Archiwum kwietnia 2012

Kiepskie wieści


William Wharton, Wieści, tłum. Marek Obarski, Zysk i S-ka 1995.

Czytanie bożonarodzeniowych powieści wczesną wiosną może wydawać się perwersją, ale brak świątecznego sztafażu pozwala trzeźwo spojrzeć na walory tego rodzaju książek. Tylko nieliczne bronią się bez scenerii zimowej za oknem i bez przybranej piernikami choinki
Will i Loretta, Amerykanie mieszkający od lat w Paryżu, wraz nastoletnim synem postanawiają spędzić Boże Narodzenie w swoim młynie w jakiejś odległej wiosce. Trwają przygotowania do świąt: ostatnie zakupy, ozdabianie domu, gotowanie. Rodzina oczekuje przybycia starszych dzieci, mieszkających w Ameryce. Atmosfera, pozornie beztroska, jest jednak pełna napięcia – Will zastanawia się, czy jego trzydziestoletnie małżeństwo z Lorettą przetrwa, czy żona zdecyduje się od niego odejść. Pojawienie się dorosłych córek i syna jeszcze bardziej to napięcie podsyca: każde z nich ma jakiś problem, wokół którego krążą jego myśli, nie bardzo więc udaje się wskrzesić atmosferę rodzinnej Gwiazdki mimo starań ojca rodziny.
W takiej sytuacji należałoby się spodziewać, że bomba (a właściwie cztery bomby) pęknie przy świątecznym obiedzie: rodzice i dzieci wygarną sobie wszystkie nagromadzone żale, aby malowniczo pogodzić się przy deserze, albo też pieczony indyk skłoni ich wszystkich do intymnych zwierzeń, a potem do pokazów rodzinnej solidarności w obliczu problemów życiowych. Nic z tego. Wharton nie zamierzał psuć świątecznych posiłków tak banalnymi rozwiązaniami fabularnymi. I oto w noc wigilijną Loretta i jej czwórka dzieci nie mogą spać, gnębieni myślami, i produkują monologi wewnętrzne, z których czytelnik dowiaduje się, co ich martwi. W tym momencie bezpowrotnie straciłem zainteresowanie ciągiem dalszym rodzinnych perypetii. Ciąg dalszy bowiem autor zalewa nawet nie lukrem z pierników – a przesłodzone zakończenie ostatecznie wpisywałoby się w bożonarodzeniową konwencję, lecz zastygającym tłuszczem z indyka. Robi się po prostu mdło.
Wharton jest mistrzem w niespiesznym snuciu fabuły. Jeśli bohaterowie sprzątają, to dowiadujemy się dokładnie, co wymietli z kątów (w tym wypadku szczurze bobki). Jeśli jadą do sklepu, to poznamy całą listę zakupów wraz z cenami (i nasłuchamy wydziwiań, że wszystko jest takie drogie). Jeśli się spieszą, to zepsuje się im samochód i będą go naprawiać zardzewiałym młotkiem i pilnikiem do paznokci. Nie dopuśćcie Muzy, aby zechcieli się umyć albo załatwić potrzebę fizjologiczną, bo autor z upodobaniem będzie opisywał mycie się namydloną gąbką w misce i odgłosy siusiania. Zalew tych doskonale nieistotnych szczegółów w „Wieściach” jest szczególnie irytujący, gdyż gryzie się z próbami wywołania świątecznej magii. Narratorem powieści jest Will, który zrobił wszystko, żeby trudno mi było poczuć do niego sympatię. To już bardzo niedobrze, bo zniosłem nawet bohatera „Domu na Sekwanie”, domorosłego majsterklepkę – ten przynajmniej nie był tak rozlazły i ożywiał go konkretny cel. Dodajmy do tego nudnawe medytacje (Will jest filozofem i lubi sobie porozmyślać choćby o tym, dlaczego rogaliki mają kształt rożka) i sztucznie brzmiące dialogi (nastolatek mówi do ojca: „Dziękuję ci, tato, że zaścieliłeś moje łóżko, choć zrobiłbym to sam”, a matka do syna: „Ben, mój drogi, weź ogrzane talerze z piekarnika! Uważaj, abyś się nie oparzył!” – chociaż tu pewnie dołożył się też tłumacz) i mamy obraz całości. 
Może to i lepiej, że nie czytałem „Wieści” w Boże Narodzenie, bo byłyby to zepsute święta.

Tagi | 25 Komentarzy

"Zrobiłem, co mogłem"

Denis Avey i Rob Broomby, Człowiek, który wkradł się do Auschwitz, tłum. Roman Palewicz, Insignis 2011.

Gdyby powstał kiedyś (a aż dziw, że dotąd to nie nastąpiło) film opowiadający o wojennych przeżyciach Denisa Aveya, publiczność i krytycy sarkaliby pewnie, że scenarzyści przesadzili z mnożeniem dramatycznych przejść głównego bohatera. W życiu jednak wszystko może się zdarzyć.
Dwudziestoletni Denis Avey zaciągnął się do wojska w 1939 roku – nie uczynił tego, jak pisze, dla króla i ojczyzny. Nie, jego pociągała przygoda, potrzebował wrażeń, chciał się sprawdzić. Nie miał pojęcia, dokąd go ta przygoda zaprowadzi i jak trudny sprawdzian będzie musiał zdać.
Po okresie szkolenia wraz z kolegami z oddziału wypłynął do Afryki Północnej, gdzie trwały walki z Włochami. Trudne warunki na froncie zahartowały go, pozwoliły też ujawnić się cechom, które w przyszłości okazały się cenne i ułatwiły Aveyowi przetrwanie: odwadze, przedsiębiorczości, szybkiej orientacji. Przeżywamy wraz z nim przemarsze, pustynne patrole, akcje na pozycje przeciwnika, starcia i bitwy, zmęczenie, dokuczliwy brak wody, marne jedzenie, gryzące robactwo, widzimy rannych i zabitych współtowarzyszy. Pewnego dnia od Denisa odwróciło się szczęście – trafił do niewoli i po licznych perypetiach został przywieziony do obozu jenieckiego w Monowicach niedaleko Oświęcimia. Trwała tam budowa wielkiej fabryki kauczuku syntetycznego – siłę roboczą stanowili jeńcy i więźniowie Auschwitz.
Denis Avey.
Brytyjski jeniec ze zgrozą i niedowierzaniem obserwował, jak traktowali Niemcy więźniów. Na widok bitych i zagłodzonych ludzkich cieni uświadamiał sobie, jak znikomą wartość ma ludzkie życie w Auschwitz. Jego aktywna natura z trudem znosiła przymusową bierność, domagała się czynów. Ciekawość Aveya budziło miejsce, z którego codziennie na budowę przyprowadzano wycieńczonych robotników: podobóz Auschwitz III. Nie wystarczały mu pogłoski o tym strasznym miejscu, uważał, że skoro już się z nim zetknął, ma obowiązek na własne oczy przekonać się, jak ono wygląda, by móc po wojnie – jeśli przeżyje – opowiedzieć o nim światu. Obmyślił plan nieprawdopodobny i szalony. Zamienił się na ubranie z żydowskim więźniem i wieczorem pomaszerował do Auschwitz. Po latach zatarły się szczegóły, niewiele zresztą mógł zobaczyć, ale w głowie utkwiło mu jedno – zapach śmierci: „Nie potrafię go opisać, ale unosił się w tych barakach wilgotny, mroczny i upiorny”. Jedna noc w obozie nie wystarczyła, po pewnym czasie po raz drugi zdecydował się podjąć śmiertelne ryzyko.
We wspomnieniach Aveya nie liczy się jednak to, czego się dowiadujemy z nich o walkach w Afryce czy o warunkach w Auschwitz. To sprawy dobrze znane, a po kilkudziesięciu latach od zakończenia wojny w pamięci Brytyjczyka zatarły się szczegóły, nazwiska, miejsca. Najważniejszy jest sam autor, który wyruszył na wojnę jako energiczny, silny młodzieniec, a wrócił jako schorowany i złamany człowiek. W niewoli wielokrotnie musiał zaciskać zęby, żeby nie ująć się za bitym, nie rzucić się na wartownika. W miarę swych niewielkich możliwości starał się pomagać, zachowywać człowieczeństwo w nieludzkich okolicznościach. Przetrwał nawet marsz śmierci, gdy jeńców gnano zimą na zachód przed nadciągającym frontem. Wszystko to kosztowało go bardzo wiele. Po wojnie nikt nie chciał słuchać o jego przeżyciach, przecież nie był bohaterem frontowym, tylko jeńcem. Nie udzielono mu żadnego wsparcia psychologicznego, dręczyły go koszmary, gruźlica, stracił oko wskutek pobicia w obozie. Nie potrafił sobie nawet ułożyć osobistego życia. Dopiero gdy na starość zdołał się otworzyć, gdy znaleźli się słuchacze wróciła mu równowaga. Pojął, że jego przeżycia i starania miały sens, że nie utracił godności. Może powtarzać sobie: „zrobiłem, co mogłem” – a to bardzo wiele.

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Insignis.

Tagi , , , , | 9 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (VIII): Pisarze i krytycy

„Karafka La Fontaine’a” to ostatnie wielkie dzieło Melchiora Wańkowicza, opowieść o jego pracy i warsztacie pisarskim, o sztuce pisania, a w szczególności o sztuce reportażu. Osobny rozdział poświęcony został krytyce i krytykom.
Melchior Wańkowicz.
Dopóki [książka] się nie ukazała, autor ją słyszy wewnątrz siebie. I chyba notorycznie – źle słyszy. „Sami nie wiemy – mówi Parnicki – co odrzucamy z rzeczywistości, którą mamy przed sobą i którą ujmujemy w słowa, uświadamia nas o tym później czytelnik albo krytyk”. Toteż emocja osądu jest nieodłącznym składnikiem pisarstwa.
Tak czy owak – pisarz potrzebuje spojrzenia z boku albo obiektywnej oceny jego założeń ideowych czy formalnych, albo żeby jego megalomanii przytrzeć rogów, albo jego zwątpieniom podać pomocną rękę. [...]
Obawiam się, że [w Polsce] krytyką się emocjonują tylko debiutanci. Pisarze o wyrobionej marce prawdopodobnie by pragnęli krytyki całym sercem jako cennego współpracownika w swoim warsztacie. Znaleźliby pożywienie w recenzji surowej, krytycznej, lecz wnikliwej. Ale doświadczenie nauczyło ich, że recenzje będą zwykle przychylnie odfajkowane i puste.
Krytycy nie hołdują poglądom Sandauera: „Krytyka, jak ja ją pojmuję, nie jest zajęciem miłych i uczynnych ludzi. Jest bezustanną rezygnacją z dobrych stosunków na rzecz bezlitosnej prawdy”. Ale nie mam pewności, czy Katon-Sandauer byłby zdolny powiedzieć pisarzowi słowami z Hamleta: „Nie ruszysz się stąd, aż ci postawię zwierciadło, w którym zobaczysz najtajemniejszą głąb duszy własnej”.
Wobec tego zapewne pisarz polski jest więcej skazany na kontrolę jednostronną – wsłuchując się w odbiór przez czytelników.
I tu go czekają niespodzianki, jak cukiernika, który wynalazł nowy rodzaj ciast, wyłożył je i czeka na zachwyty.
Pierwszy gość, który spróbował, powiedział: – Nie, proszę zapakować raczej napoleonki, stefanki i babki śmietankowe.
– Jak to? – woła cukiernik – czy wie pan, co wchodzi w skład tego ciastka?
I poczyna wyliczać ingrediencje.
Ale cóż to pomoże – cukiernik ma skład ciastka w głowie, a klient na języku. Nie smakuje i tyle...
Narcyz zadufany w sobie przejrzał się w strumieniu krytyki i zobaczył, że ma krzywą gębę. Straszne!
No, nie takie znowuż bezwzględnie straszne, kiedy i krytykom nie spodoba się ciastko. Niektórzy lubią ciastka anyżowe, a są i tacy, którzy przepadają za ciastkami z lukrecją. Skoro więc od wieków wypieka się ciastka i z takimi ingrediencjami, to znaczy że gusta są pojęciem względnym. [...]
Przed wojną książka poczytnego autora miała w ciągu dwu lat pół setki i więcej recenzji – był to różnobarwny bukiet – od hołdów do połajanek.
Autor uzyskał pewien poklask za określone rzeczy w książce poprzedniej i próbował nasilić dawki tych rzeczy, którymi trafiał do rozumu lub wyobraźni. Podwoił dawki patosu albo rubaszności, albo groteski, albo metafory, albo rozlewności, albo zwięzłości, albo sentymentalizmu, albo lakonizmu, albo impresji, albo dokumentaryzmu, albo... albo... albo... – tysiące tych „albo”.
No i wtedy – słyszy dzwonki ostrzegawcze. Wyważy w sobie. Przemyśli.
I wówczas – w pas kłania się krytyce, walnemu towarzyszowi. Bo, jak mówi Parandowski, człowieka trawi całe życie głód oceny. Domaga się jej każda garść słów powiązana z myślą”.
Sokrates w jednym z Platońskich dialogów mówi: „Jest wielkim nieszczęściem człowieka publicznego, o ile się natyka na brak krytyki”. [...]
W rozdziałku o listach czytelników piszę o korzyści nawet z brutalnych anonimów. Hemingway irytował się na łatwo pochlebne recenzje, chciałby mieć uwagi, z których mógłby się czegoś nauczyć. Taki krytyk, który jak król Midas zmienia wszystko, czego się dotknie, w złoto, sprawia, że ludzi nie wzbogaci, tylko zamorzy głodem, bo przecie złotem się nie posilą. [...]
Andrzej Wasilewski uważa, że „mądry akceptuje krytycznego partnera dla własnego dobra, a głupi tępi go na własną zgubę”.
Pisarz więc tęskni do rzetelnej krytyki. Jeśli jest ostra, lecz ugruntowana, pisarz może się zbiesić, rozpowiadać wszędzie, że krytyk ma ośle uszy, ale krytyk doświadczony nie tylko tym się nie przejmuje, ale doświadcza zadowolenia. Wie, że trafił celnie, że oścień utkwił w organizmie pisarskim, że komórki tego organizmu poczynają wytwarzać substancje zaleczające, obronne, zmężniające organizm.
W tym wypadku krytyk spełnia rolę osełki, która zaostrza, choć sama nie kosi. [...]
Melchior Wańkowicz, Karafka La Fontaine’a, t. 2, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 206, 211–213.

Tagi , , | 17 Komentarzy

Na głęboki sen
(Raymond Chandler, „Głęboki sen”)



U szczytu mojego zainteresowania kryminałami, gdzieś na początku liceum, po dwóch bodajże próbach zrezygnowałem z zacieśniania znajomości z czarnym kryminałem, uznając, że to zupełnie nie moja poetyka. Niestety muszę stwierdzić, że upływ czasu nic nie zmienił. „Głęboki sen” Chandlera okazał się idealnie nasenny.

Detektyw Philip Marlowe dostaje zlecenie zajęcia się próbą szantażu – jego ofiarą jest córka bogatego generała Sternwooda, narkomanka i nimfomanka. Nic szczególnego, ale rozgrzebując tę sprawę, Marlowe dokopuje się do kolejnych tajemnic i naraża się całemu tłumowi nieprzyjemnych typków, po drodze ratuje też skórę córce Sternwooda i wzbudza zainteresowanie drugiej z sióstr. Bohater używa pięści, wygraża rewolwerem, wygłasza cyniczne uwagi i kiepskie dowcipy, pije, pali, kobiety lecą na niego jak muchy, do tego stopnia, że w końcu jedną musi dosłownie wyrzucić ze swojego łóżka. Poza tym wykazuje się szlachetnością i umiłowaniem sprawiedliwości, co kosztuje go mnóstwo guzów i nieomal życie. Sceneria jest odpowiednio ponura, strugi deszczu zalewają obskurne okolice, a na każdym kroku pęta się jakiś podejrzany gość.

Cud, miód i orzeszki, można by rzec. I tak mniej więcej do połowy książkę czytało mi się naprawdę nieźle, akcja rozwijała się sprawnie, napięcie rosło, Marlowe rzucał od czasu do czasu jakimś celnym porównaniem (moje ulubione: „Używał głosu ostrożnie niczym bezrobotna girlsa ostatniej pary pończoch”). Potem było już gorzej: detektyw w błyskawicznym tempie uniemożliwiał zabójstwa albo odkrywał kolejne trupy, a sprawa szantażu znienacka okazywała się mieć drugie dno. Nowe tropy i kolejne postacie powiększały chaos fabuły, a Marlowe coraz bardziej kojarzył mi się z parodią prywatnego detektywa niż z symbolem całego gatunku. Parę razy miałem ochotę rzucić czytanie, jednak dobrnąłem do końca, gnębiony dziwnym wrażeniem, że zakończenie książki ma się nijak do jej początku. Nie wiem, czy to ja nie umiem docenić klasyka, czy też raczej klasyk jest pośledniego gatunku. Dla ostatecznego sprawdzenia, czy mam szansę polubić kryminał noir, skuszę się jeszcze na „Sokoła maltańskiego” Hammetta, a Chandlerowi podziękuję na kolejne dwadzieścia lat.

Raymond Chandler, Głęboki sen, tłum. Mieczysław Derbień, Krajowa Agencja Wydawnicza 1985.
Dziś na blogu Czytanki Anki rozpocznie się dyskusja o powieści Chandlera.  Bardzo jestem ciekaw opinii innych czytelników.

Tagi , | 14 Komentarzy

„Życie ludzkie jest ważniejsze niż honor”

Witold Bereś, Krzysztof Burnetko, Kazik Ratajzer. Bohater z cienia, Świat Książki 2012.


Szymek Ratajzer wychował się na warszawskim Czerniakowie, w dzielnicy opisywanej przez Stanisława Grzesiuka w „Boso, ale w ostrogach”. Bawił się z polskimi chłopcami, przestrzegał tego samego kodeksu zachowań. Wykształcony na ulicach Czerniakowa spryt, tupet, znajomość języka, obyczajów, miasta – wraz z nieżydowskim wyglądem – okazały się ważne w czasie okupacji. Aż do 1942 roku Szymek mieszkał poza gettem, nie budząc żadnych podejrzeń. Pod koniec tego roku wszedł do wymarłej dzielnicy żydowskiej i wstąpił do Żydowskiej Organizacji Bojowej. Jej członkowie przygotowywali powstanie, a Szymek stał się „Kazikiem” – to imię przylgnie do niego już na zawsze.
Powstanie w getcie warszawskim wybuchło 19 kwietnia 1943 roku. Kazik Ratajzer, jeden ostatnich żyjących jego uczestników, tak mówił o motywach, które wtedy nim kierowały:
Nie mówiłem i nie mówię, że powstanie było dla historii, dla narodu, dla honoru. Ja tylko nie chciałem dusić się w komorze gazowej. Bardzo nie chciałem. Więc łatwiej umrzeć w walce. Szybciej.
Ale nie żeby w imię czegoś poświęcać życie.
Nie.
Życie ludzkie jest ważniejsze niż honor.
Witold Bereś i Krzysztof Burnetko przedstawiają dramatyczne losy Ratajzera prosto i bezpośrednio, tak jakby on sam je opowiadał. Przeplatają historię fragmentami swoich wywiadów z Kazikiem albo zapisami jego rozmów z Markiem Edelmanem. Nie ma w tej książce patosu, bohaterskich póz, chlubienia się zasługami – tego Ratajzer nie chciał i nie znosił. A przecież dokonał wielu czynów, które uzasadniałyby taki ton. Wielokrotnie bowiem udowodnił, że  – tak jak deklarował w istocie życie ludzkie jest dla niego najwyższą wartością, choć często ratowanie życia wymagało bolesnych wyborów i przysparzało moralnych rozterek. Zorganizował wyjście z płonącego getta niedobitków ŻOB, ukrywał ich aż do chwili wybuchu powstania warszawskiego. Wtedy włączyli się do walk, chociaż wcale nie było to łatwe. Po wojnie Kazik przystąpił do grupy mścicieli, którzy planowali wymordować sześć milionów Niemców, choć ostatecznie udało im się tylko zatruć grupę esesmanów z obozu jenieckiego. Dalsze losy Ratajzera związane są z Izraelem. Jako Simcha Rotem próbował na nowo ułożyć sobie życie w trudnych warunkach, uczestniczył w kolejnych wojnach toczonych przez ten kraj, dzięki swym umiejętnościom kierowania ludźmi i praktycznemu podejściu odniósł też sukces jako dyrektor sieci sklepów.
Wszystkie te wydarzenia wspominane są rzeczowo, bez koloryzowania. Kazik nie ukrywa chwil zwątpień i słabości, nie boi się dotykać spraw bolesnych, choćby niechęci władz Izraela do czczenia pamięci ofiar Holokaustu i marginalizowania tych, którzy Zagładę przeżyli. Rozprawia się też z mitem polskiego antysemityzmu, wskazując, że nie było to zjawisko powszechne, chociaż występowało – tak jak występowały przypadki bezinteresownej pomocy Żydom. Przez wiele lat zresztą Ratajzer zajmował się honorowaniem tych, którzy takiej pomocy udzielali, jako członek kapituły medalu Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, od dawna też wiele czasu spędza z młodzieżą, przybliżając jej dzieje swoje i swojego pokolenia, zagłady narodu żydowskiego i tragicznego zrywu garstki tych, którzy jak on nie chcieli dusić się w komorze gazowej.

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Świat Książki.

Tagi , , , , | 7 Komentarzy

„Taka przynieś-podaj do wszystkiego”


Anka Kowalska, Folklor tamtych lat, Biblioteka Więzi 2011.

Wspominając moment swojego przystąpienia do Komitetu Obrony Robotników w styczniu 1977 roku roku, Anka Kowalska napisała:
Nie wiedziałam wtedy, że robię wielki interes: zyskuję poczucie wewnętrznej wolności – luksus niedający się z niczym porównać w tym kraju, w którym każdy – niezależnie od tego, ile miał w kieszeni i na koncie, jakie przywileje i ordery – coś musiał albo czegoś nie mógł – zależnie od kogoś, kto mu wydawał polecenia lub zakazy.
Byłam wolna i poruszałam się wśród ludzi wolnych.
Tę wewnętrzną wolność Kowalska – poetka, autorka poczytnej „Pestki”, redaktor w Instytucie Wydawniczym PAX – okupiła zmęczeniem, strachem, ciągłym napięciem i ciężką, konkretną pracą na rzecz robotników Radomia i Ursusa, którzy w czerwcu 1976 roku zaprotestowali przeciwko ogromnym podwyżkom cen. Pod wpływem robotniczych demonstracji podwyżki odwołano, ale gniew władzy spadł na uczestników manifestacji, a często i na przypadkowych świadków i przechodniów. Aresztowania, pobicia, ścieżki zdrowia, wyrzucanie z pracy i pozbawianie środków utrzymania, szykany, wreszcie parodie procesów sądowych – to metody, po które sięgnięto. Komitet Obrony Robotników chciał przeciwstawić się tej fali bezprawia: zapewnić niesłusznie oskarżonym obronę przed sądem, a ich rodziny wspomóc finansowo. Anka Kowalska przydzielona została początkowo do porządkowania kartotek z danymi represjonowanych: ze strzępów informacji przywożonych z Radomia i Ursusa odtwarzała losy nieznanych sobie ludzi, aby pomoc mogła dotrzeć pod właściwy adres (wielkie wrażenie robią cytaty z tych zapisek, dramaty skondensowane w kilku równoważnikach zdań). Jeździła jako obserwatorka na rozprawy przed radomskim sądem, pomagała w redagowaniu KOR-owskich oświadczeń i komunikatów, zajmowała się dziesiątkami innych spraw – jak sama pisze, „taka przynieś-podaj do wszystkiego”. Wkrótce ją samą zaczęły dotykać represje: inwigilacja, zatrzymania, przesłuchania, rewizje, o sobie dawał też znać nieregularny tryb życia – przede wszystkim brak snu.
„Folklor tamtych lat” to zbiór wspomnień, wywiadów i artykułów z różnych lat, ułożonych tak, by tworzyły spójną całość. Teksty są bardzo osobiste, pełne emocji, znakomite literacko. Mnóstwo w nich niezwykle plastycznych opisów, choćby przygnębiającego sądu radomskiego, wyglądu korytarzy i sal, charakterystyk sędziów, milicjantów, oskarżonych i ich rodzin. Razem z autorką przedzieramy się przez blokujących drzwi do sali rozpraw esbeków, walczymy o każdy centymetr miejsca, czujemy wręcz fizyczny dyskomfort tego bezpośredniego kontaktu. Wstrząsający jest opis ataku „robotniczej” bojówki na przybyłych do sądu opozycjonistów. Kowalska kreśli też świetne wizerunki swych przyjaciół i współpracowników – między innymi Jacka Kuronia, Zofii Romaszewskiej, Jana Józefa Lipskiego, Adama Michnika czy wreszcie szczególnie piękny Grażyny Kuroniowej. Książka jest zarówno reportażem, jak i zapisem głęboko intymnych przemyśleń, autoportretem autorki i opowieścią o tych wszystkich, z którymi się zetknęła podczas pracy w KOR-ze: o opozycjonistach i ludziach władzy, robotnikach i esbekach, odważnych i tchórzliwych, zaangażowanych i obojętnych. Pozwala lepiej zrozumieć wybory dokonywane przez Polaków w PRL-u, nie pozwala mgle sentymentu przesłonić epoki Gierka, zamiast jaskrawych barw niczym z telewizora Rubin pokazuje błoto i odrapane tynki, podkreśla jednak, że nie wszyscy dali się oślepić kolorowej propagandzie i nie wszyscy wyżej cenili święty spokój od ludzkiej godności.

Tagi , | 36 Komentarzy

Wiosna z Magdą Szabó


Magda Szabó, Tajemnica Abigel, tłum. Alicja Mazurkiewicz, Iskry 1977.
Magda Szabó, Świniobicie, tłum. Krystyna Pisarska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1977.

Przez wiele lat Magda Szabó była dla mnie autorką jednej książki – „Tajemnicy Abigel”. Chociaż tak naprawdę pierwszy był węgierski serial zrealizowany na podstawie tej powieści, emitowany raz czy dwa w naszej telewizji w latach osiemdziesiątych, chyba dubbingowany. Z czołówki zapamiętałem nazwisko Szabó i rozpocząłem długie polowanie na literacki pierwowzór.
Georgina Vitay (Éva Szerencsi) i siostra Zuzanna
(Ildikó Piros) w scenie z serialu.
Piętnastoletnia Georgina Vitay, rozpieszczona jedynaczka ze stolicy, córka generała, znienacka zostaje wyrwana z dotychczasowego życia i przeniesiona na surową, kalwińską pensję na głębokiej prowincji. Ojciec nie tłumaczy dziewczynie powodów tej nagłej decyzji, Gina gubi się w domysłach i próbuje zrobić wszystko, by opuścić pensję biskupa Matuli – uciec albo doprowadzić swym zachowaniem do karnego usunięcia ze szkoły. Nie umie dogadać się z koleżankami, które życzliwie ją przyjęły do swego grona i podzieliły się starannie skrywanymi przed gronem pedagogicznym tajemnicami. Rozdrażniona Gina dopuszcza się jednak zdrady, wykrzykując w obliczu groźnego Gedeona Tormy, dyrektora pensji, jeden z dziewczęcych sekretów. Odtąd Vitay traktowana jest przez uczennice jak trędowata.
Szabó znakomicie odmalowała świat zamkniętej szkoły dla dziewcząt, uczniowskich rozterek i problemów, ale także radości. Jest tu barwna galeria postaci: uczennic, profesorów, diakonis, mnóstwo obyczajowych szczegółów z zamierzchłej epoki, a nawet wątek romansowy. Pensja Matuli ma też swego opiekuńczego ducha – posąg Abigel, która pomaga w krytycznych sytuacjach. Dziewczęta na próżno głowią się, kto jest tajemniczą wybawicielką. Do tego subtelnie zarysowane tło historyczne: trwa wojna, sytuacja na froncie się pogarsza, na Węgrzech rozwija się ruch oporu, który sięga i na daleką prowincję. Wszystko to składa się na historię, od której trudno się oderwać, ciepłą, z nutkami humoru – po prostu znakomitą. Tej wiosny historii Giny i Abigel wysłuchałem w wykonaniu Anny Nehrebeckiej, która czyta trochę jakby od niechcenia, w pierwszej chwili wydaje się, że wręcz obojętnie. Ta interpretacja jednak nieźle pasuje do rytmu powieści i nie przesłania ani fabuły, ani licznych detali, na których można się skupić. Co więcej, trudno mi było nagranie wyłączyć, tak samo jak wcześniej trudno było mi odłożyć książkę.
Niemal równocześnie z powtórką „Abigel” czytałem „Świniobicie”. Sięgnąłem po tę powieść w ramach przygotowania do dyskusji w klubie na blogu Czytanki Anki, a książka okazała się kolejnym świetnym dziełem węgierskiej pisarki (w zeszłym roku entuzjastycznie wyrażałem się o „Staroświeckiej historii) .
Jest to dość powikłana na pierwszy rzut oka historia stosunków rodzinnych. Janos Toth, syn mydlarza, poślubił Paulę Kemery, wywodzącą się z niegdyś możnej i wpływowej rodziny. Ich krewni nie zaakceptowali tego związku, między małżonkami też nie układało się najlepiej: Janos, zakochany z żonie, nie widział, że jest pogardzanym plebejuszem, nie zrażał go chłód Pauli, starał się zawsze jakoś usprawiedliwiać jej zachowanie. Ona z kolei manipulowała zręcznie mężem, niemal go ubezwłasnowolniła, pozbawiła nawet pamiątek zabranych z rodzinnego domu. Co więcej, nastawiła przeciwko niemu córkę i niechętnie patrzyła na więź łączącą męża z synem.
Fabuła rozwija się powoli, opowiadana z perspektywy coraz to nowych postaci: każda z nich dodaje do wyłaniającego się stopniowo obrazu nowe detale, oświetla motywy bohaterów, uzupełnia naszą wiedzę o ich losach. Osobami dramatu targają silne uczucia, które udzielają się czytelnikowi: przejęci i zaintrygowani odkrywamy kolejne sekrety, rodzinne brudy, prane za zamkniętymi drzwiami albo starannie ukrywane. Duszna atmosfera „Świniobicia” kojarzyła mi się z powieściami Ewy Ostrowskiej – w nich też gładkie fasady skrywają grzechy i grzeszki, świństwa i świństewka, nienawiść i pogardę. Nagromadzone zło znajduje ujście w czynach, które doprowadzą do tragicznego finału. Powieść Szabo nie nastraja optymistycznie, pozostawia jednak wątłą nadzieję, że może jednak uda się coś uratować. Znakomitej całości dopełniają też liczne obserwacje obyczajowe i delikatnie zaznaczone tło historyczne.

PS. Dla poszukujących bezskutecznie „Tajemnicy Abigel” dobra wiadomość: będzie wznowienie! Tych zaś, którzy chcieliby przypomnieć sobie węgierski serial, ucieszy informacja, że można go (chociaż jeszcze nie w całości) obejrzeć z angielskimi napisami.

Tagi | 34 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (VII): Małgorzata Musierowicz, cz. 4

Nie powinienem chyba eksploatować wspomnień Małgorzaty Musierowicz, szczególnie że skończyły się już wątki poświęcone pisaniu, ale nie mogę się powstrzymać. Niech mnie usprawiedliwi fakt, że książka jest słabo dostępna. Dorzucam więc kilka kolejnych fragmentów, które ilustrują temat „polityka i literatura”.
I jak tylko się ukazało [Szósta klepka], z punktu: bęc! – sukces. Nagroda Złotych Koziołków na IV Biennale Sztuki dla Dziecka w moim Poznaniu. Uwaga: ciekawostka! Przewodniczącym jury był znany literat Wojciech Żukrowski, bardzo wtedy ważna osoba. A tu proszę: ledwie mi te Koziołki przyznali, a już do Żukrowskiego zwrócili się z pretensją panowie z Komitetu Wojewódzkiego PZPR, z wydziału kultury, czy czegoś w tym rodzaju, i uczynili mu gorzkie wymówki, że oto dopuścił, by główną nagrodę Biennale i to właśnie w Poznaniu, tu i teraz (był rok 1979) załapała siostra tego ohydnego Barańczaka, który jest członkiem KOR-u  i non stop kala swe gniazdo, przynosząc ujmę rodzinnemu swemu miastu. Na te słowa Wojciech Żukrowski rzekł z mocą: – Panowie, nie będziemy przecież stosowali odpowiedzialności zbiorowej! – i utrzymał w mocy decyzję jury, w którym zasiadały między innymi dwie wielkie damy polskiej krytyki, znawczynie literatury dla dzieci i młodzieży, Halina Skrobiszewska i Krystyna Kuliczkowska. Silną wymowę tego wydarzenia osłabił nieco fakt, że pan Żukrowski natychmiast mi o nim opowiedział, ale bądźmy wielkoduszni, każdy by się chętnie pochwalił, gdyby uczynił coś takiego. [...]

Małgorzata Musierowicz.
Opium w rosole wyszło wreszcie w 1985 roku, po półtorarocznym oczekiwaniu na półce w wydawnictwie. Całkiem niedawno dowiedziałam się, że fakt ukazania się tej książki zawdzięczam ostatecznie pewnej miłej pani z Krakowa, do której ówczesne Ministerstwo Kultury i Sztuki, czy coś w tym rodzaju, zwróciło się z prośbą o recenzję i zaopiniowanie tej wywrotowej powieści. Pani owa wydała opinię, bardzo zręczną, kładąc w niej nacisk na wzorowe stosunki międzyludzkie i ciepło obyczajowe – i książka dostała zgodę na druk.
Jeszcze kiedy szła odcinkami w „Płomyku” Czytelnicy dali mi najcenniejszą z nagród: „Orle Pióro” – dla ulubionego pisarza nastolatków, a Krystyna Brudnowska-Muszyńska zamieściła w „Tygodniku Powszechnym" wielką i wspaniałą recenzję („Cudowna moc kwiatu kalafiora”). Tak że natychmiast po tym, jak powieść wyszła w formie książkowej – mogła zostać zjechana bezlitośnie przez „Trybunę Ludu” („Mętny rosół”) oraz „Kulturę” („Polityka zdziecinniała”). Nazwisk autorów nie podam. Zawdzięczam im to, że nawet ja, chudopachołek i zapracowana matka wielodzietna, zarobiłam na tę swoją chlubną kartę kombatancką.

Prześladowano mnie, owszem, również, ale niezbyt zajadle. W stanie wojennym doniosła mi Helena Stachova, czeska tłumaczka Szóstej klepki, że Kłamczucha już tam nie wyjdzie. Ponieważ nie chciałam występować w telewizji oraz odmówiłam przyjęcia nagrody premiera, Ministerstwo Kultury uznało, że musi przede mną ostrzec świat. Wysłało ostrzeżenie do Pragi, wraz z uzasadnieniem: „Autorka zachowuje się nieodpowiednio” – brzmiała, ku uciesze Heleny, ta informacja.
Do „Naszej Księgarni” natomiast przybył młody napalony z KC, czy czegoś w tym rodzaju, i wymachując listą nazwisk domagał się, by pisarzom z tej listy nie wydawać i nie wznawiać książek. (Odpowiedź dyrektora „NK” znam z przekazu ustnego, niosącego się po wydawnictwie: „Póki ja tu rządzę, najpierw będzie się wydawać u nas książki dobre, a dopiero potem – słuszne!”) Miałam zaszczyt znaleźć się na tej liście, pośrodku, bo była alfabetyczna. Otwierał ją Marian Brandys, a kończyła Wanda Żółkiewska.
Małgorzata Musierowicz, Tym razem serio, Akapit Press 1994, s. 74–79.

Tagi , | 17 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.