko w taki sposób można sprawić, by się nie powtórzyło. Zdawali sobie też jednak sprawę, że to za mało, że potrzeba jeszcze siły, by stanąć po stronie ofiar. Jak mówił Marek Edelman: 
Jeśli się przyglądasz złu i odwracasz głowę, albo nie pomagasz, kiedy możesz pomóc, to stajesz się współodpowiedzialny. Bo twoje odwrócenie głowy pomaga tym, którzy dopuszczają się zła.
Na tom składa się kilka tekstów o różnym charakterze i powstałych w różnym czasie. Dwa są jednak najważniejsze: Los Żydów Warszawy 1939–1943 Bartoszewskiego i Getto walczy Edelmana. Ten pierwszy to zarys historii Żydów w czasie okupacji niemieckiej, ze szczególnym uwzględnieniem dziejów getta warszawskiego: prześladowań, sytuacji i postaw mieszkańców, ich prób oporu i wreszcie zagłady. Poznajemy też stosunek polskiej konspiracji i rządu na uchodźstwie do eksterminacji Żydów; próby niesienia pomocy i nagłośnienia w świecie wydarzeń rozgrywających się za murami getta. To doskonałe wprowadzenie i punkt wyjścia do pogłębionych poszukiwań. Wiele w nim wymownych cytatów z dokumentów niemieckich, polskich i żydowskich, relacji i wspomnień, prasy podziemnej.
Natomiast Getto walczy Edelmana to pisana z punktu widzenia świadka i uczestnika wydarzeń relacja o życiu Żydów w dzielnicy zamkniętej, a szczególnie o rodzeniu się ducha oporu, o przełamywaniu strachu i apatii, jaki zaszczepili im Niemcy. To opowieść o garstce młodych ideowców, którzy nie dali się złamać i nie chcieli biernie iść na śmierć. Broszura wydana została w 1945 roku, a krótkim wstępem opatrzyła ją Zofia Nałkowska. Po 65 latach jej słowa zachowały aktualność:
[...] jego nieliterackie opowiadanie osiąga to, co udaje się nie wszystkim arcydziełom. Daje w słowie poważnym, celnym, powściągliwym, wolny od frazesu protokół zbiorowego męczeństwa, utrwala mechanizm jego przebiegu. Jest także autentycznym dokumentem zbiorowej mocy ducha, ocalonej z największej klęski, jaką znają dzieje narodów.
Ta moc ducha wciąż jest wyczuwalna, nie zblakła, nie rozwiała się z upływem czasu. Edelman pisze prosto i szczerze, wskazuje przykłady zachowań haniebnych i szlachetnych, opisuje czyny podłe i wzniosłe. Przedstawia dno upadku i wzloty ducha; tych, którzy się załamywali, i tych, którzy mimo własnej nędzy potrafili dawać siłę innym. Lektura przejmująca, miejscami brutalna – wszystkie rany były jeszcze przecież świeże.
Te dwa teksty uzupełniają inne, drobniejsze oraz aneksy z materiałami źródłowymi. Wiele miejsca zajmują fotografie, dwa znakomite plany uświadamiają czytelnikowi nie tylko rozmiary getta, ale i pokazują jego zasięg na planie dzisiejszej stolicy. Do tego kalendarium, słownik terminów oraz rozbudowany indeks osobowy z krótkimi biogramami. Wszystko to sprawia, że książka doskonale nadaje się także dla osób, które o dziejach getta niewiele wiedzą. Jej idealnymi odbiorcami, moim zdaniem, są nauczyciele i uczniowie; mnóstwo tu inspiracji i cennych materiałów do prowadzenia lekcji, nie tylko historii.

Za przesłanie książki dziękuję WN PWN.

Tagi , , | 36 Komentarzy

Płaszcz zabójcy, odc. 4

Z zapisków warszawiaka

Warszawa, 6 czerwca 1982 roku
Rozgościły się tu niespodziewanie uroki natury, wobec których nawet doznania wojenne zdają się blednąć. W trzydziestoparostopniowym skwarze, obok dziewcząt w jasnych, zwiewnych szatkach, ciężko podkuci obrońcy pokoju stają się świetnym materiałem dla satyryka. Umundurowana praworządność ocieka potem, gdy świat roi się wiosennie mimo niej i od niej niezależnie.

W stanie, Ośrodek Karta 1991, s. 168.

Tagi , | 21 Komentarzy

Najniższa forma życia



James Herriot, Vets might fly, Pan Books 1977.

Ledwie zakosztował słodyczy małżeńskiego życia, a już musiał porzucić ukochaną Helen i swoją weterynaryjną praktykę w Darrowby. Po wybuchu wojny James Herriot trafił do lotnictwa. Przestał być szanowanym fachowcem, a stał się „najniższą formą życia w RAF-ie” – AC2, szeregowym pilotem, ganianym przez sierżantów, poznającym tajniki nawigacji, obierającym ziemniaki w kuchni. Dnie wypełniała forsowna zaprawa fizyczna, lekcje umiejętności niezbędnych pilotom oraz służby, a to warta, a to znowu sprzątanie. W każdej jednak wolnej chwili myśli Jamesa wędrowały ku żonie, ku rozległym przestrzeniom Yorkshire, rozrzuconym wśród gór farmom i farmerom: sympatycznym i gburowatym, bogatszym i biedniejszym, obrotniejszym i tym, którzy ledwo sobie radzili z prowadzeniem gospodarstwa. Wędrowały też – a może przede wszystkim – ku licznym pacjentom. Poznajemy więc boksera Cedrica, którego męczyły gazy, i bożonarodzeniowego kota, którego matka ostatnim wysiłkiem przyniosła do pełnego ciepła domu. Śledzimy zmagania weterynarza z ciężką chorobą, jaka dotknęła psa pewnego łobuziaka, oraz dramatyczną walkę o życie duszącej się cennej klaczy wyścigowej.
Oczywiście Herriot nie żył wyłącznie wspomnieniami i służba w wojsku również dostarczała mu niezapomnianych przeżyć. Zwykła wizyta u dentysty przekształciła się w istny horror; zadbał o to stomatolog zwany Rzeźnikiem. Praworządny zwykle James miał też na koncie wykroczenia przeciwko dyscyplinie, ale jak tu nie skorzystać z okazji i nie wyrwać się bez przepustki na chwilę do ciężarnej żony, skoro dzieli ich zaledwie kilka godzin jazdy autobusem. Przy tej samowolce mały szwindel z telegramem powiadamiającym o narodzinach syna to już naprawdę drobiazg.
Tom piąty cyklu (w wersji polskiej Weterynarze mogą latać, wydanie nie do zdobycia) jest równie dobry jak poprzednie. Herriot umie z dystansem spoglądać na siebie, z humorem przedstawia wpadki, w jakie obfitowało życie nowicjusza w weterynaryjnym fachu, na dodatek poznającego dopiero obyczaje farmerów. Cieszy się z sukcesów, gdy udało się uratować życie zwierzęcia, często znajdującego się w beznadziejnym stanie, z żalem przywołuje przypadki, gdy cała jego wiedza okazywała się nieprzydatna. Z miłością pisze o swojej żonie, z ciepłem o przyjaciołach, z podziwem o zmagających się z trudnymi warunkami gospodarzach. Smakowicie opisuje kulinarne arcydzieła, jakimi częstowały go żony farmerów, wylicza kufle piwa spożyte w upalny dzień (z lekką zgrozą czytamy, jak po wyjściu z pubu wsiada do samochodu i jedzie dalej; albo piwo było słabe, albo ruch na drogach niewielki, bo zwykle obywa się bez poważniejszych wypadków). Wiele razy przystaje, by napawać się pięknem przyrody, w niewielkim jeszcze stopniu tkniętej ręką człowieka.
Książki Herriota są idealną lekturą na każdą porę roku. A już w upały sprawdzają się wyjątkowo. Warto wybrać się z Jamesem w codzienny objazd po farmach i dzielić z nim trudy i radości lekarza weterynarii.

Tagi | 10 Komentarzy

Płaszcz zabójcy, odc. 3

Z dziennika Mariana Brandysa

Obory, 3 czerwca 1978 roku
N. zawiózł mnie do Klarysewa, żeby pokazać rezydencję Gierka. To cała osada ukryta w gęstym sosnowym lesie. Ogromna willa z szaroróżowego marmuru. Na dachu basen i różne inne szykany. Dokoła luksusowe wille goryli i obstawy wojskowej. Najwyższy standard luksusu dla przywódcy bogacącego się narodu komunistycznego. N. opowiada o olbrzymich fortunach, jakie powstają w PRL nieomalże z dnia na dzień, przeważnie jednak ze źródeł nielegalnych. Ci bogacze peerelowscy uważają się za bohaterów współczesności. Do partii najczęściej nie należą, są tak zwanymi patriotami, ustroju nienawidzą, ale nigdy przeciwko niemu nie występują i występować nie pozwalają, bo wiedzą, że razem z nim oni pierwsi by upadli.
N. opowiada ciekawe rzeczy o uprzywilejowanej klasie wysokich funkcjonariuszy partyjnych i państwowych oraz rencistów, którzy takimi funkcjonariuszami byli. Teraz "odstawionych" się nie zniechęca. Każdy pobiera ogromne emerytury i korzysta ze wszystkich przywilejów. Na przykład w dziedzinie dostaw żywności wygląda to tak: każdy z uprzywilejowanych ma swój numer, na który się powołuje przy zamówieniach telefonicznych. Dzwoni i mówi: Tu numer X, proszę przysłać mi na obiad to i to. I w półtorej godziny wszystko jest przywiezione.

Marian Brandys, Dziennik 1978, Iskry 1997, s. 78.

Tagi , | 10 Komentarzy

Wszystkim, którzy...

Wszystkim, którzy tak jak porucznik Borewicz  zachowali wrażliwość dziecka, składam serdeczne życzenia z okazji dzisiejszego święta.


 
W prezencie dla każdego po baloniku, dmuchamy w zakresie własnym.


***

 
Co prawda z różnych stron pojawiają się ostatnio stwierdzenia, że pokazywanie stosów i wypełnionych regałów służy wyłącznie zaspokajaniu próżności prezentujących, ale nie zamierzam sobie odmówić przyjemności pochwalenia się nowym meblem. Potraktuję to jak w pełni zasłużony prezent z okazji Dnia Dziecka.  
Nowy mebel wygląda tak:
Na potrzeby sesji fotograficznej został wypełniony prawie po brzegi, ale docelowo ma mieć sporo luzu, żeby starczyło na parę miesięcy. 
Pojemność około 1000 tomów, 18 metrów bieżących półek (po zamontowaniu ostatniej).

Najfajniejsze zaś w tym jest to, że najmłodsze pokolenie może od razu sięgać po książki z wyższej półki:


Tagi | 35 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.