Archiwum czerwca 2012

Wsi spokojna, wsi wesoła?

Terry Pratchett, Niuch, tłum. Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka 2012.

Komendant Sam Vimes jest organicznie zrośnięty z Ankh-Morpork. Można wręcz powiedzieć, że Vimes nie może się obejść bez swojego miasta, a miasto bez niego. Ale na dwa tygodnie będą musieli się rozdzielić. Żona chce bowiem pokazać Vimesowi ich wiejską posiadłość i zabiera go na urlop z daleka od spraw służbowych. Utraciwszy bruk pod nogami, komendant czuje się niepewnie w nowym otoczeniu. Jego instynkt policjanta nie daje się jednak oszołomić świeżemu powietrzu i sielankowym krajobrazom – w powietrzu pachnie czymś złowieszczym. Zbrodnią, którą wszyscy dokoła starannie przemilczają. Vimes nie byłby sobą, gdyby nie zaczął węszyć, a odkrycie, którego dokonuje, budzi w nim grozę.
„Niuch” jest nie tylko opowieścią o zbrodni i śledztwie, to również opowieść o pogardzanej i gnębionej mniejszości, protest przeciwko uprzedzeniom rasowym i wezwanie, by poznawać tych, których uważamy za gorszych tylko dlatego, że nie mamy pojęcia kim naprawdę są. Żeby nie sądzić po pozorach, bo w każdym można znaleźć coś wartościowego. „Nie ma istot tak nędznych, by coś nie troszczyło się o nie”, mówi jeden z przedstawicieli uciskanej nacji. Wielu jednak ma na ten temat zupełnie inny pogląd. „W magistracie mu powiedzieli, że nic się nie stało, bo to przecież właściwie robactwo, i że mają je zabrać do doków, gdzie dla odmiany będą mogły zarabiać na życie i nie denerwować innych. [...] Miały popłynąć do jakiegoś słonecznego miejsca daleko stąd”. Czy nie brzmi to przerażająco znajomo – jakby żywcem wyjęte z antysemickiej propagandy?
Pratchett podjął temat trudny i bolesny, ale książka nie straciła przez to walorów rozrywkowych, zyskała za to głębszy wymiar. Zresztą już od kilku tomów cykl o Straży porusza kwestie choćby przełamywania uprzedzeń rasowych. Formułę powieści odświeżyło przeniesienie Vimesa w nowe środowisko i wprowadzenie nowych postaci (młodego Feeneya, który od komendanta uczy się, co to znaczy być policjantem, czy panny Beedle, pisarki i bojowniczki o prawa uciśnionych). Poza tym spotykamy starych znajomych. Przewodniczką męża po nieznanym mu świecie wiejskim jest lady Sybill, dużą rolę odgrywa kamerdyner komendanta Willikins, a wiele humoru wprowadza mały Sam, który zachwycony jest wsią i możliwością studiowania zwierzęcych kupek. Akcja toczy się szybko, a takiego przyspieszenia, jakiego nabiera podczas szaleńczego spływu Zdradziecką Staruchą, jeszcze chyba u Pratchetta nie było. „Niuch”, moim zdaniem, stanowi doskonałe zwieńczenie serii o Straży Miejskiej, choć mam nadzieję, że jeszcze nie jej zakończenie, i z pewnością jest jednym z najlepszych tomów całego Świata Dysku.

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Tagi , | 41 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (XI): Joanna Chmielewska, cz. 2

Zaprotegowana przez Mariana Eilego, redaktora naczelnego „Przekroju”, Irena Kuhn, już wkrótce Joanna Chmielewska, złożyła maszynopis w wydawnictwie „Czytelnik” i zaczęła martwić się koniecznością dopisania ciągu dalszego do swojego debiutanckiego utworu...
Pierwsza część Klina była za długa na nowelę i za krótka na powieść. Dalszy ciąg w pierwszej chwili nieco mnie ogłuszył, ale tu w sprawę wdał się „Szkorbut”.
W zasadzie zdążyłam się przyzwyczaić do reportażu. Te zakłady pracy, te Domy Kultury, te zjawiska dodatkowe, które wykorzystywałam okazjonalnie, chociażby wesołe miasteczko przed moim domem, zbakierowały mój umysł. Nie ośmieliłam się wszystkiego wymyślić sama, wyobraźnia siedziała cicho i odmawiała współpracy, jeśli zaś już ruszyła, prezentowała obrazy rozszalałe i nie do przyjęcia. Przydeptywałam ją, jak mogłam. Nieśmiałe popiskiwania dały w rezultacie zaledwie kanwę, haft wykonało życie.
Z moim szwagrem Andrzejem, mężem Jadwigi, od czasu do czasu współpracowałam. Ściśle biorąc, pomagałam mu, umiałam kreślić, robotę podrzędną odwalałam jak złoto, nie bruździła mi w tym żadna ambicja, on był projektantem genialnym, a ja wręcz przeciwnie, i godziłam się z tym bez najmniejszego oporu. Nie pamiętam, co wtedy robił, jakiś konkurs, czy kurię biskupią w Kielcach, w każdym razie gdzieś w okolicy owych zmagań pojawił się „Szkorbut”.
Najpierw co parę dni, potem codziennie, potem nawet po parę razy w ciągu dnia dzwonił telefon i męski albo damski głos pytał w napięciu:
– Szkorbut? Szkorbut?
Z początku tak Jadwiga, jak i Andrzej grzecznie odpowiadali, że pomyłka. Potem zaczęło ich to denerwować i odzywali się mniej uprzejmie, albo od razu odkładali słuchawkę. Potem przystąpili do karczemnych awantur. Nie pomagało, szkorbut dobijał się do nich nadal. Któregoś dnia śmiertelnie zmęczony Andrzej podniósł słuchawkę.
– Szkorbut? – spytała facetka z tamtej strony.
– Tak, szkorbut – zgodził się Andrzej, bo już nie miał siły się kłócić.
– Kto mówi?
– Władysław Jagiełło.
– Panie Władeczku! — krzyknęła na to dama. – Tu Jadwiga! Ja się muszę z panem zobaczyć!
Ustrzeliła go dokładnie. Nieco z tego zbaraniał.
– Sami rozumiecie – mówił do nas później. – Dzwoni do mnie królowa Jadwiga, chce się ze mną spotkać, jak ja mogę odmawiać monarchini...
Otrząsnąwszy się z zaskoczenia, umówił się z tajemniczą osobą o szóstej po południu w kawiarni „Stylowa”, która mieściła się wówczas na rogu Pięknej i placu Konstytucji, parę kroków od jego miejsca zamieszkania. Niestety, pomylił godzinę, poleciał na siódmą, żadnej damy już nie znalazł i ciężko mi było przebaczyć mu tę pomyłkę.
Szkorbut jednak dzwonił ciągle, zatem wspólnymi siłami ustaliliśmy, że należy o nim zawiadomić milicję. Diabli wiedzą, co to jest, może nic, a może jakieś przestępcze hasło, niech się martwi właściwa instytucja. Milicja przyjęła informację, podziękowała, poprosiła o zgodę na założenie w telefonie podsłuchu, zgoda została udzielona prawie z zapałem i zaraz potem Andrzej zadzwonił do swojego kumpla, medyka, żeby mi skombinował lipne zwolnienie lekarskie. Ta robota tutaj była pilna, musiałam chodzić do pracy i należało mnie z tej pracy wyrwać. Podał mu moje dokładne personalia, a do tego jeszcze uzgodnili, na co mogę być chora i wyszło im, że najlepsze będzie zatrucie pokarmowe. Zważywszy podsłuch, oczekiwałam jakichś konsekwencji, ale milicja kichała na moje zatrucie i nic nie było, za to szkorbut skończył się jak nożem uciął.
Joanna Chmielewska na spotkaniu z czytelnikami.
Komunikatu na ten temat nie udzielono nam żadnego i do dziś nie wiemy, co to naprawdę było. Mogłam zatem wykorzystać wydarzenie w sposób dowolny.
Napisałam książkę do końca, zaniosłam, umowa już wcześniej została podpisana, teraz przyjęto dzieło do druku. Szłam sobie Wiejską w kierunku Sejmu z głupkowato rozanielonym wyrazem twarzy i asfodele mi kwitły po dwóch stronach ulicy, a możliwe, że nawet i na jezdni. Osiągnęłam podstawowy cel życia...!

Joanna Chmielewska, Autobiografia, t. 3, Wydawnictwo Vers, 1994, s. 65–67.

Tagi , | 11 Komentarzy

Przemożne pragnienie miłości
(E. i J. de Goncourt, „Herminia Lacerteux”)



Literatura od wieków pełna jest sprytnych niewolników, rozchichotanych pokojówek, pełnych godności kamerdynerów i pomarszczonych jak jabłuszka niań. Sprzątają, podają do stołu, gotują, wyciągają swoich chlebodawców z rozmaitych opałów, a i dobrą radą posłużą, i liścik miłosny przeniosą. Popychają fabułę do przodu, ale nie mają własnego życia, swoich myśli i uczuć – kto chciałby się pochylać nad sercowymi rozterkami dziewczyny z pospólstwa?

W pewnym jednak momencie ktoś zechciał się nad nimi pochylić. Edmund i Juliusz de Goncourt postanowili programowo zgłębić „niższe sfery”, uznając ich prawo do wejścia na literackie salony i licząc się z tym, że ich powieść wywoła niesmak i oburzenie tak tematem, jak i naturalistycznym sposobem jego ujęcia.

Herminia Lacerteux jest służącą panny Sempronii de Varandeuil. Wiodą sobie spokojny żywot w skromnym mieszkanku, Herminia wydaje się bardzo oddana swej chlebodawczyni, troszczy się o nią i dba o jej wygody. Żadna z nich nie miała łatwego życia: chłopska córka Herminia, wychowana w nędzy, wcześnie zaczęła pracować, upokarzana i poniewierana na każdym kroku. Jej chlebodawczyni, chociaż arystokratka, też harowała od dziecka – tyle że u własnego ojca, który sobie z niej zrobił służącą, i dopiero na starość zyskała niezależność. U niej Herminia znalazła pracę i dom, a zaspokoiwszy wreszcie podstawowe potrzeby ciała, zaczęła też myśleć o duszy. Popadła w dewocję, a spowiedź budziła w niej tajemne dreszcze, związane w dużym stopniu z osobą księdza, który zasiadał w konfesjonale.

To jednak wkrótce przestało wystarczać dziewczynie, jej bujny temperament domagał się miłości, a swe uczucia ulokowała w cynicznym Jupillonie. Kochanka wkrótce mu zobojętniała, wiedział jednak, że Herminia zrobi dla niego wszystko i bezwzględnie ją wykorzystywał. Zaślepiona służąca wstąpiła na drogę upadku.


Herminia Lacerteux, ilustracja
z XIX-wiecznego wydania amerykańskiego.
Wydana w 1865 roku „Herminia Lacerteux” była inspiracją dla Emila Zoli. Zola jednak obserwował upadek swych bohaterów niczym naukowiec oglądający owady pod lupą, zimno i beznamiętnie. Bracia Goncourtowie jeszcze tego nie potrafili, a może nawet nie chcieli – miałem nieustannie wrażenie, że przedstawiając rozpad osobowości swej bohaterki, krzywią usta ze wstrętem. Herminia jako przedstawicielka plebsu jest dla nich uosobieniem jego najgorszych cech: płytkiej dewocji, złośliwości, chuci, skłonności do przestępstw i alkoholu. Służąca zestawiana jest z panną de Varandeuil, by pokazać, że mimo podobieństwa losów, warunków, w jakich się wychowywały, jedna ulega najgorszym instynktom, druga zachowuje przyrodzoną swemu stanowi szlachetność. Ta tendencyjność to najsłabsza strona powieści; wkrada się też do niej pewna melodramatyczność, widoczna szczególnie w zakończeniu. Mimo tego skrzywienia, trzeba przyznać autorom, że mieli wiele odwagi: w powieści jest mowa o gwałcie, poronieniach, porodzie czy szpitalu. Znakomite są opisy wypoczynku robotników na obrzeżach Paryża, podrzędnej tancbudy i lasku Vincennes. Niektóre partie książki mocno się zestarzały, inne wciąż pozostają świeże i interesujące. Na pewno powinni ją poznać wielbiciele Zoli, ale może się też podobać mniej zagorzałym miłośnikom naturalizmu.

Edmond i Jules de Goncourt, Herminia Lacerteux, tłum. Krystyna Byczewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1961.

Tagi , | 4 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (X): Joanna Chmielewska, cz. 1

W życiu architekt Ireny Kuhn komplikacje uczuciowe zbiegły się z piętrowym remontem mieszkania. Pewnego dnia w telefoniczną rozmowę z przyjaciółką włączył się tajemniczy nieznajomy, rozmaite perypetie zaczęły się piętrzyć i pani architekt na wszelki wypadek zaczęła spisywać swoje przeżycia... W ten sposób powstał zalążek Klina — debiutanckiej powieści Joanny Chmielewskiej.
Irena Kuhn jako maturzystka, 1950 rok.
W trakcie mojego remontu, tej glazury, łazienki i piasku, miałam tajemnicze telefony, które podtrzymały temat i zwiększyły ogólny melanż. Później wyszło na jaw, że wygłupiali się tak Andrzej, mąż Ireny, i Michał, ale nie żywiłam do nich urazy, przeciwnie, byłam im wdzięczna za inspirację.
Różne osoby natomiast miały pretensje do mnie. Ponarażałam się im bezwiednie, zakłopotało mnie to, usiłowałam wyjaśnić sprawę i stworzyłam pierwszą część Klina. Dawałam to do czytania osobom znajomym, żeby się zorientowały w sytuacji, osoby znajome reagowały rozmaicie, niektóre prosiły, żeby mnie od nich odgrodzić, bo się boją wariatek, wszystkie jednak prezentowały jedna cechę wspólną.
— Słuchaj, wydaj to — mówiły. — Idź gdzie trzeba i wydaj!
Łatwo powiedzieć. Jedyną odpowiednią instytucją, jaka mi przyszła na myśl, była redakcja Przekroju. Zdobyłam się na czyn rewolucyjny, zadzwoniłam do Krakowa, okazało się, że Marian Eile, ówczesny naczelny, znajduje się właśnie w Warszawie. Zadzwoniłam do Eilego. Miał chwilę czasu, poleciałam na spotkanie, wziął utwór i przeczytał.
Potem nastąpiła chwila, dla mnie rzędu wybuchu wulkanu.
— Czy ty piszesz więcej? — spytał Eile, który już od czwartej strony zaczął mnie traktować jak jednostkę znajomą od urodzenia.
— Pisałabym więcej — odparłam uczciwie i z ciężkim westchnieniem — gdybym miała na czym. Pisuję artykuły, ręcznie, potem pożyczam maszynę od mojej ciotki. Ręcznie pisze mi się za wolno, bazgroły są to, nie widzę tekstu. Maszynę muszę jej oddawać, ona też dużo pisze. Przez brak tej cholernej maszyny nie mogę pisać tyle, ile bym chciała.
— W takim razie ja ci dam maszynę — powiedział Eile.
Nie zrozumiałam, co ma na myśli.
— Jak to? — spytałam. — Co to znaczy?
— Umarła moja ciotka. Została po niej maszyna, stara, ale jeszcze w niezłym stanie. Niepotrzebna mi, dam ci ją.
— Znaczy, pożyczy mi pan?... Pożyczysz mi?
— Nie. Dam.
— Jak to...? Na własność? Na zawsze?
— Na własność i na zawsze.
Marian Eile.
Raj absolutny otwarł się przede mną, pienia anielskie zabrzmiały mi w uszach. Słowo daję, wchodziłam z tą maszyną po schodach i ze wzruszenia płakałam rzewnymi łzami. Eile dołożył mi jeszcze do tego całą kupę papieru, ciężkie to było jak piorun, nie szkodzi, nie czułam ciężaru. Przeżywałam najpiękniejsze wydarzenie całej egzystencji.
W ten sposób, jeśli ktoś mnie nie lubi, winą za moją twórczość może sobie obciążać Mariana Eilego.
Wypchnął mnie także do „Czytelnika”.
— Już tam o tobie rozmawiałem — rzekł z troską. — Ale ubierz się jakoś gorzej, albo co, żeby nie powiedzieli, że Marian interesuje się dziewczyną, a nie pisarstwem. Nie wyglądaj za dobrze.
Zastosowałam się do zalecenia. Pojechałam do „Czytelnika” z pracy, miałam na sobie starą spódnicę, wymazaną grafitem z ołówka, starą bluzkę, której chyba brakowało guzika, byłam boso, w sandałach, rozczochrana, nie umalowana, z lśniącym nosem, w ręku trzymałam siatkę z włoszczyzną, kartoflami i pieczywem. W redakcji natknęłam się na istoty, którym za plecami łagodnie szeleściły anielskie skrzydła, były to panie Borowiczowa i Szymańska, bóstwa, jakich na tej wybrakowanej ziemi w ogóle się nie spotyka. Potraktowały mnie niebiańsko i kazały dopisać dalszy ciąg. [...]


Joanna Chmielewska, Autobiografia, t. 3, Wydawnictwo Vers, 1994, s. 62–65.

Tagi , | 36 Komentarzy

Vendetta z wojną w tle


Jules Verne, Północ kontra Południe, tłum. Bożena Sęk, Wydawnictwo „Śląsk” 1990.

Czerwiec zaczyna się u mnie pod znakiem literatury dziecięco-młodzieżowej. Zastanawiam się, czy to sugestia, że potrzebuję wytchnienia, czy raczej zapowiedź nieuchronnie nadciągającego starczego zdziecinnienia. W każdym razie w ramach łapania oddechu od spraw poważniejszych chwyciłem za powieść Juliusza Verne’a, która od parunastu lat stała sobie na półce, czekając na swoją szansę.
Tytuł „Północ kontra Południe” w połączeniu z wybitnie militarystyczną okładką sugeruje, że jest to utwór prekursorski wobec „Przeminęło z wiatrem” albo chociaż wobec serialu „Północ – Południe”, fresk historyczny osnuty wokół amerykańskiej wojny secesyjnej. Nic bardziej mylnego: wojna przewala się gdzieś w tle w postaci detalicznych spisów posunięć poszczególnych dowódców i wyliczeń miejsc kolejnych bitew i potyczek, fabuła zaś kręci się wokół wendetty, jaką złowrogi Hiszpan Texar toczy przeciwko Jamesowi Burbankowi, posiadaczowi ziemskiemu z Florydy. Texar jest złowrogim typem, podejrzewanym o najgorsze przestępstwa, ale zawsze jakoś udaje mu się oczyścić z oskarżeń. Burbank, zwolennik zniesienia niewolnictwa i człowiek szlachetny, stawał przeciwko Texarowi w sądzie, a poza tym swego czasu przelicytował Hiszpana na aukcji niewolników, odbierając mu szansę na zdobycie Mulatki Zermy. To wystarczy, by w sercu zbrodniarza rozgorzała nienawiść. Korzystając z wojennych niepokojów i antyjankeskich nastrojów, Texar knuje przeciwko Burbankowi coraz to nowe intrygi, aż wreszcie doprowadza do krwawej konfrontacji.
Jak na Verne’a, to powieść zaledwie poprawna. Akcja jest przewidywalna, brakuje napięcia, zaskoczenia. Bohaterowie są czarno-biali: jak szlachetni, to do bólu, jak zbrodniarze – to bezwzględni i zatwardziali. Kobiety obowiązkowo anielsko dobre, mdleją też co chwila z nadmiaru emocji; jedna Zerma wykazuje się pewną przedsiębiorczością i odwagą. Trochę urozmaicenia wprowadza rządca posiadłości Burbanka, pan Perry, swoimi utyskiwaniami na pomysł obdarzenia Murzynów wolnością. Tło historyczne pokazane nudno, tyrady przeciwko zniesieniu niewolnictwa jakieś bez żaru. O ile jednak Murzyni zasługują na wolność, o tyle wyzuwani z własnej ziemi Indianie są tylko podstępnymi i okrutnymi dzikusami, którzy napastują Bogu ducha winnych osadników i zasługują na wytępienie. Jak to zwykle u Verne’a, można się też nieco dowiedzieć o geografii, przyrodzie i gospodarce Florydy. Dyskretnie poziewując, dotarłem do finału i mogę „Północ kontra Południe” polecić wyłącznie zagorzałym wielbicielom Verne’a.

Tagi | 8 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.