Archiwum października 2011

Kefir poranny

Wszystkich, którzy czują potrzebę zregenerowania się po wczorajszym szampanie, zapraszam na obiecany kefir i inne napoje mleczne:
A do tego po ciasteczku:
Częstujcie się. Smacznego!

Tagi | 24 Komentarzy

Klub wesołego szampana

Dzisiaj koło południa na katowickich targach książki rozstrzygnięty został konkurs na Najlepszy Blog Książkowy 2011 organizowany przez portal Duzeka. Ponieważ właśnie ukazało się oficjalne potwierdzenie, ogłaszam z dumą, że mój blog został wyróżniony E-Booką - nagrodą przyznawaną przez Czytelników. Wszystkim, którzy oddali głos na mój blog bardzo serdecznie dziękuję!! E-Booka w całej swej oryginalnej okazałości do podziwiania tutaj. Gratuluję Kalio, która zdobyła nagrodę główną: kufer pełen książek.
A teraz, rzecz jasna, zapraszam wszystkich na wirtualnego szampana!!

Tagi | 49 Komentarzy

Na praskiej ulicy i w Domu Sierot


Israel Zyngman (Stasiek), Dzieci doktora Korczaka, Nasza Księgarnia 1989.

Srulek ma dziesięć lat. Trzy lata wcześniej zmarł mu ojciec, od tamtej pory chłopca i jego braci wychowuje matka, która zaharowuje się, żeby utrzymać rodzinę. Nie ma czasu i sił, by zajmować się Srulem, który biega samopas po Pradze, nawiązuje podejrzane znajomości i ściąga na siebie i ulegających mu kolegów nieustanne kłopoty: samowolne wyprawy za miasto, bijatyki, rozbite głowy, sprzedaż gazet. Wreszcie matka postanawia oddać syna do Domu Sierot, pod opiekę Janusza Korczaka. Chłopak boi się nieznanego miejsca, jego maniery ulicznika nie zyskują mu sympatii nowych kolegów. Jednak dzięki życzliwości i mądrości Korczaka Srul, nazywany w sierocińcu Staśkiem, powoli zmienia swe postępowanie.
Od samego początku autobiografia Zyngmana wydawała mi się znajoma – przecież podobne były losy Heńka, bohatera „Czarodzieja” Wandy Żółkiewskiej. Bardzo więc prawdopodobne, że ta autorka znała książkę Zyngmana, która ukazała się po polsku w Izraelu w 1976 roku. Dodała swojemu bohaterowi lat, zmieniła przygody i wreszcie inaczej zarysowała jego wewnętrzną przemianę i kontakty z Korczakiem. Za wiele jednak elementów wspólnych, by mógł to być przypadek. Nie robię z tego Żółkiewskiej zarzutu, wszak sam podkreśliłem, że korzystała zapewne ze wspomnień wychowanków Domu Sierot.
Poza dwoma rozdziałami o życiu Zyngmana w książeczce znajduje się też opowieść o Łajci, zahukanej sierocie wychowywanej w nędzy, która nie umie znaleźć sobie miejsca wśród rówieśników, jest przez nich odpychana lub, w najlepszym razie, traktowana obojętnie. Aby ją pobudzić do działania, Korczak sięgnął po dość niezwykłą metodę. Ten wątek przewija się też, choć marginesowo, w „Czarodzieju”. O Korczaku autor pisze z nieskrywanym szacunkiem i miłością, podkreśla jego ciepło i mądrość, znakomite podejście do problemów wychowanków, dopasowanie metod postępowania do indywidualnych przypadków. Doktor jest w mniejszym stopniu obserwatorem zdarzeń (jak w „Czarodzieju”), reaguje szybciej i bardziej bezpośrednio.
Książeczka napisana jest prostym, przystępnym językiem, barwnym, niekiedy wręcz jędrnym (ciekawe, ile w tym zasługi autora, a ile polskiej redakcji - na okładce jest wzmianka, że wydanie polskie różni się od oryginalnego). Przeżycia bohatera oddane są bardzo plastycznie, jego perypetie wciągają czytelnika, całość zaś tchnie autentyzmem.

Tagi , , , | 15 Komentarzy

Złota Zakładka - wyniki

W katowickim Spodku właśnie zakończyła się  uroczystość wręczenia nagród „Złota Zakładka” - dokładne sprawozdanie znajdzie się po powrocie ekipy z targów w Katowicach na stronie plebiscytu. Wyróżnieni autorzy dostali specjalne dyplomy oraz statuetki, które ufundowała firma DAsport - jeszcze raz serdecznie dziękujemy za pomoc.

Nadszedł więc czas, aby przedstawić wyniki głosowania. Nagrody otrzymali:
1. Najlepsze czytadło: Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy - Małgorzata Gutowska-Adamczyk
2. Najbardziej poruszająca książka: Dzisiaj narysujemy śmierć - Wojciech Tochman
3. Najlepsza intryga: Erynie - Marek Krajewski
4. Najlepsza książka non-fiction: Zrób sobie raj - Mariusz Szczygieł
5. Najzabawniejsza książka: Dożywocie - Marta Kisiel
6. Najciekawszy świat powieści: Cukiernia Pod Amorem Zajezierscy - Małgorzata Gutowska-Adamczyk
7. Najbardziej wciągająca książka: Cukiernia Pod Amorem. Zajezierscy - Małgorzata Gutowska-Adamczyk
8. Najlepsza książka dla dzieci: Toliny. Wystrzałowe opowieści dla dzieci - Conn Iggulden
9. Najlepsza książka dla młodzieży: Książę Mgły – Carlos Ruiz Zafon


Wszystkim głosującym bardzo dziękujemy. Teraz będziemy mogli podsumować pierwszą edycję, przedyskutować wrażenia i zacząć się przygotowywać do plebiscytu przyszłorocznego. Zaglądajcie na stronę Złotej Zakładki i na plebiscytowe forum, które zapewne niedługo ruszy.

Tagi | 21 Komentarzy

Śpiesząca się do barw i zapachów, do radości i piękna

O Magdalenie Samozwaniec, red. Gracjana Miller-Zielińska, Wydawnictwo Literackie 1979.

Portret Magdaleny Samozwaniec
pędzla Wojciecha Kossaka.
Trzydzieści dziewięć lat temu zmarła w Warszawie Magdalena Samozwaniec. Na obwolucie zbioru wspomnień o niej widnieje portret pędzla Wojciecha Kossaka, który namalował córkę z gęsim piórem i z zamyśloną, pełną skupienia miną. Jak przekonują zamieszczone w tomie teksty, od gęsiego pióra Madzia wolała maszynę do pisania, na której stukała od świtu, a powaga zdawała jej się być zupełnie obca – nawet na obrazie wygląda, jakby za chwilę miała wybuchnąć śmiechem.
Wszyscy jej przyjaciele i znajomi, bliżsi i dalsi, zgodnie podkreślają, że Samozwaniec miała nienasycony apetyt na życie – uwielbiała stroje, dobre jedzenie i alkohole, grę w brydża i cięte riposty. Wiele  w tym zbiorze opowieści o żartach i kalamburach, powiedzonkach i złotych myślach, którymi sypała przy każdej okazji. Przeklinała, ale z ogromnym wdziękiem prawdziwej damy. Słynęła z życzliwości, obdarzała  innych komplementami, jej przytyki nie były złośliwe, potrafiła też – a może przede wszystkim śmiać się z siebie samej.
W tych uładzonych wspomnieniach z rzadka da się słyszeć inny ton – mało tu bowiem autorów, którzy znali Samozwaniec dłużej (większość poznała ją dopiero po wojnie), wobec nielicznych też pozwalała sobie choćby na chwilę zrzucić maskę wiecznej wesołości. Szymon Kobyliński zapamiętał, jak zmieniała się, gdy mówiła o siostrze – poważniała, miała łzy w oczach. Wiele zresztą zrobiła dla propagowania poezji Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. W sytuacjach skrajnie trudnych potrafiła też wykazać się zimną krwią i zdecydowaniem – gdy na Kossakówce gestapo urządziło kocioł, nie tylko wymogła na Niemcach zgodę na nakarmienie zatrzymanych, ale sprytnie zdołała ostrzec wiele potencjalnych ofiar przed wejściem do domu.
Niewiele żeru znajdą w książce sępy czyhające na rodzinne skandale. Te kilka osób, które lepiej znało faktyczną sytuację Kossaków i samej Madzi, wyraża się o tym nader oględnie. Dowiemy się, że domowe życie Kossaków nie było taką sielanką, jakby wynikało z „Marii i Magdaleny”, bez wnikania w szczegóły poznamy losy córki pisarki, Teresy, która w niejasnych okolicznościach zniknęła z jej życia, wreszcie z rozmaitych aluzji i półsłówek będziemy mogli zrekonstruować skomplikowany układ między Samozwaniec a jej mężem Zygmuntem Niewidowskim – znajomi dalsi rozpływają się nad niemal idealnym związkiem, ci bardziej wtajemniczeni pozwalają się domyślać starannie skrywanych dramatów.
To jednak nie z osobistych problemów chciała być zapamiętana Magdalena Samozwaniec. Z jej licznych utworów, w dużej części zwietrzałych i nieaktualnych, trzy – „Na ustach grzechu”, „Maria i Magdalena” oraz „Zalotnica niebieska” – pozostaną jeszcze długo czytane. Ona sama zaś na zawsze pozostanie kwintesencją czaru i dowcipu, uroku i inteligencji. Doskonale podsumowuje to opowieść Haliny Auderskiej: „Na rok przed śmiercią zobaczyłam ją w Oborach wyskakującą z parterowego pokoju przez okno – i to z gracją, lekko, zwinnie.
– Spieszyło mi się do malw – krzyknęła do mnie i w tym była ona cała: śpiesząca się do barw i zapachów, do radości i piękna”.


Tagi , , | 34 Komentarzy

Może tak, może nie – raczej nie

Ewa Nowacka, Może tak, może nie, Nasza Księgarnia 1976.

Powstały pewnie setki podobnych książek: nastolatka, jednego dnia jeszcze dziecko, następnego dnia wstaje rano i jest kimś zupełnie innym, kimś, kogo sama nie jest w stanie zrozumieć. Nie wie, co się z nią dzieje, nie wie, czemu obojętny dotąd chłopak zaczyna ją na zmianę fascynować i odstraszać, mówi głupstwa i robi nieprzemyślane gesty, których potem żałuje. Popada w konflikty z rodziną, nauczycielami i przyjaciółkami, jest na zmianę euforyczna i rozdrażniona.
Dojrzewanie przytrafia się wszystkim i przytrafia się też Magdzie, bohaterce powieści Ewy Nowackiej. Przyglądamy się jego kolejnym etapom, próbom – na zmianę – przyciągnięcia do siebie Wieśka, imponującego licealisty, i odepchnięcia go, pierwszym kłótniom z przyjaciółką o chłopaka, zabiegom o zrobienie wrażenia na koleżankach i nieuchronnym kłopotom w domu i szkole. Magda jest tak rozdygotana wewnętrznie, że aż mi jej trochę żal, z drugiej strony – męcząca jest w tym stanie okropnie. Może dlatego wydała mi się taka, że nie byłem nigdy piętnastoletnią panienką i nie szukałem w tej powieści ani pomocy, jak radzić sobie z własnym dygotem (w końcu sam przejdzie), ani wspomnień z wczesnej młodości (ach, te pierwsze uczucia, romantyczne i piękne chyba tylko z perspektywy lat, bo w chwili przeżywania wyłącznie dygot, zdradzieckie rumieńce i chęć zapadnięcia się pod ziemię). Nie dla podstarzałych złośliwców książka była jednak pisana i zakładam, że może się podobać innej grupie docelowej.
Do pewnego stopnia powieść ratują wstawki mitologiczne, ilustrujące kolejne etapy przeżyć Magdy. Mamy między innymi historię o Persefonie i Hadesie, Narcyzie i nimfie Echo, Atalancie i Melanionie – wszystkie pięknie napisane, leciutko stylizowane, ale równocześnie bardzo współczesne. Aż żal, że ich tak niewiele – szybko się kończą i trzeba wracać do obserwowania mąk głównej bohaterki. Oczywiście, jak to u Ewy Nowackiej, całość jest dopracowana literacko i wiarygodna psychologicznie, może nawet aż za bardzo. Mimo to jednak na pytanie, czy książkę przeczytać, odpowiedziałbym niezdecydowanym „może tak, może nie” – ale raczej nie.

Tagi , | 44 Komentarzy

Październik miesiącem obfitości

"Październik miesiącem oszczędności" - głosiło hasło z czasów mojego dzieciństwa. Czasy się zmieniły i hasła też. Październik niespodziewanie zmienił się dla Zacofanego.w.lekturze w miesiąc obfitości i dobrych wieści. Teraz zamierzam się chwalić i prosić o głosy poparcia.

***
Przed chwilą Anek7 (ogromne podziękowania raz jeszcze!) poinformowała mnie, że blog ZWL znalazł się wśród nominowanych do Papierowego Ekranu, konkursu na najlepszy internetowy serwis o książce. Nagrodę przyznaje kapituła, ale przeprowadzane jest też głosowanie internautów na ulubioną stronę. Głosy można oddawać tutaj.  Już samo znalezienie się wśród nominowanych jest sukcesem, bo spójrzcie na tegorocznych wybrańców:)

***
W dalszym ciągu trwa też głosowanie na Najlepszy Blog Książkowy Roku. Konkursowi towarzyszy też głosowanie internautów: każdy, kto wyśle maila pod adres  konkursy@duzeka.pl, w temacie wpisując nazwę bloga, w treści zaś swoje imię i nazwisko, ma szansę na nagrody książkowe. 




***
W konkursie na Literacki Blog Roku swojego faworyta wybiera jury, ale do końca października ulubiony blog mogą wskazywać też czytelnicy. Głos na ZWL można oddać tutaj


Wszystkim, którzy zechcieli oddać na mnie swój głos, bardzo serdecznie dziękuję. Z podbudowaną motywacją pędzę czytać - a wrażeniami podzielę się już wkrótce.

22 Komentarzy

Nieobiektywnie i bezkrytycznie

Colette, Małżeństwo Klaudyny, tłum. Krystyna Dolatowska, W.A.B. 2011.

Klaudyna rzuciła się na oślep w małżeństwo z dużo starszym od siebie Renaudem. Miodowy miesiąc tej pary przedłużył się do piętnastu miesięcy: dni i tygodni namiętności, wrażeń, podróży, zawrotów głowy. Zmęczona nieco tym wszystkim dziewczyna zażądała wreszcie od męża, by się ustatkowali, by stworzyli sobie dom. Kiedy dokoła niej świat się nieco uspokoił i poukładał, Klaudyna zaczęła też porządkować swoje uczucia i doszła do wniosków, które ją samą zaskoczyły: kocha Renauda, pragnie go, ale chciałaby, żeby nie uwielbiał jej tak bezkrytycznie, żeby nie ulegał jej w każdej kwestii. Pragnęła, by okazywał więcej stanowczości, a mniej pobłażania. Odwiedziny w szkole w Montigny sprawiły, że małżonkowie zaczęli niebezpieczną grę. Młode dziewczęta z internatu przywiodły Klaudynie na myśl Łusię i zbudziły dawne pożądania, Renaud zaś obserwował to z zafascynowaniem i podnieceniem. Zaczął popychać żonę w ramiona innej kobiety.
W „Małżeństwie Klaudyny” znalazły chyba swą kulminację wszystkie cechy poprzednich części cyklu. Powieść odurza bogactwem zapachów – Renaud pachniał jasnym tytoniem i juchtem, w garsonierze, w której Klaudyna spotykała się z przyjaciółką, unosiła się woń Marcela, drzewa sandałowego, siana i odrobiny eteru. Oszałamiają kolory i faktury: włosy ukochanej „jak pieniste piwo”, jej suknia „błękitna, błękitna, błękitna błękitem przejrzystym i mydlanym jednocześnie”, „suknia z niebieskiej wody, w której elfy robiły pranie...” Niby banalne, ale doskonale oddające stan ducha Klaudyny na widok przyjaciółki. Kształty, które aż proszą, by dotknąć – nastolatka „zwinięta w kłębek, otulona w nocną koszulę, śpi teraz na kołdrze, głową dotykając kolan i wypinając na nas rozkoszny zadeczek...” Gesty, spojrzenia, uśmiechy, półsłówka – cały wielki kunszt uwodzenia rozwijany przed naszymi oczami, erotyka nieskrywana, opisywana wyraziście, ale z wielką subtelnością i wyczuciem.
Ponownie dałem się wciągnąć w świat Klaudyny, bez znużenia, z nieskrywanym zainteresowaniem śledząc następną fazę jej rozwoju, podpatrując kolejny krok na drodze do zrozumienia samej siebie i własnych oczekiwań wobec świata i ludzi. Obiektywizm wobec powieści Colette straciłem już dawno, resztki krytycyzmu zagłuszyła symfonia wrażeń, jakich dostarcza lektura. Zamierzam bezwstydnie pławić się w każdej książce tej autorki, jaka wpadnie mi w ręce – a zebrałem już kilka następnych. Kolejne peany wkrótce.
PS. Okładka najlepsza z dotychczasowych.

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

12 października rano: Ku swojemu zdumieniu właśnie zauważyłem, że mój blog znalazł się w finałowej szóstce konkursu na Najlepszy Blog Książkowy Roku - wielkie to dla mnie wyróżnienie. Konkursowi towarzyszy też głosowanie Internautów: każdy, kto wyśle maila pod adres  konkursy@duzeka.pl, w temacie wpisując nazwę bloga, w treści zaś swoje imię i nazwisko, ma szansę na nagrody książkowe. Zachęcam, oczywiście, do głosowania na ZWL:)

Tagi | 19 Komentarzy

Nijako i bez emocji


Jarosław Iwaszkiewicz, Wybór opowiadań, Czytelnik 1967.

Brzydki, kiepsko wydany tomik zawiera cztery powojenne opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza: „Ikara”, „Kwartet Mendelssohna”, „Dziewczynę i gołębie” i „Heydenreicha”. Zdecydowanie z tej czwórki wyróżnia się „Ikar”, mordowany kiedyś jako lektura w szkole podstawowej; krótka opowieść snująca paralelę między historią mitycznego Ikara a losem młodego chłopaka, który zaczytany wpada pod samochód gestapowców i znika w nim równie niezauważenie dla wszystkich, jak Ikar zniknął w toni morza. Iwaszkiewicz znakomicie pokazał dekoracje dramatu: warszawską ulicę podczas okupacji, zbliżający się wieczór, zaaferowane tłumy. Miniatura jest dopracowana do perfekcji, a jednak coś nie pozwalało mi się przejąć losem Michasia, jak go nazwał narrator. Mam wrażenie, że scence zabrakło napięcia, dramatyzmu, że emocje przesłoniło dążenie do osiągnięcia idealnej formy literackiej, wykazania przez narratora własnej erudycji – patrzcie, nie dość, że tylko ja zauważyłem ten jednostkowy dramat, to jeszcze skojarzył mi się on z mitologią i nawet z obrazem Breughla.
Pieter Breughel, Pejzaż z upadkiem Ikara, około 1558 roku.
I właśnie na całkowitym braku emocji polega problem z pozostałymi opowiadaniami. „Kwartet Mendelssohna” zapowiada więcej niż ostatecznie daje: po pełnym rozmachu początku spodziewałem się efektownego albo chociaż dającego do myślenia zakończenia, tymczasem opisawszy ze szczegółami zorganizowane w Santiago zebranie poświęcone rocznicy wybuchu powstania w getcie, przeanalizowawszy (z dużym chyba znawstwem) wykonanie tytułowego utworu muzycznego przez amatorski kwartet, Iwaszkiewicz relacjonuje rozmowę, jaką odbył z jednym z muzyków. Stary Żyd spędził wojnę w Chile i chciał porozmawiać z kimś stamtąd – z kraju, w którym ginęła jego rodzina. Wahania, wątpliwości, rozterki rozmówcy Iwaszkiewicz zbywa komunałami o walce o pokój i postęp. Zabrzmiało to jak fałszywa nuta w utworze Mendelssohna i prysło napięcie, znikła szansa na zgłębienie duszy Friedenssohna, zrobiło się płasko i nijako.
Idealnie nijakie jest też opowiadanie „Dziewczyna i gołębie”, a przecież już sam temat – reakcja ojca na pierwszą miłość syna – powinien podnieść temperaturę utworu. Nic z tego. Inżynier S. samotnie wychowuje syna Edka. Żona zmarła, starsze dzieci rozjechały się po świecie. Cała uwaga i miłość ojca skupiły się na najmłodszym. Inżynier z niepokojem obserwuje rosnące zainteresowanie chłopaka dziewczętami; z doświadczenia wie, że miłość jest destrukcyjna i chce uchronić Edka przed tym błędem. Zabiera się jednak do tego dziwnie nieudolnie: nie da się wyperswadować młodemu chłopcu miłości pogadankami o pracy na rzecz społeczeństwa. Ostatecznie ojciec pogodzi się z tym, że jego syn ma prawo kochać – tyle że doprawdy nic mnie to już nie obeszło. W tym opowiadaniu również pobrzmiewają fałszywe nuty – niekiedy tekst wygląda tak, jakby na siłę autor dokleił do niego elementy służące dopasowaniu do aktualnej linii politycznej. Stąd sceny w biurze projektów, gdzie planuje się odbudowę Warszawy, stąd pogadanki o iście socjalistycznym znaczeniu pracy dla kolektywu, wprowadzona do fabuły przodownica pracy i zabawy ludowe na MDM-ie.
Negatywnych wrażeń nie zdołało zatrzeć ostatnie opowiadanie, zdecydowanie najlepsze z całego tomu. „Heydenreich” to historia z czasów powstania styczniowego, zestawiająca ze sobą Polaka z Litwy, który służy w carskim wojsku i dochowuje wierności przysiędze, oraz Heydenreicha, Niemca z pochodzenia, który z kolei łamie złożoną carowi przysięgę i obejmuje dowodzenie nad oddziałem polskich powstańców. Rzecz przypominała mi „Echa leśne” Żeromskiego: i klimatem, i problematyką. Wreszcie w tym opowiadaniu forma tylko odrobinę wyrastała nad treść, Iwaszkiewicz stworzył kilka interesujących postaci (znakomity dowódca twierdzy w Dęblinie) i scen zbiorowych. Mimo to również nie jest to opowiadanie, które by zachwycało. Sprawnie przeprowadzona fabuła, mniej wyraziście zarysowany konflikt moralny.
Każde z opowiadań z tego zbiorku mogłoby zachęcać do refleksji, poruszać jakąś czułą strunę. W końcu mamy tu bezsensowną śmierć młodego człowieka, zmagania z rodzącym się uczuciem, próbę zrozumienia tragicznych losów własnego narodu i konflikt lojalności. Mnie jednak żadne nie poruszyło, wydawały mi się wyprane z emocji, przypominały rzeźby z lodu. Trudno mi wyrokować, czy to cecha całej twórczości Iwaszkiewicza, czy  może te teksty pochodzą ze słabszego okresu. Trzeba wszakże przyznać, że Iwaszkiewicz był znakomitym stylistą. Zdania są precyzyjne, wycyzelowane, bez jednego zbędnego wyrazu – to za mało, bym nabrał ochoty na dalsze pogłębianie znajomości z tym autorem.

Tagi | 28 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.