Archiwum lipca 2011

„Kobieta z przeszłością, mężczyzna po przejściach”
(Józef Ignacy Kraszewski, „Orbeka”)



„A gdy się zejdą, raz i drugi, kobieta  z przeszłością, mężczyzna po przejściach...”, to wtedy mamy materiał na całkiem niezłą powieść. Mężczyzna po przejściach, Walenty Orbeka, uważany jest przez sąsiadów z podsiedleckiej okolicy za dziwaka. Starszy (według ówczesnych pojęć, dziś byłby czterdziestolatkiem w kwiecie wieku), zamknięty w sobie melancholik, stroniący od gwaru i ludzi, rozwiedziony, chociaż sam uważał się za wciąż żonatego. Żyje skromnie, ma swoją muzykę i książki. Znienacka spada na niego milionowy spadek. Rozpisują się o tym szczęśliwym wydarzeniu gazety i nagle całe sąsiedztwo zaczyna się interesować samotnikiem. Niemal siłą ściągnięty zostaje na przyjęcie na swoją cześć w dworze podkomorzego, który słynie z gościnności na skalę znaną z „Pana Tadeusza”, ale poza tym ma kilka córek na wydaniu i kto wie, może świeżo upieczony bogacz zainteresuje się którąś z panienek.

Niestety urok prowincjonalnych gąsek przyćmiewa daleka krewna podkomorzostwa, która w złą godzinę postanowiła odwiedzić pociotków. Panna Palmira z Wykołowiczów baronowa von Zughau, secundo voto podczaszyna bracławska Sierocińska, jest – o zgrozo! – podwójną rozwódką, kobietą z przeszłością tak bujną, że przyćmiłaby Joan Collins i Zsa Zsę Gabor razem wzięte, a Elizabeth Taylor mogłaby jej co najwyżej buciki czyścić. Jeden ma talent: potrafi omotać dowolnego mężczyznę, by wycisnąć go jak cytrynę i zrujnowanego wyrzucić na śmietnik. Na wieść o majątku nieciekawego Orbeki w jej oczach pojawia się łowiecki błysk.

Jeśli myślicie, że stoik Orbeka oparł się urokowi pięknej Palmiry, zwanej Mirą, to się mylicie. Zakochał się niemal od razu i to bez pamięci. A to stało się początkiem nad wyraz dramatycznej  historii godnej pióra Heleny Mniszkówny. Gdybym bowiem dostał „Orbekę” bez okładki i strony tytułowej, autorce „Trędowatej” mógłbym przypisać stworzenie tego romansu. W życiu jednak nie zdarzyło jej się wspiąć na takie wyżyny literackie. Bo wbrew dość banalnej, aczkolwiek niezupełnie przewidywalnej fabule, „Orbeka” jest książką pełną ciekawych obserwacji psychologicznych i obyczajowych. Fantastycznie nakreślona jest postać bezwzględnej uwodzicielki o kamiennym sercu, kobiety kapryśnej, egoistycznej, obdarzonej urodą, nieprzeciętnym urokiem i wielkim talentem aktorskim, dzięki którym potrafiła czynić z mężczyzn swych niewolników. Z podziwem i zgrozą obserwowałem jej sztuczki, wybiegi, intrygi, przedstawione po mistrzowsku. Na tle Miry Orbeka jest tylko bezwolną kukłą, która gotowa jest na wszystko za ochłap rzucony przez ukochaną – byle uśmiech, zdawkową rozmowę, podanie do ucałowania koniuszków palców. Można go żałować, można pogardzać jego słabością, ale Kraszewski wyraźnie stwierdza, że na czar Miry nie było mocnych. Mężczyźni przytomnieli po utracie resztek majątku albo strzelali sobie w łeb, Orbeka nie potrafił wyzwolić się z więzów.

Od strony obyczajowej mamy światowe przyzwyczajenia Miry, stroje, klejnoty, powozy, przyjęcia – nakreślone jednak dość pobieżnie, przypuszczalnie Kraszewski nie miał stosownego doświadczenia. Niewątpliwie jednak z autopsji znał obyczaje szlacheckiego dworu z prowincji, gdyż przyjęcie na cześć Orbeki u podkomorzostwa odmalowane jest barwnie i szczegółowo, z licznymi detalami: służący „procesjonalnie snuli się, niosąc rozmaite aparata do sali jadalnej”, a w całym domu było  „słychać kapustę” gotowaną na bigos dla licznych gości. Dowiadujemy się też, jak zatrzymywano osoby, które chciałyby się wymknąć przedwcześnie z przygotowanej na ich cześć fety: zdjęcie kół powozu było najmniej radykalnym środkiem.

„Orbekę” niemal pochłonąłem, zatrzymując się nader często jednak dla delektowania się rozmaitymi smaczkami, detalami czy sformułowaniami, gdyż język jest kolejną zaletą powieści. Dla zarażonych jikozą jest to pozycja obowiązkowa, wolni jeszcze od tego schorzenia mają wielkie szanse zarazić się twórczością Kraszewskiego. Doskonała na lato, inne pory roku też będą tej lekturze sprzyjać.

Józef Ignacy Kraszewski, Orbeka, Wydawnictwo Literackie 1983.

Tagi , | 17 Komentarzy

Karanie krnąbrnych dziewczynek

Nie, nie. Nie zmieniłem profilu bloga. To tylko jakiś ciekawski i perwersyjny użytkownik internetu szukał tu materiałów poglądowych. Kiedy nie znalazł nic o "karaniu krnąbrnych dziewczynek", przerzucił się na "ostre Polki fotki z przybliżeniami". Zapewne pod wpływem "drinka zabójcy" jakiś desperat szukał u mnie potwierdzenia, że "Mengele był przystojny". Rzecz gustu. Pojawiły się też akcenty rasistowskie: "rysy po żydowskich przodkach" oraz "Indianin czy to obraźliwe słowo".
Bardzo mnie ucieszyło to, że fraza "miły w czytaniu" prowadzi do bloga zacofanego w lekturze. To prawie tak miłe, jak kiedy "kot daje buzi". Powstaje wtedy zapewne "synergia addytywna".
Obsesją internetowych poszukiwaczy stała się "choroba oczu skłodowskiej" - zdecydowana rekordzistka dzisiejszego zestawienia pod względem liczby zapytań. Pod względem skomplikowania wygrywa jednak fraza "Justyna w piżamie w kratkę wygląda jak jego własny ojciec". Aż się boję pomyśleć, o jaki skomplikowany układ  rodzinny może chodzić.
Większość guglowskich poszukiwaczy gnębią jednak rozmaite pytania egzystencjalne:
- dlaczego portret podwójny Elizy jest podwójny?
- lektura Tomka Sawyera czy jest w niej coś zaskakującego?
- jaki los czeka zakonnice?
- czy można mieć w zakonie kota?
- ile płacą za skup głogu 2011? Tego nie wiem, ale za to znalazłem restaurację, w której można głóg sprzedać, a zarobione pieniądze na miejscu wydać na herbatkę z głogu, ewentualnie na naleweczkę.


Pozdrawiam wszystkich z upalnych/słonecznych/chłodnych/deszczowych/mglistych/zaśnieżonych/mroźnych (niepotrzebne skreślić) Mazur. Mam nadzieję, że nie grozi nam "koniec wakacji w atmosferze końca świata".

PS. Mazury dziś zdecydowanie deszczowe, choć nadal ciepłe.

Tagi | 13 Komentarzy

Żeromski na front

Stefan Żeromski, Echa leśne, oprac. Zdzisław Jerzy Adamczyk, Wydawnictwo Łódzkie 1988.

Zamiast relaksować się po „Korczaku” dowolnym lekkim czytadłem, złapałem „Bunt w Sobiborze” Philipa Bialowitza. Bardzo interesujące wspomnienia, ale tym razem nie o nich chciałem. Skończyły mi się bowiem w połowie drogi do domu, co jest rzeczą bolesną. Byłem jednak przygotowany na taką okoliczność i woziłem ze sobą broszurkę z „Echami leśnymi” Żeromskiego.
Woziłem, gdyż zamierzałem dokonać wstępnego rozpoznania bojem, czy w ogóle wrócić do Żeromskiego. Poza „Syzyfowymi pracami”, które dawno temu czytałem kilkakrotnie, żaden z objętych programem szkolnym klasyków tego autora nie zrobił na mnie większego wrażenia – choć przyznam, że zapoznałem się z nimi nad wyraz pobieżnie. „Echa leśne” też mnie kiedyś rozczarowały i teraz już wiem dlaczego. Jestem bowiem czytelnikiem zdyscyplinowanym i książki czytam od początku, co w tym wypadku jest błędem, gdyż osiemdziesięciostronicowy tomik w kieszonkowym formacie otwiera wstęp – wypełniający równo połowę książki i nader szczegółowo omawiający genezę i konstrukcję utworu. Po jego przeczytaniu wiemy wszystko na ten temat, znamy fabułę i zakończenie, dowiadujemy się, z jakim arcydziełem mamy do czynienia. A gdy już sam Żeromski dorwie się do głosu, zblazowany czytelnik, poziewując, mówi: „Ale ja to wszystko wiem”.
Tym razem skupiłem się więc wyłącznie na noweli Żeromskiego. Nocą w puszczy gromadka osób pilnuje wycinania przesieki, rozgraniczającej lasy różnych właścicieli. Grupa to ciekawa i znakomicie, choć zaledwie kilkoma kreskami, scharakteryzowana. Najważniejszą postacią w niej jest generał Rozłucki, który przy ognisku, zasłuchany w niosące się po lesie odgłosy toporów, snuje wspomnienia z okresu powstania styczniowego. Dowodził wtedy oddziałem rosyjskim, w którym służył też jego bratanek Jan. Pewnego dnia Jan zdezerterował, plotka mówiła, że przyłączył się do powstańców jako „Rymwid”. Stryj zawzięcie tropił powstańcze oddziały, aż pewnego dnia, po potyczce, w jego ręce wpadł bratanek. Generał, a właściwie wówczas podpułkownik, zwołał sąd polowy, by osądzić dezertera i buntownika. On też swoim głosem musiał zadecydować, jaki los ma spotkać więźnia.
„Echa leśne” okazały się wciągającym, pięknie napisanym drobiazgiem. Zebrani przy ognisku – a każdego poznajemy z kilku sugestywnych zdań – słuchają dramatycznego opowiadania Rozłuckiego i przeżywają na nowo dawne wydarzenia;, wszyscy, jak możemy się domyślać, mieli w nich jakiś udział. To jednak stary wojskowy skupia na sobie większość uwagi, gdy ujawnia osobisty dramat. Dzięki niemu też poznajemy Jana – „Rymwida”, szlachetnego patriotę, do końca wiernego swym przekonaniom.
Znalezioną we wstępie opinię Jarosława Iwaszkiewicza, że „Echa leśne” są „najpiękniejszą nowelą polską” i „jedną z najpiękniejszych nowel świata” niegdyś skwitowałbym wzruszeniem ramion, dziś jednak muszę przyznać, że coś w tym może być. W każdym razie Żeromski wędruje na front kolejki książek do przeczytania – wybrałem „Wiatr od morza”.

***

PS. Jest poniedziałek, 11 lipca, godz. 21.51. Notatka napisana przed wyjazdem pojawi się jutro z automatu, a ja korzystam z tego, że internet jakoś żwawiej o tej porze chodzi, i dopiszę, że jest wakacyjnie, pogoda dopisuje, chociaż mieliśmy już porządną ulewę, jezioro jest czyste i doskonałe dla dzieci, a w Mrągowie najlepsze lody są w kawiarni Igloo niedaleko ratusza. Udało mi się nawet przeczytać dziś jakieś 30 stron "Orbeki" Kraszewskiego - wszystkich dotkniętych JIKozą od razu namawiam do zabezpieczenia sobie egzemplarzy: powieściowa femme fatale nazywa się - uwaga! - Palmira z Wykołowiczów baronowa von Zughau, secundo voto podczaszyna bracławska Sierocińska. Czy muszę dodawać coś jeszcze? Pozdrawiam. ZWL

Tagi | 16 Komentarzy

W drodze

Jestem właśnie w drodze na wakacje, a przynajmniej taką mam nadzieję. Skoro jednak to czytacie, to znaczy, że udało się wyruszyć. Na całe dziesięć dni. Na Mazury. Co prawda wczorajsza pogoda nie nastraja optymistycznie, ale może będzie lepiej. W każdym razie wieczorem mamy szansę oglądać taki zachód słońca:


Zagadką pozostaje, czy tak urocze miejsce zapewnia podstawową zdobycz cywilizacji, czyli dostęp do internetu. Na wszelki wypadek wyjścia awaryjne są opracowane i może się uda. Ale gdybym się nie odzywał, to zachowajcie spokój: będę pławił się w słońcu/deszczu/jeziorze/samozadowoleniu (niepotrzebne skreślić). Na zatonięcie w lekturze szanse są nikłe, ale książki zabrałem - większość pewnie wróci nieprzeczytana. Mam dwie powieści Kraszewskiego, "Klaudynę w Paryżu", "Sztukmistrza z Lublina" i jeszcze kilka rozmaitości.
Po raz kolejny zachęcam wszystkich do odwiedzin na blogu "Płaszcz zabójcy", gdzie zapowiada się fenomenalny miesiąc z perłami wybranymi z licznych dzienników, pamiętników i zbiorów listów. Ankieta pod każdym nowym postem pozwala bez wysiłku poinformować redakcję, czy jej wysiłki zostały docenione.
Bawcie się dobrze, jako i ja zamierzam się bawić na miarę sił i środków.

Tagi | 10 Komentarzy

Gorączka wtorkowej nocy

Drodzy Goście!
Pół roku temu pojawił się pierwszy wpis na blogu Zacofanego.w.lekturze. Z tej okazji zapraszam na małe przyjęcie.
Prezenty zechciejcie odłożyć obok wspaniałego podarku od Lirael, której serdecznie dziękuję za pamięć.


Wielbicieli deserów wytrawnych zapraszam na tort śledziowy: 


a zwolenników słodyczy do punktu dzielenia tortem:


Nalewki tylko dla osób pełnoletnich:







 Ponadto w programie tańce przy MUZYCE w RÓŻNYM STYLU

 
A o północy pokaz fajerwerków:


Miłej zabawy!





Tagi | 47 Komentarzy

„Jedyny mój klejnot: smutek”

Joanna Olczak-Ronikier, Korczak. Próba biografii, W.A.B. 2011.

Smutek. Dojmujący. Wszechobecny. I niezwiązany z tym, że wiem, jak skończy się życie Korczaka. Nie.
Mały chłopiec pyta, czy na jasełkowym przedstawieniu będzie Herod i diabeł. Ojciec zbywa go tym typowym dla dorosłych „Zobaczysz”. Lekceważy strach syna, uważa go za mazgaja. Jak mocno zapadł ten zdałoby się drobny epizod w pamięci dziecka, skoro dorosły już Henryk Goldszmit napisał: „Nie róbcie dzieciom niespodzianek, jeśli nie chcą. Powinny wiedzieć, zawczasu być uprzedzone, czy będą strzelać, czy na pewno, kiedy i jak. Trzeba się przygotować przecież do długiej, dalekiej, niebezpiecznej podróży”. Kilkadziesiąt lat później, wierny tej zasadzie, będzie próbował przygotować swoich podopiecznych do podróży. Tej ostatniej.
Smutek. Kłótnie rodziców. Choroba psychiczna i śmierć ojca. Strach, który będzie Henrykowi towarzyszył do końca życia: że i w nim odezwą się dziedziczne zaburzenia umysłowe. Może dlatego nie założył rodziny, stronił od kobiet, bliskości. Śmierć matki na tyfus, gdy on sam leżał złożony tą chorobą. Ochłodzenie stosunków z siostrą. Samotność.
Samotność wśród setek małych podopiecznych. Ani chwili wytchnienia, przerwy. Gdyby przysiadł na chwilę, powróciłby strach przed losem ojca. Więc praca: praktyka lekarska, pisanie, sprawy urzędowe, szukanie środków na prowadzenie Domu Sierot. I dzieci: ważenie, mierzenie, rozmowy, opowiadanie bajek, tworzenie utopijnej społeczności, w której panują ład i sprawiedliwość. Dla nich gotów był na wiele, na wszystko.
Wyprostowany żądam, bo już nie dla siebie.
Daj dzieciom dobrą dolę, daj wysiłkom ich pomoc, ich trudom błogosławieństwo.
Nie najłatwiejszą prowadź ich drogą, ale najpiękniejszą.
A jako prośby mej zadatek przyjm jedyny mój klejnot: smutek.
Smutek i pracę.
Niezrozumienie. Część wychowanków uważa, że trzymał ich z dala od prawdziwego życia, nie przygotował do jego trudów, nie dał broni, by z nim się zmagać. Pewne środowiska zarzucają, że wychowuje dzieci w tradycji żydowskiej, inne – że je od niej odrywa. A polskie łobuziaki i tak, bez względu na te spory, biją małych podopiecznych Korczaka, który wystosowuje do nich apel w imieniu dzieci żydowskich: „Więc bardzo prosimy dzieci robotnicze, żeby nas nie zaczepiały, bo to dla nas łzy, a dla nich – wstyd”.
Łzy. Ileż ich otarł z małych twarzyczek? Czy sam płakał w tych najtrudniejszych latach w getcie? Chyba nie mógł sobie na to pozwolić. Musiał czuwać, zabiegać o jedzenie, opał, ubrania, musiał dbać o zachowanie choćby pozorów normalności w nienormalnym świecie. Zmagał się z własną słabością i chorobą, ale nie mógł ich okazywać – zawsze ktoś był słabszy, bardziej bezbronny, bardziej potrzebujący opieki. Czy dopuszczał do siebie świadomość nieuchronnego końca, czy może podsycał nadzieję na ocalenie? Wszystko wskazuje na to, że przeczuwał, że wiedział. I musiał na tę nieuchronność przygotować dzieci. Jak do podróży.
Jest też jednak i zwycięstwo. Triumf, który można skwitować wzruszeniem ramion, na pozór drobny. Korczakowi udało się część dzieci ocalić od niepamięci, od anonimowości – dzięki jego pamiętnikowi czy gazetce domowej nie stały się wyłącznie cyframi w statystyce ofiar.
Albert, Jerzy, chora na płuca Genia, Felunia, która bardzo kaszlała, Sabinka, cierpiąca na reumatyzm. Czterech Moniusiów. Marylka. Zygmuś, Semi, Abrasza, Hanka, Aronek, którzy podpisali się pod podaniem do księdza Marcelego Godlewskiego przy parafii Wszystkich Świętych, by pozwolił na odwiedzanie kościelnego ogrodu. Jakub, który napisał poemat o Mojżeszu. Marceli, Szlama, Szymonek, Natek, Mietek, Leon, Szmulek, Abuś, którzy prowadzili pamiętniki. Rita, która postanowiła, że nie będzie kradła. Mendelek Nadanowski, który miewał złe sny.
Właściwie nie tak powinienem to napisać. Najpierw powinno być kilka zdań o biografii, o książkach, o działalności pedagogicznej. Akapit o życiu w getcie, o kontrowersjach wokół ostatniej drogi Starego Doktora i jego dzieci. Podkreślenie, że Joanna Olczak-Ronikier jako pierwsza podjęła kwestię doświadczeń seksualnych Korczaka i jego przynależności do masonerii. A zrobiła to z niezwykłym taktem i szacunkiem wobec swego bohatera – rzadkość wśród współczesnych biografów. Powinienem zauważyć, że opowieść o Korczaku jest równocześnie opowieścią o pokoleniach Żydów, którzy chcieli się zasymilować, a mimo to byli odrzucani i przez Żydów, i przez Polaków. Napisaną pięknym językiem, wykorzystującą masę źródeł, a przede wszystkim pisma samego Korczaka.
Wszystko to prawda. Wiele jest w tej książce wątków, myśli, tropów – każdym można podążyć. Ja podążyłem tropem smutku: dojmującego i wszechobecnego. Który nie wiąże się z tym, że wiedziałem, jak skończy się życie Doktora.

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

Tagi , , | 23 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.