Baśnie walczącej Warszawy


Zofia Lorentz, Mali bohaterowie, ilustr. Roman Prokulewicz, Wydawnictwo Łódzkie 1971.

Kiedy miałem osiem, może dziewięć lat, w szkolnej świetlicy po lekcjach czytałem kilka razy pewną książkę. Po latach pamiętałem tyle, że była o dzieciach podczas okupacji i że bardzo mi się podobała. Po głowie tłukł mi się jeszcze wierszyk, wykrzykiwany za jedną z bohaterek: „Ciocia Ryfka z przeciwka, ciocia Surka z podwórka”. Nikt poza mną tego nie czytał, nikt nie znał – a ja szukałem po omacku. Najpierw trafiłem na „Dzieci Warszawy” Marii Zarębińskiej, ale to nie było to. Później Lirael zwróciła moją uwagę na „Małych bohaterów” Zofii Lorentz. Już przy pierwszym kartkowaniu znalazłem wierszyk o ciotkach: wreszcie miałem swój zapomniany skarb.
Zaczyna się od narady baśni, które znienacka zostały bezrobotne: nikt ich nie potrzebuje, nikt nie chce ich słuchać – czasy nastały takie, że nie złe wilki i czarownice straszą dzieci, ale tajemnicze słowa: gestapo, wsypa, kocioł, łapanka, Pawiak, Szucha. Baśnie postanowiły włączyć się w walkę z tymi nowymi potworami. Czerwony Kapturek przenosił w koszyczku granaty, Brzydkie Kaczątko zginęło, bo nie chciało zdradzić, którędy uciekł młody zamachowiec, Dziewczynka z Zapałkami wykradała się z getta na aryjską stronę, żeby zarobić choć kilka groszy. Latający kufer okazał się zasobnikiem z bronią zrzuconym powstańcom, a straszliwy smok – niemieckim czołgiem. Luźno nawiązując do baśniowych pierwowzorów, stworzyła Zofia Lorentz opowiadania o dzieciach Warszawy: przejmujące, bolesne, tragiczne, ale też niosące nadzieję. Mali bohaterowie musieli przedwcześnie dojrzeć, zamiast słuchać baśni, podejmowali trudne decyzje, od ich rozwagi i przytomności umysłów zależał los innych, mogli komuś pomóc lub zaszkodzić. Płacili za to niekiedy najwyższą cenę.
Nie wiem, kiedy bardziej emocjonalnie odebrałem tę książkę: jako mały chłopiec czy jako dorosły. Ale poza tym, że działają na emocje, opowiadania są świetnie napisane, z doskonale uchwyconą atmosferą okupacji i wszystkimi realiami – chociaż to akurat nie dziwi, Lorentz pisała bowiem zaraz po wojnie, pierwsze wydanie „Małych bohaterów” ukazało się w 1947 roku. Do tego znakomite czarno-białe ilustracje Romana Prokulewicza. Nie wiem, czemu ta książeczka popadła w zapomnienie i nie była wznawiana i wpisana do kanonu lektur szkolnych. Czy za dużo tu o powstaniu warszawskim, a za mało o Gwardii Ludowej? Czy raziła wzmianka o generale Sikorskim i Szarych Szeregach? W każdym razie na pewno warto ją odszukać i przeczytać.

Tagi , , . Pobierz permalink. RSS dla tego wpisu.

13 odpowiedzi do: Baśnie walczącej Warszawy

  1. Znalazłam informację, że Lorentz była w AK, brała udział w powstaniu, może to się nie spodobało władzom? Nie słyszałam o niej wcześniej, ale teraz dorzuciłam do kanonu na Klasyce Młodego Czytelnika, ten i pozostałe utwory, bo warto poznać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za informacje. Być może faktycznie autorka była źle widziana. Popatrzę, co jeszcze napisała i poszukam.

      Usuń
  2. Przeczytałabym. Popłakałabym się, a na pewno wzruszyła.
    Z zainteresowaniem (stwierdziłam, ze słowo "lubię" tu jakoś niezbyt pasuje) czytam takie opowieści o czasach wojny, powstania, okupacji... Mam ogromny sentyment do "Chłopców ze Starówki" Rudnickiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się nie wypada przyznawać, że się wzruszam przy książeczkach dla dzieci:P

      Usuń
  3. I już mam ochotę ją odszukać, przeczytać, najchętniej teraz-zaraz-natychmiast. Chociaż wiem, że potem pewnie będę spłakana niesamowicie..

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też się zaczytywałam w "Chłopcach ze Starówki" :)
    Poszukam sobie "Małych bohaterów", skoro warto :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też czytałem Chłopców kilka razy. Książka stoi na półce, chyba ją sobie wyciągnę gdzieś na wierzch:)

      Usuń
  5. Hmm, chyba żeby do samotnego czytania. Mnie przy końcówce "Asiuni" głos się łamał niebezpiecznie i oko szkliło tak, że literki mi się rozpływały. A chłopaki patrzyły zdziwione, co też się ojcu dzieje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poziom emocji w Asiuni nieporównywalnie niższy, więc strzeż się Małych bohaterów.

      Usuń
    2. No to już tylko i wyłącznie do poduchy, jak domownicy spać będą. W ogóle mam problem z głośnym czytaniem dzieciom książek, które są nasycone emocjami. Przy "Dżoku" musiałem wręcz zrobić dłuższą przerwę na wysmarkanie nosa i obmycie jagód łzą (niejedną) skalanych. Klimakterium czy co :P

      Usuń
    3. Myślałem, że tylko ja taki miętki jestem:)

      Usuń
  6. Parę lat temu pracowałam w malej wiejskiej bibliotece i tam własnie trafiłam na "Małych bohaterów". Opowiadania znakomite pod każdym względem. Do dziś pamiętam emocje i wzruszenie przy czytaniu.
    polecam wszystkim

    OdpowiedzUsuń

Swoje komentarze proszę zostawiać na nowej stronie bloga: http://zacofany-w-lekturze.pl/, tam na pewno na nie odpowiem.

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.