Archiwum września 2011

Intryga w intrydze wewnątrz intrygi

Brian Herbert, Kevin J. Anderson, Paul z Diuny, tłum. Andrzej Jankowski, Rebis 2011.

Na wszystkie sequele i prequele patrzę podejrzliwie, uznając je przede wszystkim za cyniczną próbę wyłudzenia pieniędzy od wielbicieli oryginalnych dzieł. Rzadko daję się skusić na taką literaturę, zwykle wtedy, gdy w jej powstawaniu uczestniczył autor pierwowzoru. Gorzej, gdy masakrowany jest twórca nieżyjący, a wyciągnięte z jego kosza na śmieci strzępy rozmaici mniej lub bardziej sprawni wyrobnicy pióra składają w nowe dzieła.
Podobne uczucia towarzyszyły publikacji kilku już dodatków do cyklu Franka Herberta o Diunie. Z różnych stron dochodziły mnie jednak odgłosy, że Brian Herbert i Kevin J. Anderson zrobili niezłą robotę, a poza tym – nie będę ukrywał – oryginalne powieści pozostawiły po sobie taki niedosyt, że postanowiłem zaryzykować. „Paula z Diuny” można chyba nazwać „interquelem”, gdyż wypełnia on lukę między „Diuną” a „Mesjaszem Diuny”.
Minął rok od upadku Szaddama, Paul Atryda zajął jego tron i rozpętał galaktyczny dżihad. We wszechświecie miliony ludzi padają ofiarą jego fedajkinów, rozkręca się spirala okrucieństwa, a wokół samego władcy rozkręcają się piętrowe intrygi przeciwników gotowych na wszystko, by wyeliminować Paula. Imperator musi też zmierzyć się z kultem własnej osoby, szerzonym przez kapłanów, tradycjami i cnotami własnego rodu, wszechogarniającą wizją przyszłości i wątpliwościami, czy dokonany przez niego wybór drogi był rzeczywiście tym właściwym. Sytuacja pod wieloma względami przypomina mu wyzwania, przed jakimi przed laty stanął jego ojciec książę Leto. Poznajemy więc też kilka mrocznych epizodów z wczesnej młodości Paula. Wartka akcja niesie nas ku podwójnemu zakończeniu, które pozwala nam odkryć nieznaną stronę osobowości imperatora, a jemu samemu daje szansę na wzmocnienie się jako człowiekowi i jako władcy.
Bardzo ryzykowne jest wpasowywanie się między dwa istniejące tomy, ale duet Herbert i Anderson wyszedł z tego obronną ręką. „Paul z Diuny” nie sili się na udawanie „Diuny II”, jego autorzy nie brnęli w rozważania historiograficzne i ekologiczne, stanowiące nieodłączną część „Diuny”, nie rozbudowywali świata stworzonego w pierwszym tomie, ale sprawnie wykorzystując jego elementy i znanych czytelnikowi bohaterów napisali wciągającą powieść o wartkiej i zaskakującej akcji. Trudem odrywałem się od tego grubego tomu i z mniejszym niepokojem patrzę już na trzy części legend Diuny, dwie powieści stanowiące zakończenie oryginalnego cyklu i z góry się cieszę na zapowiadany tom łączący „Mesjasza” i „Dzieci Diuny”.

Za przesłanie książki dziękuję Księgarni Matras.

***
Wrzesień zbliża się ku końcowi, upływa też nieuchronnie termin głosowania w plebiscycie „Złota Zakładka” oraz w konkursie „JIKowa Tytułomania”. Wszystkich, którzy jeszcze tego nie uczynili, zachęcam do oddawania głosów.

Tagi , , , | 19 Komentarzy

Zawartość Ani w "Ani (z Wyspy Księcia Edwarda)"

Lucy Maud Montgomery, Ania z Wyspy Księcia Edwarda, tłum. Paweł Ciemniewski, Wydawnictwo Literackie 2011.

„Anię z Wyspy Księcia Edwarda” przeczytałem jakiś czas temu, ale niestety (a może na szczęście) nie znalazłem czasu, by o niej od razu napisać. Kilka wrażeń zblakło, kilka rzeczy irytuje nieco mniej. Nie dostanie się polskiemu wydawcy za cyniczną zmianę tytułu tak, by sugerował, iż mamy do czynienia z dalszymi losami Ani Shirley i jej rodziny (badanie zawartości Ani w „Ani” przyniosło zdecydowanie negatywny wynik). Nie będę kpił z Benjamina Lefebvre, odkrywcy nieznanego maszynopisu Lucy Maud Montgomery, który rozgłosił na cały świat, jakie to nietypowe i mało chwalebne cechy mają bohaterowie tej książki i jakie rysy pojawią się na ich świetlanych wizerunkach. Sam zresztą  Lefebvre wycofał się z tych sensacji, kiedy osoby, które czytały coś więcej niż tylko „Anię z Zielonego Wzgórza”, udowodniły mu ignorancję.
Skoro więc nie mamy do czynienia z obrazoburczą opowieścią o rodzinie Blythe’ów, to co otrzymaliśmy? Otóż jest to zbiór opowiadań, w klimacie i tematyce podobny do tego, co znamy choćby z „Opowieści z Avonlea”, chociaż faktycznie teksty są mniej ugrzecznione i pojawiają się w nich różne życiowe dramaty. Między opowiadaniami przewijają się scenki z udziałem Blythe’ów, którzy wieczorami czytają wiersze autorstwa Ani i Waltera, snując przy tym rozmyślania i wymieniając uwagi o życiu. Blythe’owie są też ogniwem łączącym zebrane w tomie teksty – dla ich bohaterów stanowią punkt odniesienia, wzór do naśladowania i źródło opinii albo obiekt niechęci i złośliwych uwag. (W pełni oddaje to tytuł oryginału: „The Blythes Are Quoted”, co w swobodnym tłumaczeniu oddałbym jako „Co Blythe’owie powiedzą”). Są uwielbiani albo krytykowani. Robią wszystko najlepiej i z klasą albo ukrywają za piękną fasadą brudne grzeszki. Wszystko zależy od nastawienia do ludzi i świata osoby wyrażającej swoje zdanie. Niekiedy doktorostwo lub ich dzieci przemykają gdzieś w tle podczas uroczystości lub w codziennej scenerii.
A poza tym na Wyspie Księcia Edwarda toczy się życie, jedni umierają (ścigani drwiącym śmiechem spragnionej zemsty kobiety, jak w „Odwecie”), inni się rodzą, kochają i nienawidzą, plotkują i pomagają sobie nawzajem – Montgomery zaś bacznie obserwuje. Opowiadania są lepsze i gorsze – słabiej wypadają opowieści z dreszczykiem („Para głupców i jedna święta”, zdecydowanie za długie i dość przewidywalne), dużo lepiej natomiast historie o dzieciach, tych wesołych i pełnych fantastycznych pomysłów (oparte na mało realistycznym pomyśle, ale napisane z humorem „Bliźniaki uruchamiają wyobraźnię”), i o tych smutnych, które marzą o odrobinie serca („Popołudnie z panem Jenkinsem”, „Oszukane dziecko”). Poza tym mamy jeszcze między innymi niemal sensacyjne, okraszone pościgiem samochodowym „Spełnione marzenia”.
Scenki z udziałem Blythe’ów to najsłabsza część książki – może dlatego, że zawierają zbyt duże dawki przeciętnej poezji, a może dlatego, że niewiele wnoszą do naszej wiedzy o ich rodzinie, nie zmieniają naszej opinii. Nawet trudno się dziwić, że wycinano je z wcześniejszych wydań. Wielka natomiast szkoda, że Montgomery zdecydowała się stworzyć tekst „Kobziarza”, słynnego wiersza Waltera Blythe’a, który tak ważną rolę odgrywał w poprzednich tomach. Mogliśmy wierzyć, że to przejaw prawdziwej poezji, utwór zdolny porywać tłumy. Złudzenia prysły w zetknięciu z przeciętną rymowanką, która otwiera książkę. Nie wiem do końca, czy to wina autorki, czy nader średniego przekładu.
„Ania z Wyspy Księcia Edwarda” jest książką przede wszystkim dla zagorzałych wielbicieli cyklu. Chociaż faktycznie porusza trudne tematy (zemsta, śmierć, starość, nieślubne pochodzenie), nie wnosi – według mnie – nic nowego w porównaniu z tym, co znajdziemy w innych książkach Lucy Maud Montgomery. Czyta się dobrze, niewiele zostaje w pamięci.

Tagi , | 31 Komentarzy

Kraszewski i tak górą!


Józef Ignacy Kraszewski. Mogilna, Wydawnictwo Literackie 1959.

Wbrew tytułowi nie jest Mogilna wycieczką Kraszewskiego w stronę powieści z dreszczykiem. Miało to być za to w zamyśle autora dzieło zwracające uwagę na bolesny w latach siedemdziesiątych XIX wieku problem kolonizacji niemieckiej na Pomorzu i w Poznańskiem. Intryga kręci się więc wokół zabiegów złowrogiego i skrywającego jakąś mroczną tajemnicę radcy Larischa o zdobycie pozostającego w rękach polskiej rodziny Mogilskich majątku Mogilna.
Kraszewski starał, żeby sympatia czytelnika znalazła się po właściwej stronie, żeby kibicował szlachetnemu i dobremu dziedzicowi Mogilskiemu w walce z podstępnym Niemcem. Przeciwstawił w tym celu polską serdeczność, gościnność i szczodrość zimnemu wyrachowaniu Larischa, który niczym wytrawny szachista ma przewidziane wszystkie posunięcia i nic nie jest w stanie zepchnąć go z obranego kierunku. Niestety autor przedobrzył. Polak jest co prawda człowiekiem gołębiego serca i honoru, ale jednocześnie jest safandułą, który o rodowe dobra nie dba i obchodzi go jedynie to, by miał codziennie obfity podwieczorek na ulubionej werandzie. Nad jego naiwnością użalają się nawet przyjaciele, służący stale dobrymi radami i gotówką w potrzebie. Na tym tle Larisch jawi się jako człowiek praktyczny i doskonały przedsiębiorca, a w oczach publiczności ma go zohydzić całkowity brak ludzkich uczuć i jakaś hańbiąca sprawa z przeszłości, której ujawnienie mogłoby zakończyć karierę radcy. Takie typy jak Larisch z lubością przedstawia Jeffrey Archer, chociaż ten autor akurat, w przeciwieństwie do Kraszewskiego, częstuje nas szczegółami wszystkich podejrzanych machinacji swych geszefciarzy.
W tle podchodów majątkowych rozwija się niemrawy romans, gromadka papierowych bohaterów drugoplanowych snuje się w wiejskiej scenerii bez konkretnego celu w charakterze przerywników w zasadniczej akcji. W pewnym momencie złapałem się na tym, że czekam na chwilę, kiedy niemrawy Polak straci wreszcie swój dwór i wioskę, a trzeźwo myślący Niemiec zadba o to, by podźwignąć Mogilną z upadku, w jakim się znalazła. Być może czytelnicy dziewiętnastowieczni bardziej byli skłonni użalić się nad losem wydziedziczonych rodaków, mnie natomiast przyprawiali oni jedynie o irytację i żadne patriotyczne wykrzykniki nie zdołały tego zmienić.
Kraszewski nie byłby sobą, gdyby nie zafundował nam kilku interesujących zwrotów akcji, na pozór całkowicie przewidywalnej, więc czyta się nieźle, ale bez rewelacji.

***
Po dzisiejszej informacji prasowej, że rok 2012 poświęcony będzie Józefowi Ignacemu Kraszewskiemu, Januszowi Korczakowi i Piotrowi Skardze znienacka z zacofanego stałem się przodującym w lekturze. Prezentowałem już dwie książki o Korczaku, Joanny Olczak-Ronikier  i Wandy Żółkiewskiej, sam Stary Doktor pojawił się też w „Płaszczu zabójcy”  (21 lipca  i 4 sierpnia). „Projekt Kraszewski” rozkwita już od dawna, a szczęśliwym zbiegiem okoliczności radosną wieść o uhonorowaniu patrona możemy uczcić fantastycznym konkursem „JIKowa Tytułomania” – do udziału serdecznie zapraszam!
Co prawda ani utwory Korczaka, ani Kraszewskiego nie są nominowane, ale przypominam, że powoli upływa czas na oddanie głosu w plebiscycie „Złota Zakładka” – to nagroda blogerów książkowych, więc wszystkich, którzy spełniają regulaminowe warunki, zachęcam do głosowania.

Tagi , , , | 20 Komentarzy

Czarodziej, który umiał odmieniać serca


Wanda Żółkiewska, Czarodziej, Krajowa Agencja Wydawnicza 1979.

Sięgnięcie po Czarodzieja Wandy Żółkiewskiej było naturalną konsekwencją przyjemności, jaką dała mi lektura Maniusi tejże autorki. Równocześnie po poruszającej do głębi biografii pióra Joanny Olczak-Ronikier bardzo chciałem skonfrontować jej wizję z innym portretem Doktora.
Na pierwsze pojawienie się Korczaka trzeba jednak poczekać, gdyż to nie na nim (przynajmniej na pozór) skupia się uwaga autorki. Bohaterem jest kilkunastoletni Heniek, sierota bez ojca (ojciec drukarz, zaangażowany w wydawanie nielegalnego – w domyśle zapewne komunistycznego – pisemka, zmarł w więzieniu. Jest to, notabene, jedyny ideologiczny akcent w powieści poza delikatnymi sugestiami lewicowości Korczaka). Chłopak wagaruje, zapracowana matka nie daje sobie z nim rady i postanawia oddać go do Domu Sierot prowadzonego przez Korczaka. Perspektywa zamknięcia w zakładzie budzi niechęć w Heńku, który zażywał niemal nieskrępowanej swobody, dobrze poznając warszawskie zaułki, a szczególnie wielki bazar na Kercelaku. Zbuntowany, zdecydowany, że nie da się złamać, pojawia się w sierocińcu i zaczyna poznawać tamtejsze zwyczaje. W pierwszym odruchu niechęci odrzuca wyciągnięte ku sobie pomocne dłonie, wybierając pozycję outsidera. Chce wrócić do dawnego życia, ale w tym celu musi zostać wyrzucony z Domu Sierot.
Szarpaninie Heńka przygląda się niski mężczyzna o zmęczonych oczach, pozornie niezwracający uwagi na zachowanie i wyskoki chłopaka. Korczak charakteryzowany jest poprzez słowa innych, a wszyscy: od sierot po tragarzy z Kercelaka i nauczycieli ze szkoły Heńka mają o nim jak najlepszą opinię, szanują go i cenią. Widzimy go też gdzieś w tle, jak nieustannie zajmuje się sprawami domu i drobnymi problemami dzieci – drobnymi dla dorosłych, ale trudnymi dla najmłodszych. Przytula, opowiada bajki, przyjmuje zakłady (dziecko zakładało się z nim, że przez określony czas nie będzie się biło, przeklinało, darło pończoch, ćwicząc silną wolę i powoli wypleniając rozmaite wady charakteru), waży i mierzy. Jest stale w ruchu i tylko czasem wyrywa mu się westchnienie, że chciałby mieć kilka dni spokoju, żeby skończyć książkę. Potrafi też zaskoczyć, kiedy brutalnie traktuje Heńka po kolejnej awanturze. Pozorny poryw gniewu okazuje się potem nietypowym sposobem na wyrwanie zbuntowanego nastolatka zza muru obojętności. Szczególną rolę w książce odgrywają opowieści snute na dobranoc przez jednego z wychowawców. Poznajemy dzięki nim epizody z przeszłości Doktora, jego oddanie dzieciom, tym najbiedniejszym i najbardziej pokrzywdzonym przez los. Ich słuchacze mogą z nich też wyciągnąć dla siebie różne nauki, dowiedzieć się, czym jest bezinteresowna pomoc i dobroć. Być może sam Korczak nie byłby zadowolony z tych historii, pewnie uznałby, że zbytnio go idealizują. Mimo tego wycofania Korczaka na drugi plan, jest on jednak punktem odniesienia dla wszystkich bohaterów, ostateczną instancją i wreszcie tytułowym Czarodziejem, który umie odmieniać serca.
Na ile mogę to ocenić, Żółkiewska oparła się na rzetelnych źródłach, wspomnieniach wychowawców lub wychowanków Domu Sierot. Widzimy gazetkę ścienną, funkcjonowanie dziecięcego sądu, dyżury przy pracach domowych, warsztaty – wszystkie metody wychowawcze rozwijane przez Korczaka. Stary Doktor nie jest herosem, ideałem pedagogicznym, zdarzają mu się potknięcia i chwile zwątpienia – tu widać zbieżność z obrazem odmalowanym przez Joannę Olczak-Ronikier, obie autorki dalekie są od koturnowości w przedstawieniu tej postaci. Żółkiewska znakomicie też odmalowała biedne dzielnice przedwojennej Warszawy, świetnie wczuła się w język bohaterów: inaczej mówi Korczak, inaczej żydowscy handlarze; każde dziecko ma własny styl wypowiedzi. Postacie są wiarygodne, nawet te drugoplanowe obdarzone są indywidualnością. Całość składa się na zgrabną opowieść z wciągającą akcją; świat dzieci, ich myśli i doznań jest pogłębiony psychologicznie i bardzo wiarygodny.

Tagi , , | 18 Komentarzy

Reset rozgrzanego umysłu




Martyna Raduchowska, Szamanka od umarlaków, Fabryka Słów 2011.

Nadrabianie powakacyjnych zaległości w pracy skończyło się jak zwykle wrażeniem, że wirujące coraz szybciej wokół swojej osi zwoje mózgowe wyparują mi przez uszy. W takich momentach niezbędny jest całkowity reset rozgrzanego umysłu. Debiutancka powieść Martyny Raduchowskiej okazała się idealna do tego celu, zapewniwszy mi dwa dni beztroskiego wytchnienia.
Ida Brzezińska pochodzi z wpływowej rodziny czarodziejów, sama jednak nie wykazuje żadnych magicznych uzdolnień. Co więcej – wcale nie chce ich wykazywać. Ma zamiar pędzić życie normalnego człowieka i uwolnić się od ciążących na niej powinności wynikających z rodzinnych tradycji. Na pozór jej się udaje. Wyjeżdża na studia, zamieszkuje w akademiku i nagle okazuje się, że nawet bez nadużycia alkoholu czy trawy widzi zmarłą tragicznie dziewczynę, o wyłażących z sufitu demonach nie wspominając. Właściwie to nic takiego, ale jednak nieco utrudnia codzienne funkcjonowanie. Nadmiar widywanych duchów nie sprzyja skupieniu na zajęciach z psychologii poznawczej. Bliska załamania nerwowego Ida udaje się do swej ciotki, która zwyczajem starych ciotek ukazała jej się w lustrze i kazała bezzwłocznie stawić się u siebie. Zupełnie niemagiczna Ida dowiaduje się, że mimo wszystko nie wyrodziła się całkiem – ma mianowicie zdolności medium. Energiczna krewna przystępuje do szkolenia dziewczyny, która musi się nauczyć odnajdywać w nowej roli – szamanki od umarlaków, odpowiedzialnej za przeprowadzanie dusz zmarłych na drugą stronę.
Akcja przyspiesza, gdy Ida dostaje swoje pierwsze zadanie: zająć się przeprowadzeniem duszy mężczyzny, który dopiero zginie w niejasnych okolicznościach. Świeżo upieczona szamanka zamieszkuje więc obok podopiecznego i zaczyna odkrywać szokujące fakty. Dokoła śmierdzi czarną magią, a tu i ówdzie z kąta pysk wystawia wyjątkowo paskudny demon. Znienacka humorystyczna opowieść o niedoświadczonym medium zmienia się w pełnowymiarowy horror ze wszystkimi Mastertonowskimi rekwizytami w rodzaju luster stanowiących bramy do piekieł, a dziewczyna traci kontrolę nad sytuacją i ratują ją dopiero aurorzy z Ministerstwa Magii, to znaczy eee... funkcjonariusze Wydziału Opętań i Nawiedzeń. Ida musi jeszcze posprzątać bałagan po swoich amatorskich wyczynach. Zakończenie, jak to w porządnym horrorze, pozostaje otwarte i daje szansę dopisania ciągu dalszego.
Martyna Raduchowska stworzyła przyzwoitą powieść rozrywkową, niezbyt może miejscami oryginalną, za to niewątpliwie wciągającą, napisaną językiem potoczystym i potocznym. Co prawda wolałem początkową część, obyczaj ze sfer magicznych, w której pierwsze skrzypce grała rewelacyjna ciocia Tekla, ale i potem nie było najgorzej. Najsłabiej wypadły sceny walki z demonami piekieł, gdyż Mastertona trudno przeskoczyć. Finał powieści nieco się rozszedł w szwach, być może jednak autorka nadrobi to w kontynuacji. Bo rzecz idealnie nadaje się na cały cykl – byle tylko Raduchowskiej nie zabrakło pomysłów. Osobiście odradzałbym brnięcie w horror, jest jeszcze kilka możliwości. Najbardziej kuszącą nazwałbym magicznym obyczajem z nutką humoru i dreszczykiem.
Rzadko mi się zdarza, żeby w chwili, gdy muszę zażyć rozrywki w czystej formie, trafiła się tak doskonała do tego celu książka. Grzechem byłoby więc wybrzydzać, co się ubawiłem, to moje, zwoje mózgowe też jakby ochłonęły i zaległą pracę udało się skończyć.

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów.


Tagi , | 31 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.