Archiwum sierpnia 2011

Hołd dla gwiazdy


Zbigniew Korpolewski, Hanka Bielicka. Umarłam ze śmiechu. Wspomnienia, anegdoty, niepublikowane monologi, Prószyński i S-ka 2011.

Hanka Bielicka to jedna z tych artystek, o których myślałem, że będzie trwać wiecznie. Była, jest i będzie, prawdziwa gwiazda, której niestraszny upływ czasu i zmienne mody. Aktorka zmarła jednak w wieku 91 lat, w 2006 roku. Pozostała legenda.
Zbigniew Korpolewski wydawał się być stworzony do zmierzenia się z tą legendą. Zaprzyjaźniony z Bielicką, pisał dla niej monologi, dyrektorował w Teatrze Syrena, którego była przez dziesięciolecia najpopularniejszą aktorką, wreszcie wysłuchiwał jej wspomnień i został przez nią samą obarczony zadaniem napisania biografii. Jeszcze przed rozpoczęciem systematycznej lektury kartkowałem ten starannie wydany tom, przeglądając liczne zdjęcia, a mój wzrok zatrzymywał się na smakowitych anegdotach, wspomnieniach i tekstach monologów – wszystko zgodnie z zapowiedzią w tytule. Wydawało się, że będzie to idealny hołd złożony Hance Bielickiej. Niestety już lektura autorskiego wstępu rozwiewa złudzenia, że mamy do czynienia z biografią w pełni tego słowa znaczeniu, że poznamy koleje losu aktorki, szczegóły życia zawodowego i prywatnego, że poczytamy fragmenty recenzji i wspomnienia przyjaciół, znajomych czy współpracowników. Zbigniew Korpolewski napisał bowiem książkę na podstawie wyłącznie własnych wspomnień i tego, o czym opowiedziała mu Bielicka przez lata znajomości. Do tego doszły rozważania autora o polskiej estradzie, fenomenie gwiazdy, jaką niewątpliwie była Hanka Bielicka, oraz o miałkości celebrytów nam współczesnych, wylansowanych na fali skandali.
Poznajemy Bielicką jako osobę wielkiego talentu, pracowitości i dobroci. Aktorkę, która nigdy nie przestawała grać, która za punkt honoru miała ubarwianie szarej peerelowskiej rzeczywistości swymi strojami i kapeluszami. Profesjonalistkę w każdym calu, która z szacunkiem odnosiła się do swojej publiczności: nie lubiła serwować widzom starych tekstów ze sceny, znosiła największe trudy i niewygody tras objazdowych, byle nie sprawić zawodu czekającym na nią widzom. Widzimy też gwiazdę od strony bardziej prywatnej: poznajemy niezbyt udane związki uczuciowe, tryb życia w domu i podczas estradowych objazdów po Polsce i świecie, ukrywaną starannie przez lata pomoc potrzebującym, zarówno ludziom, jak i zwierzętom.
Z tekstu emanuje ogromny podziw i szacunek dla Hanki Bielickiej. Całość, chociaż pisana ze swadą i poczuciem humoru, zrobiła jednak na mnie wrażenie przegadanej; co gorsza, nazbyt często pewne wątki się powtarzają, chwilami za wiele dowiadujemy się o poglądach Zbigniewa Korpolewskiego, a za mało o jego bohaterce. Rekomenduję więc czytanie książki na raty, dzięki czemu da się uniknąć znużenia, jakie odczułem po zaaplikowaniu sobie tej pozycji w jednorazowej dawce. Na pewno warto po tę książkę sięgnąć, gdyż autorowi udało się pokazać, na czym polegał fenomen Bielickiej i skąd brała się niezmienna przez dziesięciolecia popularność i sympatia widzów.

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

PS. Jeszcze tylko dwa dni zostały na wysłanie nominacji do nagrody "Złotej Zakładki". Każdy głos na Waszego ulubieńca się liczy!

Tagi , , | 17 Komentarzy

Czarna morwa bez smaku

Ewa Lach, Kryptonim „Czarna Morwa”, Czytelnik 1968.

Znacie ten ograny schemat fabularny z bandą dzieciaków, które postanawiają wspomóc nieudolnych dorosłych i wyjaśnić sprawę sabotażu w fabryce (kradzieży mienia państwowego, szpiegostwa, zniknięcia kapelusza za sto tysięcy, dziwnego zachowania sąsiadki z naprzeciwka, niepotrzebne skreślić)? Typują podejrzanych, opracowują plan, rozpoczynają śledztwo, a potem węszą, plączą się samotnie po nocy po starych halach fabrycznych, cmentarzach czy ruinach, narażając na skręcenie karku lub katar. W finale obowiązkowo zamykają najbardziej podejrzanego przestępcę w komórce na węgiel i z dumą lecą na najbliższy komisariat MO, gdzie jowialny sierżant wcale nie chce wierzyć w ich rewelacje. Gdy już uwierzy i pobiegnie aresztować złoczyńcę, to okazuje się, że w komórce siedział porucznik z wydziału kryminalnego, któremu nieletni uniemożliwili złapanie prawdziwego sabotażysty (złodzieja, szpiega, aferzysty, pasera, sąsiadki z naprzeciwka – niepotrzebne skreślić). Zrugane małolaty ostatecznie rehabilitują się w oczach władzy i rodziców, przyczyniając się do odnalezienia kluczowego dowodu albo ukrytych łupów. A potem chodzą w glorii bohaterów i wszyscy im zazdroszczą.
Na takim z grubsza pomyśle Ewa Lach, autorka którą przypominałem jakiś czas temu, oparła swoją powieść Kryptonim „Czarna Morwa”. Zagadki do rozwiązania są nawet dwie (kameralna kradzież modelu szybowca i ekscytująca całe miasto afera kradzieży wełny z miejscowej fabryki), cały tłum podejrzanych wytypowanych według najbardziej nieprawdopodobnych kryteriów, metody detektywistyczne opierają się na wagarach spędzanych na ganianiu za złoczyńcami, a całość jakoś dziwnie się dłuży. Akcji zdecydowanie brakuje tempa, małoletni bohaterowie są mało wyraziści, liczne zaś obrazki obyczajowe nader mdłe (ani jednej solidnej awantury o te wagary!). Co więcej, autorka traktuje swoją opowieść bardzo serio, być może poczucie humoru pojawiło się u niej z wiekiem.
Te same elementy i częściowo pomysły Ewa Lach wykorzystała w powieści Romeo, Julia i błąd szeryfa, zdecydowanie jednak podkręcając i urozmaicając w niej akcję – na tym tle Kryptonim wypada blado, chociaż trudno uznać tę książkę za nieudaną czy słabą. Po prostu autorce nie udało jej się nadać indywidualnego rysu, czyta się bezboleśnie i równie bezboleśnie zapomina.

Tagi , | 33 Komentarzy

„Do źródła dobra i szczęśliwości”


Władysław St. Reymont, Pielgrzymka do Jasnej Góry, Słowo 1995.

To aż niewiarygodne, że tak wielowymiarowe i ważne dla polskiej kultury i religijności zjawisko, jakim są pielgrzymki na Jasną Górę, nie doczekało się literackiego opracowania. Złośliwie można powiedzieć, że żadnemu z naszych pisarzy nie chciało się podążać z pielgrzymią kompanią, a wyłącznie w ten sposób można zebrać odpowiedni materiał, dowiedzieć się, co kieruje pątnikami, co ich podtrzymuje w drodze, jak przeżywają wędrówkę i jak wygląda ich codzienność.
Trudów nie uląkł się tylko Władysław St. Reymont, który jako korespondent „Tygodnika Ilustrowanego”, wyruszył 5 maja 1894 roku z warszawskiej Pragi w drogę do Częstochowy, „do źródła dobra i szczęśliwości”, jak ją nazwie w zakończeniu. Pielgrzymka, w której uczestniczył, chociaż nie mówiono o tym otwarcie, miała być hołdem w rocznicę insurekcji kościuszkowskiej.
Początkowo Reymont obserwował pielgrzymów jak egzotyczną osobliwość. Sam będąc racjonalistą, zadawał sobie pytanie: „co im każe rzucić dom, dzieci, gospodarstwo, zarobek, zawsze pewną miskę kartofli, łóżko i pierzynę i iść mil kilkadziesiąt o suchym chlebie, sypiać po drogach, znosić trudy niewypowiedziane życia koczowniczego?... Cóż to jest za siła, która ich porywa z gniazda i rzuca w różnorodny, taki sam tłum i wlecze, i odprowadza?...” Poszukuje odpowiedzi, wypytuje pątników, przygląda się ich zachowaniu, przysłuchuje rozmowom i śpiewom. Jeszcze trzyma się z boku, niby idzie z nimi, ale nie czuje się częścią gromady. Do czasu. Wreszcie bowiem i Reymontowi zaczyna się udzielać ta atmosfera pobożności, prostej może i może niezbyt głębokiej, zżywa się z kompanią, roztapia się w niej. I jemu dają się we znaki trudy drogi, pomaga innym, sam pomoc przyjmuje, czuje się jak wśród swoich. Chłonie opowieści, pieśni, mijane krajobrazy, zapomina o tym, co zostawił za sobą, chociaż sam siebie gani za poddawanie się, jak to nazywa, sentymentalizmowi.
Niedługi tekst Reymonta nazywany jest pierwszym polskim reportażem. Każdy dzień, każdy etap drogi to nowy rozdział. Krótki opis miejscowości, w której zatrzymuje się pielgrzymka, kościoła, lokalnych osobliwości. Drobiazgi życia codziennego: problemy z noclegiem, bolące nogi, zła droga, marne jedzenie, upał. Relacje z nietypowych wydarzeń, jak choćby z wypędzania złego ducha z opętanych, charakterystyki współtowarzyszy – szczególnie wzruszająca historia chorego Antka, rozmiłowanego w kwiatach, którego matka wiozła na Jasną Górę, by tam prosić o jego uzdrowienie. Zapisane opowieści o tym, jak Pan Jezus ze świętym Piotrem niegdyś po ziemi chodzili. Urozmaicone krajobrazy, bujna wiosenna przyroda. To debiut pisarski Reymonta, bardzo – moim zdaniem – udany. Echa przeżyć z tej pielgrzymki pobrzmiewać będą po latach w Chłopach, religijność bohaterów powieści jest religijnością gromady pątników. Język opisów, chociaż jeszcze niedopracowany, niedoszlifowany, przypomina język chłopskiej epopei. W Pielgrzymce widać już zalążki wielkiego talentu, dar obserwacji i wielką ciekawość ludzi i świata. Rzecz jest niemal zupełnie zapomniana, ale ze wszech miar zasługuje na przypomnienie.
Pielgrzymka z 1894 roku, mal. Ludwik Stasiak.

Tagi , | 25 Komentarzy

„Musimy pamiętać, by nigdy nie zapomnieć”

Philip Bialowitz, Joseph Bialowitz, Bunt w Sobiborze. Opowieść o przetrwaniu w Polsce okupowanej przez Niemców, tłum. Piotr Kowalik, Nasza Księgarnia 2008.

Philip Bialowitz od lat podtrzymuje pamięć o Holokauście, wierząc, że jest to winien wszystkim pomordowanym, i żywiąc przekonanie, że jego doświadczenia i przeżycia pomogą młodszym pokoleniom przeciwstawić się współczesnemu ludobójstwu. O swoich losach opowiadał w różnych miejscach i różnym słuchaczom, wreszcie postanowił spisać wspomnienia, gdyż – jak napisał na ich zakończenie – „musimy pamiętać, żeby nie zapomnieć”, podjąć wysiłek kultywowania pamięci o czasach zbrodni i poniżenia.
Przed wojną, jeszcze jako Fiszel Białowicz, mieszkał w Izbicy niedaleko Lublina. Jego rodzina cieszyła się szacunkiem i względnym dobrobytem, szczególnie na tle nędzy innych żydowskich mieszkańców miasteczka. Wojna położyła kres spokojnemu życiu i marzeniom o wyjeździe do Palestyny. Zaczęły się prześladowania, przymusowa praca, głód i strach o siebie i najbliższych. Zewsząd dochodziły wieści o okrutnym traktowaniu Żydów, wreszcie też o wywózkach do obozów, szczególnie do budzącego grozę Bełżca. Izbica stała się gettem, do którego zwożono Żydów z różnych stron Europy.
Białowiczowie wraz z dokwaterowanymi do ich domu wysiedleńcami z Niemiec, Rosenbergami, próbowali jakoś radzić sobie z coraz cięższą sytuacją, bronić się przed terrorem. Handlowali, budowali kryjówki, aby przetrwać w nich coraz częstsze obławy. Fiszel przeżywał pierwszą miłość, marzył o wspólnym życiu z ukochaną. Spadały na niego jednak coraz boleśniejsze ciosy, aż wreszcie sam wywieziony został do obozu zagłady w Sobiborze. Tam, zamiast trafić od razu do komory gazowej, miał jeszcze przez jakiś czas pracować.
Wraz z Fiszelem poznajemy organizację obozu, perfekcyjnie zaplanowanej fabryki śmierci, gdzie nic się nie marnowało, gdzie nawet z palonych zwłok potrafiono jeszcze wycisnąć zysk. Przejmujące momenty kontaktu z pędzonymi na śmierć, którym nie można było szepnąć ani słowa otuchy, ani ostrzeżenia. Wraz ze zbliżaniem się frontu więźniowie zaczęli przeczuwać, że ich dni są policzone, że Niemcy wkrótce zaczną zacierać ślady masowych mordów. Zrodziła się wtedy myśl o buncie, o ucieczce. Może ktoś, choćby jeden człowiek ocaleje i przekaże światu prawdę o Sobiborze. Poznajemy szczegóły spisku więźniów, przebieg buntu i dramatyczne koleje losu Fiszela.
Opowieść Bialowitza jest prosta i przejmująca, wiele szczegółów zatarł czas, ale zadziwiająco wiele przetrwało. Dla nas dość bolesne mogą być wspomnienia Fiszela z okresu zaraz po zakończeniu wojny, kiedy zetknął się z wrogością Polaków, z przemocą, niechęcią do oddawania zagrabionego mienia. To zresztą zadecydowało o wyjeździe z Polski i szukaniu szczęścia najpierw w Niemczech, a potem w Stanach Zjednoczonych. I tam dopadła go przeszłość, występował jako świadek na procesach niemieckich zbrodniarzy, aż wreszcie postanowił wypełnić testament pomordowanych w Sobiborze i przedstawiać ich historię, historię swoją i swych najbliższych. Ku przestrodze i w nadziei, że więcej się nie powtórzy.

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia.

Tagi , , | 18 Komentarzy

W trybie przyspieszonym

Colette, Klaudyna w Paryżu, tłum. Krystyna Dolatowska, W.A.B. 2011.

Stało się. W trybie przyspieszonym Colette weszła do grona moich ulubionych autorów i nie sądzę, by rychło dała się z niego wypchnąć. Bałem się nieco, pamiętny własnych niezbyt entuzjastycznych wrażeń z dawnej lektury „Klaudyny w Paryżu”, że jest to książka słabsza od tomu pierwszego. Nic podobnego. Jest to po prostu powieść nieco odmienna w klimacie, ale wciąż znakomita.
Jako uczennica Klaudyna niczego tak nie pragnęła, jak przeprowadzki do Paryża, gdzie mogłaby błyszczeć w salonie swojej ciotki. Kiedy jednak pochłonięty dotąd wyłącznie życiem ślimaków ojciec dziewczyny zapowiada przenosiny do stolicy, Klaudyna boleśnie odczuwa zerwanie z ukochanym Montigny i dotychczasowym życiem. Paryż ją przytłacza i przygnębia, przyprawia o ciężką chorobę. Tęsknota omal jej nie zabija. Powoli jednak zaczyna przywykać, a szarą codzienność urozmaica jej kuzyn Marcel, chłopiec piękny i wymuskany niczym lalka. Z rozmaitych półsłówek Klaudyna domyśla się, jaką tajemnicę skrywa rówieśnik i jakie więzy łączą go z przyjacielem. Aby wyciągnąć z niego sekrety, sama opowiada mu o swej przyjaźni z Łusią, podkolorowując rozmaite epizody i nasycając je erotyką. Przypadkiem zresztą Klaudyna wpada na ulicy na Łusię, która uciekła ze szkoły i rozpoczęła samodzielne życie w Paryżu. Opowieści uciekinierki dodatkowo podsycają miłosne pragnienia głównej bohaterki. Nie mogąc zaspokoić ich z Marcelem, Klaudyna zaczyna się rozglądać za innym obiektem uczuć – i znajduje go.
„Klaudyna w Paryżu” początkowo jest historią tęsknoty za utraconym rajem dzieciństwa, bujną przyrodą i swobodą, jaką cieszyła się bohaterka na prowincji. Wkrótce jednak atmosfera Paryża robi swoje. Wcześnie rozbudzone zainteresowanie sprawami miłości zostaje dodatkowo wzmocnione przez sondowanie tajemnic Marcela i przez pikantne zwierzenia Łusi, związanej z lubieżnym starcem. Klaudyna marzy o miłości – i to w jej fizycznym aspekcie. Dąży do spełnienia swych pragnień z całą energią rozpieszczonej panny, której nikt w niczym nie ograniczał.
Tę gęstą od erotycznego napięcia atmosferę rozładowują epizody pełne humoru. Ważną rolę odgrywa w nich kotka Klaudyny Fanszetka, która beztrosko zachodzi w ciążę z kocurem z sąsiedztwa. Znakomity jest opis kocicy załatwiającej swą potrzebę, wyzbyty jakiejkolwiek wulgarności, świadczący za to o darze obserwacji. Humor wnoszą też wspomnienia z czasów szkolnych narratorki, na przykład rewelacyjna scena odczytywania na głos przez dziewczęta podręcznika gospodarstwa wiejskiego i domowego, zalecającego budowanie latryn przypominających zielone altanki.
Colette, gorszycielka i skandalistka, po raz kolejny udowodniła, że jest przede wszystkim znakomitą pisarką, znawczynią charakterów i wybitną obserwatorką, obdarzoną przy tym nieprzeciętnym poczuciem humoru.

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B. 

Tagi | 24 Komentarzy

Złota Zakładka

Szczerze wątpię, by komukolwiek umknął zmasowany atak informacji o książkowej nagrodzie blogerów, o której niegdyś dyskutowaliśmy w różnych miejscach, a która to inicjatywa odrodziła się właśnie w postaci nagrody "Złota Zakładka".
Od dziś można nominować książki do nagrody, kierując się wskazówkami na stronie zlota-zakladka.pl.
Głosowanie zaczyna się za miesiąc. Nominować i głosować mogą osoby prowadzące bloga książkowego od minimum 6 miesięcy i które w tym czasie publikowały minimum jedną recenzję miesięcznie. Swoje propozycje można nadsyłać na adres: nominacje@zlota-zakladka.pl, a wszelkie pytania kierować na info@zlota-zakladka.pl.
Zachęcam do udziału w plebiscycie. 


Tagi | 2 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.