Archiwum 2012

Nierządnicy żywot mało atłasowy
(Daniel Defoe, „Fortunne i niefortunne przypadki sławetnej Moll Flanders”)





Za streszczenie wystarczy sam tytuł: „Fortunne i niefortunne przypadki sławetnej Moll Flanders, która urodziła się w Newgate, a podczas swego sześćdziesięcioletniego urozmaiconego życia, poza dzieciństwem, była dwanaście lat ladacznicą, pięć razy żoną (w tym raz własnego brata), dwanaście lat złodziejką, osiem lat deportowaną zbrodniarką w Wirginii, a wreszcie wzbogaciła się, żyła uczciwie, zmarła jako pokutnica, spisane z jej własnych wspomnień”. Córka więźniarki z Newgate, wychowana na cnotliwą panienkę, uwiedziona została przez bogatego panicza i odtąd piekło coraz mocniej zaciskało wokół niej swe macki. Defoe nie oszczędza swojej bohaterki, urozmaicając jej żywot na wszelkie sposoby i na wszelkie sposoby starając się ją przedstawić jako zdeprawowaną i upadłą kobietę. Niestety, trzysta lat temu pisząc, nie miał pojęcia o psychologicznym uwiarygodnianiu bohaterów, więc Moll sprawia raczej wrażenie marionetki szarpanej na wszystkie strony przez podły los i bujną wyobraźnię autora niż samoistnej postaci, którą własne złe skłonności pociągają ku niemoralnym i przestępczym czynom: prostytucji, bigamii, kazirodztwu, kradzieży. Na dodatek charakter Flanders zmienia się ze sceny na scenę: raz jest sprytną, obrotną kobietką, która wyjdzie obronną ręką z każdych tarapatów i zgromadzi przy okazji mająteczek, innym razem naiwną istotą, która do trzech nie zliczy i nie poradzi sobie z najprostszymi codziennymi sprawami – i nie jest to bynajmniej wynik przemian samej bohaterki, raczej autor obdarza ją akurat takimi cechami, jakie mu są potrzebne w danej scenie. 

Książka opowiada kolejne epizody z życia Moll: niektóre wydarzenia opisywane są szczegółowo, nad innymi Defoe się prześlizguje, kwitując je lakoniczną wzmianką. Brakuje w tym nieco umiaru, w pewnym momencie wręcz żal Moll, na którą walą się wszystkie plagi egipskie; łatwo nawet o znudzenie, choćby przy opisywaniu kolejnych złodziejskich eskapad bohaterki. Przy odpowiednim dawkowaniu lektura daje jednak sporo przyjemności, a są też partie błyskotliwe: wielka tyrada na głupotę niewieścią, w której pobrzmiewają tony niemal feministyczne, znakomity opis londyńskiego podziemia położniczo-aborcyjno-adopcyjnego i procederu „fabrykacji aniołków”, uwagi o systemie prawnym czy nader plastyczne opisy londyńskiego więzienia. Do tego mnóstwo obserwacji obyczajowych, i to dotyczących nie tylko półświatka, a także interesujących postaci drugoplanowych: tu szczególnie wyróżnia się akuszerka, która stanie się przyjaciółką Moll. Dzięki temu czyta się „Przypadki” niemal jak reportaż, Defoe robi zresztą wszystko, by przekonać czytelnika, że ma do czynienia z autentycznymi zapiskami kobiety upadłej. Chociaż nie udało mu się to w pełni, zmienne losy Moll Flanders warto poznać.

Daniel Defoe, Fortunne i niefortunne przypadki sławetnej Moll Flanders, tłum. Krystyna Tarnowska, Wydawnictwo Dolnośląskie 2005.

Tagi | 30 Komentarzy

Maria Zientarowa, "Święta bez dzieci"


Matka Pawła była szalenie zdenerwowana. Telefonowała do mnie już od przedświątecznej środy, mniej więcej cztery razy dziennie.
– Moja kochana – mówiła – ja już nie wiem, co zrobić z tą Wilią. Paweł jedzie w niedzielę rano na rykowisko, to znaczy, przepraszam, na zimowisko, to się teraz tak nazywa, ale oni tam chyba będą jeździć  na nartach, a mąż wraca z terenu w sobotę w nocy, a Wilia w tym roku wypada w niedzielę, a tymczasem mówią, 
że może być wyprawiona też w sobotę, ale co to za Wilia bez męża.
– No to zróbcie w niedzielę – poradziłam.
– To znowu Pawła nie będzie.

– To już nie wiem.
– To może przyjdziecie do nas?
– Którego dnia?
– Żebym ja wiedziała!
– A jak zrobiliście w zeszłym roku?
 No zwyczajnie w Wilię.
– No to zróbcie tak samo.
– No właśnie. Tylko w sobotę czy w niedzielę?
– A co mówi Paweł?
– Nic. Tylko że jedzie w drelichowych spodniach, a tu mróz i że szalika za nic nie włoży, bo tego nikt już nie nosi, i żebym mu uszyła flanelowy pokrowiec na gitarę, bo on ją musi zabrać i boi się, żeby mu się nie przeziębiła. [...]

W piątek późnym wieczorem zadzwoniła znowu matka Pawła i powiedziała, że wszystko już się ułożyło, że zrobiła dziką awanturę międzymiastową mężowi i zażądała, żeby przyjechał na sobotnią Wilię. I że pewnie przyjedzie, a jak nie, to ponieważ się teraz gniewają na siebie, to będzie można zrobić spokojnie Wilię bez niego. I żebyśmy przyszli.
– Musicie – dodała. – Co to za Wilia bez dzieci. Przyrzekłam, że przyjdziemy.
Potem zadzwoniła teściowa, że u niej Wilia jest w niedzielę i zaprosiła.
W sobotę ogarnęła mnie panika i pobiegłam do garmażerni, gdzie kupiłam rybę faszerowaną i w galarecie, sałatkę śledziową, zimny schab, zimną cielęcinę i pół kilo tatara.
Całe popołudnie schodziłam do sklepu po chleb, bo wciąż nie przywozili, a gdy wreszcie przyjechały bochenki, kupiłam z tego wszystkiego trzy.
Na moje nieszczęście zauważyłam na półce puszki rumuńskiego zielonego groszku po dwanaście pięćdziesiąt i kazałam sobie dać cztery.
Gdy już wychodziłam, nie było prawie ludzi w sklepie i panny zabierały się praktycznie do fajerantu, kiedy przywieziono skrzynki z pomarańczami. Nie było wyjścia, kupiłam dwa kilo i zostało mi w kieszeni dwanaście złotych i czterdzieści pięć groszy.
Mąż już był w domu. Był bardzo zadowolony z siebie, bo przyniósł dwa bochenki chleba lecytynowego z Delikatesów (nie starzeje się) i dwa kilo pomarańczy. Zostało mu w kieszeni siedem złotych osiemdziesiąt.
Ojciec Pawła zdążył na sobotę wieczór do domu i nawet przywiózł ze sobą zająca z terenu i żonie zaaplikował czeski naszyjnik ze sztucznych brylantów i rubinów oraz takież kolczyki. Paweł dostał dwa szaliki wełniane, dwie pary rękawiczek narciarskich z nieprzemakalnego płótna i trzy powieści współczesne dla młodzieży. Mój mąż dał mu scyzoryk, a ja wyciągnęłam demagogicznie płytę Presleya zakupioną w prywatnym komisie.
Scena z serialu "Wojna domowa".
Jedliśmy wszystko co trzeba i matka Pawła ani razu nie powiedziała mu, żeby już przestał, bo się przeje, co wymagało rzeczywiście wielkiej dyscypliny wewnętrznej.
Pożegnaliśmy się wcześniej, bo nazajutrz skoro świt miał się odbyć odjazd Pawła i wzięliśmy sodę oczyszczoną, pastylki „Vichy” oraz po gumowym worku z gorącą wodą do łóżka. Spaliśmy marnie.
Już w niedzielę rano zaczęto dzwonić w sprawie jedzenia. „Może byście przyszli, mamy indyka”. Ponieważ wieczór mieliśmy zajęty, załamaliśmy się dopiero po czwartym zaproszeniu i zgodziliśmy się przyjść o piątej na godzinkę, pod warunkiem, że nie będzie nic do jedzenia. Gospodarze mieli Wilię poprzedniego dnia, więc na stole stała ryba w galarecie, zimne mięsa, ćwikła, pasztet i owoce. Zjedliśmy makowiec i placek, popiliśmy herbatą i zostawiliśmy gospodarzy przy pełnym stole. Byli wyraźnie podenerwowani.
Wilię niedzielną zjedliśmy u teściowej.
W poniedziałek nie jedliśmy śniadania. Ale zgodziliśmy się po zapewnieniach, że nie będzie prawie nic do jedzenia, na odwiedzenie jednych znajomych pomiędzy pierwszą a drugą, innych około piątej, a na kolację byliśmy już umówieni od dawna u mojej kuzynki. Pasztet najlepszy był na drugiej wizycie.
We wtorek telefony były już błagalne. „Przyjdźcie i pomóżcie coś zjeść”. Pomogliśmy w dwóch miejscach i to tylko dlatego, że byli to naprawdę bliscy ludzie. Wszędzie szliśmy piechotą i zanosiliśmy pomarańcze.
We środę po południu przyszła matka Pawła. Wyglądała niedobrze. Dałam jej świeżo parzony „Yunan” bez cukru i bez cytryny. Dała mi jakieś szwajcarskie białe pigułki, które dostała od kogoś z Ministerstwa Spraw Zagranicznych – antidotum pobankietowe.
– To były pierwsze święta bez Pawła – westchnęła – i musieliśmy wszystko sami zjeść. Na przyszły rok będzie jeszcze gorzej, bo Wigilia wypada w poniedziałek. Trzeba go będzie jakoś zatrzymać w domu.
Maria Zientarowa, Wojna domowa, Trio 1994, s. 32–37.


Za oknem biało i mroźnie, choinka ubrana, w karmniku słonecznik dla ptaków. Życzę Wszystkim wesołych, rodzinnych i zdrowych Świąt. 

Tagi , , | 20 Komentarzy

Szatańskie zielniki i garść ogłoszeń




Joanna Olech, Gdzie diabeł mówi... do usług, ilustr. Marcin Bruchnalski, Literatura 2007.

Pan Twardowski, gdy go diabli z karczmy „Rzym” na Księżyc wlekli, upuścił księgę, w której notował magiczne formuły. Tak cenna rzecz nie mogła wpaść w niepowołane ręce, ruszyły więc czarty na poszukiwania. Na próżno, zapiski zniknęły, jakby je diabeł ogonem przykrył. Mijały wieki i cenny notatnik spadł – zupełnie dosłownie – na głowę Mikołaja Twardowskiego, sympatycznego rudzielca, który poszukiwał na strychu odpowiednio grubej książki, by sobie w niej ususzyć rośliny do zielnika.
Chłopak nie należał do miłośników biologii, ale groziła mu pała z tego przedmiotu i musiał się trochę postarać. Tyle że wkładanie chwastów do magicznego kajetu jest równie ryzykowne, jak wrzucanie zwiniętych w kulkę bylin do cylindra czarnoksiężnika. Muminkom dom zamienił się w dżunglę, szkolna pracownia biologiczna też robiła niezłe wrażenie...
Książka Joanny Olech nie jest jednak opowieścią o nastoletnim czarodzieju, a po prostu pełną humoru i odrobiny magii historią o nastolatku, który nie lubi swojej drętwej szkoły, chce zdobyć uczucie koleżanki i wystrychnąć na dudka parę diabłów, gotowych na wiele, by odzyskać rękopis mistrza Twardowskiego. Masa perypetii, zawirowań uczuciowych i życiowych, mnóstwo fantastycznych pomysłów i świetne rysunki Marcina Bruchnalskiego. Dla miłośników rodziny Miziołków rzecz obowiązkowa, dla wszystkich idealny poprawiacz nastroju nadwątlonego przez pyzate aniołki wyśpiewujące „Last Christmas” i konieczność mieszania bigosu w wielkim garze. Mam nadzieję, że z powodu mrozu mycie okien zostało odwołane i chociaż ta czynność nie psuje nikomu samopoczucia.
***
Dotarła dziś do mnie imponująca paczka z książkami – nagroda za zdobycie tegorocznej E-buki. Zawartość pudła ujawnię nieco później, gdy dołączy opóźniony ze względów technicznych kuferek na książki. Jak widać, specjalny kot tropiciel zbadał starannie przesyłkę pod kątem zawartości szkodliwej, wybuchowej lub jadalnej i nieco się rozczarował. Mnie natomiast zawartość bardzo się spodobała.


Na pewno coś z zawartości kuferka (i nie tylko) przekażę na organizowaną między innymi przez moją niezawodną Matkę Chrzestną akcję Wielka Orkiestra Książkowej Pomocy. Chodzi o zebranie co najmniej 210 książek, które zostaną zlicytowane w styczniu na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Cel jest szczytny, a szczegóły można znaleźć we wpisie Agnieszki. Warto też polubić stronę akcji na Facebooku, gdzie na bieżąco pojawiać się będą informacje o postępach akcji. 


***
Na zakończenie jeszcze ogłoszenie mocno zaległe. Od kilku tygodni mój blog dostępny jest pod adresem: http://www.zacofany-w-lekturze.pl/. Zachęcam wszystkich do zmiany adresu w linkach, choć oczywiście dawny, blogspotowy adres nadal jest aktualny i przenosi bez problemu we właściwe miejsce. 

Tagi , , , | 20 Komentarzy

Maria Zientarowa, "Królowa wygrała"



– Jak będę duży – powiedział Andrzej i podrzucił ranny pantofel pod sam sufit – jak będę duży, to zostanę Chopinem, będę wygrywał konkursy i ożenię się z jakąś królową.
– A ja się ożenię z mamą, prawda, mamo? – Janek też podrzucił ranny pantofel do góry.
– Naturalnie – zgodziła się matka Janka. – Ubierajcie się szybciej, bo późno.
– Ja chcę się uczyć grać na czymś – oświadczył Andrzej. – Kup mi trąbę, dobrze? Daję słowo, że się będę uczył.
– Mnie też kup trąbę, na Wielkanoc – ucieszył się Janek. – Będziemy grali na dwóch trąbach i będziemy dawali koncerty. Albo lepiej kup mi taki patyk do dyrygowania.
– Kupię ci patyk – zgodziła się matka Janka szybko. – No, wkładaj już te portki.
– A mnie trąbę kupisz? – zaniepokoił się Andrzej. – Bo jak nie – dodał od niechcenia – to poproszę ciocię Andzię.
– Chopin nie grał na trąbie – przerwała mu matka Janka. – Chopin grał na fortepianie i komponował.
– A co robi teraz, jak już wygrał ten konkurs?– chciał wiedzieć Janek.
– To nie on wygrał – powiedział Andrzej – wygrała królowa. Mama, po co królowej tyle pieniędzy, kiedy ona ma pałac i samochód, i koronę, i w ogóle.
– Głupi – oburzył się Janek. – A jak chce sobie kupić coś do jedzenia, to przecież musi płacić. Albo buty, albo jak chce iść do kina. Pieniądze są potrzebne. Żebym miał pieniądze, to bym sam kupił patyk do grania na orkiestrze, a tak to co? 
– Janek, gdzie są twoje skarpetki? Spóźnicie się, zobaczycie. O, jedną włożył Andrzej. Zdejmuj ją zaraz. A gdzie druga?
– Lejek ma drugą. Nie szarp, bo podrzesz – pouczył Janek. – Daj mu kawałek kiełbasy albo sera, to sam puści. Ja go znam.
– Mama, czy królowa ma psa, jak myślisz?
– Dajcie mi spokój z tą królową. Zwariować można. Od tygodnia o niczym innym nie mówicie. Nie wiem, czy ma psa. Może ma kota. Może ma papugę. Na pewno nie ma takich niemożliwych dzieci. Marsz do kuchni i pijcie mleko.
– Mama jest przeciwko królowej – stwierdził Andrzej wycierając grzbietem dłoni wąsy z mleka. – A Kowalski ją widział. Całe popołudnie stał ze swoją matką na jednej ulicy i ją widział. Mówi, że nosi koronę i taki czerwony płaszcz z białym futrem, jak ten król, co jest narysowany w naszej książce, a za nią chodzą różni ludzie i gra muzyka.
– Nic podobnego – oburzyła się matka Janka. – Jest zwyczajnie ubrana, jak każdy człowiek, i jest mała i siwa.
– Skąd mama wie?
– Przypadkowo widziałam ją na ulicy – powiedziała matka Janka szybko. – No, a teraz płaszcz i jazda na dół.

– Szału dostanę z powodu tej królowej – oświadczył ojciec Janka wychodząc z pokoju dzieci. – Pół godziny musiałem im czytać Baśnie narodów Związku Radzieckiego, bo tam jest o królewnach, carach i carycach. W biurze też spokoju nie ma. Wszyscy w kółko o jednym. Kto powinien był wygrać konkurs, kto wygrał, że królowa taka, że tu ją przyjęli, że to zwiedzała. Ludzie zupełnie powariowali.
– Kowalska zupełnie zgłupiała – Czy wiesz, że kilka godzin stała, żeby zobaczyć tę kobietę.
– I jak klaskała – oburzył się ojciec Janka.– Żebyś ją widziała, to by ci się wstyd zrobiło. Myślałem, że się pod ziemię zapadnę, przecież ona jest w Lidze Kobiet i zbierała podpisy pod...
– A skąd ty wiesz? – krzyknęła matka Janka.
– Przypadkowo przechodziłem koło szpitala na Litewskiej, kiedy akurat wychodziła królowa z całą świtą. Tuż za nią szła ładna, młoda kobieta. Bardzo szykowne te Belgijki.
– Ta młoda to nie żadna Belgijka, tylko Polka do niej przydzielona. Kowalska mi mówiła. Muszę się zająć moją garderobą wiosenną. Nic zupełnie nie mam. Ale coś ty robił na Litewskiej w biały dzień? 
– Szedłem służbowo do Ministerstwa Oświaty – zdenerwował się ojciec Janka.– A co ty sobie wyobrażasz? Gdzie jest Andzia? Czas na kolację. 
– Andzia? – powiedziała matka Janka z goryczą i spojrzała na zegarek. – Za pół godziny odchodzi pociąg do Brukseli. Andzia pewnie jest zupełnie przypadkowo na dworcu.


Królowa belgijska Elżbieta z pianistą Andrzejem Czajkowskim podczas V Konkursu Chopinowskiego w Warszawie w 1955 roku.

Maria Zientarowa, Drobne ustroje, Krajowa Agencja Wydawnicza 1980, s. 164–167.

Tagi , , | 29 Komentarzy

Jak się bracia (cioteczni) o pannę powaśnili



Józef Ignacy Kraszewski, Cet czy licho, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1961.

Podkomorzyc Walenty Korsak kocha kasztelankę Anusię, ale w paradę wchodzi mu własny brat cioteczny, Justyn Wyszogórski, który również zaczyna do panny maślane oczy robić. Od słowa do słowa przychodzi do zwady, już szable mają iść w ruch, gdy kogucików udaje się rozdzielić, by pod bokiem króla krwi nie przelewali. Władca jednak dowiaduje się o wszystkim i pod wpływem żony postanawia załatwić sprawę w sposób jakby żywcem zaczerpnięty z modnego romansu: oto paniczykowie mają ciągnąć losy – cet czy licho – a który przegra, na wojnę musi ruszać, śmierci szukać.
A wojna wisi w powietrzu, Turcy idą na Wiedeń, Jan III Sobieski więc, bo za jego panowania Kraszewski umieścił akcję swej powieści, spieszy z siłami polskimi na odsiecz. Podczas kampanii konflikt między Korsakiem a Wyszogórskim trwa nadal, tylko ciągle coś staje na przeszkodzie rozstrzygnięciu ich sporu.
Motyw dwóch rywali do ręki jednej panny nie jest szczególnie oryginalny, ale jak pokazuje „Trylogia” Sienkiewicza, można na nim oprzeć kawał porządnej fabuły. Kraszewskiemu ta sztuka niezbyt się jednak udała. W pierwszej połowie książki akcja się niemrawo rozwija, na szczęście później przyspiesza i nabiera rumieńców. Rumieńców nie nabierają natomiast postacie głównych bohaterów, papierowych młodzieńców i mdłej panienki – za to mamy kilka nieźle skreślonych postaci drugoplanowych, przede wszystkim matkę Wyszogórskiego, skarbnikową, czy czarny charakter, jej krewniaka Krępca, hulakę i wydrwigrosza. Sporo dowiadujemy się o Sobieskim i jego ukochanej Marysieńce. Król jest wielkim rycerzem, ale zwycięstwa odnosi głównie dzięki łutowi szczęścia, a nie znajomości sztuki wojennej, królowa zaś to wyrachowana zołza. Tak zazwyczaj interesujące u Kraszewskiego tło obyczajowe tu jest ledwo widoczne; lepiej jest w scenach z wojny: oglądamy pochód wojsk, obozowiska, oblężenia. Niestety, tylko prześliznął się autor po opisach bitew; i odsiecz wiedeńska, i bitwa pod Parkanami zbyte są paroma ogólnikami, nie ma tu nic na miarę choćby Grunwaldu z Sienkiewiczowskich „Krzyżaków. „Cet czy licho” zaliczyć więc trzeba do mniej udanych powieści Kraszewskiego. Ratuje ją nieco barwniejsza i żywsza część druga, kilka niezłych scen i charakterystyk postaci oraz wierność przekazom historycznym. To trochę za mało, by książka przekonała do siebie kogoś poza miłośnikami epoki i wielbicielami Kraszewskiego. 

Tagi , | 14 Komentarzy

O końcu Diuny
(Frank Herbert, „Heretycy Diuny”; „Kapitularz Diuną”)





















W świecie Diuny stworzonym przez Franka Herberta od początku za jeden z najbardziej fascynujących elementów uważałem Zakon Żeński. Adeptki Bene Gesserit przechodziły rygorystyczne szkolenie, które kształtowało nie tylko ich umysł, ale zapewniało także pełną kontrolę nad najmniejszym nawet mięśniem ciała. Siostry celowały w sztuce manipulacji, po mistrzowsku posługiwały się zaszczepionymi przez siebie przesądami i mitami, by zapewniać sobie wpływy i bezpieczeństwo. Służyły ludziom jako Prawdomówczynie, nauczycielki, prowadziły też owiany tajemnicą program hodowlany. Do swej dyspozycji miały łańcuchy wspomnień kobiet sięgające czasów tak zamierzchłych, że już tylko Bene Gesserit je pamiętały.

W kolejnych tomach cyklu przewijają się wielkie przedstawicielki Zgromadzenia, jak choćby lady Jessica, matka Paula Atrydy. Często odgrywają kluczowe role w wydarzeniach, a sam Zakon jest potęgą, ale nasz wgląd w sekrety Bene Gesserit jest ograniczony. Dopiero w dwóch ostatnich częściach „Kronik Diuny” Zakon Żeński wysuwa się na pierwszy plan, a dzięki temu przed czytelnikiem otwiera się fascynujący świat Kapitularza, głównej planety Zgromadzenia, wewnętrznej organizacji sióstr i gry sił pomiędzy stronnictwami. Matka Wielebna Taraza musi stawić czoło zagrożeniu, jakie stanowią napływające z Rozproszenia tajemnicze i potężne Dostojne Matrony. Bezlitosne napastniczki uruchamiają lawinę wydarzeń, które zmienią i znany wszechświat, i utrwalone – jak się wydawało – na wieki struktury i metody Bene Gesserit.

Dramatyczna, pełna zwrotów akcja jest zrównoważona partiami rozważań o istocie polityki, historii i władzy, o wzajemnych powiązaniach między siłami działającymi w świecie, których równowaga bądź nierównowaga decyduje o losie miliardów ludzi, całych planet czy wręcz układów gwiezdnych. Poznajemy galerię bohaterek – kobiet pod różnymi względami niezwykłych, obdarzonych bujnymi osobowościami, które rygorystyczne szkolenie jednocześnie rozwinęło i ograniczyło. Od ich zdolności przewidywania i zręczności w przeprowadzaniu misternych planów zależy bardzo wiele. Walka wymagać będzie od nich wielkich poświęceń, w imię przetrwania Zgromadzenia Żeńskiego, ale także całej ludzkości, która bez Bene Gesserit wpadnie w niewolę bezwzględnych Dostojnych Matron.

„Heretycy Diuny” i „Kapitularz Diuną” to znakomite zwieńczenie cyklu opowieści o Diunie. Mimo iż śmierć nie pozwoliła Frankowi Herbertowi na dopisanie finału, nie odczułem, że opowieść zawisa w próżni, że brakuje jakichś kawałków układanki. Pozostaje natomiast wielki niedosyt, nie pogardzę więc kontynuacją stworzoną przez Briana Herberta i Kevina J. Andersona, którzy sprawnie poruszają się w świecie Diuny i potrafią konstruować atrakcyjne fabuły

Frank Herbert, Heretycy Diuny, tłum. Marek Michowski, Rebis 2009.
Frank Herbert, Kapitularz Diuną, tłum. Marek Michowski, Rebis 2010.

Tagi , , | 28 Komentarzy

Maria Zientarowa, "Byle do dżdżownicy"


Anula siedziała w pokoju i uczyła się. Siedziała tak już ze dwie godziny, rzecz niezwykła. Radio nie grało, telewizja była zamknięta. Mąż pochodził po mieszka­niu na palcach, pochodził, potem wziął czapkę i płaszcz i wyszedł.
– Wrócę na kolację – szepnął.
Sama sobie miejsca znaleźć nie mogłam.
Poszłam do kuchni i nasłuchiwałam.
Cicho, strasznie cicho.
Nie ma wyjścia, trzeba zrobić coś pracochłonnego na kolację. W tych warunkach o czytaniu nie może być mowy.
Zaczęłam trzeć ziemniaki na racuchy. Raz stuknęłam tarką o brzeg miski i aż się wzdrygnęłam, taki to był hałas.
Na szczęście zadzwonił telefon. Anula zerwała się i pobiegła. Byłam zadowolona, bo przynajmniej się dziecko rozprostuje. To siedzenie nad lekcjami skrzywia kręgosłupy.
– Wiciowce mam z głowy – usłyszałam głos Anuli. – Korzenionóżki też. Teraz jeszcze nibynóżki, no i te, co wiesz.
Przestałam trzeć.
– Rozmnażanie pantofelka umiem – dodała zmęczonym głosem. – Na pamięć. Nie wierzysz. No to ci powiem. Odbywa się ono przez poprzeczny podział mikronukleusa, po czym dzieli się makronukleus i całe ciało.
Słuchałam chwilę. [...]
– Proces ten jest procesem płciowym pantofelka – mówiła Anula ponurym głosem – u którego następuje takie zapłodnienie, z jakim zetknęliśmy się rozpatrując inne gromady pierwotniaków. To nosi nazwę koniugacji. Rozumiesz, koniugacji. Cholera bierze człowieka.
– Anula, jak ty się wyrażasz – powiedziałam odruchowo, ale cicho. [...]
Wyłoniłam się szybko na korytarz. Anula spojrzała na mnie błędnym wzrokiem spod grzywki.
– Patrzysz dziś na Kobrę? – spytałam, byle coś powiedzieć.
Dmuchnęła w górę, żeby rozchylić włosy, i zobaczyłam, że ma czerwone oczy od czytania.
– Nie wiem, czy zdążę – powiedziała – mam jeszcze robaki płaskie, wypławki, wirki. Ciocia nie ma pojęcia... [...]
– Czego się tak kujesz? – zdążyłam wtrącić mimochodem, żeby nie uroczyć.
– Zakład – mruknęła. – Założyłam się z jednym bałwanem, prymusem, że się wyciągnę na piątkę z zoologii.
Odetchnęłam z ulgą i wróciłam do moich racuchów.
Tarłam zapamiętale w tej grobowej ciszy, aż zorien­towałam się, że jest tego chyba na cały pułk żołnierzy.
Poszłam na palcach do pokoju. [...]
– Zaraz będzie kolacja – powiedziałam, ignorując jej mamrotanie. – Jak tylko wróci wujek.
– Nie ma go? – zdziwiła się Anula. – Chciałabym, żeby mnie przesłuchał, tylko że to go może krępować.
– Dlaczego miałoby go to krępować? Przecież wiesz, że strasznie lubi cię przesłuchiwać.
– Ale ciocia nie zna zoologii – powiedziała Anula tajemniczo.
– Rzeczywiście nie znam – przyznałam się.
– Za cioci czasów to takich rzeczy pewnie nie uczyli.
– Uczyli, uczyli, tylko to się zapomina – westchnęłam. [...]
– Ciociu – spojrzała na mnie nie bez trudności. Wyglądała jak niestrzyżony pudel, nawet ładnie.– Ciocia by się szalenie zdenerwowała. Jakby ciocia wiedziała, w jaki sposób rozmnaża się wypławek biały, toby ciocia zemdlała. Ja chyba zadzwonię do Pawła, żeby przyszedł, on to zrobi najlepiej.
– Dobry pomysł – zgodziłam się szybko – i powiedz mu, żeby został na racuchy.
Zaczęłam smażyć. Żeby nie wiem co, to u mnie musi się tłuszcz kopcić. Po niedługiej chwili przyszedł Paweł, zakrztusił się trochę, ale pochwalił apetyczny zapach. Ten chłopak robi się coraz bardziej światowy. Poszedł do pokoju Anuli. Po paru minutach zjawił się mąż.
– Na litość boską! – krzyknął oczywiście – co za straszny smród. Czy już można?
– Można. Paweł przyszedł. Powiedz im, żeby przerwali naukę i przyszli szybko coś zjeść.
Mąż zniknął w pokoju, ale zaraz wrócił.
– Daj mi parę racuchów – zażądał. – Oni nie głodni.
– Jak to nie głodni?
– Mówią, że dzisiaj nic nie będą jeść.
Rzuciłam wszystko i pobiegłam do nich.
Paweł stał pod kaloryferem i ogrzewał sobie plecy. W ręce miał wymięty podręcznik. Anula chodziła po i pokoju i mówiła monotonnym głosem:
– Jednym z wielu przedstawicieli gromady tasiemców jest tasiemiec nieuzbrojony zwany też soliterem. Żyje on w jelitach człowieka. Długość jego dochodzi do dziesięciu, dwunastu metrów... do ścianek jelita ludzkiego tasiemiec przytwierdza się za pomocą czterech przyssawek...
– Niezbyt silnych – poprawił Paweł.
– Niezbyt silnych przyssawek – powtórzyła Anula.
– Chodźcie jeść – przerwałam nietaktownie.
Anula zwróciła do mnie twarz. Była koloru lekko zielonego.
– Ciociu – powiedziała – niech ciocia wyjdzie, bo my zaraz będziemy przerabiać proces rozmnażania się tasiemca. Cioci się nawet nie śniło, co ten tasiemiec
wyprawia w brzuchu człowieka.
– Ale racuchy – powiedziałam słabym głosem.
– Ona na pewno dziś nie będzie nic jadła – powiedział Paweł przerzucając kartki podręcznika. – Jutro też chyba nie – dodał – bo jutro, jak widzę, będziemy mieli do czynienia z glistą ludzką. Pojutrze owsiki – zatroskał się. – O jedzeniu też nie będzie mowy. Za jakie dwa dni – rozchmurzył się – dojdziemy do dżdżownicy, wtedy można ją będzie namówić na kawałek chleba z masłem.
Anula była coraz zieleńsza.
– Jak ją przesłucham, to przyjdę do kuchni – przyrzekł Paweł. – Ja to wszystko przeżyłem w zeszłym roku – dodał – tylko moja matka nie była, oczywiście, taka wyrozumiała jak pani – dodał chytrze. – Pani przecież wszystko rozumie.
"Jak ją przesłucham, to przyjdę do kuchni" – scena z serialu "Wojna domowa".

Maria Zientarowa, Wojna domowa, Trio 1994, s. 194–198.

Tagi , , | 76 Komentarzy

Miziołek i reszta
(Joanna Olech, „Dynastia Miziołków”)




Dwunastolatki zdaniem dorosłych nie mają problemów. Mają się uczyć, bawić, życiem cieszyć. Tymczasem nie zawsze jest tak różowo. Taki na przykład Miziołek – ileż on ma powodów do zmartwień, frustracji i rozgoryczenia. No bo tak:
– Mamiszon – zupełnie nieodpowiedzialna matka; raz zaprowadza dietę wegetariańską, innym razem karmi rodzinę jakimś świństwem ze słoików, żeby wygrać zlewozmywak w zamian za etykiety.
– Papiszon – głównie pracuje, a spróbujcie mu przeszkodzić, karą będzie wyszczypanie pupska.
– Kaszydło, lat cztery i pół – urządza afery w przedszkolu, a w domu skarży i kłamie.
– Mały Potwór – ledwo rok, a dzienniczek potrafi zjeść.
W domu więc trudno o spokój i warunki do rozwoju, bo ciągle coś się dzieje, wali, wrzeszczy albo ryczy. O szkole szkoda gadać, pani Barszcz nie należy do wzorowych nauczycielek, a facetki od geografii i biologii potrafią się na człowieka nieźle uwziąć. Na kumpli można liczyć, o ile w grę nie wchodzi Beata – Fifa i Klakson zdecydowanie za bardzo się nią interesują, a to przecież Miziołkowi się ona najbardziej podoba (ma takie urocze piegi, Beata, nie Miziołek, chociaż kto go tam wie).
Od czasu, kiedy najpierw obejrzałem serial, a potem zaczytywałem po wielokroć „Sekretny dziennik Adriana Mole’a” Sue Townsend i jego następne części, takie humorystyczne pamiętniki nastolatków należą do moich ulubionych lektur. I tak jak Adrian Mole ma dla mnie twarz Giana Sammarco,  odtwórcy głównej roli w serialu, tak Miziołek kojarzyć mi się będzie z głosem Artura Barcisia, który znakomicie zinterpretował tekst Joanny Olech. Bez trudu można uwierzyć, że ma dwanaście lat i czuje się najpoważniejszą i najbardziej dorosłą osobą w domu, na dodatek zdecydowanie niedocenianą. Dorośli o niczym przecież nie mają pojęcia, trzeba im tłumaczyć najprostsze sprawy, ale nawet wtedy niewiele do nich dociera. Może po przeczytaniu (albo wysłuchaniu) „Dynastii Miziołków” pojmą nieco więcej i nie będą lekceważyć opinii i pomysłów swoich dzieci i zbywać machnięciem ręki ich problemów. Na pewno jednak i nieletni, i starsi będą się znakomicie bawić, bo mnóstwo tu humoru wysokiej próby i bystrych życiowych obserwacji.
Na koniec cytat, bo nie mogłem sobie odmówić: 
Niedziela, 25 V, Grzegorza, Urbana

Papiszon od rana w złym humorze. Kazał Miziołkom sprzątać pokój, pogonił mnie od telewizora, a Kaśce skonfiskował landryny przed obiadem. Mizioły próbowały pyskować, ale Papiszon był nieugięty. – „Tata” – zapytała Kaśka. – „A ty się nie boisz, że przyjdzie po ciebie Ponury Bazyli?”.

– „A kto to jest Ponury Bazyli?” – zapytał Papiszon.

– „Taki potwór. On dokucza ojcom, którzy krzyczą na własne dzieci” – odpowiedziała moja siostrunia. Widocznie tata się boi, bo już nie krzyczy na nie. Ale landryn nie oddał.
Tatusiowie, uważajcie!

Joanna Olech, Dynastia Miziołków, czyta Artur Barciś, Biblioteka Akustyczna 2010.
Za audiobook dziękuję Bibliotece Akustycznej.

Tagi , , | 43 Komentarzy

Bo to słaba wiedźma była
(Olga Gromyko, „Zawód: Wiedźma”)



Zapowiadało się całkiem nieźle. Młoda adeptka magii praktycznej Wolha Redna zostaje przez swego Mistrza wysłana do Dogewy, mało znanej krainy wampirów, gdzie od jakiegoś czasu grozę sieje nieuchwytny potwór. Dziewczyna nie tylko świetnie sobie radzi ze zwalczaniem rozmaitych dokuczliwych paskudztw, ale też sama ma dość paskudny charakterek i nie lubi działać sztampowo, co ma gwarantować sukces w tej trudnej misji. Trudnej, bo nie dość że bestia tajemnicza, to jeszcze otoczenie mało znane – ludzie jakoś nie palą się do pogłębiania więzi z wampirami. To od razu nasuwa Rednej myśl, że można upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu i napisać przy okazji pracę o wampirzej społeczności, weryfikując obiegowe stereotypy na jej temat.

Po przybyciu na miejsce Wolha zaczyna od popełnienia licznych nietaktów, które zyskują jej jednak sympatię Lena, władcy Dogewy. O samym potworze nie chce on jednak rozmawiać, dużo chętniej prezentuje dziewczynie rozmaite zakątki i obyczaje swego kraju. I tak sobie przez większość książki Wolha i Len spacerują, pogadują, obserwują. Czasem Redna uleczy chory ząb i pogada z zielarką, czasem Len pokaże jej wiedźmi krąg, uruchamiający przejście do innych światów. Potwora ani śladu właściwie do ostatnich stron.

Miał być humor, naparzanki i magia, a jest snucie się w okolicznościach przyrody i drętwe dialogi. Bohaterka, która zapowiadała się na dynamiczną postać, robi się dziwnie rozlazła, akcja siada i siedzi tak niemal do samego końca. Styl jest pseudoluzacki, zapewne miał być dowcipny, a jest tylko irytujący i nużący, na dodatek upstrzony gęsto rusycyzmami, na które mam szczególne uczulenie („póki co” i „tym niemniej” to nie są formy poprawne, o czym zdaje się nie wiedzieć ani tłumaczka, ani redaktorka i dwie (!) korektorki; do tego dorzucę „odnośnie czegoś”, co jest niepoprawną formą ohydnego biurokratyzmu „odnośnie do czegoś”).

W kategorii fantastyki na wesoło poprzeczka wisi wysoko: bo to i przezabawne "Dożywocie" Marty Kisiel, i wciągająca "Szamanka od umarlaków" Martyny Raduchowskiej. Tym razem jednak w poszukiwaniu bezpretensjonalnej rozrywki dałem się wpuścić w dogewskie maliny i pomęczyłem nad przeciętną powieścią. Autorka zmarnowała pomysł i bohaterkę, ja mojego czasu więcej nie zmarnuje. Część druga przygód Wolhy traktuje o smokach, ale po nią już nie sięgnę.

Olga Gromyko: Zawód: Wiedźma, cz. 1, tłum. Marina Makarevskaya, Fabryka Słów 2007.

Tagi , | 40 Komentarzy

Maria Zientarowa, "Duch czasu"


Siedziałyśmy z matką Pawła przy herbacie. Było cicho w mieszkaniu, jak rzadko. Mąż pozostał w biurze, żeby nadrobić jakieś zaległości. Anula i Paweł poszli na koncert jazzowy do Filharmonii.
– Ile jeszcze mamy czasu? – spytała matka Pawła.

Spojrzałam na zegarek.
– Jeszcze dobrą godzinę.
– Zdaje się, że coś pada.
– Owszem, śnieg z deszczem.
– Zmokniemy – westchnęła.
– Zmokniemy – zgodziłam się.
– Zależy, ile będzie bisów.
– Może będziemy mogły wejść do hallu.
– Paweł sobie życzy, żebyśmy stały na rogu i udawały, że go nie znamy.
– Anula też.
– No widzi pani.
– Żeby takie duże dzieci trzeba było do domu odprowadzać – westchnęła matka Pawła jeszcze głębiej. – Już tyle lat tego nie robiłam,
– No cóż. Czasy się zmieniają.
– Paweł żąda, żebyśmy do niego nie podchodziły. Kazał chodzić za sobą w odległości czterech kroków i dopiero gdyby trójka do nich podeszła, żeby ich wylegitymować, to mamy wystąpić naprzód i działać.
– Wcale mu się nie dziwię.
– W zamian za to przyrzekł, że gdyby nas próbowali napaść chuligani, to on i koledzy nas obronią.
– To bardzo ładnie z ich strony.
– Mówi, żebyśmy uważały koło Cedetu.
– A jak nas napadną w drodze po nich?
– Kazał jechać taksówką.
– A może byśmy tak wrócili wszyscy razem taksówką?
– Zaproponowałam, ale powiedział, że mowy nie ma. Może nas jeszcze ktoś zauważy i wyda się, że po niego przychodzi matka.
– Rzeczywiście, to by było straszne.
Westchnęłyśmy obydwie.
– Do niedawna – powiedziała matka Pawła tęsknie – to taki chłopiec jak Paweł, metr siedemdziesiąt osiem, sam odprowadzał do domu koleżankę, a teraz to musi po niego przychodzić matka, metr pięćdziesiąt trzy, z przyjaciółką.
– Metr pięćdziesiąt pięć – pochwaliłam się.
– Wiem, ale na szpilkach – zbyła mnie matka Pawła.
Popiłyśmy herbaty z sokiem malinowym, na rozgrzewkę.
Zaproponowałam kieliszek likieru, ale matka Pawła powiedziała, że wykluczone, bo w razie gdybyśmy miały do czynienia z czynnikiem społecznym, to mogą nam kazać chuchnąć.
– Próbuję iść z duchem czasu, ale coraz mi trudniej – przyznała się matka Pawła. – Starzeję się od tej gonitwy, a mówią, że przy młodzieży człowiek pozostaje młody.
– Nic podobnego, niech pani w to nie wierzy – zapewniłam ją.
Wyjęła z torebki lusterko i zaczęła się sobie przyglądać. Zorientowałam się, że zrobiłam gafę. [...]
– Czy do Anuli do klasy przychodzi higienista? – spytała matka Pawła nagle.
Przestraszyłam się trochę.
– Nic mi nie mówiła – powiedziałam ostrożnie. – Ale ona mi nie mówi wszystkiego, pani wie.
– Bo do Pawła przychodzi higienistka. Taka mała blondynka.
– Po co?
– Jak to po co? Sprawdza czystość osobistą.
– W klasie?
– W klasie.
– Publicznie?
– Publicznie.
– Jak to się odbywa? – zainteresowałam się szczerze.
– Podobno każe im zdejmować lewą skarpetkę.
– Wszystkim naraz?
– No tak.
– I co?
– I ogląda te lewe nogi.
– I co?
– I jak nie są czyste, to wpisuje uwagę.
– A ilu ich jest?
– Chyba ze czterdziestu, może więcej.
Ta wiadomość wstrząsnęła mną na dłuższą chwilę. Są jeszcze bohaterskie zawody w naszej epoce.
– Pani pewnie myśli, że to taka prosta sprawa – dodała matka Pawła – ale ona nie przychodzi w regularnych odstępach czasu, tylko przez zaskoczenie.
– No to gorzej – zgodziłam się.
– I czasami każe im zdejmować prawą skarpetkę – wystrzeliła ostatni ładunek grozy.
Rozłożyłam ręce.
Posiedziałyśmy w milczeniu, w terapeutycznej ciszy przez dobre pięć minut.
Potem wstałyśmy, nałożyłyśmy na siebie swetry, boty, szale, czapki i płaszcze i ruszyłyśmy w ciemną noc. Przed bramą spotkałyśmy zadyszanego męża.
– Całe szczęście, żeście mi, panie, nie uciekły – powiedział.
– A co się stało? – zaniepokoiłam się.
– Nie wyobrażasz sobie chyba, że ja was puszczę bez opieki po nocy na miasto – zdziwił się.
– Całe życie chodziłam i nic mi się nie stało – powiedziałam, ale zrobiło mi się bardzo przyjemnie.
– Chodźmy – rzekł. – Zabawimy się w trójkę klasową. Pani będzie tajny ormowiec – zwrócił się do matki Pawła. – Ty będziesz tajna milicjantka, a ja będę tajnym ojcem.
„Zabawimy się w trójkę klasową” – scena z serialu
„Wojna domowa”.

Maria Zientarowa, Wojna domowa, Trio 1994, s. 213–217.

Tagi , , | 39 Komentarzy

O Targach Książki Historycznej w Warszawie


W połowie lat dziewięćdziesiątych dla ubogich studentów warszawskie Targi Książki Historycznej były znakomitą okazją do zebrania sobie fachowych biblioteczek. Wydawnictwa wyprzedawały bowiem wtedy na potęgę zapasy magazynowe i można było wyjść z pełnym plecakiem książek, tuląc do piersi wypchaną reklamówkę, w której oberwały się uszy, a mimo to następnego dnia mieć na bułkę i kefir w sklepie obok uniwersyteckiej bramy. Niekiedy nawet na zupkę w mlecznym barze czule nazywanym „Karaluchem”. Zakupy wymagały co prawda męczących wspinaczek po piętrach w ekstremalnych warunkach termicznych, bo na parterze Klubu Garnizonowego wiało chłodem od wielkich drzwi wejściowych, a na piętrze buchało żarem z rozpalonych kaloryferów, ale młodość wiele zniesie. Niestety po kilku edycjach targów szalone okazje się skończyły, ceny przestały powalać i targi straciły wiele ze swego uroku.
Później miałem okazję bywać na targach w ramach obowiązków służbowych, co oznaczało kilkugodzinny dyżur na stoisku w lodowatym kącie parteru niedaleko wejścia albo spływanie potem na tropikalnym piętrze, gdzie dla wyrównania temperatury otwierano okno, a późnojesienne powiewy przynosiły katar i chrypkę. Zawsze ciekawe były spotkania z czytelnikami. Jedni pokazywali palcem upatrzoną książkę i biegli dalej, inni wdawali się w pogawędki i wspomnienia, a niektórzy z rozwianym włosem pytali o taką książkę w niebieskiej okładce na temat partyzantów/Gomułki/Stalina/powstania warszawskiego (niepotrzebne skreślić). Ostatecznie książka okazywała się mieć okładkę zieloną w drobny rzucik i zwykle była wydana przez zupełnie inne wydawnictwo.
Parę lat temu imprezę przeniesiono do Arkad Kubickiego u stóp Zamku Królewskiego  i bardzo byłem ciekaw tego miejsca, ale służbowe dyżury mnie omijały. W tym roku wyprzedziłem konkurencję i zaklepałem sobie termin na samo otwarcie.
W czwartek 29 listopada pojawiłem się więc przed Zamkiem. Na placu stoi już ogromna choinka

latarnie obwieszono bombkami

za to nie było ani jednego targowego plakatu, banera czy choćby marnej strzałki pokazującej drogę do Arkad.
Mimo to już parę minut przed dziesiątą tłumek stał przed bramą w oczekiwaniu.

Wewnątrz trwała jeszcze krzątanina na stoiskach, damski głos przez głośniki nawoływał do usuwania samochodów sprzed wejścia, a tłum powoli gęstniał mimo wczesnej pory. Arkady są idealnym miejscem na taką imprezę: mają historyczny klimat (te sklepienia!) i odpowiednio dużo przestrzeni, żeby nie trzeba się było zadeptywać. Zjawili się wszyscy liczący się wydawcy, ceny zróżnicowane: jedni postawili na spore obniżki, inni ograniczyli się do symbolicznych rabatów. Oprócz książek są gry planszowe, repliki broni, a do niewątpliwych atrakcji należy stoisko, na którym można obejrzeć faksymile Biblii Gutenberga, kosztujące (bagatela!) tyle, co nowy samochód. Nie zapomnijcie więc platynowej karty kredytowej. Jak zwykle przy targowych okazjach zorganizowano liczne spotkania autorskie, panele dyskusyjne i pokazy filmowe oraz grup rekonstrukcji historycznej; szczegóły w programie.
Jako rasowy reporter nie sprawdziłem, czy mam naładowane baterie w aparacie (nie miałem), więc serwis fotograficzny jest nader skromny, zapomniałem też o targowej gazetce i wynikach Nagrody Klio, ale tu na szczęście mogę się wesprzeć gotowcem. Za to nie kupiłem ani jednej książki.
I dla formalności: targi trwają do niedzieli, wstęp wolny.


Tagi , , | 30 Komentarzy

Popychadło losu




Tom Sharpe, Wilt, tłum. Zuzanna Naczyńska, Zysk i S-ka 1998.
Wysyłanie męża na samotne, wieczorne spacery z psem to rzecz ryzykowna. Podczas długiego obchodu po okolicy przychodzą do głowy różne myśli, jak choćby taka, że ślubna małżonka jest właściwie kamieniem u szyi i przeszkodą na drodze do kariery, o zakosztowaniu życia nie wspominając. A jeśli jeszcze pogoda nie sprzyja, jest zimno i pada deszcz, to łatwo o radykalne decyzje w kwestii zmiany sytuacji.
Takie rozmyślania snuje Henry Wilt, wykładowca prowincjonalnego college’u, który od lat nie może awansować i męczy się, prowadząc zajęcia z rzeźnikami i tynkarzami. Trudno mu się właściwie dziwić, że o wszystkie swoje życiowe porażki obwinia żonę. Pani Wilt jest bowiem kobietą imponujących rozmiarów, acz nader ograniczonych walorów umysłowych, które jednak usiłuje rozwijać a to na kursie garncarstwa, a to układania kwiatów czy medytacji transcendentalnej. Henry sam siebie uważa za popychadło losu i znosi jego poszturchiwania z pokorą – do czasu. A konkretnie do czasu poznania pary ekscentrycznych Amerykanów: doktor Pringsheim jest uosobieniem akademickiego sukcesu, a na dodatek zarabia dużo więcej niż Wilt, a pani Pringsheim prezentuje nadmiernie, zdaniem Henry’ego, wyzwolony stosunek do seksu. Jedno przyjęcie u Amerykanów wyzwala całą lawinę wypadków, obejmujących między innymi upokarzający uścisk gumowej lalki, jedno planowane morderstwo, pogrzeb pod zwałami betonu i wykiwanie asa lokalnej policji. O nagiej kobiecie na plebanii wspominał nie będę.
Tom Sharpe napisał książkę, w której dostaje się wszystkim: intelektualistom i pseudointelektualistom, kurom domowym i wyzwolonym feministkom, policjantom, komisjom ministerialnym, pokornym i bezczelnym. I nie są to bynajmniej subtelne szpileczki wbijane tu i ówdzie, ale raczej wymierzane celnie kopniaki. Bo tu nie ma miejsca na uśmieszki pod wąsem, albo się rechocze, albo wydyma usta pogardliwie, szepcząc fi donc! niczym księżna pani z bajek o Rumcajsie. Ja zdecydowanie należę do frakcji rechoczących (przewodniczącym jest Bazyl), bo nic tak dobrze nie robi o tej porze roku, jak duża dawka rubasznego, ale i inteligentnego humoru.

Tagi | 75 Komentarzy

Wiech, „Nie ma takiej kobiety...”

 
Wybrałem się z Gieniuchną do Narodowego Teatru na wzruszające sztukie z życia rodzinnego zachodnich, ma się rozumieć, szkopów. Ojciec profesor – ciepła klucha, syn – giestapowiec, synowa – giestapówka, mama – kawał cholery, na kółkach, bo na nogi nie może chodzić i wózkiem się posługuje. Jednem słowem, rodzinka – w kit ją i na szybę, jak to się mówi. Ale rozrywka duża i pouczająca. A zaczęło się od tego, że jak żeśmy przyszli do tego teatru, zwróciło naszą uwagie, że poważny facet w ciemnem garniturze z setki eksportowej, taki jakiś ala derektor, lata tam i nazad po tak zwanem hallu. Na zegarek patrzy i co i raz na ulice wygląda. Czem bliżej siódmej było, tem więcej z nerw wychodził, woźnych się o coś pytał, kontrolera zaczepiał i w ogólności ganiał tam i nazad jak kot z pęcherzem. Dziwiło nasz to mocno.
– To nic innego nie jest, Gieniuchną – mówię koniec końców do małżonki – tylko królowa ma tu przyjechać!
– Nie może być...
– Przekonasz się. Zwiedza Warszawę od deski do deski, to i tu przyjdzie.
Bardzo się Gieniuchną ucieszyła, bo nigdy jeszcze nie widziała królowej w wielkości naturalnej, i zdenerwowane w najwyższem stopniu zaczęliśmy latać za tem facetem. Już było po trzeciem dzwonku, kiedy szum się na ulicy zrobił, jakieś samochody zaczęli podjeżdżać. Główne drzwi się otworzyli i któś z niemożebnem hukiem wtoczył do teatru dużą, cynkową, familijną balie.
Gieniuchną krzykła:
– Jest, jest, królowa!
– Coś ty, z balią?! – mówię do niej.
– A dlaczego nie? Może Cedet zwiedzała i jak raz balie dawali. Nie ma kobiety, żeby nie wzięła. Królowa nie królowa, każda się skusi. A niezależnie jest to osobistość gospodarna, nie czytałeś w prasie, że chociaż w drodze, obiad w Warszawie zrobiła i gości na niego zaprosiła.
– O obiedzie, owszem, czytałem, ale o przepierce nie.
Przestaliśmy się sprzeczać, bo po pierwszej balii pokazała się druga, trzecia i dziesiąta. Jakieś świątecznie ubrane osoby ich wtaczali. Niektóre oprócz tego mieli kubły i durszlaki.
– Widocznie i świta królewska się obkupiła w cynkowe naczynia – zaznacza Gienia i widzę, że przybladła z zazdrości.
Podlatam do jednego eleganckiego faceta, któren z widłami do teatru przyjechał, i pytam się, czy w Brukselji tyż tych rzeczy dostać nie można, l on mnie dopiero wyjaśnił, że wycieczka nie jest z Brukselji, tylko z Konina. Nie miał czasu dłużej ze mną rozmawiać, bo leciał na sale, ale z widłami go nie wpuścili i musiał zdać do szatni, gdzie rozgrywali się rozdzierające sceny. Publiczność ani rusz nie chciała się rozstawać ze swojem blaszanem towarem.
– Balie nam poginą, łopaty się pomieszają! – rozpaczali widzowie, ale nie było rady. Powoli się wszystko uciszyło, światło zgasło i przedstawienie się zaczęło. Tylko Gienia gdzieś mnie kamfory dostała. Przepadła – kamień woda. Dopieru podczas ostatniego aktu jakiś hałas się zrobił przy drzwiach, pokazało się, że to Gieniuchna ma życzenie na sale balie wtoczyć. Nie doszło do tego, musiała zostawić na dole, ale brytfanny nie oddała. Położyła mnie ją na kolanach i mówi:
– Z ledwością zdążyłam do Cedetu przed zamknięciem. Taką jem litanie wyczytałam, że chociaż ja nie z wycieczki, musieli mnie balie i brytfankie sprzedać. Nie miałbyś sernika na Wielkanoc!
Jak publika potem z tego przedstawienia wychodziła, to taki był raban, brzdęk, szczęk i huk, że konie się na ulicy płoszyli, a przechodnie uciekali na drugie stronę, bo myśleli, że się teatr wali.
„Niemcy” podobali nam się nadzwyczaj. Gienia zachwycona. Mówiła, że nigdy jeszcze nie wyniesła ze sztuki tyle korzyści.

Cedet, czyli Centralny Dom Towarowy w Warszawie.
Wiech, Wiech na 102!, PTWK 1989, s. 125–126.


Tagi , | 36 Komentarzy

Jak towarzysz Jagoda przeciwko Stalinowi spiskował




Wiktor Suworow, Żmijojad, tłum. Anna Pawłowska, Rebis 2011.

Związek Radziecki, połowa lat trzydziestych minionego stulecia. Towarzysz Stalin umacnia swoją władzę. Pomaga mu w tym wierny Gienrich Jagoda, szef wszechmocnego NKWD. Tropi wrogów, wyciska z nich zeznania, urządza procesy pokazowe. Ale czy Jagoda faktycznie jest taki wierny i czy ma na celu jedynie walkę z wrogami Stalina i radzieckiego państwa? Lojalny współpracownik Stalina, towarzysz Chołowanow, wpada na ślad dziwnej sprawy, zaginięcia kuriera, który przybył do Moskwy z tajnymi dokumentami, a może i czymś jeszcze cenniejszym. Z pomocą bystrego wywiadowcy Żmijojada i kusicielki Luśki Serojadki rozpoczyna śledztwo, by przekonać Stalina o prawdziwych zamiarach Jagody. Zupełnie przypadkiem w całą aferę wplątana zostaje młoda wielbicielka tańca, obdarzona też niezwykłym sercem do walki.
Bardzo lubię książki Wiktora Suworowa, zarówno te biograficzne: „Żołnierzy wolności” czy „Akwarium”, jak i te walczące z historycznymi stereotypami dotyczącymi dziejów ZSRR. Są bardzo dobrze napisane, autor nie boi się stawiać śmiałych tez i przekonująco je uzasadnia. Wykorzystuje do tego materiały powszechnie znane badaczom, ale ukazane w zupełnie nowym świetle. Suworow napisał też dwie powieści, których bohaterką jest Nastia Strzelecka, podopieczna Chołowanowa: trzymającą w napięciu „Kontrolę” i słabszy od niej „Wybór”. Akcja „Żmijojada” toczy się nieco wcześniej, ale poznajemy w nim już Chołowanowa, a sama Nastia pokazana jest jako nastolatka. Sceny z jej udziałem należą do najlepszych w książce, która jest nieźle napisaną historią sensacyjną, obfitującą w mordobicia, przebieranki, sekretne przejścia i nieco sarkastycznego humoru. Daje też wgląd w mechanizmy władzy w Związku Radzieckim w okresie wielkich czystek. Język jest barwny, jędrny, czasem dosadny, bohaterowie z grubsza nakreśleni, chociaż potrafią zaskoczyć. Rozrywka w sam raz na jesienny wieczór.

Za przesłanie książki dziękuję księgarni Matras.

Tagi | 35 Komentarzy

Kazio
(„Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim”)




Kazimierz Rudzki to dla mnie przede wszystkim odtwórca roli ojca Pawła Jankowskiego w serialu „Wojna domowa”. Wiecznie nieobecny, ciągle „w terenie”, na delegacjach, wpadał od czasu do czasu do domu i zabierał się do wychowywania syna. Zasadniczy, sztywny, staroświecki nie potrafił porozumieć się z Pawłem i stąd brały się wszystkie domowe spięcia. Dla nas ten serial to już klasyka i z ogromnym zdziwieniem stwierdziłem, że w obszernym zbiorze wspomnień o Rudzkim jest jedna (słownie: jedna) wzmianka o tej roli: sam aktor wspomina w liście przyjacielowi, że kręcenie serialu koliduje z próbami nowej sztuki w teatrze. I tyle. Kim więc Kazimierz Rudzki był dla autorów wspomnień, skoro nie gwiazdą fantastycznego serialu?

Dla Heleny Głowackiej był ukochanym bratem, który swoją niezależnością i aktorskimi planami przysparzał kłopotów ojcu, znanemu właścicielowi sklepu z instrumentami muzycznymi i płytami. Dla szkolnych kolegów był Kaziem, wielbicielem piłki nożnej, zapalonym kibicem zapasów i kawalarzem, który nigdy nie tracił rezonu. To on podczas dyktanda podpowiedział koledze, który nie wiedział, jak napisać „pachołkowie z halabardami”, żeby napisał „lokaje z pikami”. Jeszcze inni znali go jako reżysera, aktora, oficera i współtowarzysza niewoli podczas wojny, współtwórcę obozowego teatru, znakomitego konferansjera, wykładowcę w Szkole Teatralnej, autora i prowadzącego audycji radiowych.

Rudzki był dżentelmenem o nieskazitelnych manierach, wielkim poczuciu humoru, obowiązkowym, uczynnym i skromnym. Do pracy podchodził poważnie i chciał, by inni podzielali to podejście – zaszczepiał je swoim studentom, dla których był prawdziwym mistrzem. Należał do ludzi, którzy poruszyli wszystkie możliwe sprężyny, by załatwić cudzą sprawę, interweniować w sprawie zaniedbań i bylejakości, nigdy jednak nie wykorzystywał swojej popularności dla siebie. Słynął jako uroczy gawędziarz i mistrz opowiadania anegdot.
Irena Kwiatkowska i Kazimierz Rudzki w serialu Wojna domowa.
Wspomnienia zebrane w tomie mają różną wartość – jedne są bardzo osobiste, inne starają się obiektywniej ująć fenomen Rudzkiego. Jedni idą w stronę anegdoty, jak Stefania Grodzieńska czy Stanisław Tym, innym – Andrzejowi Łapickiemu i Aleksandrowi Bardiniemu – bliżej do analiz charakterologicznych. Pojawia się nawet jedno studium środków aktorskiego wyrazu wykorzystywanych przez Rudzkiego na scenie. Ten obraz uzupełniają felietony pisane przez Rudzkiego, fragmenty jego konferansjerek do różnych programów estradowych i jego listy do przyjaciół, przede wszystkim Tadeusza Wittlina, ale także do rozmaitych instytucji.  O ile felietony i konferansjerka zblakły i straciły wiele ze swego wdzięku, o tyle listy wciąż skrzą się dowcipem, ale też pełne są celnych i niekiedy smutnych refleksji o życiu, kondycji sztuki, a szczególnie teatru. 

Na zakończenie jeszcze mały smaczek z tego zbioru. Rudzki ponoć miał celną ripostę w każdej sytuacji. Raz tylko musiał się uznać za pokonanego. Przed wojną, wracając z próby jakiejś sztuki Szekspira, zjawił się w kawiarni, w której wśród znajomych siedział Gombrowicz:
– Ten wasz cały Szeksper – zaatakował go Gombrowicz – to funta kłaków niewart, panie Kazimierz.

– Dlaczego pan mówi Szeksper, a nie Szekspir? – spokojnie i rzeczowo zareplikował Kazio.

– Bo mówi się szkarpeta – wyjaśnił bez zmrużenia oka Gombrowicz.
To dopiero były rozmowy! 

Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim, oprac. Helena Głowacka, Czytelnik 1981.

Tagi , | 25 Komentarzy

Minoga z małem łebkiem


Myliłby się, kto by przypuszczał, że na szyldzie wymienionego w tytule niniejszej opowieści zakładu gastronomicznego przy ulicy Zapiecek widniała dorodna minoga na przybranym zieloną pietruszeczką półmisku. Nic podobnego. Szyld wyglądał banalnie. Na czerwono pomalowanej blasze umieszczony był napis, tchnący powagą urzędowego niemal dokumentu:
RESTAURACJA III kategorii z wyszynkiem
napojów alkoholowych
wł. KONSTANTYN ANIOŁEK
Koncesja Genowefy Rypalskiej
i Wawrzyńca Śmieciuszki
Surowość głównego, umieszczonego nad wejściem znaku łagodziły dwa szyldy boczne, których treść opie­wała:
„Śniadania, obiady, kolacje”
oraz
                        „Żymne i goronce zakonski”.
Wszystkie trzy godła były dziełem powszechnie cenionego na Starówce mistrza sztuki malarskiej, pana Dawida Kapelana (Bonifraterska 18).

Kadr z filmu "Cafe Pod Minogą", reż. Bronisław Brok, 1959 rok.

Część graficzną reklamy firmy uzupełniały dwie kartki wycięte z brystolu, na których sam pan Aniołek wprawną ręką wypisał: „Pieczeń rzemska” i „Zrazy po nalesońsku z gżypkamy”.
Resztę propagandy załatwiały umieszczone na wystawie oryginały, jako to: lśniący pozłocistą skórką dyszek cielęcy, biała kiełbasa garnirowana przysmażoną cebulką lub nacięty w misterną, drobniutką kostkę rumiany boczek pieczony, wszystko to podane na efektownym tle słojów z biało-czerwoną ćwikłą i zielonożółtymi „małosolnymi” ogórkami. Oczywiście eksponaty zmieniały się odpowiednio do pory roku.
Nie było jednak nigdy w witrynie minóg. Na próżno też szukałby ich ktoś na bufecie. Interpelowany o nie przez gości gospodarz odpowiadał zazwyczaj: – Minoga robak, nie rybka i w porządnym interesie trzeciej kategorii nie ma prawa figurować.
Stali bywalcy lokalu wiedzieli jednak, że nie zawsze tak bywało, że minogi w musztardzie zajmowały kiedyś honorowe miejsce wśród innych zakąsek. Znali też przyczynę znalezienia się ich na indeksie.
Oto przed kilku laty znany na Starówce alkoholik i awanturnik, niejaki Millerek, pogniewawszy się na lokal za odmowę kredytu, zwrócił się do małżonki wła­ściciela z następującą apostrofą: „Ach, ty minogo z małem łebkiem, za wieczne ondulacje szarpana, ja cię tu zaraz nauczę szaconku dla gościa!” Po czym usiłował przewrócić bufet, co mu się zresztą całkowicie udało.
Obrażeni współbiesiadnicy podnieśli się od stolików, usunęli awanturnika na ulicę, ale orzekli, że:
„Właściwie pani Aniołek nie ma się o co obrażać, bo faktycznie na minogie podobna. Długa, mizerna na urodzie, z małą mordką, tylko z tą różnicą, że nogi posiada, ale za bufetem nie widać”.
Wywołało to nową awanturę zakończoną wezwaniem Pogotowia, ale odtąd lokal, dawniej nazywany „Pod Aniołkiem”, zdobył nową, błyskawicznie zaakceptowaną przez Krzywe Koło, Nowomiejską, Freta i obydwa Dunaje, nie licząc, rzecz prosta, Zapiecka, firmę: „Pod Minogą”.
Pani Serafina Aniołkowa mimo „mizernej urody” obdarzona była przez naturę niezwykle metalicznym, donośnym głosem, którym umiała należycie władać, oraz temperamentem, nad którym nie życzyła sobie zbytnio panować.
Te cechy sprawiały, że pan Konstanty był właścicielem przedsiębiorstwa tylko de nomine, na szyldzie. Twarde rządy w domu i w interesie sprawowała jego małżonka. Powyższy układ stosunków politycznych w restauracji spowodował wykluczenie minóg raz na zawsze z menu zakładu. Oczywiście dopomogło to raczej do utrwalenia wśród klientów nowej nazwy firmy. Pan Aniołek protestował przeciwko tej nomenklaturze dość słabo i tylko kiedy żona słyszała, a i wówczas pozwalał sobie na lekkie przymrużenie oka.
Wiech, Cafe „Pod Minogą”, Czytelnik 1957, s. 5–7.

Tagi , | 33 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.