Archiwum maja 2012

Rozbójnik kontra dwaj małoletni spryciarze


Otfried Preussler, Rozbójnik Hotzenplotz, tłum. Joanna Borycka-Zakrzewska, ilustr. F.J. Tripp, Wydawnictwo Bona 2012.

Jutro Dzień Dziecka – więc tradycyjnie wszystkim, którzy jeszcze się poczuwają do obchodzenia tego święta, składam najlepsze życzenia.
Do życzeń dołączam entuzjastyczną rekomendację dla najnowszej książki Otfrieda Preusslera, autora, którego odkrywam w tym roku z prawdziwą przyjemnością. Pisząc o najnowszej książce, mam na myśli jej polskie wydanie, gdyż w Niemczech „Rozbójnik Hotzenplotz” ukazał się pół wieku temu. Opowieść jest przeznaczona dla tych, którzy wyrośli już z „Małego duszka”, a nie dorośli jeszcze do „Krabata”. Oraz dla mnie, bo zachwyciłem się nieprzytomnie, pochłonąłem błyskawicznie i czekam na więcej.
Rozbójnik Hotzenplotz, nieuchwytny złoczyńca z siedmioma nożami za pasem, kradnie w biały dzień młynek do kawy należący do babci Kacpra. Kacper i jego przyjaciel Józio ruszają tropem rabusia – pozbawiona młynka babcia jakoś nie ma ochoty piec im ulubionego placka. Dwaj spryciarze trafiają jednak na godnego siebie przeciwnika i wpadają w pułapkę. Czeka ich marny los: jeden będzie pastował buty rozbójnika, drugi zaś zostanie sprzedany czarownikowi Atanazemu Doskwierusowi, który pilnie potrzebuje służącego do obierania niezliczonych wiaderek ziemniaków. Kacper nie zamierzał jednak spędzić reszty życia na obieraniu i gotowaniu kartofli – poszukiwanie dróg ucieczki naprowadziło go na trop pilnie strzeżonej tajemnicy Doskwierusa.
Historia opowiadana jest z przymrużeniem oka i humorem, potęgowanym przez rewelacyjne ilustracje F.J. Trippa. Czarne charaktery tumanią i straszą, a chłopcy tylko patrzą, jak im odpłacić pięknym za nadobne. Otfried Preussler mówił, że pisze dla dzieci dlatego, że sprawia mu to przyjemność – i to po prostu się czuje: wdzięk, lekkość, szacunek dla czytelnika, dbałość o to, żeby nie przynudzać i nie roztaczać dydaktycznego smrodku. Pomysł goni pomysł, a awantura awanturę, bez wytchnienia. Do tego nieco magii i całkiem sporo o jedzeniu: kartoflance, puree ziemniaczanym, ziemniakach gotowanych i pieczonych, kluskach śląskich z sosem cebulowym, a przede wszystkim o babcinym placku śliwkowym z bitą śmietaną.

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu Bona.

Tagi , | 21 Komentarzy

Mało szacowny zabytek

Józef Ignacy Kraszewski, Poeta i świat, Universitas 2002.

Gustaw, sierota wychowywany przez wujostwo, doznał w dzieciństwie poetyckiego przebudzenia. Nieszczęśnik, a mógł, tak jak jego kuzyn Franio, polować i podszczypywać służące. Ale nie – wzniosła natura Gustawa nie znosi nic tak przyziemnego. Pusta kuzyneczka Marynia wydaje mu się aniołem, w którym oczywiście zakochuje się na zabój. Niestety, z powodu nie swoich grzechów Gustaw musi wynieść się z domu wuja i ciotki, zamieszkać w Wilnie i tam zdobyć wykształcenie i pracę. Wielbiciel sielskiego życia wiejskiego i natury przeżywa prawdziwy wstrząs. Miasto jest jego zdaniem plugawym wynalazkiem, tamtejsi ludzie gonią za pieniądzem, kobiety za strojami, nawet Bóg w miejskich kościołach inny jest niż na wsi. Rozczarowują go też rówieśnicy, pozbawieni ideałów, hulacy, wydrwigrosze i rozpustnicy. Gustaw próbuje znaleźć dla siebie drogę życiową – ale każdy wybór kierunku studiów okazuje się błędem, żaden go nie zadowala, żaden nie jest odpowiedni dla jego wrażliwej duszy. Klepie biedę, żyjąc z udzielania lekcji, gdy niespodziewanie dzięki dobremu uczynkowi, jakiego dokonał, jego życia ulega radykalnej zmianie.
„Poeta i świat” to młodzieńcza powieść Kraszewskiego (wydana w 1839 roku) i obarczona wszystkimi słabościami niewykształconego jeszcze talentu i manierą epoki. Fabuła jest niechlujnie sklecona, bohaterowie stereotypowi, a język pretensjonalny. Próżno tu szukać celnych charakterystyk postaci (najlepiej wypadają opisy prowincjonalnych pseudoliteratów), aczkolwiek w kilku scenach rodzajowych daje się wyczuć przebłysk przyszłych osiągnięć pisarza. Dialogi są drewniane, a już rozmowy zakochanych przyprawiają o ból zębów. Co gorsza, Kraszewski uczynił ze swej książki utwór programowy, zawierając w niej nieskończoną liczbę niekończących się tyrad: a to o duszy ludzkiej, a to o kontraście między miastem a wsią. O miłości, o tym, jak studiowanie medycyny odbiera człowiekowi wiarę w Boga, jak prawo jest jedynie środkiem do wyrywania grosza od naiwnych. Do tego, rzecz jasna, stałe przeciwstawianie „mędrca szkiełka i oka” - „czuciu i wierze”. I tak całymi stronami. Najciekawiej wypada rozważanie o ludzkiej skłonności do małpowania innych, od której to przypadłości nie są wolni nawet literaci.
„Poeta i świat” jest wyłącznie zabytkiem, i to z tych mniej szacownych, ale kryje w sobie jedną perłę: opowiadanie grozy, sen lekarza pod wymownym tytułem „Umarli dopominają się swego”. Rzuciwszy ją jednak pod nogi czytelnikowi na samym początku, Kraszewski uznał, że więcej nie musi się wysilać. Czytelnik natomiast musi się wysilić, by poziewując, przekartkowując kolejne rozmyślania głównego bohatera i skupiając się wyłącznie na elementach fabuły, dotrzeć do końca i tam wzruszeniem ramion skwitować losy Gustawa.

Tagi , | 14 Komentarzy

Kalejdoskop przeżyć

Krystyna Mazurówna, Burzliwe życie tancerki, Wydawnictwo Marginesy 2010.

Jeszcze parę miesięcy temu należałem do nielicznych chyba przedstawicieli mojego pokolenia, którzy wiedzieli kim jest Krystyna Mazurówna. Nie była to żadna szczegółowa wiedza, ot, pamiętałem, że mój tata wymienił jej nazwisko, gdy oglądaliśmy czarno-biały filmik z Piotrem Szczepanikiem, śpiewającym „Kochać”. Za piosenkarzem, na tle ascetycznej scenografii, para tancerzy wykonywała dość chyba awangardowy jak na tamte czasy układ choreograficzny. „Wilk i Mazurówna”, usłyszałem. Do tego jakieś napomknięcie o przerwanej karierze, i tyle.
Teraz z kolei należę pewnie do nielicznych, którzy nie oglądali wielkiego comebacku Mazurówny jako jurorki w telewizyjnym konkursie tanecznym, za to dzięki jej wspomnieniom nie tylko dowiedziałem się, jak wyglądała ta przerwana kariera, ale i spędziłem wiele bardzo przyjemnych chwil podczas lektury.
„Burzliwe życie tancerki” może się wydawać typowym produktem przebrzmiałej gwiazdy, która postanowiła sprzedać swoje wspomnienia, ale to mylne wrażenie. Moim zdaniem książka ta zdecydowanie wyróżnia się na tle tego rodzaju literatury. Mazurówna ma znakomity styl – lekki i gawędziarski; doskonale umie podać anegdotę, bezbłędnie wybiera ze swych przeżyć to, co najważniejsze, nie mizdrzy się do czytelnika i nie zalewa go swoimi refleksjami i przemyśleniami. Woli po prostu opowiadać: o sobie, rodzicach, siostrze, kolejnych mężczyznach, dzieciach, partnerach tanecznych, przyjaciołach, znajomych i całkiem przypadkowych osobach. O występach, podróżach, kolejnych miejscach pracy. Sama energiczna, zawsze w ruchu, spragniona zmian tchnęła tę energię w swoje wspomnienia. Mnóstwo krótkich rozdziałów: dzieciństwo w wojennym Lwowie, młodość w stalinowskiej Warszawie, błyskotliwa acz krótka kariera za rządów Gomułki. Praca, uczucia, radości, smutki – wszystko w zawrotnym tempie, istny kalejdoskop przeżyć. Od sukcesu do porażki, ze szczytów na dno, od gwiazdy scen do bileterki w paryskim kinie – o tym wszystkim pisze szczerze, jednak bez drobiazgowości; porusza niekiedy kwestie bardzo intymne, ale nie odniosłem wrażenia, że zdecydowała się odkryć wszystko.
Wspomnienia Mazurówny bawią i krzepią. Upadłeś? Podnieś się i zacznij od nowa. Nie masz na czynsz? Rusz na poszukiwanie pracy i nie poddawaj się, wejdź drzwiami albo oknem, przekonaj dyrektora teatru/reżysera/producenta/właściciela restauracji, że to ty jesteś najlepszy – a potem udowodnij, że faktycznie jesteś. Optymizm i radość życia w skondensowanej dawce. Do tego dawce w niezwykle efektownym opakowaniu, bo książka przypomina album z mnóstwem zdjęć, reprodukcjami wycinków prasowych, okładek, plakatów, a nawet dziecinnych rysunków. Nie można się oprzeć, żeby nie przekartkować, nie pooglądać i nie podczytać tu i ówdzie, a potem rzucić się do czytania i chłonąć.

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

Tagi , | 23 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (IX): Małpy literackie i prości handlarze książką

Młodzieńcza powieść Józefa Ignacego Kraszewskiego „Poeta i świat” jest już dziś wyłącznie zabytkiem, w którym rzadko tylko błyśnie coś zapowiadającego późniejsze osiągnięcia tego autora. Mnóstwo diagnoz stawianych epoce brzmi płasko i mało oryginalnie, niektóre jednak z przemyśleń głównego bohatera zachowują, jak sądzę, aktualność i dziś – choćby te poświęcone pisarzom-małpom i księgarzom (a pamiętać musimy, że niegdysiejszy księgarz był równocześnie wydawcą).

Któż nie zna [...] jednego rodzaju ludzi, przez który najbliżej po­krewni jesteśmy z małpami? To stworzenie ma twarz podobną ludzkiej, głos człowieka, nos zadarty, czoło pła­skie, usta szerokie, uśmiech głupi w ustach i kawał gąbki na miejscu mózgu; ma wszystko człowiecze prócz Woli – wola jego jest wolą naśladowania. Stąd można podobnych ludzi nazwać człowiekiem-małpą [...].
Z tej rasy ludzi trafiają się indywidua postrzyżone na literatów – jest takich bardzo wielu: kompilatorowie i erudyci prawie wszyscy, prawie wszyscy tłumacze i wiele nawet oryginalnych pisarzy, którzy wąchają tylko, skąd ich zaleci nowa jaka forma stylu, nowy jaki talentu charakter. Jak tylko Mojżesz drugi różdżką ge­niuszu ze skały wyprowadzi źródło – oho! już oni wszy­scy są około tej wody! piją, piją, bełcą, rozlewają, sta­wiają na strumyku mosty, tartaki, folusze, zapuszczają sieci, kąpią się, topią, noszą wodę wiadrami, bieg jej zwracają i kręcą na swoje pola – słowem, używają tego daru; ale zapytaj ich o źródło? jak go dobyć i skąd? tego się od nich nie dowiesz!
Biedny Mojżesz sam się tej wody nie napije, sam jej nie użyje, pasożyci mu ją wydrą!
Prawie zawsze na czele szkoły stoi geniusz lub talent wielki; jego naśladowcy są to małpy, przywłaszczają sobie jego formy, manierę, zdanie, sposób widzenia – i pi­szą. Czasem nawet bardzo znośnie dobierają kawałki, z których szyją, ale zawsze poznać można łataninę od tego, co jest z jednej sztuki, jednym ciągiem uszyte. [...]
Gdyby nie było takich małp literackich, nie byłoby nigdy tego, co nazywamy szkołą; każdy by pisał i myślał tak, jak go natura usposobiła, właściwie sobie; lecz z ich pomocą formuje się zawsze przy każdej genialnej głowie wielkie stado mniejszych główek, skierowanych w tę stronę, w którą głowa-typ się obraca. Są jednak tak szczęśliwi, zupełnie ekscentryczni pisarze, którzy nie dają się naśladować. Taki jest Rychter u Niemców, może jeden tylko. Nie wiem, czy o naśladowaniu go po­myślał kto nawet. Hoffman, dziwaczny jak Rychter, nie tak był szczęśliwy, bo prościejszy.
W literaturze dzieła małpy dają się poznać po tym, że nie mają żadnej cechy właściwej; każdy tom jest od­biciem jakiegoś innego, wybranego stosownie do czasu, w którym piszą, i książki, jaką świeżo czytali. Mimo tego jest między dziełami ich jakieś familijne podobień­stwo. [...]
                                                                  ***
Księgarze, którzy handlują rozu­mem, nauką, poezją, jak drudzy solą i woskiem, są pro­ści handlarze, żadnej w nich duszy, uczucia, względu, żadnego poważania dla talentu, skoro tylko ten nie przy­nosi pieniędzy. U nich są wiadomości o cenie płodów umysłowych, jak u drugich kupców o zbożu i drzewie.
„Teraz – pisze jeden do drugiego – poszły w cenę po­ezje, romanse spadły, słowniki płacą, naukowe książki sam czas drukować itp.”
Dla tych kupców może Camoens umierać w szpitalu, Chatterton otruć się sto razy, Homer błądzić po jałmużnie, Tasso gnić w więzieniu; oni spokojnie żyć sobie bę­dą ich mózgiem, ich duszą, ich zapałem, nie czując ani iskry wdzięczności, ani odrobiny czucia. Dla nich naj­piękniejsza książka jest ta, co się najlepiej przedaje, słownikopisarz, kompilator dla nich jest śmietanką ge­niuszów, bo jego karłowate robótki najgęściej się przedają. Są to kupcy, kramarze i nic więcej, żaden prawie nie zna się nawet na tym, co przedaje, a każdy ma sobie za obowiązek chwalić dzieła najdroższe. Rachować na nich, że wesprą talent i pomogą jego rozwinieniu, jest to sądzić, że kupiec będzie się troszczył o zasianie pola, kiedy bez tego za pieniądze gotowego zboża dostanie.
Najpocieszniejsze są płacone przez nich krytyki i pochwały, gdyż każdy księgarz ma zawsze osobistego nie­przyjaciela w drugim księgarzu, z którym walczy, gdzie się tylko spotka, jak pająk z pająkiem, jak szczupak ze szczupakiem, każdy z nich utrzymuje, płaci, najmuje dniowo, tygodniowo, miesięcznie, rocznie, jednego z tych geniuszów wałęsających się po świecie i szukają­cych miejsca, który dla niego pisze prospekt, krytykę, dykcjonarz, tłumaczy romans, poezje, algebrę, botani­kę, słowem, co mu każą, po rublu, dwa i trzy od arku­sza, według ugody, który gotów za trochę wyższą cenę podjąć się encyklopedii i sam wychodzące płody swojego dowcipu natychmiast artykułami nadesłanymi z podpisami A., B., C., D., E., F., G., H. itd. wynosi pod niebiosa. Bardzo słusznie! bo któż by się domyślił chwa­lić go, gdyby on, zapobiegając obojętności, sam tego nie uczynił! [...]
Józef Ignacy Kraszewski, Poeta i świat, Universitas 2002, s. 41, 43–44, 82–83.

Tagi , | 18 Komentarzy

Jak pognębić młodego szulera?


Marian Brandys, Honorowy łobuz, ilustr. Bohdan Butenko, Nasza Księgarnia 1975.

Marian Brandys znany jest (a może był? czy ktoś go jeszcze czyta?) jako twórca „reportaży historycznych” poświęconych epoce napoleońskiej. Bardzo cenne są jego dzienniki z lat siedemdziesiątych, szczególnie partie pokazujące działalność Komitetu Obrony Robotników i represje, jakie spadały na jego członków i sympatyków – w tym żonę pisarza, Halinę Mikołajską.
Pisywał też dla młodszych czytelników. Ciepło wspominam choćby „Śladami Stasia i Nel”, opowieść o podróży po Afryce. „Honorowy łobuz” to niewielki zbiorek opowiadań dla młodzieży. Otwierający go „Chłopiec z pociągu” zapewnił autorowi na długie lata miejsce w szkolnych czytankach. Historia z czasów okupacji o kilkunastolatku, który wziął na siebie winę, aby uchronić niewinnych przed śmiercią, jest wciąż przejmująca, chociaż napisana niezwykle prosto, w tonie niemal sprawozdawczym. Od razu nasunęło mi się skojarzenie z wycyzelowanym stylistycznie „Ikarem” Jarosława Iwaszkiewicza, który jednak niedawno nie wzbudził we mnie większych emocji. Dwa kolejne opowiadania podobać się powinny miłośnikom Edmunda Niziurskiego: „Navigare necesse est” to historia o nauczycielu łaciny, którego tajemnicę przeniknąć chcą niezbyt go lubiący uczniowie – a ich odkrycie zmieni stosunek chłopców do starego profesora. „Eksperyment naukowy” humorystycznie przedstawia wpływ dwóch urwisów na przebieg ważnego doświadczenia biologicznego. Charakter autobiograficzny ma „Śmierć don Juana” – refleksja o przemijalności sztuki aktorskiej, której niegdyś nie umiano utrwalać. Zamykające książkę „W Nałęczowie” to obrazek z życia uzdrowiska, przybliżający jego stałego bywalca, Bolesława Prusa.
Najważniejsze jednak w tym tomiku, moim zdaniem, są dwa opowiadania dedykowane Kazimierzowi Lisieckiemu „Dziadkowi”, pedagogowi, zwolennikowi nowoczesnego wychowania opartego na poszanowaniu praw dziecka. „Wiewiórczak” i „Honorowy łobuz” pokazują, jak funkcjonował kierowany przez Lisieckiego dom dziecka i jakimi metodami się w nim posługiwał. Oba oparte są na konfrontacji „trudnej młodzieży” z „Dziadkiem”, który na różne sposoby (jak pognębić młodego szulera? ograć go w karty) próbuje zrobić z chuliganów porządnych chłopaków, mimo iż jego samego to wiele kosztuje i emocjonalnie, i fizycznie. Na tle pozostałych, dość krótkich opowiadań te wyróżniają się rozwiniętą formą, dzięki której Brandys mógł dogłębnie przedstawić konflikty i sposoby ich rozwiązywania przez Lisieckiego. Bardzo wzruszający jest „Wiewiórczak”, w którym śmierć niewinnego zwierzątka pomaga winowajcom zrozumieć głębię własnej podłości i zawrócić ze złej drogi (to zdanie zalatuje większym dydaktycznym smrodkiem niż całe opowiadanie Brandysa, które jest wolne od nachalnego moralizowania). Brandys ciepło portretuje wychowawcę, który mimo wielu lat doświadczenia też przeżywa chwile zwątpienia i słabości, ale zawsze znajduje siły, by działać zgodnie ze swymi zasadami.
Tomik to zajmująca lektura na jedno popołudnie, chwilami refleksyjna, niekiedy zabawna, zróżnicowana stylistycznie i tematycznie. Warto go odkurzyć.

Tagi , | 10 Komentarzy

Fatalny poniedziałek komisarza Palmu


Mika Waltari, Błąd komisarza Palmu, tłum. Sebastian Musielak, Wydawnictwo Literackie 2011.

Oszałamiająca liczba publikowanych skandynawskich kryminałów każe się zastanawiać, czy ten literacki boom jest wynikiem dojścia po stuleciach do głosu genów wikińskich przodków, spragnionych palenia, plądrowania, gwałcenia, a nade wszystko wypruwania wnętrzności, czy też stanowi po prostu cyniczną próbę zrobienia majątku przez autorów i wydawców, którzy pozazdrościli Mankellowi i Larssonowi.
Być może w poszukiwaniu korzeni kryminalnych upodobań pisarzy z Północy nie musimy cofać się aż do czasów wikingów, a jedynie do przełomu lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku, kiedy to powstał cykl powieści o helsińskim komisarzu policji Fransie Palmu. Jego autor – Mika Waltari – zasłynął później znakomitymi książkami historycznych. Egipcjanin Sinuhe zepchnął w cień komisarza Palmu.
Błąd komisarza Palmu to drugi tom cyklu (o pierwszym, Kto zabił panią Skrof?, pisałem w innym miejscu), a ta część potwierdza klasę Waltariego jako twórcy zagadek kryminalnych. Jest jesienny poniedziałek. W eleganckiej dzielnicy Helsinek, w luksusowej willi, dochodzi do nieszczęśliwego wypadku. Milioner i playboy Bruno Rygseck poślizgnął się na mydle w łazience, uderzył tyłem głowy o brzeg basenu i znalazł się pod wodą. Mimo długotrwałej reanimacji zmarł. Pozornie komisarz Palmu nie ma tu nic do roboty, ale kilka rzeczy przykuwa jego uwagę i przekonuje, że jednak doszło do morderstwa. W domu, jak na dość wczesną porę, znajduje się zadziwiająco dużo gości, którzy dziwnie niechętnie mówią o powodach swoich odwiedzin.  Stopniowo wychodzą na jaw rozmaite mętne fakty, w piwnicy znienacka zostaje odkryty znany pisarz w towarzystwie pięknej kobiety, a najbardziej podejrzany jest oczywiście lokaj denata.
Podobnie jak w tomie pierwszym, o śledztwie opowiada nam stażysta Toivo Virta, który zdążył nabrać już nieco doświadczenia, a nawet wydać powieść opowiadającą o poprzedniej sprawie komisarza Palmu. Młody funkcjonariusz wciąż jest zwolennikiem wykorzystywania psychologii w dochodzeniu, podczas gdy Palmu tradycyjnie wierzy w logikę i kojarzenie faktów. Gromadka kłamliwych świadków pogarsza jego i tak już fatalny nastrój, nie szczędzi więc im i swemu asystentowi złośliwości, a na dodatek wpływowa rodzina zmarłego próbuje manipulować komisarzem.
Jednym słowem, klasyka gatunku. Zagadka jest niełatwa do rozgryzienia, galeria bohaterów zróżnicowana, choć nieco sztampowa, główny śledczy zaś z upodobaniem odgrywa nieudacznika, by zmylić podejrzanych, a potem spada na nich niczym orzeł. Niemłody i tęgawy, ale z umysłem niczym brzytwa. Książka skrzy się sarkastycznym humorem, zwroty akcji trzymają w napięciu, tylko Helsinek mało. Waltariemu wystarczała jednak dobrze obmyślana intryga kryminalna i nie musiał wdawać się w analizy problemów fińskiego społeczeństwa w międzywojniu. Nie powiem, żeby mi tego jakoś szczególnie brakowało, bo najbardziej lubię kryminały bezpretensjonalne.

Tagi , | 24 Komentarzy

Na przełomie dzieciństwa i dorosłości

Ewa Nowacka, Słońce w kałuży, Nasza Księgarnia 1981.

Jakiś czas temu Ewa Nowacka nie przekonała mnie  portretem dojrzewającej nastolatki, borykającej się z pierwszym uczuciem. Przekonała mnie natomiast, choć nie od razu, swoim portretem chłopca w tym samym momencie życia.
Wojtek, lat szesnaście. Rodzice, młodsi o osiem lat bracia bliźniacy. Inteligentny, oczytany, o wiedzy większej niż rówieśnicy, wśród których uchodzi za „chodzącą encyklopedię”. Ta intelektualna przewaga jest momentami dość pozorna, a szerokie zainteresowania raczej powierzchowne. To, co imponuje kolegom, niekoniecznie przekonuje nauczycieli – stąd dwója z fizyki na semestr. Ocena nie spędza jednak chłopakowi snu z powiek.
Dla Wojtka liczy się bowiem jedno – czy raczej jedna. Katarzyna, odległa koleżanka z klasy, która nie zwraca na niego uwagi. Tworzy sobie jej wyidealizowany wizerunek i uznaje, że jest zakochany. Nie ma odwagi zbliżyć się do dziewczyny, więc opowiada jej w grubym brulionie o sobie, swoich przemyśleniach i fascynacjach, lekturach, rówieśnikach, oczekiwaniach wobec siebie i innych. Z tych zapisków wyłania się obraz wrażliwego nastolatka, który próbuje uporządkować własne wnętrze i świat, nie pogubić wśród przemian, jakie go dotykają. Wojtek balansuje między dzieciństwem a dorosłością, jest trochę egzaltowany, idealistycznie nastawiony, skupiony na sobie, wkrótce jednak będzie musiał ostatecznie wkroczyć w dojrzałość i zostać podporą rodziny. Ponownej ocenie podda też to, co czuł do Katarzyny.
Swoją powieść Ewa Nowacka napisała językiem, który z początku trudno uznać za pasujący do nastolatka: jest tu – szczególnie w zapiskach bohatera – wyszukane słownictwo, wysoki, czasem wręcz poetycki styl, ciekawe refleksje. Niekiedy wygląda to na pretensjonalność czy sztuczność, ale właściwie nie kłóci się z tym, czego dowiadujemy się o Wojtku: w końcu pisze do ukochanej, chce zrobić na niej wrażenie, oszołomić ją swą wiedzą i inteligencją, przymiotami charakteru. To bywa męczące dla czytelnika, ale ma kluczowe znaczenie dla szesnastolatka: przecież nie poznamy samych siebie, jeśli nie będziemy wciąż i na nowo próbowali analizować swych myśli, uczuć i postępków. Bohater książki radzi sobie z tym zresztą bardzo dobrze i zdaje swój egzamin z dorosłości.
Chociaż „Słońce w kałuży” chwilami irytuje lub nuży, to całość jest wciągająca, Wojtek budzi sympatię, a jego dwaj braciszkowie dostarczają wiele uciechy swymi psotami. Do tego dochodzi garść realiów z końca lat siedemdziesiątych. Pojęcia nie mam, jak odebraliby tę powieść dzisiejsi szesnastolatkowie, ale mnie się podobało.

Tagi , | 20 Komentarzy

Z wizytą w Muzeum Ciszy

Yoko Ogawa, Muzeum Ciszy, tłum. Anna Horikoshi, W.A.B. 2012.

Na świecie są tysiące muzeów, wielkich i małych, klasycznych i zupełnie niekonwencjonalnych. Muzeum Ciszy należałoby bez wątpienia do tych najbardziej oryginalnych. Jego twórczyni bowiem od kilkudziesięciu lat zbierała pamiątki po zmarłych, i to nie jakieś przypadkowe przedmioty, które do nich należały. Nie. Poszukiwała „rzeczy, które pełnym głosem zaświadczą o istnieniu zmarłej osoby”. U schyłku życia kolekcjonerka postanowiła powierzyć odpowiedzialną misję stworzenia miejsca, gdzie jej zbiory zostaną godnie wyeksponowane, doświadczonemu Kustoszowi. Muzealnik zamieszkał w posiadłości ekscentrycznej starej kobiety i rozpoczął pracę. Zadanie nie było łatwe, pracodawczyni miała dokładnie przemyślaną koncepcję swego muzeum, żądała też od Kustosza, by nie tylko zajmował się już zebranymi eksponatami, ale i wziął na siebie zadanie gromadzenia kolejnych.
Powieść Ogawy od pierwszych stron wciąga i intryguje: scenerią niesamowitego, zaniedbanego pałacu na terenie wielkiej posiadłości,  postaciami, które niechętnie mówią o sobie, zwyczajnymi przedmiotami, z których każdy ma odrębną historię, często nader dramatyczną, elementami sensacji. Fabuła toczy się niespiesznie, tak jak niespieszne jest życie w posiadłości Staruchy. Wraz z oszołomionym Kustoszem odkrywamy powoli, na czym ma polegać jego misja, jakie zasady rządzą kolekcją najdziwaczniejszych przedmiotów, którą należy przekształcić w muzeum, a przede wszystkim jednak uczymy się, jak oswajać śmierć i jak zachowywać pamięć o zmarłych. Rzeczy do nich należące nie tylko o nich przypominają, ale też przechowują cząstkę ich osobowości i kierują nasze myśli ku światu, do którego udali się po śmierci. Trzymając pamiątkę po zmarłym, trzymamy równocześnie w dłoni ten świat śmierci. Badając ją, oglądając, wodząc po niej palcem – pozbywamy się strachu przed tym nieznanym miejscem, uspokajamy się, wyciszamy.
Cisza, nieodłącznie związana ze śmiercią, jest ważnym elementem powieści. Najdogłębniej poznali ją mnisi-nauczyciele z pobliskiego klasztoru, których spowija cisza gęsta i wszechogarniająca. Odchodzenie młodego nowicjusza w coraz głębszą ciszę ma w sobie coś z umierania dla świata zewnętrznego i niczym śmierć przynosi ból jego przyjaciołom.
Język powieści jest chłodny i precyzyjny, dialogi są zwięzłe, ale pełne treści. Szlachetny umiar stylu doskonale współgra z tematem książki. Opisy ograniczono do minimum, a mimo to doskonale budują nastrój i pozwalają wyobrazić sobie scenerię wydarzeń. Mimo tych wszystkich zalet powieść moim zdaniem zbytnio przypomina misterne co prawda, ale kruche i nietrwałe cacko z wydmuszki, z rodzaju tych, jakimi zachwycali się bohaterowie „Muzeum”. Kunszt pisarski Ogawy budzi podziw w czasie lektury, ale wrażenie szybko blaknie po odłożeniu książki. Na pewno jednak warto po nią sięgnąć, by choć na chwilę zagłębić się w historiach dawno zmarłych właścicieli eksponatów, odczuć drżenie niepokoju związane z tworzeniem muzeum, a przede wszystkim pochylić nad myślą o tym, jak niewiele w sensie materialnym pozostaje po naszej śmierci i jak wiele nawet te drobiazgi mogą o nas powiedzieć, szczególnie jeśli wspiera je życzliwa pamięć żyjących.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

Tagi | 13 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.