Archiwum grudnia 2011

„Czy to bajka, czy nie bajka...”
(Amos Oz, „Nagle w głębi lasu”)



Na większości blogów pewnie już podsumowania minionego roku, a ja mam do nadrobienia zaległość. Książkę przeczytałem bowiem wiosną i od tamtej pory nie mogłem się zebrać, żeby o niej napisać. Zapewne dlatego, że nie do końca wiem, jak się do niej odnieść.

Nagle w głębi lasu Amosa Oza czytałem z nastawieniem, że to baśń skierowana do dzieci i dorosłych. I wiele wskazywało, że tak jest faktycznie. Oto w małej, odległej wiosce nie ma ani jednego zwierzęcia – zniknęły pewnej nocy wiele lat wcześniej. Młodsze dzieci nie wierzą nawet, że jakiekolwiek zwierzęta w ogóle istnieją. Noc jest porą grozy, gdyż wtedy grasuje demon Nehi, odpowiedzialny za wyprowadzenie stworzeń ze wsi. Jak to w bajce, dwoje ciekawskich dzieci postanawia dowiedzieć się, co naprawdę stało się ze zwierzętami, podejmują więc wyprawę przez tajemniczy, budzący lęk las. Wreszcie odnajdują dwór Nehiego i poznają prawdę o nim, o uprowadzeniu zwierząt, ale przede wszystkim o mrocznych stronach natury ludzkiej.

Temat wydaje się idealny do snucia baśniowej materii, jednak Oz – zakładam, że świadomie i celowo – czyni tę materię niejednolitą. Partie pełne poetyckiego uroku i niesamowitej atmosfery przeplata fragmentami pisanymi rzeczowo niczym szkolne wypracowanie – w takim stylu relacjonuje na przykład przeprawę Mai i Matiego przez groźny las, co jest przecież klasycznym wątkiem baśniowym. Podobnie jest w zakończeniu – przy relacjonowaniu wydarzeń w dworze Nehiego znowu pojawia się dwoistość stylu. Przepiękny, przepojony czarem opis pierwszego zetknięcia chłopca z kociakiem, pierwszego dotknięcia aksamitnego futerka kontrastuje z bezpośrednią, szorstką, wręcz brutalną opowieścią Nehiego o tym, kim był i co go spotkało, o upokorzeniach doznanych od mieszkańców wioski i o zemście.

Dla mnie to stylistyczne rozbicie było nieznośne, wybijało mnie z rytmu czytania, drażniło i irytowało – i być może tak właśnie miało działać. Być może Oz nie chciał, aby atmosfera baśni stłumiła bolesną wymowę opowieści o nietolerancji wobec odmieńców, aby ją złagodziła. Może chciał dobitnie podkreślić, że takie zjawisko jest jak najbardziej realne i często spotykane. Historia jednak nie straciłaby na wyrazie, gdyby utrzymał ją w jednej konwencji, partie baśniowe bowiem są znakomite i równie dobrze posłużyłyby celom autora. Znakomite są też ilustracje Lucyny Talejko-Kwiatkowskiej – wizerunki zwierząt z wpisanymi w nie bohaterami książki i czarno-białe inicjały. Całość jednak wypadła niezbyt przekonująco, ale może myślę tak tylko dlatego, że niezaspokojona została moja potrzeba zanurzenia się w baśniowej niesamowitości.

Amos Oz, Nagle w głębi lasu, tłum. Leszek Kwiatkowski, Rebis 2006.
Za przesłanie książki dziękuję Księgarni Matras.

Załatwiwszy zaległość, mogę spokojnie życzyć teraz wszystkim (zależnie od osobistych upodobań) upojnej zabawy sylwestrowej lub cichego wieczoru z książką przy lampce wina oraz wiele szczęścia i powodzenia w Nowym Roku.

Tagi , | 8 Komentarzy

Zaopatrzony przez Mikołajów

Rozdawanie wśród Mikołajów listy życzeń daje znakomite wyniki. Odpadają wymówki typu „Nie mam pomysłu” albo „Bałem się, że to już masz”. Wszystko jasno wypisane, każdy chętny Mikołaj dostaje inny zestaw, a po rozpakowaniu paczek można się do woli napawać, kartkować i układać w malownicze stosy. Oraz chwalić się na blogu, co też zamierzam uczynić.
Mikołajów było pięcioro i tyleż delicji podrzucili pod choinkę.
Najbardziej imponująco wygląda biografia Zofii Nałkowskiej pióra Hanny Kirchner, edytorki dzienników pisarki, które nieustająco prezentujemy w  „Płaszczu zabójcy”.
Kończący się rok był rokiem Marii Skłodowskiej-Curie, co odnotowałem i recenzjami z dwóch książek (chociaż w planach było jeszcze kilka), i prezentacją zapisków i listów uczonej. Ukazało się też kilka ciekawych książek, w tym wybór korespondencji Marii z córkami, który zamierzam ze smakiem przeczytać, porównując go z wydanymi wcześniej listami Marii i Ireny.
„Farby wodne” Lidii Ostałowskiej zbierają znakomite recenzje, między innymi u The_book.  Bolesny i trudny temat Holokaustu poruszam często,  nie może więc zabraknąć i tego reportażu.
Twórczość Marcina Szczygielskiego lubię od dawna i z przyjemnością obserwuję jego rozwój jako pisarza. „Poczet królowych polskich” zapowiada się interesująco, gdyż jest to (jak pisze wydawca) saga trzech pokoleń bohaterek albo też powieść z kluczem.
„Matka Wszystkich Lalek” to najnowsza powieść Moniki Szwai, którą darzę wielką sympatią pomimo wielu zastrzeżeń do jej ostatnich książek. Być może autorka mnie zaskoczy i wróci do dawnego poziomu.
Mikołajów było pięcioro, książek jest sześć – no ale nawet anioł nie oparłby się pokusie zakupu „Wichrów Diuny”, kolejnego po „Paulu z Diuny”  interquela do klasycznego cyklu Franka Herberta, za cenę stanowiącą ułamek okładkowej.
Tym samym kolejne tomy dołączają do gigantycznej kolejki, chociaż jest szansa, że przynajmniej część z nich doczeka się przeczytania poza kolejnością, o czym niewątpliwie doniosę.

Tagi | 46 Komentarzy

Sześć stopni pod równikiem


Małgorzata Szejnert, Dom żółwia. Zanzibar, Znak 2011.

Sześć stopni pod równikiem leży tropikalny Zanzibar. Nazwa niczym z Opowieści tysiąca i jednej nocy, ale historia i współczesność wcale nie baśniowe. Małgorzata Szejnert opowiada skomplikowane dzieje wyspy, niegdyś centrum handlu niewolnikami i kością słoniową, wielkiego ośrodka eksportującego goździki, miejsca, gdzie stykały się kultury czarnej Afryki, Arabii i Indii, a później również Europy. To z Zanzibaru wyruszał w swe podróże doktor David Livingstone, dobrze znany czytelnikom powieści Juliusza Verne’a, to stąd na poszukiwanie odkrywcy ruszał Henry M. Stanley, śmiały reporter. To tu rozegrała się najkrótsza wojna w dziejach świata – w niespełna czterdzieści minut Anglicy narzucili wyspie lojalnego wobec siebie sułtana. Czasy nam bliższe też nie były dla Zanzibaru łaskawe: odzyskanie niepodległości w 1963 roku, wybuch rewolucji i obalenie sułtana, wreszcie stworzenie wspólnego państwa z Tanganiką – Tanzanii.
Przez dziesięciolecia Zanzibar zmagał się z dziedzictwem niewolnictwa i wpływów europejskich. Wciąż silna jest rywalizacja między Afrykanami a Arabami, biali zaś wykorzystują nędzę wyspy, by zagarniać dla siebie coraz większe jej połacie i tworzyć luksusowe enklawy dla turystów, nie dając niemal nic w zamian miejscowemu społeczeństwu. Sytuacji nie zmienią starania garstki ludzi, którym na sercu leży dobro wyspiarzy.
To odległe miejsce ma zaskakująco wiele związków z Polską. I nie chodzi tu tylko o zanzibarski znaczek pocztowy z portretem Marii Skłodowskiej-Curie. Jednym z dziewiętnastowiecznych francuskich konsulów był bowiem Polak z Podola, zapomniany poeta Henryk Jabłoński. Księżniczka z sułtańskiego rodu, Salme Emily Ruete, uciekła z ukochanym do Niemiec i przez pewien czas mieszkała w Bydgoszczy. Podczas swych afrykańskich wojaży o Zanzibar zahaczył Henryk Sienkiewicz, a i dziś mieszka tu kilkoro Polaków.
Książka Małgorzaty Szejnert tchnie egzotyką, ale nie jest to lukrowany obrazek tropikalnego raju. Dzieje Zanzibaru były i są skomplikowane, pełne bolesnych problemów, z którymi dotąd się nie uporano. Do przeszłości zresztą mało kto ma głowę, skoro codzienność pełna jest trudności – wyspa od czasu do czasu pogrąża się z kompletnej ciemności z powodu awarii jedynego kabla doprowadzającego prąd z kontynentu, bezrobocie jest duże, a perspektywy rozwoju słabe. Przemawiają dokumenty, wspomnienia, relacje podróżników, ryciny i świadkowie, a reporterka dyskretnie dopełnia obraz wyłaniający się z tych źródeł własnymi wrażeniami z miejsc, w których rozgrywały się wydarzenia. Nie jest to łatwe, gdyż nikt nie zadbał o zachowanie historycznych gmachów czy placów; nawet jeśli przetrwały, zwykle są w ruinie. Wśród źródeł ważną rolę odgrywają zdjęcia – Zanzibar bowiem, chociaż muzułmański, słynął ze znakomitych fotografów, którzy tworzyli wręcz dynastie fachowców i towarzyszyli wszystkim przemianom politycznym, społecznym i gospodarczym. Szejnert rozmawia też z wyspiarzami, odszukując świadków historycznych momentów.
Dom żółwia. Zanzibar to znakomite połączenie wykładu o nieznanych dziejach odległego skrawka lądu, opowieści podróżniczej i reportażu. Pełen jest barw i zapachów (nie zawsze najpiękniejszych), a także skrajnych przeciwieństw – luksusów sułtańskiego dworu i nędzy biedaków. Czyta się niemal jednym tchem, a wiele scen – jak choćby opis przenoszenia zwłok doktora Livingstone’a z głębi Afryki na wybrzeże – zapada w pamięć i zachęca do sięgnięcia po inne książki o dziejach Czarnego Lądu.

Za przesłanie książki dziękuję serwisowi Lektury Reportera.

Tagi , | 24 Komentarzy

Książek (i czasu! czasu!)

Link do tradycyjnej pieśni świątecznej :)
Świat najwyraźniej schodzi na psy, ponieważ podczas przedświątecznych zakupów w żadnej placówce handlowej nie grali "Last Christmas" Wham. Doprawdy święta bez tej piosenki są nieważne i odczuwam poważny niedosyt.
A tak poza tym, to oczywiście życzę wszystkim
spokoju,
ciepła,
miłości,
dużo książek,
przede wszystkim zaś CZASU, żeby je wszystkie przeczytać!
Zacofany.w. lekturze

Tagi | 33 Komentarzy

Platynowa przeciętność
(I.J. Kryspin, „Platynowa jaszczurka)”



Prowadzący śledztwo młody porucznik MO Janusz Kulik jest bystry i ambitny, jego starszy kolega major Cepryński to doświadczony wyga, a ich przełożeni nieodmiennie cisną podwładnych, żądając rezultatów. Denatka, Marta Niekrasz, to niezbyt sympatyczna baba namiętnie kolekcjonująca antyki, a na dodatek wywożąca nielegalnie z kraju resztki zachowanych dzieł sztuki, jej mąż to mięczak, chociaż zdolny chirurg, a jego kochanka jest wyrachowaną cwaniarą. Pani doktorowa pewnej nocy zostaje znaleziona w wagonie kolejowym z raną kłutą, a narzędzie zbrodni – chirurgiczny skalpel, zdaje się jednoznacznie wskazywać na sprawcę, zainteresowanego na dodatek pozbyciem się małżonki.

Kulik najchętniej od razu przymknąłby Niekrasza, ale zapędy młokosa umiejętnie studzi Cepryński, który domaga się (formalista jeden) niezbitych dowodów winy pana doktora. Imponujące hipotezy śledcze porucznika wydają się walić niczym domki z kart, znienacka jednak śledztwo zaczyna nabierać rozpędu, doprowadzając nas do sceny finałowej, ewidentnie wzorowanej na wystąpieniach Herkulesa Poirot.

Właściwie nie byłoby się nad czym rozpisywać, gdyby nie to, że Platynowa jaszczurka to jedna z ulubionych książek mojego dzieciństwa, więc mam do niej wielki sentyment. Po raz pierwszy czytałem ją mając dziesięć, może jedenaście lat, a od tamtej pory wracałem do niej niezliczoną liczbę razy. Zawsze fascynowała mnie okładka – damska ręka, wyglądająca na odrąbaną, obwieszona biżuterią i upozowana na jakimś złotogłowiu. Banalność powieści dotarła do mnie dopiero po lekturze Książek najgorszych Stanisława Barańczaka, który dogłębnie przeanalizował peerelowskie milicyjniaki. Po latach stwierdziłem, że książkę nadal nieźle się czyta. Na plus J.I. Kryspinowi należy zapisać to, że nie popełniał błędów językowych (no przecież nie będę się czepiał tego, że wciąż żyjącą, chociaż ledwo, ofiarę mordercy nazywa się denatką) tak częstych w innych powieściach tego gatunku, chociaż jego dziełko wyrafinowaniem stylu nie grzeszy, a ponadto nie lubił się rozpisywać (ku żalowi tych, którzy w polskich kryminałach z lat siedemdziesiątych cenią sobie tzw. mały realizm). Gdyby jednak ktoś chciał przeczytać jedną jedyną powieść milicyjną w życiu – to ja będę rekomendował Platynową jaszczurkę.

I.J. Kryspin, Platynowa jaszczurka, Krajowa Agencja Wydawnicza 1977.

Tagi , , | 29 Komentarzy

Mój dzień w książkach

Jak zwykle zacofany, z opóźnieniem przyłączam się do zabawy, którą zaproponowała Lirael. Należy poniższy tekst uzupełnić tytułami książek przeczytanych i zrecenzowanych w tym roku. Panowie, pamiętajcie o zmianie form czasowników. 

Mój dzień w książkach
Zaczęłam dzień (z) ____________ .
W drodze do pracy zobaczyłam _____________
i przeszłam obok ________________ ,
aby uniknąć ______________ ,
ale oczywiście zatrzymałam się przy ______________ .
W biurze szef powiedział: ___________ ,
i zlecił mi zbadanie ____________ .
W czasie obiadu z _____________
zauważyłam __________
pod ___________ .
Potem wróciłam do swojego biurka _________ .
Następnie w drodze do domu, kupiłam _______________
ponieważ mam _____________ .
Przygotowując się do snu wzięłam ____________
i uczyłam się ______________,
zanim powiedziałam "Dobranoc" ____________ .

Oto moja wersja wydarzeń:

Mój dzień w książkach
Zacząłem dzień z Żoną piekarza.
W drodze do pracy zobaczyłem Maniusię
i przeszedłem obok Szamanki od umarlaków,
żeby uniknąć Pielgrzymki do Jasnej Góry,
ale oczywiście zatrzymałem się przy Ani z Wyspy Księcia Edwarda.
W biurze szef powiedział: No cóż, za moich czasów... 
i zlecił mi zbadanie Losu człowieka.
W czasie obiadu z Dziecięciem Starego Miasta
zauważyłem Pępek węża
pod Mogilną.
Potem wróciłem do swojego biurka na Kilka miesięcy, całe życie.
Następnie, w drodze do domu, kupiłem Drewniany różaniec,
ponieważ mam Dożywocie.
Przygotowując się do snu, wziąłem Staroświecką historię
i uczyłem się Pełni życia panny Brodie,
zanim powiedziałem Dobranoc, wciąż o tobie śnię.

A teraz lecę czytać, co inni napisali.

Tagi | 27 Komentarzy

Paddington i anarchiści
(Michael Bond, „Paddington wyrusza do miasta”; Richard Pipes, „Zamachowcy i zdrajcy”)


Mały miś z mrocznych zakątków Peru, znaleziony na londyńskim dworcu Paddington, szybko zadomowił się nie tylko u państwa Brown przy Windsor Gardens 32, ale zajął też stałe miejsce w sercach małych (i – nie ukrywajmy – również całkiem dużych) czytelników. Cóż takiego ma w sobie Paddington, że jego perypetie śledzi się z zaciekawieniem i uśmiechem na twarzy? Otóż niedźwiadek ma wielki talent do wpadania w tarapaty – i jeszcze większy do wydobywania się z nich z olbrzymim wdziękiem. Jak mawia pani Bird, gospodyni państwa Brown: „Niedźwiedzie mają to do siebie, że zawsze spadają na cztery łapy, cokolwiek by się działo”.
Tak zaczyna się moja recenzja aż trzech kolejnych tomików z przygodami Paddingtona, którą można znaleźć w najnowszym, czternastym, numerze „Literadaru” - jeszcze nie jest za późno, żeby dorzucić książeczkę o moim ulubionym misiu do gwiazdkowych prezentów, nie tylko dla najmłodszych.  
Tym, którzy woleliby coś poważniejszego od perypetii niedźwiadka w dziwnym kapeluszu (co jest możliwe, chociaż dziwne), polecam recenzję z książki Richarda Pipesa „Zamachowcy i zdrajcy. Z dziejów terroru w carskiej Rosji”. Opowiada ona o wydarzeniach, które legły o podstaw terroryzmu politycznego. A zaczęło się od niepozornej dziewczyny, która w 1878 roku strzeliła, w dodatku niecelnie, do gubernatora Petersburga generała Trepowa. Wiera Zasulicz, gdyż tak się nazywała zamachowczyni, stała się inspiracją dla kolejnych konspiratorów, przekonanych, że tylko usuwając przedstawicieli znienawidzonego carskiego reżimu można doprowadzić do zmian w Rosji. Książka dla zainteresowanych historią i miłośników biografii - na dodatek znakomicie się czyta.

Tagi , , , , | 9 Komentarzy

"Gdyby Urban nosił turban..."
(Maryna Miklaszewska, „Mikołajek w szkole PRL”)




Znacie kolegów Mikołajka: Alcesta, Rufusa, Gotfryda, Joachima i Ananiasza, pieszczoszka Pani? To zapomnijcie o tych wychowanych na bananach i mlecznej czekoladzie dzieciach gnijącej zachodniej burżuazji. Oto nadchodzą prawdziwi przyjaciele Mikołajka: Masław, Spytko, Ziemomysł, Mściwój i Pękosław. Oni przechodzą prawdziwą szkołę życia w peerelowskiej podstawówce lat osiemdziesiątych, gdzie na porządku dziennym są akademie ku czci i spotkania z zasłużonymi milicjantami. Chłopcy, choć zaledwie z trzeciej klasy, dobrze wiedzą, co to stan wojenny i „Solidarność”, na przerwach z okrzykiem „ZOMO do koszar” biją dyżurnych, których dyrekcja niefortunnie wyposażyła w białe pałki do regulowania ruchu na korytarzu. Nieustannie wprawiają też w zakłopotanie swoją Panią, gdyż ich wiedza o historii najnowszej obejmuje wiele faktów, o których lepiej nie wspominać na głos („Czy to prawda, że Armia Czerwona specjalnie zatrzymała się za Wisłą, bo nie chciała pomóc powstańcom?”). Biedna Pani ciągle się czerwieni, więc uczniowie starają się za często nie poruszać tematów politycznych. W ich klasie widoczne są podziały targające społeczeństwem: jest Krzesimir, którego tata jest milicjantem (ale drogowym, więc to się nie liczy) i Ziemomysł – „ekstremista, bo jego tata był internowany i aresztowany”. Ten ostatni to ma dobrze, bo nie musi brać udziału w apelach i wygłaszać idiotycznych wierszyków. Ale nie dostaje też paczek ze słodyczami od dzieci z bratnich krajów socjalistycznych, bo kiedyś z powodów pryncypialnych odmówił przyjęcia budzika z cukierkami.

Niewielka książeczka Maryny Miklaszewskiej, pozornie parodia klasycznych „Mikołajków”, to znakomita satyra na polską rzeczywistość lat osiemdziesiątych, która oglądana oczami dzieci nabiera dodatkowego groteskowego wymiaru. Zastanawiam się, czy ta powiastka jest jeszcze w ogóle zrozumiała dla kogoś, kto nie pamięta tamtych czasów i nie ma pojęcia, do kogo odnosi się wierszyk „Gdyby Urban nosił turban, to zamiast świni byłby Chomeini”. Rówieśnicy Mikołajka jednak nieodmiennie będą się podczas lektury znakomicie bawić, a pewnie westchną sobie z cicha „Tak, tak właśnie było” i wspomną smak cukierków z plastikowych radzieckich budzików. Młodszym bardzo polecam jako nietypową lekcję historii i źródło wiedzy o losach ich własnych rodziców.

„Mikołajka w szkole PRL-u” ilustrował 10-letni syn autorki, Mikołaj Chylak.
Bohaterowie książki w 1989 r. pojawili się na plakacie wyborczym.
Maryna Miklaszewska, Mikołajek w szkole PRL-u, ilustr. Masław (Mikołaj Chylak), Wydawnictwo Tenten 1991 (pierwsze podziemne wydanie: 1986).

Tagi , | 31 Komentarzy

Klaudyna odeszła
(Colette, „Klaudyna odchodzi”)




W ostatnim tomie cyklu Klaudyna faktycznie odchodzi. Na drugi plan. Zepchnięta tam przez osóbkę, której nigdy nie podejrzewalibyśmy o to, że mogłaby przyćmić dynamiczną i niekonwencjonalną żonę Renauda. A jednak wola Colette wysunęła na czoło Annie, niepewną siebie, całkowicie uległą woli męża, który wychowywał ją sobie od wczesnej młodości i który po ślubie decyduje o wszystkim. Gdy wyjeżdża w interesach w zamorską podróż, zostawia żonie dokładny spis czynności, które pod jego nieobecność musi wykonać, listę wizyt, które musi złożyć, a nawet wskazówki co do stroju, jaki obowiązywać ma ją w konkretnych sytuacjach towarzyskich. Nie ceni wysoko Klaudyny i Renauda, więc ostrzega małżonkę przed zacieśnianiem kontaktów z tą parą.

Uwolniona od mężowskiej kurateli Annie zaczyna sobie powoli uświadamiać, że dała się zepchnąć do roli niewolnicy, bezwolnej i pozbawionej prawa głosu. Sporą rolę odgrywa w tym procesie emancypacji podziw dla Klaudyny – wyzwolonej, śmiałej, pięknej, a przede wszystkim tak żarliwie kochanej i tak namiętnie kochającej. Przyrównując własne szczęście małżeńskie do uczucia Klaudyny i Renauda, Annie dochodzi do wniosków tyleż rewolucyjnych, ile bolesnych. Idealizowany mąż okazuje się nudziarzem i tyranem, odmawiającym żonie nawet upragnionego pieska. „W jego sercu tkwi snobizm, a w pupie pręt od firanek” – z właściwą sobie bezpośredniością podsumowuje Klaudyna. Niewinna w gruncie rzeczy Annie obserwuje światowe zepsucie reprezentowane przez własną szwagierkę i jej znajome, czuje się coraz swobodniej i coraz trudniej godzi się z myślą, iż już wkrótce będzie musiała wrócić do swojej klatki, szczególnie że na świetlanym portrecie małżonka pojawia się brzydka rysa.

Decyzja o zmianie głównej bohaterki, ukryta przewrotnie pod tytułem sugerującym coś zupełnie innego, mogła się okazać porażką. Wyszła jednak książce na dobre. Zamiast znowu plątać losy Klaudyny, Colette usunęła ją w cień. Postać Annie, chociaż może nieco schematyczna, nazbyt szybko przechodząca od stanu bezwolnej lalki do kobiety wyzwolonej, ma w sobie wiele uroku. Z przyjemnością obserwujemy jej przemianę, zrywanie kolejnych ogniw krępującego ją łańcucha, coraz śmielsze uwagi i coraz większy krytycyzm wobec zakłamanego otoczenia. Klaudyna – która dojrzała i poukładała sobie wreszcie życiowe priorytety – występuje jako katalizator emancypacji Annie, życzliwa przyjaciółka, a nawet obiekt fascynacji. Styl wciąż lekki, pełen humoru, postacie traktowane z lekką ironią, bystre obserwacje (kolejny wyborny portrecik zwierzęcy – tym razem kotkę Fanszetkę zastąpił buldożek Toby) – wszystko składa się na powieść wysokiej klasy i znakomite zamknięcie całego cyklu. Moje uwielbienie dla Colette będę teraz testował na innych powieściach, licząc na to, że nie tylko znajdę w nich wszystko, co tak lubię, ale i wiele nowego.

Colette, Klaudyna odchodzi, tłum. Krystyna Dolatowska, W.A.B. 2011.
Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

Tagi | 23 Komentarzy

Przypadkowy dzień przypadkowych ludzi
(Katherine Mansfield, „Garden party”)



Na krótką chwilę, na parę stron wchodzimy w życie obcych ludzi, zupełnie nam obojętnych, takich, których pewnie nie zaszczycilibyśmy spojrzeniem na ulicy. Dzień wydaje się wybrany zupełnie przypadkowo, ot, dzień jak co dzień. Wydarza się jednak coś, co może – chociaż w ostatecznym rozrachunku wcale nie musi – być w życiu bohaterów przełomem, chwilą, gdy ich życie ma szansę się zmienić. Dwie stare panny, tyranizowane przez ojca, wreszcie po jego śmierci mogą nieco odetchnąć, chociaż same ledwo wierzą w swobodę, jaka stała się ich udziałem. Czy zdecydują się wyjść do ludzi i może, do czego ledwo przyznają się przed sobą, nawet poznać jakichś mężczyzn? („Córki zmarłego pułkownika”) Czy żona, której imponują nowi przyjaciele artyści, zdecyduje się z nich zrezygnować, by ratować swoją rodzinę? („Małżeństwo a la mode”) Czy stara sprzątaczka będzie mogła opłakać całe swoje nieszczęśliwe życie, by móc się podnieść po ciosach? („Życie Mamy Parker”) Czasem dostajemy opowieść o tych, których jedno słowo czy gest wynosi z rozpaczy ku szczęściu („Państwo Gołębiowie”, „Lekcja śpiewu”) – albo wręcz przeciwnie: o tych unoszonych euforią i marzeniami, którzy nagle opadają na ziemię niczym przekłuty balon („Panna Brill”).

Katherine Mansfield
Opowiadania Katherine Mansfield to kameralne drobiazgi, jakby stworzone po to, by je filmować: jest w nich wszystko, czego potrzebuje reżyser. „W zatoce” rozpoczyna się panoramą wybrzeża morskiego o poranku, to niemal gotowe kadry (tu moje ulubione zdanie – stado owiec mija pogrążone we śnie domy letników. „Beczenie owiec rozlega się w snach małych dzieci, które podnoszą ramiona, aby przyciągnąć do siebie, aby utulić kochane, maleńkie, wełniane owieczki snu”). „Lekcja śpiewu” zawiera też gotową ścieżkę dźwiękową – bohaterka, nauczycielka muzyki, doborem pieśni nie tylko wyraża własne stany ducha, ale poprzez nią manipuluje nastrojem całej klasy. Autorka jest bystrą obserwatorką, stworzyła całą galerię rozmaitych typów – od podlotka, który jeszcze nie zdecydował, czy jest dzieckiem, czy już wampem, przez matkę, która postanowiła, że nie pokocha swojego dziecka, do zaharowanej starej kobiety. Równie wnikliwie przygląda się światu – plaży, ogrodom, mieszkaniu pisarza, pokojowi zmarłego starca („Czemu fotografie umarłych stają się zawsze tak wyblakłe?” – zastanawia się jego córka) czy damskiej garderobie przy sali balowej („Duży, chwiejący się płomyk gazu oświecał garderobę pań. Nie mógł czekać, już tańczył” – czy można lepiej oddać atmosferę oczekiwania, niecierpliwości przed zabawą?).

Lektura „Garden party” dostarcza wielu wrażeń – i emocjonalnych, kiedy nie można się uwolnić od myślenia o tym, czy Mamie Parker udało się znaleźć spokojne miejsce, by zapłakać, albo czy panna Brill jeszcze kiedykolwiek w życiu poczuła się ważna, sławna, utalentowana, i estetycznych – kiedy rozpamiętuje się stworzoną przez Mansfield scenerię wydarzeń. Pisarka, jak wyznaje w jednym z listów, nie była zadowolona ze swych nowel. Pewnie naprawdę tak myślała, ale zupełnie nie miała racji.

***
Na forum „Kobiecym piórem” trwa teraz dyskusja o opowiadaniach Katherine Mansfield  – zachęcam do jej śledzenia i zabierania głosu. Co miesiąc rozmawiamy o utworach innej autorki angielskojęzycznej, warto się przyłączyć.
Katherine Mansfield jest też autorką znakomitych listów, z których kilka przedstawiliśmy w „Płaszczu zabójcy” – dają one doskonałe wyobrażenie o stylu pisarki.

Katherine Mansfield, Garden party, tłum. Bolesława Kopelówna, Czytelnik 1958 (wybrane utwory z tomu wydane jako Jej pierwszy bal, Książka i Wiedza 1980).

Tagi | 45 Komentarzy

Co się kryje za przenośnymi drzwiami?
(Tom Holt, „Przenośne drzwi”)


Kiedy życiowy nieudacznik dostaje pracę w solidnej, przynajmniej na oko, firmie z tradycjami, mimo iż w kolejce po posadę stały tłumy pewnych siebie i doskonale wykształconych kandydatów, ma prawo podejrzewać, że coś jest nie tak. Zapewne po uporządkowaniu stert pokrytych rzędami liczb dokumentów zostanie wywalony na bruk, gdyż szefowie uznają, że nawet do takiej roboty się nie nadaje. Paul Carpenter najchętniej sam od razu rzuciłby nową pracę, ale, po pierwsze, jeść trzeba, a po drugie – i ważniejsze – biurko naprzeciwko zajmuje interesująca dziewczyna. Chociaż tak naprawdę dla Paula interesująca jest każda dziewczyna, która nie ucieka z krzykiem zaraz po wypowiedzeniu przez niego pierwszego zdania. W przełamaniu pierwszych lodów znakomicie pomaga wspólne zastanawianie się, dlaczego pewnego poranka siedziba firmy wygląda tak, jakby przeszedł przez nią huragan i dlaczego na drzwiach widnieją ślady pazurów jakiejś bestii. W powietrzu wisi coś niesamowitego, Paula dręczą dziwne sny, a kiedy po przebudzeniu zastaje w swoim ciasnym mieszkaniu wielki kamień z wbitym weń mieczem, nawet się bardzo nie dziwi. Irytuje się tylko, bo rękojeść miecza okropnie przeszkadza mu przy goleniu.

Wraz z Paulem i jego koleżanką Sophie stopniowo odkrywamy tajemnice biura J.W. Wells & Co i bynajmniej nie chodzi o ukrywane przez szefostwo przekręty podatkowe. Młodzi pracownicy dowiadują się, że dysponują zdolnościami, o które nigdy by siebie nie podejrzewali, a które mogą okazać się cenne w nietypowych działaniach firmy. Zgłębianiu sekretów zakładu pracy towarzyszą perypetie uczuciowe młodych ludzi, których rodzącej się miłości próbuje przeszkodzić potworna – w dosłownym tego słowa znaczeniu – recepcjonistka.

Tom Holt napisał dobrą, rozrywkową powieść z wartką akcją i sporą dawką humoru. Co prawda okładkowe porównanie Holta do Terry’ego Pratchetta jest na wyrost (a okładka, wprost nawiązująca do Świata Dysku, chociaż z dość paskudnym rysunkiem, nazbyt łopatologicznie streszczającym historię, to już ewidentna manipulacja), ale w „Przenośnych drzwiach” panuje podobna, nieco absurdalna atmosfera, fabuła rozwija się z licznymi zakrętami (mimo iż czasem wiadomo, co kryje się za zakrętem), a świat i bohaterowie są mocno przerysowani. Nie wszystko może jest bardzo oryginalne i zaskakujące, ale na pewno sprawnie przyrządzone i atrakcyjnie podane. Czyta się znakomicie i z zainteresowaniem, szczególnie jeśli nie bierze się na serio marketingowych haseł. Na jesienne przesilenie przechodzące płynnie w przesilenie zimowe będzie to książka w sam raz.



Tom Holt, Przenośne drzwi, tłum. Tomasz Wilusz, Prószyński i S-ka 2009.

Tagi , | 13 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.