Archiwum stycznia 2012

Blumka, Krabat i ten nieudacznik Paul Carpenter

Rok Janusza Korczaka przyniesie – miejmy nadzieję – wzrost zainteresowania tym zapomnianym już nieco autorem. Po świetnej biografii Joanny Olczak-Ronikier przeznaczonej dla dorosłych czytelników pojawiła się też książka o Korczaku przeznaczona dla dzieci.  To Pamiętnik Blumki” Iwony Chmielewskiej. „Pomysł jest prosty: do dzieci o Korczaku musi mówić dziecko, używając najprostszych słów, pojęć dostępnych jego rówieśnikom. Przemawiać musi nie tylko tekst, ale i cała jego oprawa. W ten sposób powstał pamiętnik Blumki, dziewczynki wychowującej się w Domu Sierot. To zaledwie kilkanaście zdań, ale układają się one w historię samej Blumki, kilkorga z jej koleżanek i kolegów. Ukazują też reguły, jakie wprowadził wśród swoich podopiecznych Korczak – i w ogóle jego podstawowe zasady wychowawcze”. Książka Iwony Chmielewskiej jest piękna, mądra i wzruszająca. Całą recenzję „Pamiętnika Blumki” można znaleźć w najnowszym numerze „Literadaru”.

***
„Krabat” Otfrieda Preusslera oparty jest na popularnym motywie ucznia czarnoksiężnika, który prześciga swego mistrza umiejętnościami i staje z nim do pojedynku. „Czternastoletni sierota Krabat, błąkający się po Łużycach, żeby zarobić parę groszy, ma dziwne sny – słyszy w nich wezwanie, by zjawić się w młynie na Koźlim Brodzie. Miejsce otoczone jest złą sławą, gdyż gospodarzy w nim dziwny młynarz, który okazuje się potężnym czarnoksiężnikiem. Co wieczór zmienia swych dwunastu czeladników w kruki i odczytuje im zaklęcia ze starej księgi. Mają w ten sposób uczyć się magii”. Opowieść o Krabacie „pełna jest grozy, początkowo ledwo uświadamianej, odczuwanej podskórnie przez bohatera i czytelników. Podkreślają ją senne koszmary nawiedzające chłopaka. Wraz z nim zgłębiamy mroczne sekrety starego młyna z jego duszną atmosferą, od której z rzadka można odetchnąć”. Zdecydowanie polecam wszystkim wielbicielom opowieści z dreszczykiem. Pełny tekst recenzji dostępny jest tutaj.

***
Pamiętacie nieudacznika Paula Carpentera, bohatera „Przenośnych drzwi” Toma Holta?  W kolejnym tomie cyklu, „Śniło ci się”, jego życie nabiera przyspieszenia. „Po okresie sielanki Sophie znienacka przenosi się do hollywoodzkiej filii biura (przy okazji zrywając ich związek), Carpenter trafia na praktyki do działu zwalczania szkodników (co oznacza między innymi smoki), a równocześnie musi pomagać w kasie, co wiąże się z wizytami w niepokojącym Banku Umarłych”. Akcja biegnie jak szalona aż do efektownego finału, by w trzecim tomie, „Ziemia, powietrze, ogień i... budyń”, ugrzęznąć w tytułowym budyniu, wynalezionym przez firmę Carpentera piątym żywiole wszechświata, i wystawić cierpliwość czytelnika na poważną próbę. O tym nierównym cyklu można poczytać tutaj.



Tagi , , , , , , , | 22 Komentarzy

Złota Zakładka po raz drugi

Trzy miesiące minęły od wręczenia nagród w pierwszej edycji Złotej Zakładki. Filmowe sprawozdanie z tej uroczystości od pewnego czasu można oglądać na stronie konkursu, czas już jednak przygotowywać się do drugiej edycji. Organizatorzy zapraszają wszystkich zainteresowanych do dyskusji o tegorocznej odsłonie konkursu. Swoje opinie, przemyślenia, pomysły można już przedstawiać na specjalnym forum. Dyskusja potrwa do końca lutego. Wszystkie konstruktywne głosy mile widziane

Tagi , | 8 Komentarzy

Aktorka w teatrze, aktorka w PRL-u...


Joanna Krakowska, Halina Mikołajska. Teatr i PRL, W.A.B. 2011.

Halina Mikołajska. Pamiętana bardziej jako wybitna aktorka, czy bardziej jako działaczka opozycji demokratycznej? A może postać w ogóle zapomniana, o której działalności wiedzą jedynie teatrolodzy i badacze dziejów PRL-u? W końcu po jej rolach teatralnych pozostały tylko czarno-białe fotosy i nieco recenzji, nie zagrała też w żadnym z tych filmów, które wszystkie telewizje powtarzają nieustannie przy okazji kolejnych świąt. Ponieważ zmarła dwa tygodnie po wyborach 4 czerwca 1989 roku, nie mogła też odegrać żadnej roli w budowaniu demokratycznej Polski – pytanie zresztą, czy w ogóle by chciała włączyć się w politykę, gdyż swojej aktywności w Komitecie Obrony Robotników nie traktowała jako politycznej, lecz uważała ją za moralny obowiązek wobec krzywdzonych i poniżanych przez peerelowskie władze.
Joanna Krakowska postawiła przed sobą na pozór mało oryginalne zadanie: napisanie biografii aktorki i opozycyjnej działaczki. Wystarczy poczytać listy, dzienniki, recenzje, przepytać krewnych i przyjaciół. Zacząć od dzieciństwa, pokazać drogę na scenę i ku wyżynom aktorskiego kunsztu, dorzucić szczegółów z życia prywatnego, przeanalizować motywy przystąpienia do opozycji i pokazać formy działalności. Okrasić całość paroma anegdotami, może jakąś pikantniejszą plotką. I gotowe.
Halina Mikołajska jednak wymknęłaby się takiej sztampowej biografii i Joanna Krakowska doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Jej bohaterka zdecydowanie bowiem nie była osobą tuzinkową: „Jeśli przyjrzeć się jej rolom i spektaklom, można dostrzec w nich zarys całej historii teatru powojennego, jego głównych nurtów i dokonań [...]. Jeśli przyjrzeć się pozateatralnej działalności Mikołajskiej, to widać, że polegała ona przede wszystkim na dawaniu świadectwa prawdom zakazanym i ocenzurowanym, na głośnym mówieniu o sprawach zatajanych przed opinią publiczną. Jeśli zaś przyjrzeć się otaczającemu ją światu, to widać, że powiązania osobiste i towarzyskie sytuowały ją w centrum życia artystycznego i intelektualnego”. To wyjątkowe przenikanie się sfery prywatnej z publiczną określiło sposób skonstruowania tej książki. Trzy słowa-klucze: aktorka, teatr i PRL zestawione zostały ze sobą we wszystkich możliwych kombinacjach: aktorka w teatrze, aktorka w PRL-u, teatr w PRL-u, PRL w teatrze, a nawet teatr w aktorce i PRL w aktorce – i wszystkie te aspekty złożyły się na tę znakomitą biografię. Chociaż „biografia” to za mało na określenie pracy Joanny Krakowskiej, gdyż dostaliśmy też historię powojennego teatru i powojennej Polski, z Mikołajską jako  czynną uczestniczką albo chociaż świadomą obserwatorką. Raz na pierwszy plan wysuwa się aktorka, innym razem wydarzenia historyczne, które ostatecznie okażą się ważne i dla jej życia, i kariery.
Dostaliśmy więc książkę wybitną, napisaną z niezwykłym rozmachem, ale – co bardzo ważne – przystępną i wciągającą. Krakowska nie posługuje się językiem hermetycznym, wręcz niekiedy wykpiwa stylistyczne maniery recenzentów teatralnych, którzy pretensjonalnym stylem pokrywają ubóstwo myśli. Nie wiem, czy zastosowany przez autorkę sposób opowiadania o teatrze jest nowatorski (na pewno jednak przemawia nawet do laików), ale niewątpliwie jej podejście do dziejów PRL jest bardzo świeże i zrównoważone: nie ma laurek i nagan, żadnych łatwych i pochopnych ocen, pokazane są racje wszystkich bohaterów. Ujmująca jest próba przedstawienia działalności KOR-u od kobiecej strony; szkoda, że ubóstwo źródeł nie pozwoliło poszerzyć tych rozważań. Wielbiciele literackich zagadek znajdą tu również garść  informacji o sprawie kryminału napisanego przez Jacka Kuronia.
Joanna Krakowska zasługuje na wielkie uznanie jako wnikliwa badaczka i świetna pisarka, a jej podejście do pracy biografa – „trzeba wyzbyć się pychy wszechwiedzącego i znającego przyszłość narratora i powściągnąć podsycany przez dzisiejsze dyskusje i spory zapał do łatwych ocen – powinno stanowić wzór dla wszystkich, którzy podejmą się przedstawiania nam życiorysów ludzi uwikłanych we wciąż nieodległe wydarzenia.

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

Tagi , , | 43 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły: Gustaw Flaubert

Wertując tomy dzienników, pamiętników i listów, często natrafiam na zapiski, w których pisarze zdradzają tajemnice swego warsztatu i przedstawiają stosunek do własnej twórczości. Chciałbym więc rozpocząć cykl, w którym od czasu do czasu przedstawię garść cytatów  uwag ciekawych dla wszystkich wielbicieli talentów autorów  ze starej szkoły. Warto je poznać, by pogłębiać własną refleksję nad literaturą i by lepiej zrozumieć dzieła, które czytamy.

Gustaw Flaubert dzielił się swymi uwagami z przyjaciółmi – należeli do nich bracia Edmund i Juliusz de Goncourt, którzy starannie zapisywali treść tych rozmów w swoim dzienniku.

[Flaubert] opowiada nam o swoim życiu samotnym, dzikim, odosobnionym, odciętym, nawet w Paryżu. [...] Pracuje dziesięć godzin dziennie, ale traci dużo czasu, zapominając o wszystkim podczas lektur, zawsze też gotów jest uciec od własnej książki. Zaczyna się rozgrzewać dopiero koło piątej po południu, gdy do pracy siada o dwunastej. Nie może pisać na czystym papierze: musi wpierw zanotować myśli, które rozmieszcza jak malarz pierwsze kolory [12 stycznia 1860 roku].
***
Flaubert opowiadał nam, że kiedy opisywał panią Bovary zażywającą truciznę, czuł się tak, jakby miał kawał miedzi w żołądku i dwukrotnie wymiotował; dodał, że kiedy kończył powieść, przyjemnie mu było, że musiał wstawać po chusteczkę, by otrzeć łzy... [10 grudnia 1860].
***
Flaubert mówi nam: „Wątek, przygoda w powieści są mi zupełnie obojętne. Kiedy piszę, wyobrażam sobie, że oddaję kolor, ton. Chcę, na przykład, żeby w mojej powieści o Kartaginie była purpura. Reszta – osoby, intryga – to drobiazg. Przy Pani Bovary myślałem tylko o tym, by oddać ton szary, barwę pleśni, jaką mają egzystencje portierów. [...] [17 marca 1861].
***
Flaubert opowiada mi, że pracował kiedyś nad Salambo przez trzydzieści osiem godzin z rzędu i tak był wyczerpany, iż nie miał siły, by podnieść karafkę i nalać sobie wody [16 lutego 1862].

Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 114, 135, 140, 152.

Dziś zakończyło się głosowanie w konkursie Blog Roku 2011. Chciałbym podziękować za wszystkie głosy, jakie otrzymałem, a szczególne podziękowania składam Matce Chrzestnej i Lirael za zaangażowanie i wielkie wsparcie. Wszystkim finalistom serdecznie gratuluję!

Tagi , , | 25 Komentarzy

„Grządka ogórków bez trupa...”
(Alan Bradley, „Zatrute ciasteczko”)



Niewtajemniczonym angielska prowincja wydaje się nudnym miejscem zamieszkanym przez bogobojne stare panny, hodujące koty i spędzające całe dnia na pielęgnowaniu ogródka i ploteczkach przy herbacie z innymi starymi pannami. Bardziej uświadomieni wiedzą doskonale, że za tą nobliwą fasadą kryją się tłumione emocje, zadawnione urazy i przemilczane skandale. Nader często poranne słońce oświetla trupa leżącego w bibliotece albo i na grządce ogórków. W pewnego typu powieściach grządka ogórków bez trupa w ogóle nie ma racji bytu.

A „Zatrute ciasteczko” jest właśnie takiego rodzaju powieścią: kryminałem w starym stylu, wykorzystującym wszystkie, wydawałoby się ograne, elementy z utworów Agaty Christie. Alan Bradley znakomicie jednak wzbogacił klasyczną formułę, nadając jej nową jakość dzięki stworzeniu Flawii de Luce, rezolutnej (ktoś mógłby powiedzieć przemądrzałej) jedenastolatki, obdarzonej ojcem filatelistą i dwiema złośliwymi siostrzyczkami, Ofelią i Dafne. Rodzina mieszka w podupadającej rezydencji Buckshaw. Pana de Luce pochłaniają klasery, a każda z sióstr zajmuje się własnym życiem – dwie starsze panny poza tym zajmują się zatruwaniem życia najmłodszej, która jednak – jeśli chodzi o zatruwanie – nie ma sobie równych. Flawia bowiem jest pasjonatką chemii, a szczególnie tej wdzięcznej gałęzi pięknej nauki, która zajmuje się truciznami.

Pewnego poranka dziewczynka na grządce ogórków znajduje mężczyznę, który dosłownie wydaje na nią ostatnie tchnienie i wypowiada tajemnicze słowo. Flawia chciałaby się pławić w sensacji jak salamandra w ogniu, ale niestety inspektor policji Hewitt, nieświadomy z kim ma do czynienia, zdecydowany jest odciąć nieletnią od śledztwa. A jak wiadomo z niezliczonych powieści – to tylko podsyca we wzgardzonej młodzieży chęć udowodnienia własnej wyższości nad policją i samodzielnego rozwiązania zagadki. Nasza chemiczka nie jest tu wyjątkiem i błyskawicznie rusza z własnym śledztwem, podczas którego znajomość chemii odegra niebagatelną rolę.

Poczynania Flawii obserwuje się z lekkim niedowierzaniem, przechodzącym w podziw dla jej ostrej jak brzytwa inteligencji. Nad wiek rozwinięta i dysponująca zaskakująco bogatym słownictwem panienka bywa niekiedy irytująca w swym zadufaniu, ale inspektor Hewitt dba o to, by całkiem nie przewróciło jej się w głowie. Oprócz wątku kryminalnego przyglądamy się też życiu rodzinnemu Flawii, której matka zginęła w niejasnych okolicznościach podczas górskiej wyprawy, a stosunki domowe układają się dość dziwnie. Pewnie w następnych tomach odsłaniać się będą kolejne detale z życia rodzinnego.

Książka Bradleya dostarcza znakomitej rozrywki, szczególnie gdy widzi się, jak umiejętnie autor wykorzystuje i przekształca do swoich potrzeb schematy rodem z powieści o pannie Marple. Posługuje się przy tym językiem, który nie musi każdemu odpowiadać, gdyż jest to mieszanina fachowych terminów chemicznych, zatrącającej lekko o pretensjonalność kwiecistości i sporej erudycji. W końcu osoba tak niezwykła jak Flawia nie mogła mówić jak pierwsza lepsza dziewczynka w jej wieku. Według mnie daje to jednak nieodparcie zabawny efekt. Całość jest, używając określenia panny de Luce, prawdziwą „delikwescencją”, a parafrazując motto powieści – „ciasteczkiem słodkim u dna”. Pozostaję w zachwycie i zamierzam zacieśnić znajomość z Flawią. A Lirael i Bazylowi dziękuję za ich zaraźliwy entuzjazm.

Alan Bradley, Zatrute ciasteczko, tłum. Jędrzej Polak, Vesper 2009.

Tagi , , | 40 Komentarzy

„Nikt nie śmiał wziąć tego dziecka za rękę...”
(Maria Zarębińska, „Dzieci Warszawy”)



W swoich wspomnieniach z czasów okupacji Jeremi Przybora przedstawił wydarzenie, które zapewne nie było rzadkością na warszawskiej ulicy:
Na kamiennym progu czy też parapecie wnęki okiennej znajdującej się na poziomie chodnika siedziało żydowskie dziecko. Żywy, obciągnięty pergaminową skórą mały szkielecik o czaszce, w której żywe były tylko wielkie, milczące, przerażone, czarne oczy. Nie wiadomo, jak tu się znalazło. [...] Tłumek stał nieruchomo i patrzył bez słowa, jak zahipnotyzowany, na tę małą śmierć, przycupniętą tu, w biały jeszcze dzień, w samym sercu ruchliwej „aryjskiej” dzielnicy, we wnęce okna sutereny, jakby wyszła właśnie spod ziemi i nikomu nie groziła, póki nie weźmie się jej za rękę. Więc nikt nie śmiał wziąć tego dziecka za rękę. I ja też nie śmiałem. Ale ono mi tego nie darowało, nie dało się wymazać z pamięci. I wiem, że śmierć, która przyjdzie po mnie, to nie będzie staruszka z kosą ani rycerz z filmu Bergmana...
Tego prostego, a równocześnie tak trudnego gestu podania ręki żydowskiemu chłopcu nie uląkł się Bronek, dziesięcioletni bohater powieści „Dzieci Warszawy” Marii Zarębińskiej. Ukrył Szymka, pomagał mu w miarę swoich skromnych sił i jeszcze skromniejszych środków, wreszcie wciągnął w tę pomoc swoją siostrę i jej koleżankę. Dorośli, zdaniem dzieci, mieli dość swoich kłopotów, żeby obarczać ich jeszcze Szymkiem. Aby zdobyć pieniądze, Bronek zaczął śpiewać w tramwajach i pociągach antyniemieckie piosenki. Narażał siebie i swoich najbliższych, a pewnego dnia niebezpieczeństwo stało się nader realne.

Książka Zarębińskiej zaczęła powstawać zaraz po wojnie, w 1945 roku. Autorka mówiła, że czerpała z prawdziwych wydarzeń. Nie zdążyła utworu zakończyć, zmarła w 1947 roku wyniszczona pobytem w obozie Auschwitz. „Dzieci Warszawy”, ponieważ drukowane były w odcinkach w piśmie dla dzieci, nie urywają się w pół słowa, ale losy bohaterów pozostają w zawieszeniu. Coś każe nam jednak wierzyć w szczęśliwe zakończenie.
Opowieść jest pisana bardzo prosto. Bohaterowie nie są dogłębnie charakteryzowani, nie ma szczegółowych analiz motywów ich postępowania, ledwo zarysowane są okupacyjne realia – nazbyt dobrze znane pierwszym czytelnikom powieści. A jednak mimo pewnego schematyzmu czyta się „Dzieci Warszawy” z zainteresowaniem i ze ściśniętym sercem. Dają wiarę, że nawet w najczarniejszych czasach ludzki gest pomocy może choć w drobnym stopniu rozjaśnić mroki, a przyjaźń i solidarność potrafią zwalczyć wiele przeszkód.
***
Maria Zarębińska
i Władysław Broniewski
w sanatorium w Szwajcarii.
Maria Zarębińska należy do pocztu autorów zapomnianych. Urodziła się w 1904 roku, próbowała sił w aktorstwie. Od 1938 roku była związana z Władysławem Broniewskim, została jego drugą żoną. Podczas okupacji  włączyła się w Warszawie w pomoc Żydom, za co wiosną 1943 roku została aresztowana i wywieziona do Auschwitz. W obozie zaczęła pisać „Opowiadania oświęcimskie”, wydane po wojnie. Do Broniewskiego w 1945 roku dotarła wiadomość o jej śmierci, co wstrząsnęło poetą. Ciężko chora Zarębińska przeżyła jednak obóz, zmarła w sanatorium w Szwajcarii w 1947 roku. Broniewski poświęcił jej m.in. wiersze „Do umarłej”, „Obrączka” i „Fiołek”.

Maria Zarębińska, Dzieci Warszawy, Nasza Księgarnia 1973 (wydanie VI).

Cytat ze wspomnień Jeremiego Przybory Przymknięte oko opaczności. Memuarów tom II, Tenten 1998, s. 47.

Tagi , , , | 27 Komentarzy

Zioła prowansalskie rok później


Marcel Pagnol, Czas tajemnic. Wspomnienia z dzieciństwa, tłum. Małgorzata Paszke, Wydawnictwo Esprit 2011.


Minął niemal równo rok od chwili, gdy w całkowitym upojeniu pochłaniałem pierwszą część wspomnień Marcela Pagnola z dzieciństwa spędzonego w Prowansji. Wtedy za oknem leżała gruba warstwa śniegu, teraz lśniły kałuże i szalał wiatr. Przyjemność powrotu na upalne wzgórza z Marcelem była jednak taka sama.
Chłopiec też jest o rok starszy, po wakacjach ma iść do liceum. Zaraz po przyjeździe do Bastide-Neuve ruszył na obchód starych kątów. Niestety sam, jego przyjaciel Lili miał nowe obowiązki, musiał pomagać ojcu zamiast biegać z Marcelem. Mimo to chłopcy spędzali ze sobą sporo czasu, wspólnie pracowali w gospodarstwie, a w wolnych chwilach znowu polowali i zastawili sidła. Ich przyjaźń zaczęła się jednak rozpadać w dniu, gdy Marcel w dolince między wzgórzami napotkał dziwnie fascynującą istotę, która mocno zmąciła mu w głowie. Izabella, tak bowiem miało na imię owo bóstwo, zagubiona wśród wzgórz, narażona na ataki krwiożerczych pająków, błyskawicznie owinęła sobie Marcela wokół palca. Najpierw odprowadził ją do domu, potem zaczął zaniedbywać towarzysza zabaw, aby spełniać kaprysy małej kokietki. Uwierzył w opowiadane przez nią niestworzone historie, podporządkował się jej woli jako szlachetny rycerz i przechodził niezbyt przyjemne próby, aby udowodnić swe oddanie. Zmiany, jakie zaszły w Marcelu nie wzbudzały zachwytu ani rodziców, ani wiernego przyjaciela. Do czasu jednak...
W „Czasie tajemnic” nieco mniej prowansalskich zapachów i smaków, mniej plenerów – wizyty w salonie Izabelli nie sprzyjają wędrówkom po okolicy. Mimo to jest ich nadal dość, by czytelnik nie poczuł się zawiedziony. Jest to już nie tylko opowieść o chłopięcej przyjaźni i wakacyjnych przygodach (chociaż i tych nie brakuje, gdyż ukoronowaniem wakacji stanie się upolowanie tajemniczej bestii), ale także o dojrzewaniu i pierwszej fascynacji dziewczyną (chociaż tu autor sam sobie nie żałuje sarkastycznych przytyków).
Książka mogłaby się skończyć wraz z wakacjami, zamykając epokę w życiu Marcela. Pagnol dołączył jednak do niej też opowieść o początkach swej nauki w liceum, która – choć wciągająca i ciekawa – niewiele wnosi do opisów szkolnego życia znanych z Żeromskiego, Gomulickiego czy Amicisa. Echa Pagnola pobrzmiewają w późniejszych historyjkach Sempe i Goscinnego o Mikołajku; być może to jednak po prostu francuski system szkolny niewiele się przez lata zmienił. Mój słabszy entuzjazm wobec tej części książki może zresztą wynikać z tego, że wiele przyjemności z lektury odebrało mi jedno niefortunnie użyte słowo. Zwykle nie jestem małostkowy i nie czepiam się literówek czy okazjonalnych błędów, ale tu niestety zazgrzytałem zębami. Oto przed pierwszą wojną światową jeden uczeń mówi do drugiego „wiochmenie”! Doskonale pamiętam, jak to słowo wchodziło w użycie w latach osiemdziesiątych minionego stulecia i nie jestem w stanie pojąć, czemu zostało użyte zamiast uniwersalnego „wieśniaka” w tekście o czasach bardziej zamierzchłych. Ponieważ ma ono istotne znaczenie dla fabuły, powtarza się kilkakrotnie, skutecznie psując tak doskonale oddany przez Pagnola klimat epoki.
Gdy jednak zamalujemy czarnym flamastrem „wiochmena”, tak by nie podnosił ciśnienia podczas lektury, dostaniemy kojącą historię, pełną humoru (znakomita rodzinna anegdota o zębie babci Marcela – majstersztyk, albo równie zabawna scena postrzyżyn) i przygód, obyczajowych smaczków (opisy rodziny Izabelli i jej egzotycznego trybu życia) i prowansalskich realiów (znowu mamy kotlety smażone na ogniu z mirtu i rozmarynu, a za solniczkę służy Marcelowi „kolanko trzciny zatkane żołędziem z dębu skalnego”).

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu Esprit.

Tagi | 49 Komentarzy

Bilans pierwszoroczniaka


Doprawdy nie wiem, jak uczcić pierwsze urodziny. Tortów na tym blogu było już tyle, z okazji i bez okazji, że zabrakło mi pomysłów na cukiernicze arcydzieło. Poza tym nie należy popadać w sztampowość, więc tortu nie będzie. Będzie jak w podstawówce: dla każdego po cukierku.

A gdyby ktoś cukierków nie lubił, to zapraszam do koreczków. Na wystawniejsze przyjęcia nie pozwala szlachetne ubóstwo, alkoholu zaś ze względu na wczesną porę rozpoczęcia imprezy nie proponuję. 


Chciałbym natomiast podziękować wszystkim, którzy odwiedzają Zacofanego w lekturze, czytają, a czasem skomentują moje notatki – dzięki Wam ten blog żyje, a ja mam motywację do jego prowadzenia i mam nadzieję, że starczy mi jej jeszcze na jakiś czas.

Tym, którzy nie mają jeszcze dość podsumowań, kilka słów na temat ubiegłorocznego czytelnictwa – ale bez statystyk. Rok 2011 okazał się rokiem odkrywania na nowo literatury faktu, a najlepszą książką, jaką przeczytałem – i tu się chyba nikt nie zdziwi – był Korczak. Próba biografii” Joanny Olczak-Ronikier. „Wiele jest w tej książce wątków, myśli, tropów – każdym można podążyć. Ja podążyłem tropem smutku: dojmującego i wszechobecnego”. Tak pisałem pół roku temu, a teraz powoli zaczynam dojrzewać do podążenia którymś z innych wątków i odświeżenia sobie chociaż części tej znakomitej książki. Mam też nadzieję, że Rok Korczakowski przyniesie kolejne ciekawe publikacje – jedna już jest: to „Pamiętnik Blumki” Iwony Chmielewskiej, opowieść o Starym Doktorze przeznaczona dla dzieci, piękna, mądra i poruszająca.
Kolejnym odkryciem minionego roku był reportaż Swietłany Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, niełatwy, poruszający, bolesny. Każdy czytelnik pewnie zwróci uwagę „na inną opowieść, inną kwestię, inny wątek – na przeplatanie się śmierci i miłości, wszechobecnego brudu i marzeń o pięknie, szarości błota i zieleni drzew”.
Colette przy pracy pod czujnym okiem Kiki.
W literaturze pięknej takich wstrząsów nie odnotowałem, chociaż wśród grona moich ulubionych autorek pojawiły się aż dwie nowe postacie. Colette – skwitowana niegdyś wzruszeniem ramion – tym razem dała się odkryć na nowo jako autorka kunsztownych, świeżych i zmysłowych powieści: przede wszystkim „Cheriego”, który „jest niczym truskawki i szampan w upalny dzień. Uderza do głowy, oszałamia bogactwem smaków, musuje bąbelkami humoru”, ale i cyklowi o Klaudynie nie można wiele zarzucić. Niemal w ostatniej chwili do Colette dołączyła Katherine Mansfield z tomem znakomitych, kameralnych opowiadań „Garden party”. Jej niewielki dorobek literacki zdecydowanie zasługuje na dokładniejsze poznanie.
Na koniec jeszcze dwa wyróżnienia: dla Marcela Pagnola  za pachnące tymiankiem i rozgrzaną ziemią wspomnienia z dzieciństwa, które zapewniły kilka godzin prawdziwego czytelniczego błogostanu, oraz dla Józefa Ignacego Kraszewskiego za to, że nie okazał się konkursowym nudziarzem i stworzył postać panny Palmiry z Wykołowiczów baronowej von Zughau, secundo voto podczaszyny bracławskiej Sierocińskiej.

Tagi , | 56 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.