Archiwum marca 2012

„Przeżyłam wielką godzinę”

5 października 1970 roku Teatr Telewizji pokazał „Cudzoziemkę” według powieści Marii Kuncewiczowej w reżyserii Jana Kulczyńskiego. Halina Mikołajska zagrała Różę:
doświadczoną przez życie, a zarazem niepogodzoną z losem; nieznośną, choć uroczą; zgorzkniałą, ale głęboko autoironiczną postać o literackiej i historycznej proweniencji – wyposażoną w rozliczne konteksty biograficzne i narodowe, brzemię kresowych losów i potężny bagaż wspomnień. [...] aktorka w postaci Róży te wszystkie kwestie i konteksty wydobywała nie tylko słowem, ale przede wszystkim akcentem, spojrzeniem, mimiką. Budowała klimat rozżalenia i nostalgii, okazując przy tym i despotyczną siłę, i liryczną rezygnację.
Halina Mikołajska z Czesławem Wołłejką
w Dawnych czasach Pintera, Teatr
Współczesny, 1972 rok. W Cudzoziemce
Wołłejko zagrał Adama, męża Róży.
Kreacja Mikołajskiej wzbudziła wzruszenie i zachwyt Marii Kuncewiczowej. Marian Brandys wspominał, że po emisji zadzwoniła do aktorki: „Dokonała pani cudu, wskrzesiła pani moją matkę!”. Być może to nie był telefon, tylko telegram nadany przed północą tego samego dnia z Kazimierza Dolnego: „Gorąco dziękuję za Różę. Kiedy zobaczę Panią powiem więcej. Przeżyłam wielką godzinę. Kuncewiczowa”.
Swoje wrażenia pisarka dokładniej przedstawiła w „Fantomach”:
Na ekranie ruch, ktoś wchodzi, twarzy nie widać. Kapelusz. Czyjś głos z cudzoziemskim przyśpiewem. Krew odpływa mi z policzków; ja znam ten kapelusz  i ten głos. Kobieta zdejmuje kapelusz, mówi, telefonuje... Halina Mikołajska niesie siwą głowę nad czarnym szalem od przedmiotu do przedmiotu, od sprawy do sprawy [...] głos szemrze, unosi się, opada, szepce, znam tę wąską wargę górną – ach, jak znam – kiedy się rozciąga w gniewie i kurczy w uśmiechu...
Nie tylko autorka „Cudzoziemki” była zachwycona. Wyrazy podziwu płynęły zewsząd, od przyjaciół i od widzów. Szczególnie poruszające były listy od tych, którzy w losach Róży rozpoznawali własne życie:
Kochana Pani, jestem tak tą sztuką przejęta, że nie mogę spać, tak spłakałam się, że nigdy tak nie płakałam na żadnym filmie ani teatrze, bo nie dotyczyło to bezpośrednio mojego życia, a ta sztuka to zupełnie jak moje życie. [...] Urodziłam się w ZSRR w roku 1926 z rodziny zamożnej polskiej. [...] było dobrze póki nie nastała kolektywizacja w 1929 r., ojciec nie chciał oddać majątku na rzecz państwa, za to nas wywieźli na Kaukaz [...]. Tam ojciec zmarł z głodu i brat. Pamiętam jak ojciec pragnął zobaczyć chociaż grudkę ziemi polskiej, a tak wychwalał Polaków, że taki dobry naród i taki zgodny [...]. Wyszłam za mąż za Polaka, jaki mnie chciał, nie z miłości tylko aby za Polaka. Okazało się, że popełniłam wielki błąd, za który pokutuję ja i moje dzieci. Mnie ile razy wyzywał od kacapki mąż i obce ludzie. [...] Pytam się gdzie ten naród, co mój ojciec tak chwalił pod niebiosa.
Rola Róży została uznana przez czytelników tygodnika „Radio i Telewizja” za najwybitniejszą telewizyjną kreację aktorską roku 1970. 


Informacje i cytaty za: Joanna Krakowska, Halina Mikołajska. Teatr i PRL, W.A.B. 2011, s. 308–310.

Tagi , , | 21 Komentarzy

"Zupełnie chybiona powieść"

Maria Kuncewiczowa w swoim gabinecie. 
Interesującą opinię o „Cudzoziemce” Marii Kuncewiczowej znajdujemy w dzienniku Marii Dąbrowskiej, która nie szczędziła koleżance po piórze i jej dziełu złośliwości.
9 stycznia 1936 roku, czwartek
[...] Czytam teraz „Cudzoziemkę” Kuncewiczowej. Po „Przymierzu z dzieckiem” dużo więcej się po niej spodziewałam. Zawód na całej linii. Karykaturalne reminiscencje motywu Barbara – Toliboski. Postać Róży melodramatyczna – umiera jak w złej operze. Wszystkie postacie antypatyczne, nie budzą ani współczucia, ani zadowolenia artystycznego. 
10 stycznia 1936 roku, piątek
Do obiadu czytam „Cudzoziemkę”, bo jestem w zbyt marnym usposobieniu, żeby coś robić. Zupełnie chybiona powieść. I jak można oprzeć cały temat na koncercie skrzypcowym Brahmsa, gdy istnieją arcydzieła muzyki, które rzeczywiście mogą odgrywać decydującą rolę w życiu człowieka. Cała też „muzyczna” strona utworu bardzo nudna. Któż słyszał aż tak rozpadać się nad Brahmsem. „Brahms wszystko wie” – cóż pozostaje w takim razie dla Beethovena, Chopina, Mozarta? [...]

Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 2, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988, s. 129–130.



Tagi , | 20 Komentarzy

„Ta kobieta piekło nosi ze sobą”

Maria Kuncewiczowa, Cudzoziemka, Wydawnictwo Lubelskie 1989.

„Cudzoziemka” Marii Kuncewiczowej to znakomity portret kobiety nieszczęśliwej, tak zajadłej w swej złości na świat i ludzi, że życie wszystkich chciałaby uczynić takim samym piekłem jak to, które ją dręczy.
Róża, zdradzona przez swą pierwszą miłość, rozgoryczona zmarnowanym talentem muzycznym, zagniewana z powodu wyrwania z Rosji, gdzie się urodziła i wychowała, i przeniesienia do Polski, gdzie uważana była za cudzoziemkę i czuła się cudzoziemką, odczuwa pragnienie zemsty za swój ból i porażki. Niewierny Michał w jej oczach reprezentował nie tylko cały ród męski, który należało deptać i cynicznie wykorzystywać, ale także polskość, którą odrzucała i z której szydziła. Swego męża, Adama, traktuje z pogardą, niecierpliwią ją i drażnią jego czułości, irytuje brak zaradności i ambicji. To Róża wymusza na nim, by przyjmował kolejne stanowiska – a potem wypomina mu, że wszystko zawdzięcza wyłącznie jej, że gdyby nie ona, pracowałby w prowincjonalnej szkole za marną pensyjkę. Rodzina żyje w stałym lęku przed rozgniewaniem matki, urażeniem jej – Róża dostaje wtedy ataków nerwowych, zamyka się, nie bierze udziału w życiu rodziny. Wzbudza tym w mężu i dzieciach tak ogromne poczucie winy, że szybko się uczą odgadywać jej pragnienia, zamiary, zaspokajać kaprysy. Wychowane w takiej atmosferze dzieci nie uwalniają się od matki nawet jako dorośli ludzie. Na syna przelała swe pragnienia i plany, skutecznie odstręczyła go od kobiet – Władyś bał się, że trafi na dziewczynę podobną do Róży. Lękał się matki, a równocześnie fascynowała go jako istota tajemnicza i wroga. W skrytości marzył o kobiecie czułej i uległej, wręcz nijakiej i z taką się ożenił. Róża zatruła też dzieciństwo córki, niekochanej, odrzucanej, odcinanej od świata – Marta zbyt przypominała Róży ojca, za dobre miała z nim stosunki, nazbyt się kochali. Udało się to zepsuć, nieodwracalnie zmienić, zagarnąć dziewczynę dla siebie.
„Ta kobieta piekło nosi ze sobą” – skarży się żona Władysława, której teściowa zatruwa życie. Z każdą przeczytaną stroną zapuszczamy się coraz głębiej w to piekło lęków, uprzedzeń, marzeń i ambicji z poprzetrącanymi skrzydłami. Obserwujemy Różę w różnych momentach jej życia – w przeszłości i teraźniejszości, z każdą stroną lepiej wnikamy w jej motywy, poznajemy kolejne elementy biografii, przeżycia drobne i bardziej znaczące, które kazały jej postępować tak, a nie inaczej.
„Cudzoziemka” zrobiła na mnie duże wrażenie. Róża wzbudzała niechęć, później politowanie, ani odrobiny sympatii czy współczucia. Sympatii i współczucia nie wzbudziły też we mnie pozostałe postacie: mąż, syn, córka – manipulowane, dostosowujące się do każdego kaprysu Róży, uległe, zgadzające się na pogardę i złośliwości, jakich im żona i matka nie szczędziła. Słabiej według mnie wypadło zakończenie, gdy bohaterka spojrzała w otchłań własnej nienawiści do ludzi i świata – i sama się jej przeraziła, pojęła ogrom krzywdy, jaką wyrządziła i sobie, i innym. Zmiana tonu powieści jest zbyt raptowna, trudno było mi się przestawić z Róży kłującej na Różę próbującą pogodzić się ze światem, drażnił też trochę melodramatyczny ton ostatnich scen.
Mimo to powieść Marii Kuncewiczowej jest świetna, nasycona gwałtownymi emocjami, wzbudza takież reakcje u czytelnika – raz chce się udusić Różę, raz potrząsnąć jej najbliższymi, którzy ulegając żonie i matce, skrzywdzili i ją, i siebie. Bez wątpienia jest to jeden z najlepszych portretów kobiecych w literaturze polskiej, wnikliwy, ostry, zaskakująco nowoczesny, a przecież powieść ukazała się ponad 85 lat temu – czas jej nie zaszkodził.


Tagi | 36 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (VI): Małgorzata Musierowicz, cz. 3

Rozmaite rzeczy mogą przeszkadzać w napisaniu kolejnej powieści. Kiedy jednak w proces twórczy wda się Historia, to jest naprawdę ciężko. Małgorzata Musierowicz tak wspominała powstawanie Opium w rosole:
W 1980 roku „Nasza Księgarnia” podpisała ze mną umowę „na niewidziane” (to znaczy – na kolejną powieść), na podstawie bardzo prowizorycznego konspektu. Otrzymałam zaliczkę, którą natychmiast wydałam, po czym niespodziewanie nastał czerwiec 1980, kiedy to przekonałam się z zaskoczeniem, że udało nam się z panem Musierowiczem powołać do życia kolejnego obywatela PRL, więc straciłam chwilowo zapał do pisania, zastanawiałam się tylko, co będzie dalej z nami wszystkimi i jak ja sobie w ogóle dam radę. Rychło nastał sierpień ‘80, a po nim – kolejne, znane skądinąd, historyczne wydarzenia. Emilka urodziła się dokładnie 12 lutego 1981, w dzień dojścia generała Jaruzelskiego do pełnej władzy, o którym to fakcie politycznym dowiedziałam się od mej sąsiadki-położnicy, przeklinającej opodal, na łóżku ustawionym w korytarzu, tuż obok mojego łóżka (sąsiadka miała przy uchu radio tranzystorowe).
Termin oddania powieści trzeba było przełożyć o pół roku, potem o rok, bo okazało się, że z trojgiem dzieci jest jednak bardzo dużo roboty. I tak nastał grudzień ‘81, stan wojenny, a ja wciąż nawet nie zaczęłam pisać powieści.
Pominę tu przykre opisy przykrego okresu, powiem tylko, że po raz pierwszy od bardzo dawna nie mogłam w tamtych dniach wykrzesać z siebie choćby odrobiny radości życia.
Straciliśmy przyjaciela, ojca Honoriusza, dominikanina. Zginął w tajemniczym wypadku. [...]
Przestałam móc pisać cokolwiek.
Gotowy tekst pierwszej wersji Opium w rosole oddałam w „Naszej Księgarni” dopiero w 1983 roku. Zamiast zamówionej wesołej powieści współczesnej dla młodzieży, przedstawiłam coś, co przypominało „Biuletyn Informacyjny” pełen oskarżeń i buntu. Historyjka o dziewczynce, zapraszającej się do obcych ludzi na obiadki, usłyszana od koleżanki-plastyczki, posłużyła mi za pretekst do przywalenia z najgrubszej rury. Wojsko na ulicach, nasza bezradność, wszyscy moi bohaterowie siedzą w pudle, ci znów internowani i tak dalej. Ulżyłam sobie: proszę bardzo, miała być powieść – jest powieść, ale niech się nikomu nie wydaje, że ja nie napiszę całej prawdy! Umowy dotrzymałam, a teraz możecie tej książki nie wydać!
Danka przeczytała maszynopis, zawołała mnie do siebie, popatrzała boczkiem. – Um, bardzo ciekawe – powiedziała delikatnie – szkoda tylko, że to nie jest dobra książka.
– Nie jest dobra?!
– Nie. To jest okropnie deklaratywne i zgrzytliwe. Poza tym, nie musisz krzyczeć na cały głos, powiedz prawdę – ale ciszej.
I tyle.
Zabrałam maszynopis i zaczęłam się nad nim męczyć. Doszłam do wniosku, że Danka, jak zwykle, ma sto procent racji – trzeba to wszystko pokazać z innego punktu widzenia, z punktu widzenia dziecka. Geniusia powinna obserwować to wszystko, ale nawet nie komentować – tylko po prostu z tym żyć. I takie właśnie oskarżenie bez oskarżenia wyszło mi nagle zupełnie dobrze. Nagle coś dobrego stało się z tą książką. Być może coś dobrego stało się też i ze mną, bo przecież pisałam to Opium aż pięć lat! tak jest – przerabiając wszystko od początku do końca, jak to już było w moim zwyczaju i w czym zaczynałam nawet znajdować przyjemność – tyle że tym razem „Nasza Księgarnia” nie popędzała. Termin oddania powieści przesunięto.
No, ale wreszcie trzeba było jednak oddać maszynopis. Miałam go już zresztą dość. Strasznie się nad tą książką namęczyłam, jak nad żadną inną. Może bym i bawiła się jeszcze dłużej w to pisanie i poprawianie, ale okazało się nagle, że w tym zapracowaniu i roztargnieniu udało nam się z panem Musierowiczem sprowadzić z niebytu jeszcze jednego obywatela PRL. Bolesław Honoriusz Musierowicz urodził się dokładnie l listopada 1985 i nie miałam już głowy do pisania, przynajmniej na najbliższe trzy lata, bowiem wyszło na jaw, że z czwórką dzieci to jest dopiero dużo roboty.
Małgorzata Musierowicz, Tym razem serio, Akapit Press 1994, s. 77–78.

Tagi , | 54 Komentarzy

Dużo gadania i biegania

M.P. Kozlowsky, Juniper Berry i tajemnicze drzewo, tłum. Anna Papiernik, Wydawnictwo Esprit 2011.

M.P. Kozlowsky miał niezły pomysł na powieść. Jedenastoletnia Juniper Berry jest córką pary gwiazd filmu. Mieszka w wielkiej rezydencji, stale oblężonej przez tłumy wielbicieli i wścibskich fotografów. Dziewczynka skazana jest na samotność: rodziców pochłania praca, a ona sama odcięta jest od świata i kontaktów z rówieśnikami. Jakoś by to wszystko zniosła, gdyby nie dziwne i niepokojące zmiany w zachowaniu rodziców, którzy przestają zwracać uwagę na córkę, stają się odlegli i coraz bardziej agresywni. Juniper próbuje wyjaśnić, skąd ta odmiana, a pomaga jej poznany podczas jednej z wędrówek po rozległym parku Giles. Mieszka w sąsiedniej rezydencji i jego opiekunowie od pewnego czasu też przestali być sobą. Ślady prowadzą do dziwnego drzewa, którego korzenie skrywają przejście do tajemniczego podziemia.
Sam pomysł to jednak nie wszystko. Kozlowsky niestety nie umiał nadać mu odpowiednio atrakcyjnej formy. Do połowy książki nie dzieje się niemal nic: poznajemy tryb życia Juniper i jej rodziców, uczestniczymy w kolejnych próbach nawiązania kontaktu z matką i ojcem, obserwujemy rozwój przyjaźni z Gilesem. Młodociani bohaterowie snują się po parku, rozmawiają, szukają śladów – a czytelnik poziewuje i liczy, że może jednak coś w końcu zacznie się dziać. Wreszcie Juniper i Giles wpadają na to, by powiązać dziwne zachowanie dorosłych z usychającym drzewem, na którym przesiaduje kruk. Wkraczają do mrocznego podziemia i... No i właśnie nic. Autor grzęźnie w opisach mających zapewne wprowadzać nastrój niesamowitości. Mnie wprowadziły jedynie w irytację, gdyż okazały się nie mieć żadnego znaczenia dla fabuły. Demoniczny Skeksyl odpowiadający za utratę osobowości przez państwa Berry lubuje się w przydługich przemowach i dziwnie łatwo daje się wyprowadzić w pole. Finał przyniósł rozczarowanie: dużo gadania i biegania, armia upiorów broniących podziemia wyje w korytarzach i na wyciu poprzestaje. Żadnego napięcia, żadnej grozy, bardzo nierówne tempo, nieinteresujący bohaterowie, mdły styl. Szkoda, mogła z tego wyjść naprawdę niezła historia. Harry Potter i Flawia de Luce mogą spać spokojnie – ich pozycji ulubionych jedenastoletnich bohaterów literackich Juniper Berry nie zagrozi.

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu Esprit.

Tagi , | 14 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (V): Małgorzata Musierowicz, cz. 2

Po wydaniu debiutanckiej powieści Małgorzata Musierowicz napisała kolejną książkę, Szóstą klepkę, i złożyła ją w Naszej Księgarni. I wtedy okazało się, że to nie jest dobry tekst, ale można nad nim popracować.
Pojechałam więc, obolała wewnętrznie po tej wewnętrznej recenzji. Spałam w Ursusie, u Cioci Luci, która gorąco, jak zwykle, przeżywała nowe wydarzenia w moim życiu. Nazajutrz, nakarmiona śniadankiem i ucałowana przez przejętą Ciocię, ruszyłam na ulicę Spasowskiego (dziś: Smulikowskiego) na Powiślu. We wskazanym mi pokoiku podniosła się na mój widok drobna, szczuplutka pani o ciemnych włosach i mądrej, z lekka ironicznej twarzy, ubrana niezwykle elegancko i prosto zarazem, pachnąca perfumami „Je reviens”. Była to właśnie Danuta Sadkowska, mój Dobry Duch, człowiek opatrznościowy, opiekunka i wieloletnia przyjaciółka – o czym naturalnie jeszcze wtedy nie miałam zupełnie pojęcia. Stałam onieśmielona i mocno wystraszona, dopóki pani Danuta Sadkowska nie uśmiechnęła się do mnie. Wtedy od razu pojęłam, że nie zostanę zjedzona, usiadłam i postanowiłam, że zrobię dla tej kochanej istoty wszystko, czego zażąda.
Zażądała wielkiego wysiłku. Powiedziała, że moje wypieszczone dzieło jest, owszem, chwilami niezłe (Kochana!), ale że trzeba wiele wyrzucić i wiele zmienić. Czy się zgadzam?
Oczywiście.
Wtedy pani Sadkowska podniosła słuchawkę i poprosiła jakąś Elżbietę. Już po chwili w drzwiach stanęła promienna, opalona blondynka, znajdująca się w stanie bardzo wyraźnie błogosławionym. Była to moja druga przyszła przyjaciółka i Dobry Duch, czyli redaktor Jasztal-Kowalska.
Razem wzięły mnie w obroty. Zażądały ode mnie ciężkiej pracy i mówiły mi rzeczy nieprzyjemne. Ale mówiły mądrze i ukazywały sposoby poprawy. Przekonały mnie natychmiast, że powinnam przede wszystkim być sobą, nikogo nie naśladować, nie starać się nikomu dorównać, zapomnieć o obowiązujących modach. Być sobą – i pisać. Tak? – hm. Tak, to mi się podobało.
To moje Dobre Duchy wymyśliły, że akcja Szóstej klepki powinna rozgrywać się w Poznaniu, a nie w jakimś wymyślonym mieście, one mi doradziły, by w tekście pojawiało się dużo realiów, odnoszących go do współczesności, one zażądały, bym nie stawiała żadnych tam humorowi i śmiesznym pomysłom. One kazały mi – pisząc – myśleć o ludziach, których lubię. I wreszcie to one postanowiły, że powieść Szósta klepka powinna być adresowana wyraźnie do dziewcząt.
Tak, że właściwie wszystko, co zdarzyło się potem, jest przede wszystkim ich – Dobrych Duchów – zasługą.
[...] przerobiłam Szóstką klepkę od początku do końca, czyli, krótko mówiąc, napisałam ją od nowa, po czym posłałam maszynopis do Danki i Elżbiety. One zaś stwierdziły, że wszystko jest OK, tylko że trzeba by jeszcze przerobić parę rzeczy. No, dobrze. Przerobiłam więc, ale w trakcie tej pracy okazało się niespodziewanie, że w pewnych dziedzinach życia jestem Perfekcjonistką oraz wręcz Pracowitą do nieprzytomności Pszczółką. Danka i Elżbieta kazały mi przerobić tylko to lub owo, ja zaś z rozmachu przerobiłam po prostu wszystko, raz jeszcze od początku do końca. Zabrały mi wreszcie ten tekst, wyrwały mi go z zębów po prostu – i poszło do druku. [...]
Dostałam drugie miłe honorarium literackie i kupiliśmy pralkę Candy. [...]
Małgorzata Musierowicz, Tym razem serio, Akapit Press 1994, s. 72–74.

Tagi , | 67 Komentarzy

Sister Morphine
(Marianne Faithfull, „Autobiografia”)



Marianne Faithfull. Córka austriackiej baronówny z rodu Sacher-Masochów i walijskiego oficera. Niełatwe dzieciństwo, rozpad małżeństwa rodziców, wychowanie przez matkę, która usiłowała zaszczepić córce arystokratyczne maniery i nawyki, stanowiące tylko balast w dalszym życiu. Niespodziewana kariera piosenkarska, wejście w wir tras koncertowych na prowincji, przypadkowego seksu, wreszcie romans z Mickiem Jaggerem – wkroczenie w świat toksycznych relacji między Stonesami, skandale, zainteresowanie prasy, prochy, próby odkrywania innych wymiarów świadomości, poszerzania dostępnych wrażeń. Niepozorny początek upadku, który dla Marianne, blondynki o anielskich rysach, skończył się wylądowaniem na ulicy. Epizody jak z Dzieci z dworca ZOO: myśli krążące wyłącznie wokół tego, jak zdobyć działkę. A równocześnie próby podtrzymania kariery muzycznej: nagrywanie płyt, koncerty. Otrzeźwienie nadeszło w połowie lat osiemdziesiątych. Trudna kuracja odwykowa dała rezultaty, gwiazda Marianne zabłysła na nowo, chociaż tylu jej znajomym nie udało się zerwać z nałogiem. Teraz jest dojrzałą, doświadczoną kobietą o zdartym głosie, artystką, która wie, czego chce.

W autobiografii Faithfull poruszyła wiele trudnych i bolesnych spraw ze swego życiorysu, ale winą za upadek obarczyła wyłącznie siebie, własny hedonizm, dążenie do korzystania z życia w każdym jego aspekcie. Zawarła w niej też naiwną wizję lat sześćdziesiątych, czasów, kiedy ona sama była częścią ruchu zmierzającego do zmiany skostniałego społeczeństwa, poszerzenia granic i sztuki, i moralności wbrew establishmentowi.

Książka pisana jest nieco chaotycznie, językiem stanowiącym mieszaninę pretensjonalnego stylu i naiwnych miejscami rozmyślań o życiu, z licznymi wtrąceniami z młodzieżowej i narkomańskiej gwary lat sześćdziesiątych czy odniesieniami do zapomnianych już muzyków, poetów, aktorów, utworów literackich, filmów, piosenek. Nie poradziła sobie z tym tłumaczka, tekst jest pełen słowotwórczych potworków, nieprzetłumaczonych angielskich słów i zwrotów. Do tego dodać należy całkowity brak korekty (moje ulubione zdanie brzmi: „Bob przystanął i dingo patrzył na wystawę” – Bobowi bynajmniej nie towarzyszył żaden pies) i jakichkolwiek zdjęć.

Autobiografia Marianne Faithfull jest ciekawym dokumentem epoki i losów jednej z barwniejszych, a niezbyt u nas znanych postaci lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Obawiam się jednak, że przez polskie wydanie tej książki mogą przebrnąć wyłącznie najwięksi miłośnicy tamtych czasów albo szczególnie wytrwali poszukiwacze przebrzmiałych skandali. Szkoda.

Marianne Faithfull i David Dalton, Faithfull. Autobiografia, tłum. Joanna Raczyńska, Twój Styl 2005.

Tagi , , , | 15 Komentarzy

"Makbet" na nowo przełożony


William Shakespeare, Makbet, tłum. Piotr Kamiński, W.A.B. 2011.

Przeczytałem gdzieś, że każde pokolenie powinno mieć własny przekład Shakespeare’a, wydobywający z bogactwa jego myśli te najbliższe czytelnikom i operujący językiem równocześnie oddającym głębię utworów i bliskim odbiorcy. Moja generacja, urodzonych w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, „swojego” Shakespeare’a jeszcze się nie doczekała – to, miejmy nadzieję, jeszcze przed nami.
Na początku lat dziewięćdziesiątych z zachwytem natomiast czytałem Shakespeare’a pokolenia moich rodziców w przekładzie Stanisława Barańczaka. Teraz próbę przyswojenia dzieł elżbietańskiego dramaturga podjął niemal rówieśnik Barańczaka – Piotr Kamiński. Szkoda, że w nowej edycji Makbeta zabrakło choćby kilku słów o nim i jego dotychczasowej pracy translatorskiej, a także o powodach, dla jakich podjął się niełatwej przecież pracy nad przekładem Shakespeare’a i zasadach, jakimi się kierował podczas tłumaczenia (rozważania takie są, moim zdaniem, bardzo ciekawe i z przyjemnością czytałem eseje dołączane przez Stanisława Barańczaka do części jego przekładów).
Makbeta chciałem przeczytać na nowo, odrzuciłem więc od razu pomysł, żeby powtórzyć sobie wcześniej przekład Barańczaka, albo (choć przyszło mi to z trudem) na bieżąco porównywać rozwiązania przyjęte przez obu tłumaczy. Tłumaczenie Kamińskiego czytało się nieźle, aczkolwiek nieustannie towarzyszyło mi wrażenie, że umykają  kluczowe momenty dramatu: nader blado wypadły rozterki Makbeta przed zabiciem Duncana i rozmowa z Lady Makbet (akt I, sc. 7), sama scena zabójstwa i kolejna rozmowa Makbeta z żoną (akt II, sc. 1 i 2), uczta, na której pojawia się duch Banka (akt III, sc. 4), a nawet scena szaleństwa Lady Makbet (akt V, sc. 1). Lepiej wyglądają sceny z udziałem Wiedźm (zgrabnie przetłumaczona znana kwestia: „Kciuk mnie swędzi, wniosek z tego, że coś idzie szkaradnego” – akt IV, sc. 1) i zamordowanie Lady Macduff (akt IV, sc. 2). Być może jest to kwestia języka – bardzo współczesnego i potoczystego. Z jednej strony to dobrze, z drugiej  jednak pewne miejsca zostały przez to spłycone, słabiej zaakcentowane, stały się mniej dobitne (choćby słynne słowa Lady Makbet: „Wciąż cuchnie krwią. Taka mała rączka, a nie dość wszystkich pachnideł Arabii, by ją nasycić słodyczą” – przekład wierny oryginałowi, ale nie mogę uznać, że mało konkretne „nasycenie słodyczą” jest remedium na cuchnący zapach krwi; zresztą zwrot „nasycić słodyczą” nie jest chyba utarty w polszczyźnie i nie budzi automatycznych skojarzeń) z jakąś konkretną czynnością. Sceną, z którą nie radzili sobie tłumacze dziewiętnastowieczni, jest rozmowa Odźwiernego z Macduffem (akt II, sc. 3), mająca dać chwilę wytchnienia widzom od napiętej atmosfery dramatu. Gadanina sługi, oparta na grach słów i nieprzyzwoitych podtekstach, w starszych przekładach nie jest zupełnie zabawna. Piotr Kamiński starał się ten humor zachować – może nie w pełni mu się to udało, ale fragment ten zasługuje na wyróżnienie.
Były też momenty – i tu już wejdę w szczegóły, niezainteresowani mogą przejść do następnego akapitu – kiedy tłumaczenie wydawało mi się niezręczne. Pozwoliłem sobie takie wątpliwe miejsca skonfrontować z przekładem Stanisława Barańczaka. Z nieznanych mi przyczyn tłumacz uznał, że i puszczyk, i jeż kwiczą (akt II, sc. 2; akt IV, sc. 1): „Cicho! To puszczyk, złowrogi stróż nocny, kwiczy: »dobranoc«” (Barańczak: „Cóż to był za głos? To pewnie sowa, ta złowroga płaczka towarzysząca trumnie nocy”); „Trzy razy bury miauknął kot. Trzy, a jeż kwiknął jeden raz. Harpion mnie nagli: »Czas już, czas!«” (Barańczak: „Trzykroć wrzasnął kocur szary. Trzykroć mlasnął śliski płaz. Trzykroć rozdarł się kruk stary: – Czas, czas, czas!”) – Kamiński w tym wypadku jest bliższy oryginału, czemu jednak ten jeż nie pisnął po prostu? Angielskie harpier (harpia) oddano przez tajemniczego Harpiona, co mnie wybiło z nastroju tej sceny, gdyż zacząłem się zastanawiać cóż to za stwór. Inny przykład (akt II, sc. 1) to słowa Makbeta, który roić zaczyna o zamordowaniu króla i widzi skrwawiony sztylet. Odpędzając wizję, powiada: „Wszystko mrzonki! Ten krwawy kierat oko bałamuci”. Kierat? Tym razem chyba Barańczak dał przekład i jaśniejszy, i bliższy oryginałowi: „Nie, skąd, nie ma ich: to krwawy zamiar [bloody business] tak łudzi mi oczy”. Takich miejsc wypisanych mam jeszcze kilka, ale nie chcę nikogo zamęczać detalami. Mam nadzieję, że tłumaczenie Piotra Kamińskiego doczeka się wyczerpujących omówień i od strony filologicznej, i literackiej.
Chociaż nie wzbudził mego zachwytu, nowy przekład Makbeta trzeba uznać za wydarzenie, które podsyci (oby!) zainteresowanie dziełami Shakespeare’a, krzywdzonego przez wydawane w masowych nakładach stare tłumaczenia, utrwalające wśród uczniów stereotyp niezrozumiałego nudziarstwa. Tłumaczowi należą się gratulacje za podjęcie trudnego zadania, a wydawcy brawa za podjęcie się publikacji.

Cytaty z Makbeta w tłum. Stanisława Barańczaka według wydania „W drodze”, Poznań 1992.
Słownictwo Shakespeare’a: http://www.shakespeare-online.com/glossary/

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.



Tagi , , , | 28 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (IV): Małgorzata Musierowicz

Dziś pierwsza część wspomnień Małgorzaty Musierowicz o początkach jej pisarskiej kariery. Ze swojego debiutu, powieści Małomówny i rodzina, autorka była do tego stopnia niezadowolona, że na potrzeby wznowienia w latach dziewięćdziesiątych napisała książkę na nowo. Dalej też wcale nie było łatwo: talent to nie wszystko ważna jest też praca nad sobą i otwarcie się na opinie innych, szczególnie jeśli są to doświadczone redaktorki z renomowanego wydawnictwa.

Dyplom robiłam na Wydziale Grafiki, a szczegółową specjalnością moją stała się grafika książkowa. Niestety, mimo dobrej opinii, jaką miałam o swych umiejętnościach, i mimo piątki na moim dyplomie, nikt nie kwapił się do zasypywania mnie zleceniami.
Po dłuższym namyśle postanowiłam więc samej sobie dostarczyć materiału do ilustrowania, czyli napisać Książkę, najlepiej dla młodzieży, żeby było naprawdę dużo obrazków. W końcu, ileż to razy słyszałam w szkole, że mam zdolności literackie, prawda? W dodatku sam pan Kazimierz Brandys widział we mnie przyszłą pisarkę! Zadanie wydawało mi się dziecinnie proste, toteż wystarczył pierwszy sygnał od Losu – notatka w „Kulturze” o konkursie na powieść dla młodzieży, ogłoszonym przez LSW – a ja już pożyczyłam sobie od Mamy maszynę do pisania i tłukłam po nocach, usadowiona w kuchni, żeby nie budzić dzieci. Nad moją głową kołysały się łagodnie pieluszki Zosi, gdyż oczywiście była to epoka tetry, pranej ręcznie lub co najwyżej w pralce „Frania”. Książkę Małomówny i rodzina napisałam w okamgnieniu i jeszcze dużo przed terminem wysłałam maszynopis.
Okładka wydania I, 1975 rok.
Naturalnie, nie wygrałam niczego, nie mogłam. Tym więcej, że wówczas wydawało mi się, iż w książce dla młodzieży tekst nie jest taki znów bardzo ważny, jak ilustracje... Lecz mimo to maszynopis mój zwrócił czymś uwagę redakcji, bo zaproponowano mi wydanie tej książki oraz wykonanie ilustracji.
Po dwu latach oczekiwania ukazał się mój debiut literacki. Było to wstrząsające wrażenie - trzymać w rękach swoją własną książkę – i wtedy właśnie pojęłam, że lubię tę chwilę i że z całą pewnością będę tworzyć dalej. Zwłaszcza, że napłynęło przyjemne honorarium od LSW.
Kupiliśmy maszynę do pisania. [...]
Natychmiast zasiadłam do pisania następnej powieści i ukończywszy ją nadałam jej tytuł Szósta klepka, wymyślony nb. przez pana Musierowicza. Staś [Barańczak, brat autorki], który był już wtedy cenionym poetą i asystentem na polonistyce w Poznaniu, poradził mi, bym dała sobie spokój z LSW i złożyła tekst w „Naszej Księgarni”. – Jak już masz spadać, to z wysoka – dodał krzepiąco.
Udałam się więc do Warszawy i śmiało przekroczyłam próg sławnego wydawnictwa. Rzecz nie była bolesna. Po prostu oddałam maszynopis jakiejś miłej pani i już mogłam sobie iść. Boleść zaczęła się dopiero po jakimś czasie, kiedy to przyszło pismo od red. Danuty Sadkowskiej oraz nie podpisana wewnętrzna recenzja, której autor schlastał mnie wnikliwie, na zakończenie dodając jednak pocieszająco, że warto by popracować nad tym tekstem, gdyż zawiera on pewne elementy świeżości, humoru oraz błysk talentu. Red. Danuta Sadkowska zapraszała mnie do stolicy na rozmowę w sprawie tych ewentualnych poprawek.
Ciąg dalszy zmagań z Szóstą klepką w następnym odcinku.
Małgorzata Musierowicz, Tym razem serio, Akapit Press 1994, s. 70-72.

Tagi , | 67 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.