Archiwum lutego 2012

„Czytam tylko z konieczności”

W swoich wspomnieniach o mężu Magdalena Zawadzka niecałą stronę poświęciła upodobaniom literackim Gustawa Holoubka. Interesował się historią, biografistyką i – co szczególnie dziwiło jego żonę – kryminałami. Na pytanie, co widzi w tego rodzaju książkach, Holoubek
tłumaczy, że czyta głównie klasyków tego gatunku, że dobry kryminał jest skarbnicą wiedzy, że poznaje nie tylko psychologię postaci, język, obyczaje, ale też historię i geografię miejsc, w których rzecz się dzieje. Towarzyszy mu dreszcz emocji i wysiłek intelektualny, a rozwiązywanie wraz z autorem zagadki, przy której trzeba się nieźle nagłowić, daje ogromną satysfakcję. Dobry kryminał może być sumą wiedzy, której szukamy w innych książkach [...].
Padły nazwiska Agathy Christie, Arthura Conan Doyle’a, Raymonda Chandlera i Joe Alexa.
Kiedy pod koniec lat dziewięćdziesiątych Barbara N. Łopieńska wypytywała Holoubka o upodobania czytelnicze, kryminały należały już do przeszłości: „Jak się ma tendencje nadciśnieniowe, nie powinno się za dużo czytać” – stwierdził aktor. Odnosiło się to zresztą nie tylko do kryminałów. „Czytam tylko z konieczności”, dorzuca i wymienia: „Czasami spojrzę na coś w gazecie, ale gazet w zasadzie też nie czytam”. „Staram się czytać, co pisze krytyka o teatrze, ale ponieważ szalenie tym się denerwuję, więc czytam wybiórczo”. „Kupuję poezję” (ulubieni poeci: Tadeusz Nowak, Wisława Szymborska, Jarosław Iwaszkiewicz, Kazimierz Wierzyński i, rzecz jasna, polscy romantycy). „Fascynuję się ciągle tym, co stanowi kanon literacki”. Do tego oczywiście, z zawodowego obowiązku, lektura dramatów (niechętnie, bo Holoubka odstraszała wszechobecna w nich „chmura dewiacji”). Nie podobało mu się penetrowanie przez dramaturgię „peryferiów rzeczy”, analizowanie alkoholizmu czy homoseksualizmu („Wolałbym, żeby to się odbywało w szpitalu niż na scenie”).
Zanim jeszcze Gustaw Holoubek stracił chęć do czytania, lektura dostarczała mu niezapomnianych przeżyć:
Pamiętam, że kiedyś drżałem, biorąc do ręki książkę, jak zamykał się naokoło świat, jak się wtapiałem w nią i nic poza tym nie widziałem, jak cierpiałem, kiedy mnie od niej odwoływano [...], jak nie spałem całe noce, żeby móc czytać.
Podczas powojennych pobytów w sanatoriach wielkim odkryciem był Proust:
[...] Proust wlazł we mnie. Jego politura, ekscytacja każdym szczegółem rekwizytu, wiwisekcja duchowo-psychologiczna, wszystko to doprowadzało mnie do ekstazy.
Wielkiego entuzjazmu nie wzbudziła natomiast „Czarodziejska góra” („[...] była dla mnie wtedy przerażająca przez fakt opisywanego procesu nieuchronności. Powrót do Manna po latach okazał się nieporozumieniem: „[...] od początku do końca strasznie mnie ona śmieszyła"). 
I na zakończenie jeszcze dwa fragmenty, które doskonale pasują do dyskusji o tym, co czytać – klasyków, czy może nowości:
[...] To, co nas w tej chwili gnębi, a mianowicie nakaz awangardy, demoniczny przymus konsumowania tylko tego, co najnowsze, ze stanowczym odrzucaniem tego, co było dotychczas, jest strasznie lekkomyślny. Nie ulega wątpliwości, że z tak zwanej awangardy, z tego, co dzieje się współcześnie, zostaje bardzo mało. I tak było w każdej epoce.
[...] Więc czy nie warto wracać do klasyki? Warto. Choćby po to, żeby zbadać własną dojrzałość. Żeby się dowiedzieć, czy człowiek już na tyle dojrzał, żeby móc inaczej spojrzeć na to samo.

Cytaty za: Magdalena Zawadzka, Gustaw i ja, Wydawnictwo Marginesy 2011, s. 115.
Barbara N. Łopieńska, Książki i ludzie, Twój Styl 1998, s. 127–133.

Za udostępnienie wywiadu Barbary N. Łopieńskiej z Gustawem Holoubkiem serdecznie dziękuję Biblio_g3

Tagi , , , | 65 Komentarzy

Domowe obowiązki Gustawa Holoubka
(Magdalena Zawadzka, „Gustaw i ja”)


Dziś ich historia nie schodziłaby z pierwszych stron tygodników o życiu gwiazd. Ona: piękna, młoda, utalentowana i popularna dzięki swym pierwszym rolom, on o 22 lata starszy, przystojny, czarujący, inteligentny i już legenda sceny polskiej. Magdalena Zawadzka i Gustaw Holoubek. Ich związek przetrwał niemal czterdzieści lat oparty na miłości, szacunku dla indywidualności partnera, zaufaniu, wspólnych upodobaniach i poczuciu humoru.

Magdalena Zawadzka snuje ciepłą opowieść o swym życiu z Holoubkiem: małych i wielkich radościach, smutkach, problemach, które jej mąż ze stoickim spokojem kazał przeczekiwać, artystycznych osiągnięciach, podróżach – i o ukochanym synu.

Momentami tekst przypomina uładzone i słodkie opowieści z kolorowych pism. Dowiemy się, że Gustaw Holoubek wziął na siebie trzy obowiązki domowe: sprawdzał co wieczór, czy są zamknięte drzwi do mieszkania, nakręcał stary zegar po przodkach i co rano porządkował sypialnię. Był wielbicielem piłki nożnej i boksu – kiedyś na ulicy walnął w zęby dresiarza, który zaczepiał jego żonę. Na szczęście Magdalenie Zawadzkiej udaje się wyważyć proporcje: widzimy też Gustawa Holoubka jako aktora i reżysera – są opowieści o sposobach przygotowywania się do roli, podejściu do pracy nad spektaklem, uwielbieniu Szekspira czy dramatu romantycznego – ja także jako męża, ojca, przyjaciela: w tych partiach z każdego zdania przebija fascynacja Zawadzkiej niezwykłą osobowością męża i wielka miłość do niego; widać, jak cieszą ją sukcesy Holoubka, jak chłonie każdą chwilę z nim spędzaną, jak stara się zapewnić mu spokój i stabilizację. Autorka prześlizguje się, niestety, nad innymi aspektami biografii Holoubka: obowiązkami dyrektora teatru, posła na Sejm PRL, wymagającymi kontaktów z władzą, nieuchronnych ustępstw i kompromisów (zarysowanych nieco przy okazji ukazania starań o wystawienie sztuk Gombrowicza), trudnych decyzji – całego uwikłania w system, o którym tak znakomicie pisała Joanna Krakowska w biografii Haliny Mikołajskiej. Trudno robić z tego zarzut Magdalenie Zawadzkiej, w końcu spisywała własne wspomnienia i miała prawo dobierać materiał według swojego uznania, ale trochę szkoda, że nie zdecydowała się o tym więcej napisać.

Dość irytujący jest w tej książce styl – zdania są okrągłe, nieco zbyt kwieciste i upstrzone wyświechtanymi zwrotami, a od czasu do czasu, przy wzmiankach o wydarzeniach najistotniejszych dla państwa Holoubków i wszystkich Polaków, uderzają w nieznośny patos (o powstaniu Solidarności czytamy: „Sierpniowy wielki solidarnościowy zryw, jednoczący cały naród, wsparty modlitwą i błogosławieństwem Papieża podczas jego pierwszej pielgrzymki w Polsce, »ruszył z posad bryłę świata«”). Niezbyt ciekawe są też refleksje z licznych podróży. Dużo lepiej książka wygląda od strony graficznej – zdjęć jest mnóstwo: okładek pism, fotosów z przedstawień, zdjęć z archiwum rodzinnego (na dwóch w tle widać regały z książkami, rozpoznawanie tytułów zajęło mi kilka długich chwil; jest też zresztą w książce nieco o upodobaniach literackich Gustawa Holoubka, który uwielbiał kryminały, a na półkach miał na przykład powieści Alistaira MacLeana).

Wspomnienia Magdaleny Zawadzkiej przeczytałem z zaciekawieniem, choć pozostawiły spory niedosyt w wielu kwestiach – nie miały w końcu zastąpić dogłębnej biografii Gustawa Holoubka. O tego rodzaju literaturze można mieć różne zdanie, w tym wypadku jednak autorka osiągnęła rzecz trudną: złożyła hołd ukochanemu mężczyźnie, równocześnie nie wznosząc mu spiżowego pomnika – starała się go, mimo widocznej w każdym zdaniu fascynacji, nie idealizować, nie poszła też wyłącznie w stronę anegdoty, lecz próbowała dać portret możliwie pogłębiony. Mimo iż nie do końca jej się to udało, to Magdalenie Zawadzkiej należy się duży szacunek.



Magdalena Zawadzka, Gustaw i ja, opieka literacka Zofia Turowska, Wydawnictwo Marginesy 2011.
Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

Tagi , , , | 37 Komentarzy

Lektura obowiązkowa


John Steinbeck, Na wschód od Edenu, tłum. Bronisław Zieliński, Prószyński i S-ka 2011.

Nie sądzę, żebym mógł dodać cokolwiek nowego do masy interpretacji i ocen, jakie przez sześćdziesiąt lat od chwili wydania nagromadziły się wokół powieści Johna Steinbecka. Zafascynowany, pochłaniałem Na wschód od Edenu, co chwila doznając olśnień i zachwyceń, podziwiając artyzm Steinbecka, który stworzył fantastyczną, wciągającą fabułę, a równocześnie podsunął czytelnikowi ogrom materiału do przemyśleń o ludzkiej kondycji, o odwiecznej walce dobra ze złem. W sposób doskonały zrealizował myśl, którą włożył w usta jednego z bohaterów, chińskiego służącego Li: „Człowiek interesuje się tylko samym sobą. Jeżeli dana opowieść nie mówi o słuchaczu, ten nie będzie jej słuchał. Tutaj stawiam regułę: wielka i trwała opowieść musi mówić o każdym, bo inaczej nie przetrwa. To, co dalekie i obce, nie jest interesujące – tylko rzeczy głęboko osobiste i blisko nam znane”.
Dwadzieścia lat temu uznałem, że ta książka nie jest o mnie, że jest rozwlekła i bezbarwna – ale wtedy wciąż żyły we mnie emocje wywołane lekturą Gron gniewu. Przez lata pamięć o tych gwałtownych uczuciach zblakła, a ja sam dorosłem do zrozumienia uniwersalnego przekazu powieści i nauczyłem się doceniać powolnie rozwijające się sagi rodzinne, których bohaterów poznajemy do trzeciego pokolenia wstecz. Towarzyszymy im krok w krok, znamy ich każdą myśl i uczynek – co więcej, po drodze równie dogłębnie poznajemy każdą osobę, z którą się zetkną, szczególnie jeśli wywrze ona jakiś wpływ na ich losy. U Steinbecka poznajemy w ten sposób dzieje rodzin Trasków i Hamiltonów – a każda z nich reprezentuje inne podejście do życia. Adam Trask, porzucony przez żonę, jest zgorzkniały i zamknięty w sobie, zaniedbuje swoich synów, Samuel Hamilton zaś jest marzycielem i wynalazcą, głodnym wiedzy i przeżyć. Ich znajomość, przeradzająca się w głęboką przyjaźń, obfituje w dramatyczne momenty, filozoficzne dyskusje, a nawet rękoczyny. Równocześnie z budzeniem się Adama do życia obserwujemy dojrzewanie jego synów Arona i Kaleba, poznajemy wiernego Li, który z oddaniem opiekuje się Traskami i śledzimy życiowe perypetie Hamiltonów. Przewija się też wątek złowrogiej Kathy, żony Adama. Wszystko zmierza ku tragicznemu finałowi.
Wielką zaletą powieści Steinbecka jest szlachetny język – piękny i precyzyjny, bez śladów przegadania, pozostawiający mnóstwo miejsca wyobraźni czytelnika. Opisy przyrody znakomite, plastyczne i nie nudne. Wiele najdramatyczniejszych momentów – jak choćby narodziny Li – jest zarysowanych zaledwie kilkoma zdaniami, ale tak, że nie można się uwolnić od myśli od nich. Nie wiem, czy jakiś współczesny nam autor znalazłby dość sił, by powściągnąć się przed krwawym i pełnym anatomicznych szczegółów opisaniem okrutnej śmierci matki chińskiego służącego, czy darowałby sobie detaliczne przedstawienie wszeteczeństw czekających na klientów w domu publicznym albo wstrząsającego pierwszego spotkania Arona z matką. Steinbeck to potrafił. Miał też poczucie humoru (cudna opowieść o Oliwii Hamilton w samolocie).
Nudziły mnie niegdyś liczne rozważania autora o życiu, dziejach, cnocie i grzechu, łącznie z kluczowym dla całego utworu wywodem o znaczeniu pewnego biblijnego passusu. Teraz wszystkie wchłonąłem, uznając ich mądrość i uniwersalność. Weźmy choćby taki fragment: „Rodzaj ludzki jest jedynym rodzajem twórczym i posiada jedyne twórcze narzędzie: indywidualny umysł i duch człowieka. Nic nigdy nie zostało stworzone przez dwóch ludzi. [...] Obecnie siły skupione wokół koncepcji grupy wydały eksterminacyjną wojnę owemu skarbowi – umysłowi ludzkiemu. Za pomocą zniewag, morzenia głodem, represji, narzuconego kierowania, ogłuszających ciosów młota, nakazów, ściga się, krępuje, stępia i otumania wolny, niezawisły umysł. [...] I w jedno wierzę: że wolny, badawczy umysł jednostki jest najcenniejszą rzeczą na świecie. Będę o to walczyć: by umysł miał możność podążać, niekierowany, tą drogą, jaką zapragnie. A przeciw temu muszę walczyć: przeciwko każdej idei, religii czy rządowi, które ograniczają lub niszczą jednostkę”. W latach pięćdziesiątych odnosić to można było do reżimów totalitarnych, dziś – w zmienionej sytuacji politycznej –  te słowa wciąż są aktualne, niestety. I na tym polega ponadczasowość Na wschód od Edenu. Nie jest to też żadne nudziarstwo, gdyby ktoś miał wątpliwości. Prawdziwa krwista powieść. „Takich książek, takich arcydzieł dziś się nie pisze”, stwierdziła The_Book przy okazji omawiania Gron gniewu. I miała rację. Czytajcie Steinbecka!

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Tagi | 77 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (III): Maria Dąbrowska, cz. 2

Wydawało się, że zakończenie pracy nad przekładem dziennika Samuela Pepysa zakończy zmagania Marii Dąbrowskiej z tym tekstem. Okazało się jednak, że to dopiero początek...

Przed kilku dniami byli u nas Kornaccy. Pojechałam z nimi do Kuryluka [dyrektor PIW-u], by się dowiedzieć o Pepysa. Otóż od siedmiu miesięcy ten rękopis leży zamrożony – rzecz w moim życiu pisarskim niebywała. Wszystkie moje rzeczy zaczynały się składać na drugi dzień po przyniesieniu rękopisu. Takie nieduże książki jak „Rozdroże”, „Moja odpowiedź”, „Ręce w uścisku” wychodziły gotowe z druku w ciągu trzech tygodni. [...] Jakież to było zawrotne tempo w porównaniu z dzisiejszych „przekraczaniem norm”, „współzawodnictwem pracy” etc. [31 III 1950].
***
Okładka I wydania, 1952 rok.
Zeszłego piątku [...] nagle przynieśli z PIW-u całą aż do końca korektę Pepysa – 200 szpalt! [...] Do dzisiejszego dnia zrobiłam dopiero 76 szpalt korekty Pepysa. Praca jest prawdziwie ciężka, chociaż błędów zecerskich mało. Ale raz jeszcze sprawdzam cały tekst przekładu z pełnym wydaniem oryginału i w oryginale podkreślam wszystkie zdania, które tłumaczyłam. Przedłuża to trwanie korekty z jakie dwa razy i jest bardzo nużące, ale to jest konieczne. Skoro to jest wybór, musi istnieć egzemplarz oryginału, gdzie każdy, kto zechce, może sprawdzić, co wybrałam i przełożyłam.
Poprawiam też i sporo niedokładności przekładu. Składnia Pepysa jest tak dowolna, przypadkowa, różnolita, że często sens zdania pozostaje dwuznaczny dla najlepszego znawcy angielszczyzny. A cóż zrobić ze zdaniami, gdzie każde słowo jest w innym języku i nadto użyte w złej liczbie, złym przypadkiem i nieortograficznej pisowni. Myślę, że wybrnęłam z tego wszystkiego, jak mogłam najlepiej, ale nie jestem zadowolona. No, i żyję teraz całkiem jak pustelnica – nigdzie nie wychodzę. Ślęczę [16 II 1951].
***
Przy tej herbacie poznałyśmy niezwykle uroczego muzykologa [Mieczysława] Tomaszewskiego, dyrektora Filharmonii Bydgoskiej [...]. Otóż ten czarujący młody człowiek zna doskonale muzykologiczną stronę „Dziennika” Pepysa, pytał mnie, jak sobie z tym dałam radę. Powiedziałam, że starałam się tłumaczyć z tej dziedziny to, co, jak mi się zdawało, dobrze i trafnie zrozumiałam. Ale zdjęła mnie trema, ile złego mogą znaleźć w moim przekładzie odpowiedni znawcy tylu poruszanych przez Pepysa dziedzin [28 II 1951].
***
Zaczęłam pisać powieść, już na czysto, od razu w czterech egzemplarzach, ale utknęłam na czwartej stronicy i dalej ani rusz. Co mnie też do rozpaczy doprowadza. Wyszedł wreszcie „Dziennik” Pepysa, ale nie miałam z kim podzielić radości. Mało się też jakoś ucieszyłam, za długo na to czekałam. Trzy dni czytałam to, wyszukując błędów, znalazłam dużo, często rzeczowych, choć zdawało się, że tak wszystko sprawdzone. [...] Pan Szrojt [redaktor z PIW-u] mówi, że na jesieni będą robić nowe wydanie i już przygotowują poprawki. Zdziwiłam się, że tak prędko nowe wydanie, a on na to: „Pani nie ma pojęcia, jakie jest zainteresowanie tą książką” [20 VII 1952].
***
Okładka II wydania, 1954 rok.
Przez dwa tygodnie, pracując bez wytchnienia całymi dniami, przygotowywałam do druku nową redakcję pierwszego tomu Pepysa. Zwiększyłam wybór prawie dwukrotnie. Mowy nie było, żeby nowe teksty dodać osobno ze wskazówkami, gdzie je włączyć. Poplątaliby wszystko. Musiałam cały pierwszy tom pozamieniać w wycinki, wszystko wraz z kolejno dodawanymi nowymi tekstami ponalepiać na arkuszach papieru. Była to precyzyjna robota, wymagająca wielkiego skupienia i przytomności, żeby się samej nie pomylić. Brodziłam wprost w skrawkach papieru, umazana klejem, odchodziła tylko na krótkie posiłki, Frania patrzyła na mnie z ubolewaniem i trochę jak na wariatkę. W czasie tego zmagania się z Pepysem odwiedził mnie Jurek i zachwycał się, że ta gorączkowa robota wspaniale robi mi na wygląd i samopoczucie [22 X 1953].

Drugie, znacznie poszerzone wydanie „Dzienników” Pepysa ukazało się w 1954 roku i doczekało się dwóch wznowień, ostatniego w 1978 roku.

Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 3–4, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988.


Tagi , , | 24 Komentarzy

„Jest to dotkliwość, ale do zniesienia”
(Władysław Bartoszewski, „Dziennik z internowania”)


W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku kilka tysięcy osób w całej Polsce zostało koło północy brutalnie wyrwanych ze snu. Milicjanci i zomowcy zabierali działaczy Solidarności, opozycji demokratycznej, a nawet niektórych członków władz – wszystkich, którzy w świetle dekretu o stanie wojennym mogli prowadzić „antypaństwową” działalność. Postanowiono ich internować – odizolować w specjalnych ośrodkach od reszty społeczeństwa. Zatrzymani nie mieli pojęcia, co ich czeka, co będzie z nimi i ich rodzinami – dramatyczne wspomnienia z tamtej nocy mówią o oczekiwaniu na egzekucję, o odbieraniu matkom, często jeszcze karmiącym, ich dzieci.

Wśród internowanych znalazł się Władysław Bartoszewski, właściwie od końca wojny inwigilowany przez służbę bezpieczeństwa z powodu swych poglądów, w okresie Solidarności zaś sympatyzujący z nowym ruchem społecznym i zaangażowany w pomoc więźniom politycznym. Początkowo umieszczono go w areszcie na warszawskiej Białołęce, by po kilku dniach wraz z kilkoma innymi osobami przewieźć (helikopterami!) do ośrodka odosobnienia w Jaworzu na Pomorzu. Ośrodek był pokazowy, stworzono tam internowanym lepsze warunki niż w innych miejscach, dano nieco więcej swobody, co nawet wywoływało protesty, gdyż uwięzieni działacze słusznie uznawali takie różnicowanie za sposób na wywołanie podziałów wśród opozycjonistów. Tam Bartoszewski zaczął spisywać dziennik.

Obejmuje on okres od 15 grudnia 1981 roku, kiedy warszawska grupa internowanych (m.in. Halina Mikołajska, Anka Kowalska, Andrzej Szczypiorski) dotarła do Jaworza, do 19 kwietnia 1982 roku, kiedy Bartoszewskiemu udzielono urlopu, a kilka dni później zwolniono. Jako źródło historyczne dziennik Bartoszewskiego jest cenny, jako lektura jednak trochę zawodzi. Poza pierwszym, dłuższym zapisem z kilku pierwszych dni uwięzienia reszta notatek jest lakoniczna i mocno skrótowa – z obawy przed wpadnięciem dziennika w niepowołane ręce. Kogo dowieziono, kogo wywieziono, kto poszedł na urlop, kto zachorował. Listy, paczki, odwiedziny, nabożeństwa. Sposoby wypełniania czasu: monodram Mikołajskiej, wieczorki poetyckie, wykłady, nauka. Strzępy informacji z kraju i ze świata. Życie towarzyskie: rozmowy, wieczorne spotkania. Pozwala to sobie wyrobić ogólny pogląd na tryb życia w ośrodku, brakuje jednak bardzo osobistych refleksji i wrażeń, trudno też na jego podstawie odtworzyć kształt społeczności internowanych.

Władysław Bartoszewski wybrany został przedstawicielem internowanych jako najbardziej doświadczony w życiu więziennym, doskonały organizator i mediator. Jego spokój udzielał się wszystkim, pomagał znosić utratę wolności; w swych życzeniach podczas wigilii tak mówił o uwięzieniu: „Jest to dotkliwość, ale do zniesienia. Najważniejsze jest nie to, jak długo się siedzi, ale jak to się przyjmuje, jakie temu towarzyszą motywacje i jaki widzi się sens własnych działań”. Wyrazem sympatii do Władysława Bartoszewskiego jest reprodukowana księga jubileuszowa, wręczona mu z okazji 60 urodzin i 40 rocznicy pracy pisarskiej. Wypełniają ją wpisy współwięźniów: życzenia, wiersze, wspomnienia, żarty. Do najciekawszych należą wspomnienia Tadeusza Mazowieckiego, wiersze Witolda Woroszylskiego, a perłą humoru jest poemacik Andrzeja Drawicza poświęcony kameralnym przyjęciom u jubilata, skomponowanym „z chlebka, serka, cebulki na podkładzie masełkowym lubo też margarynkowym, szmalczyku, rybki yakiey a zwłaszcza NIEPORÓWNANEY PASTY OGÓLNOWOYSKOWEJ”. Materiały te w pewnym stopniu rekompensują suchość zapisek dziennika i pozwalają nieco głębiej zajrzeć w życie w Jaworzu. Obraz ten uzupełniają reprodukcje pocztówek i listów kierowanych do Władysława Bartoszewskiego przez przyjaciół i znajomych (wszystkie z obowiązkowym stemplem „Ocenzurowano”) oraz plakatów zapraszających na imprezy organizowane przez internowanych.

Władysław Bartoszewski, Dziennik z internowania. Jaworze 15.12.1981–19.04.1982, przedmowa Andrzej Friszke, Świat Książki 2006.

Tagi , | 16 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (II): Maria Dąbrowska

W latach 1947–1949 Maria Dąbrowska zajmowała się przekładem dziennika Samuela Pepysa (1633–1703), syna londyńskiego krawca, który dzięki zdolnościom i licznym koligacjom szybko awansował w hierarchii urzędniczej. Od roku 1660 do 1669 prowadził dziennik, pisany wymyślonym przez siebie systemem stenografii. Tekst udało się odcyfrować dzięki znalezionemu w papierach Pepysa kluczowi dopiero na początku XIX wieku. Pełny tekst, w dziesięciu tomach, ukazał się w latach 1893–1899.
Dąbrowska zaczęła czytać dziennik Pepysa podczas wojny wraz z Anną Kowalską, która miała go początkowo tłumaczyć. Zmagania z pracą przedstawiała we własnym dzienniku.

Maria Dąbrowska.
Przez parę dni siedziałam kamieniem nad Pepysem, a przemachałam zaledwie 100 stron [27 VI 1947].
***
Pepys do obiadu, ale idzie jak po grudzie. Śmieszne. Iwaszkiewicz nie chciał wierzyć, że ja to tłumaczę wprost z książki na maszynę. Ależ ja pierwsze bruliony wszystkiego piszę na maszynie, a cóż dopiero przekładu [31 XII 1947].
***
O jedenastej zepsuła się maszyna. St. szedł właśnie do miasta, więc wziął ją do naprawy. Będzie gotowa za tydzień. Pepysa pisałam dziś ręką, co idzie znacznie wolniej i zużywa więcej papieru [6 II 1948].
*** 
Dręczy mnie, że nic od powrotu nie zrobiłam i że w ogóle te półtora miesiąca stracone są dla pracy. Pepys tak się opóźnia, że w końcu nie będzie można go wydać z powodu narastającej wrogości regime'u do Anglosasów.
***
Do dwunastej i pół siedzę nad Pepysem. Nuży mnie już ta praca. W dodatku kiedy go kończę – przychodzi mi na myśl, że powinnam go była tłumaczyć całkiem nowoczesnym językiem [20 II 1948].
***
Mimo wizyty Elżuni i dwu wyjść z domu skończyłam dzisiaj Pepysa. Ale nie puszczę go w świat, póki nie przeczytam więcej materiału o Pepysie. Boję się popełnić zbyt wielu [sic!] gaf [23 IV 1948].
***
Wczoraj do drugiej w nocy siedziałam nad przedmową do Pepysa, którą skończyłam [19 IV 1949].
***
Od poniedziałku 2 maja siedziałam co dnia do 2 w nocy, by wreszcie dla Kuryluka [ówczesny dyrektor PIW-u] przysposobić do druku część przynajmniej „Dziennika Pepysa”. Przerobiłam i skończyłam przedmowę i zrobiłam dwa pierwsze lata. We wtorek zaniosłam mu rękopis, a wczoraj zawarłam z nim umowę. Nie wiem, jak robić dalej, gdyż dla skończenia tego zmuszona będę odłożyć własną książkę, co mnie bardzo smuci. Potrzebowałabym na tego Pepysa dwa miesiące czasu po 10 do 12 godzin na dobę, ale nie wiem, czy będę mogła przez tyle czasu bez przerwy tak intensywnie pracować. Ze zdrowiem czuję się znów gorzej [5 V 1949].
***
Cały ten tydzień przygotowywałam 1663 rok „Dziennika Pepysa”. Dziś o pierwszej w nocy wreszcie to skończyłam. Ale co dzień siedziałam do 2, a nawet 3 w nocy. Przeważnie kładłam się, kiedy już było jasno [2 VI 1949].
***
Ostatnie dwa tygodnie sierpnia pracowałam po 10 godzin na dobę i 29 sierpnia o 1 w nocy skończyłam „Dziennik Pepysa”. Natychmiast wysłałam rękopis i otrzymałam od Kuryluka depeszę z podziękowaniem [6 IX 1949].

Oddanie maszynopisu do wydawnictwa nie oznaczało jednak dla Marii Dąbrowskiej ani końca pracy, ani końca kłopotów z tekstem, dlatego ciąg dalszy nastąpi.

Cyt. za: Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 3, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988. 

Tagi , , | 10 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.