Archiwum lipca 2012

Letnie niedoczytanie


Jarmila Loukotkova, Poeta śpiewa na przekór, tłum. Anna Jolanta Bluszcz, Wydawnictwo Śląsk 1978.
Anka Kowalska, Pestka, Instytut Wydawniczy PAX 1970.

Czy uważacie niedoczytanie książki za swoją czytelniczą porażkę, czy raczej normalny proces selekcji – po co się męczyć nad czymś, co nam nie odpowiada? Szukacie winy w sobie – może jestem za głupi, żeby zrozumieć głębię i dostrzec walory literackie?, czy może kwitujecie krótko, że to bzdura, grafomania i nuda?
Nie pamiętam już kiedy ostatni raz nie doczytałem książki. Nie wiem, czy to wynik starannego doboru lektury, czy mojego samozaparcia. Tym bardziej trochę się zdziwiłem, że w ostatnich trzech miesiącach trafiły mi się aż dwie porzucone: jedna w jednej trzeciej, druga w połowie.
Poeta śpiewa na przekór Jarmili Loukotkovej czekało na swoją szansę ponad dwadzieścia lat, od chwili, gdy kupiłem tę książkę na bibliotecznej wyprzedaży. Smakowicie opasła biografia Franciszka Villona naprawdę zapowiadała się całkiem nieźle. 
We Francji szaleje zaraza, para młodych ludzi ucieka ze swojej zapowietrzonej okolicy do Paryża, gdzie chcą zacząć nowe życie, z dala od choroby i śmierci – jest to tym ważniejsze, że wkrótce ma przyjść na świat ich dziecko. Niestety, stolica też już nie jest wolna od morowego powietrza, i tu umierają ludzie, i tu coraz więcej pustych domów o zabitych oknach. Nastroje w mieście nie są dobre, młodzi nie mają jednak sił dalej wędrować. W takich okolicznościach rodzi się Franciszek i niestety szybko traci ojca. Odtąd wychowuje go matka, wspierana przez kanonika Wilhelma Villona.
Lata płyną. Mały Franciszek jest już studentem uniwersytetu, ulubieńcem kobiet i dobrze zapowiadającym się poetą – jego utwory nie są jednak gładkie i grzeczne. Mówią o sprawach niepokojących, o biedzie, głodzie, niepokojach wśród ludu, wszetecznicach, dziewkach karczemnych. Villon też bardziej niż nauką zajęty jest udziałem w ulicznych niepokojach wszczynanych przez żaków i wzdychaniem do Katarzyny...
Początek opowieści jest naprawdę dobry – szczególne wrażenie zrobiła na mnie scena tańca śmierci na paryskim cmentarzu, rodzaj zbiorowej histerii, szału zapomnienia. Później jest wiele barwnych scen: pochód studentów, ich mało wyszukane psoty, zabawy w karczmie, tumulty na paryskich ulicach. Poszczególne epizody jednak łączą się ze sobą nader słabo, ale bardziej mi przeszkadzało to, że robią wrażenie urwanych, że brakuje im jakiejś puenty, podsumowania, punktu zaczepienia dla późniejszych wypadków. To dość irytujące, ale pewnie dałoby się znieść. Szansę książce odebrał inny zabieg – nie wiem, czy autorki, czy wydawnictwa: oto niektóre partie mają postać monologów: Franciszka, ojca Wilhelma, uniwersyteckiego profesora młodego poety. Ich wypowiedzi przeplatają się, ale nie są w żaden sposób graficznie wyodrębniane. Czytam wynurzenia Villona i nagle przestaję rozumieć ich sens, cofam się nieco i wszystko jasne – niemal w pół słowa weszły rozmyślania innej postaci. Taki awangardowy strumień kilku świadomości. Ogromnie męczące. Podziękowałem więc Loukotkovej, nie wiem, czy kiedyś wrócę do jej książki. Raczej po prostu poczytam sobie poezje Villona.

Drugą niedoczytaną ostatnio książką była „Pestka” Anki Kowalskiej. Po znakomitym „Folklorze tamtych dni” spodziewałem się czegoś choćby odrobinę zbliżonego poziomem. I tak, wiedziałem, że to romans i brałem na to poprawkę. Historia Agaty i Borysa miała nawet potencjał, starannie utopiony przez autorkę w iście barokowym słowotoku, z którego gdzieniegdzie, niczym skała ze spienionego strumienia, wystawała jakaś celna obserwacja albo złota myśl, notabene zaznaczona starannie ołówkiem na marginesie przez jakąś poprzednią czytelniczkę. Opierałem się temu strumieniowi, po jakimś czasie dałem się ponieść kawałek, ale uznałem, że za bardzo obijam sobie plecy, a słowa wlewają mi się do nosa. Zakrztusiłem się w końcu i wyszedłem na suchy ląd. Więcej moich utyskiwań pod adresem książki można znaleźć w klubie dyskusyjnym na blogu Czytanki Anki, gdzie rozwinęła się gorąca debata o powieści.

Mam nadzieję, że to na razie koniec z porzucanymi książkami – wszystko na to wskazuje, bo stos przeczytanych i czekających choćby na kilka słów na blogu jakoś nie chce się zmniejszać. To następnym razem będzie o czymś przeczytanym do końca.

Tagi , , , | 43 Komentarzy

Na koloniach fajnie jest...



Janusz Korczak, Józki, Jaśki i Franki, Krajowa Agencja Wydawnicza 1985.

Pamiętacie swój pierwszy wyjazd na kolonie? Pamiętacie dokąd? Nad morze, w góry czy nad jeziora? Do wielkiego miasta, a może do zabitej deskami wsi, gdzie można się było w deszcz wściec z nudów, bo panie wychowawczynie wolały plotkować, niż zorganizować choćby spacer do lasu? A w wiejskim sklepiku koło ośrodka tylko woda sodowa i paluszki z cukrem... Ale nawet w takim miejscu akurat gdy się robiło najfajniej, już trzeba było wyjeżdżać.
Wyobraźcie sobie, że nigdy w swoim dziesięcio- czy dwunastoletnim życiu nie byliście za miastem, nie widzieliście lasu ani rzeki, poza szarym i niespokojnym nurtem Wisły. Że całym waszym światem jest wilgotna suterena, podwórze-studnia z wiecznie przeładowanym śmietnikiem i zakurzone ulice. Wyjazd na kolonie Towarzystwa Kolonii Letnich to dla takich chłopców jedyna szansa, by przez miesiąc bawić się, kapać, śmiać, biegać, śpiewać, budować domki na drzewach i szałasy. Dla wielu to jedyna okazja, by najadać się regularnie, uciec przed ciężką ręką ojca pijaka, by wreszcie poczuć się dzieckiem – człowiekiem, a nie nieznośnym łobuzem, darmozjadem, wyręką do opieki nad młodszym rodzeństwem. Mogą odkrywać zdolności, których nigdy by u siebie nie podejrzewali: są wśród nich mistrzowie w zbieraniu grzybów, stawianiu szałasów z gałęzi, opowiadaniu bajek, wycinaniu łódek z kory, urodzeni przywódcy o niekwestionowanym autorytecie. Obowiązuje regulamin, ale też dużo swobody; rozwija się samorząd, przewinienia karze sąd złożony z kolonistów. Wychowawcy bacznie obserwują swoich podopiecznych, ale raczej nadają kierunek ich poczynaniom, niż coś narzucają. Wierzą w instynkt moralny dzieci i zwykle się nie zawodzą.
Opowieść Korczaka, który w 1908 roku był wychowawcą na koloniach dla chłopców w Wilhelmówce, można czytać jako wakacyjną historię przygodową – i przygód w niej rzeczywiście nie brakuje. Widać w niej też jednak dar obserwacji i umiejętność wnikania w dziecięcą psychikę, świadomość, że o dobrym samopoczuciu najmłodszych decyduje nie tylko jedzenie i świeże powietrze, że należy zapewnić poczucie bezpieczeństwa, ukoić tęsknotę, rozwiać lęki i smutki. Praca z chłopcami to też kształtowanie w nich poczucia tego, co jest dobre, a co złe. Warto zwrócić uwagę, że do najcięższych chłopięcych występków należy oczywiście samowolne pójście nad rzekę, ale też znęcanie się nad zwierzętami, bezmyślne zniszczenie ogródka staruszkowi i nazwanie pastucha „chamem”, a kolegi podejrzewanego o naskarżenie „szpiegiem”. To „wyrazy, które kaleczą jak nóż, wyrazy, które trują, wyrazy, które niecą pożogę...”. Piękne, mądre i wciąż aktualne. A przy okazji też trochę zabawne, trochę melancholijne, idealnie wakacyjne. 

Tagi , | 33 Komentarzy

Czytadła na lato (subiektywnie)


Jako osobnik do głębi aspołeczny wszelkie zaproszenia do blogowych łańcuszków zbywam gniewnym fuknięciem albo wzruszeniem ramion. Ale propozycja Kalio, bym przedstawił dziesięć najlepszych książek, jakie przeczytałem, trafiła w dobry moment, bo odsuwa o kilka dni konieczność napisania wreszcie jakiejś recenzji z tych kilkunastu przeczytanych ostatnio pozycji. A zarobiony jestem, więc dodatkowa praca koncepcyjna mnie po prostu odrzuca.
No więc proszę uprzejmie. Może nie dziesięć najlepszych w ogóle, ale dziesięć najlepszych letnich książek według Zacofanego.w.lekturze (w kolejności, w jakiej przychodziły mi do głowy). Wybrałem tylko książki, które czytałem po kilka, albo wręcz po kilkanaście razy:
1. Magda Szabo Tajemnica Abigel – w wakacje co prawda oglądałem serial, ale właśnie wtedy zapamiętałem nazwisko autorki i potem długo szukałem książki w bibliotekach. Kiedy już znalazłem, wypożyczałem ją sobie co jakiś czas, póki nie zdobyłem własnego egzemplarza. Właśnie wyszło wznowienie, więc ze znalezieniem powieści nie będzie problemów, a więcej o książce pisałem tutaj.
2. Joanna Chmielewska – powinienem napisać WSZYSTKO (no prawie), ale padło na Całe zdanie nieboszczyka. W końcu taką egzotykę rzadko się spotyka: jaskinia hazardu w Kopenhadze, basen w brazylijskiej rezydencji mafii, jacht na Atlantyku i lochy w zamku nad Loarą. O Sycylii nie wspomnę. Ostatnio przypominałem kulisy powstawania tej powieści (tu i tu).
3. Małgorzata Musierowicz – najbardziej letnie są chyba Ida Sierpniowa i Nutria i Nerwus, ale ja zdecydowanie wolę pierwsze trzy części Jeżycjady: Szóstą klepkę, Kłamczuchę i Kwiat kalafiora. Mogłem czytać w kółko.
4. Marcin Szczygielski PL-Boy, czyli zbiór scen z życia redakcji miesięcznika dla mężczyzn. Fabuła dość luźna, za to poszczególne epizody bawią mnie do łez. Humor z gatunku mniej subtelnego, akurat żeby sobie porechotać. Panowie, jeśli wierzycie, że roznegliżowane modelki na zdjęciach wyglądają tak samo w rzeczywistości – nie sięgajcie po PL-Boya.
5. Nie wiem, czy znalezienie się Nad Niemnem w gronie letnich czytadeł, to nobilitacja dla reszty wymienionych, czy może wstyd dla Orzeszkowej, ale niech tam. Nigdy nie ukrywałem, że uwielbiam tę powieść, od pierwszego czytania, a to już – niech policzę – ze 24 lata temu. Lato czuć w tej książce na każdej stronie.
6. Janusz Przymanowski Czterej pancerni i pies – proszę mi nie mówić, że fałszuje obraz wojny, prawdę historyczną i takie tam. Przez długie lata czytałem od początku do końca i od dowolnie wybranego momentu do końca (albo do innego wybranego momentu). Albo co drugi rozdział, pomijając te mniej lubiane.
7. Zygfryd M. Stryjecki Podchorąży, wojna i ślepy los – w czasach, kiedy na wakacje jeździliśmy PKSem, ciężar bagażu dźwiganego przez tatę był ściśle limitowany. Na książki nie było wiele miejsca, więc przeczytawszy co tam najgrubszego wziąłem ze sobą, usychałem za czymkolwiek do czytania. I wtedy znalazłem zostawione przez ciotecznego brata jenieckie wspomnienia Stryjeckiego: sześć razy próbował uciec z niemieckiej niewoli. Jest o kopaniu podkopu, o sposobach na samodzielne zrobienie busoli, konkursach w jedzeniu chleba i pochłonięciu na sucho puszki neski. Czytałem w każde wakacje, nawet po dwa, trzy razy.
8. Juliusz Verne Tajemnicza wyspa – wszyscy czytali? Fascynowały mnie opisy, jak grupka rozbitków, dysponując niemal wyłącznie własnymi rękami (i wiedzą), buduje od podstaw cywilizację. Przy okazji nabywałem kompleksu niższości, bo ja na bezludnej wyspie mógłbym co najwyżej zbierać kokosy, a nie wytapiać szkło i konstruować wiatraki.
9. Władysław St. Reymont Chłopi – niemal bym o nich zapomniał, ale czytywałem ich sobie ze smakiem na leżaku wystawionym na balkon. Gdy znajomość weszła w głębszą fazę zażyłości, zaczynałem w dowolnym miejscu, ze szczególnym wskazaniem na tom trzeci.
10. Tu mi się nieco myśli spiętrzyły. Bo właściwie powinienem jeszcze dopisać Monikę Szwaję (może Artystkę wędrowną?), Terry’ego Pratchetta (Wyprawa czarownic, a może Maskarada), Smażone zielone pomidory Fannie Flagg, ale ostatecznie stanęło na Wszystko dla pań Emila Zoli. Jest tu jakiś wątek romansowy, ale liczy się tak naprawdę jedno – demon handlu: rozbudzanie apetytów klientów i sposoby ich zaspokojenia, bezwzględne pożeranie konkurencji i rozbudowa własnej firmy. Zaplecze wielkiego domu towarowego i małego sklepu. Agresywna reklama i poleganie na tradycji firmy.

Upały wracają, więc szukajcie cienia i miłego letniego czytania życzę. 

Tagi , , , , , , , , , , | 66 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (XIII): Joanna Chmielewska, cz. 4

Plenery brazylijskie i rejs przez Atlantyk to zaledwie połowa „Całego zdania nieboszczyka”. Kluczowe sceny rozgrywają się w pewnym francuskim zamku...
O tym, że zamki nad Loarą stoją na wapieniu, wiedziałam od lat. Wapień jest higroskopijny, znałam jego właściwości z racji świeżo porzuconego zawodu, na Chaumont zdecydowałam się tylko dlatego, że pasował mi zrujnowany murek dookoła. W każdym razie wtedy był zrujnowany, może teraz go odnowili. Z tajemniczego źródła pochodziła pewność, że istnieje równikowy pas ciszy, a wiosną wiatry na Atlantyku wieją w prawą stronę. Niewykluczone, iż po prostu w szkole uczyłam się geografii i rozmaite informacje, wpadając mi jednym uchem, a wylatując drugim, po drodze pozostawiły jakiś ślad w umyśle.
Zamek Chaumont-sur-Loire.
Co nie przeszkadzało, że za szydełko Alicja zrobiła mi awanturę.
– Idiotka! – natrząsała się przez telefon. – Szydełkiem dłubać! No i co z tego, że nasiąknięte, głupia jesteś! Szydełkiem, cha, cha! Po czym zadzwoniła ponownie i wszystko odszczekała, ponieważ w duńskiej prasie ukazał się artykuł o facecie, który z jakiejś piwnicy przedłubał się antenką od radia. W Danii wierzy się w słowo pisane.
– Hau, hau – powiedziała ze skruchą. – Szydełko jest jednak solidniejsze. Odwołuję zarzuty. [...]
Chyba w dwa lata po ukazaniu się książki Lucyna z wielką uciechą zawiadomiła mnie, że przyjechał z Brazylii jakiś znajomy facet i przyleciał do niej pełen podziwu, zmieszanego ze zgrozą.
– No, no! – powiedział. – Ale ta twoja siostrzenica jest odważna!
Lucyna zainteresowała się natychmiast. Facet wyjaśnił dokładniej. Był tam i widział.
Okazało się, że znów trafiłam. Osobnik sam stwierdził, iż cała tamtejsza okolica skorumpowana jest radykalnie, a w miejscu przeze mnie wskazanym znajduje się rezydencja szefa, prawie identycznie taka, jak opisałam. Stanowi centralny punkt wszystkiego co nielegalne, narkotyki, hazard, handel żywym towarem i diabli wiedzą, co tam jeszcze, policję i w ogóle wszelką władzę mają w kieszeni, ujawniłam przestępcze tajemnice i tylko patrzeć, jak mi łeb ukręcą.
Nie przejęłam się specjalnie, a łba, jak widać, do dziś mi nie ukręcili. I to pomimo że za tłumaczenie złapał się także Brazylijczyk, z tym że znów mu nie wyszło. Czas jakiś krążyła między nami korespondencja, dowiedziałam się z niej, że dla czytelnika brazylijskiego bohaterka jest za stara i za mało piękna, odpisałam, że jak dla mnie, ona może mieć szesnaście lat i przerastać urodą Miss Universum, potem jednakże okazało się, że nie pasują także polskie realia, a związek nie całkowicie małżeński czytelnikowi brazylijskiemu wyda się niemoralny. Poszłam na ustępstwo, zgodziłam się na ślub, też nie pomogło i tłumaczenie się wściekło.
Joanna Chmielewska, Autobiografia, t. 4, Wydawnictwo Vers 1994, s. 10–13.

Tagi , | 8 Komentarzy

Baśnie walczącej Warszawy


Zofia Lorentz, Mali bohaterowie, ilustr. Roman Prokulewicz, Wydawnictwo Łódzkie 1971.

Kiedy miałem osiem, może dziewięć lat, w szkolnej świetlicy po lekcjach czytałem kilka razy pewną książkę. Po latach pamiętałem tyle, że była o dzieciach podczas okupacji i że bardzo mi się podobała. Po głowie tłukł mi się jeszcze wierszyk, wykrzykiwany za jedną z bohaterek: „Ciocia Ryfka z przeciwka, ciocia Surka z podwórka”. Nikt poza mną tego nie czytał, nikt nie znał – a ja szukałem po omacku. Najpierw trafiłem na „Dzieci Warszawy” Marii Zarębińskiej, ale to nie było to. Później Lirael zwróciła moją uwagę na „Małych bohaterów” Zofii Lorentz. Już przy pierwszym kartkowaniu znalazłem wierszyk o ciotkach: wreszcie miałem swój zapomniany skarb.
Zaczyna się od narady baśni, które znienacka zostały bezrobotne: nikt ich nie potrzebuje, nikt nie chce ich słuchać – czasy nastały takie, że nie złe wilki i czarownice straszą dzieci, ale tajemnicze słowa: gestapo, wsypa, kocioł, łapanka, Pawiak, Szucha. Baśnie postanowiły włączyć się w walkę z tymi nowymi potworami. Czerwony Kapturek przenosił w koszyczku granaty, Brzydkie Kaczątko zginęło, bo nie chciało zdradzić, którędy uciekł młody zamachowiec, Dziewczynka z Zapałkami wykradała się z getta na aryjską stronę, żeby zarobić choć kilka groszy. Latający kufer okazał się zasobnikiem z bronią zrzuconym powstańcom, a straszliwy smok – niemieckim czołgiem. Luźno nawiązując do baśniowych pierwowzorów, stworzyła Zofia Lorentz opowiadania o dzieciach Warszawy: przejmujące, bolesne, tragiczne, ale też niosące nadzieję. Mali bohaterowie musieli przedwcześnie dojrzeć, zamiast słuchać baśni, podejmowali trudne decyzje, od ich rozwagi i przytomności umysłów zależał los innych, mogli komuś pomóc lub zaszkodzić. Płacili za to niekiedy najwyższą cenę.
Nie wiem, kiedy bardziej emocjonalnie odebrałem tę książkę: jako mały chłopiec czy jako dorosły. Ale poza tym, że działają na emocje, opowiadania są świetnie napisane, z doskonale uchwyconą atmosferą okupacji i wszystkimi realiami – chociaż to akurat nie dziwi, Lorentz pisała bowiem zaraz po wojnie, pierwsze wydanie „Małych bohaterów” ukazało się w 1947 roku. Do tego znakomite czarno-białe ilustracje Romana Prokulewicza. Nie wiem, czemu ta książeczka popadła w zapomnienie i nie była wznawiana i wpisana do kanonu lektur szkolnych. Czy za dużo tu o powstaniu warszawskim, a za mało o Gwardii Ludowej? Czy raziła wzmianka o generale Sikorskim i Szarych Szeregach? W każdym razie na pewno warto ją odszukać i przeczytać.

Tagi , , | 13 Komentarzy

Dla Panadoktora dzieci były najważniejsze


Beata Ostrowicka, Jest taka historia. Opowieść o Januszu Korczaku, ilustr. Jola Richter-Magnuszewska, Wydawnictwo Literatura 2012.

Trzecioklasista Janek leży chory, prosi więc swoją prababcię Franię, aby po raz kolejny opowiedziała mu szczególną historię – mimo iż słyszał ją już wiele razy. Prababcia snuje bowiem opowieść o swoim dzieciństwie: smutnym sieroctwie w ubogim sierocińcu i o przeprowadzce do pięknego budynku z tablicą „Dom Sierot”, gdzie poznała Panadoktora – tak jednym tchem dzieci zwracały się do Janusza Korczaka i jego współpracowniczkę Stefanię Wilczyńską. Janek wraz z prababcią przenosi się w tamto miejsce: poznaje dzieci, zasady panujące w Domu, wreszcie metody wychowawcze Panadoktora i zasady, jakimi się kierował. Wiele rzeczy go dziwi, wiele musi mu Frania, która znowu zmieniła się w małą dziewczynkę, wyjaśniać i pokazywać. Chłopiec przyswaja sobie zasadę Korczaka, że dziecko jest najważniejsze, że ma prawo do godności, bezpieczeństwa i miłości. Ze zdumieniem dowiaduje się o wymianach i zakładach z Panemdoktorem, o instytucji Sądu, przed którym stanąć może każdy, nawet sam Pandoktor, o Dniu Brudasa, o „Małym Przeglądzie”. Janek porównuje też podejście Korczaka do dzieci z tym, co widzi we własnej szkole – i stwierdza, że wśród jej pracowników są tacy, których chętnie postawiłby przed Sądem w Domu Sierot.
Nie jest łatwo opowiedzieć dzieciom o Januszu Korczaku, jego życiu, działalności pedagogicznej, pisarskiej czy wreszcie o tragicznym sierpniu 1942 roku. Beata Ostrowicka dobrze wywiązała się z tego zadania: stworzyła zajmującą, ciepłą, wzruszającą historię, chociaż tekst jest chwilami nieco przegadany, za duża jest dawka wiedzy, jaką autorka wtłoczyła w opowieść prababci Frani, niepotrzebne „dorosłe” wtręty (Korczak jako „twórca nowoczesnych koncepcji wychowawczych” i „organizator wzorcowych placówek opiekuńczych”) czy sztucznie doklejona scena, w której mowa jest o Korczaku pisarzu. Nie zmienia to faktu, że książka może się podobać i młodszym, i starszym czytelnikom – jest nie tylko do czytania, ale i do oglądania, gdyż z tekstem znakomicie korespondują rewelacyjne ilustracje Joli Richter-Magnuszewskiej – są cudownie kolorowe, lekko baśniowe, pomagają budować nastrój, co szczególnie widać w ostatniej części książki, poświęconej okupacji.

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu Literatura.

Tagi , , , | 21 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (XII): Joanna Chmielewska, cz. 3

„Całe zdanie nieboszczyka” to czwarta powieść Joanny Chmielewskiej, wydana po raz pierwszy w 1972 roku. Brawurowa akcja rozgrywa się w wielu miejscach – od duńskiej jaskini hazardu, przez Brazylię, otwarte wody Atlantyku po Francję i Polskę. Zgromadzenie szczegółów niezbędnych do tego, by całości nikt nie zarzucił nieznajomości realiów, wymagało od autorki wielu nietypowych zabiegów.
O ile sobie dokładnie przypominam, potworne, kamienne drzwi w lochach zamknięto na „Ben Hurze” i krótka, acz pełna wysiłku scena stała się dla mnie źródłem inspiracji.
Uparłam się wykombinować coś, co w czasach współczesnych mogłoby doprowadzić do podobnego wydarzenia, i w ten sposób, ustaliwszy środek, zaczęłam tworzyć Całe zdanie nieboszczyka dwukierunkowo, do przodu i do tyłu. Część objawiła mi się w drodze do pracy, codziennie po kawałku, a część w Charlottenlund, na leśnej alejce, wiodącej na wyścigi. W Charlottenlund powstały wszystkie rozmowy z cieciem i odżałować nie mogę, że nie zapisałam piwnicznych konwersacji od razu, bo później, mimo szalonych wysiłków, nie zdołałam odtworzyć ich równie pięknie. Te z lasku były tak atrakcyjne, że zanim się zdążyłam obejrzeć, już przekraczałam bramę wyścigowego ogrodzenia, po czym zaczynałam być mocno zajęta czym innym, przepadło zatem, a szkoda.
W jakimś momencie rozwoju wizji uświadomiłam sobie, że wychodzi mi książka. Wtedy właśnie w liście do Ani napisałam streszczenie, wstrzymałam się z decyzją w kwestii zakończenia, a za to przystąpiłam do sprawdzania realiów.
W Danii, przy pomocy Alicji, zdołałam osiągnąć tylko jeden rezultat, mianowicie wiedzę, że kawa kwitnie czerwono. Trochę to było jakby niedostateczne. Poza tym pytanie, kiedy kwitnie, mam na myśli porę roku, drzewa migdałowe na Sycylii ruszają w styczniu, a diabli ją wiedzą, tę kawę, w jakim miesiącu tworzy efekty kolorystyczne. Dałam sobie spokój z kawą i wróciłam do kraju.
Tu dopiero rozpoczęłam działalność rzetelną. Przede wszystkim poleciałam do ambasady brazylijskiej, gdzie natknęłam się na attache kulturalnego, który mówił po francusku. Zastosowałam metodę wypróbowaną, wyjaśniłam, o co mi chodzi, zaczynając od podstaw, czyli terenu. Attache kulturalny, mały, czarny, zaokrąglony ogólnie i jakiś taki bardzo gładki, wysłuchał z wielkim zainteresowaniem i rzekł:
– Aha, pani mówi o okolicach Paranagui!
– Co pan powie? – zdziwiłam się ogromnie, bo nawet nie mogłam sobie w tym momencie przypomnieć, gdzie dokładnie leży Paranagua.
„Pociąg na wspornikach,
wijący się po górach...”
Attache kulturalny, ożywiając się z chwili na chwilę i niemal roztkliwiając, wyjaśnił mi, że Brazylia jest duża i rzadko kto zna całą, ale przypadkowo on się w tych okolicach Paranagui urodził i wychował, dzięki czemu może służyć informacjami. Moim wyobrażeniom nie przeczył wcale, wręcz przeciwnie, uzupełnił je, dał mi prospekty, zdjęcia, liczne obrazki, które wpędziły mnie w stan osłupienia. Wyraźnie z nich wynikało, iż prawa strona Brazylii, czyli wybrzeże Atlantyku akurat w tym miejscu, wygląda dokładnie tak, jakbym najpierw ja je wymyśliła, a potem oni wykonali zgodnie z moimi potrzebami. Zatoka nawet istniała, przy niej zaś duża wiocha, a może nawet całe miasto, Antonina. Jedno, co mi samodzielnie nie przyszło do głowy, to ten pociąg na wspornikach, wijący się po górach. Pozwoliłam sobie zerżnąć go z podobizny.
Ucieszyłam się nadzwyczajnie, bo na razie wszystko mi się zgadzało, i poszłam dalej. Przypadkiem wypadały właśnie Targi Poznańskie. Umówiłam się tam z tym Brazylijczykiem, stoisko na Targach bowiem dysponowało większą ilością obrazków niż ambasada, i pojechałam z Jerzym, moim starszym synem. Sprawy służbowe załatwiłam, dostałam kawy, zielonego sedesu nie zdołałam przy okazji wycyganić, chociaż chciałam nawet za niego zapłacić, po czym zaczęliśmy wracać. [...]
Wróciwszy do Warszawy, natychmiast poleciałam do Zbyszka Krasnodębskiego, przyjaciela Alicji i mojego kolegi po fachu, [...] kapitana żeglugi wielkiej. Zbyszek o jachtach lubił rozmawiać, temat był mu bliski, wiedzę miał olbrzymią, ale musiałam chyba wywierać na niego silny wpływ, bo po czterech przeszło godzinach pogawędki też zaczął liczyć ropę na wanny. Nie wiem, czy mu to nie zostało...
Zaraz potem wkroczył w sprawę mój młodszy syn, Robert. Pneumatycznie wysuwana armata była jego osobistym pomysłem, uparł się przy niej, twierdził, że taki jacht bez armaty w ogóle nie może istnieć, zrobił nawet bardzo porządne rysunki techniczne, rzut i przekrój pionowy.
Joanna Chmielewska, Autobiografia, t. 4, Wydawnictwo Vers 1994, s. 7–10.

Tagi , | 4 Komentarzy

Odoaker to nie jest pasta do zębów

Kornel Makuszyński, Bezgrzeszne lata, Wydawnictwo Literackie 1986.

Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Przygody nastoletnich panienek rozgrywające się w mniej więcej szkolnej scenerii doczekały się własnego gatunku literackiego zwanego powieścią pensjonarską – uwielbianego przez miliony czytelników (i przeze mnie też). Czemu jednak nikt nie mówi o „powieści gimnazjalnej”, której bohaterami są nastoletni uczniowie? A przecież i tu jest niemało znakomitych utworów: od „Serca” i „Wspomnień niebieskiego mundurka” po „Syzyfowe prace”. W ten nurt chłopięcych przygód szkolnych wpisują się też „Bezgrzeszne lata” Kornela Makuszyńskiego – pełne ciepła i humoru jego wspomnienia z wczesnej młodości.
Świat to dawno miniony. Nikt nie bawi się już w Indian w pióropuszu z kogucich piór i z drewnianym tomahawkiem o ostrzu oklejonym sreberkiem, nie buszuje w nadrzecznych zaroślach i nie przywiązuje jeńców do pala męczarni. Żaden kilkunastolatek nie mobilizuje całego swego sprytu, by wedrzeć się na najwyższy balkon w teatrze i w ścisku przez kilka godzin sycić się grą aktorów. Miłość do operetkowych primadonn, która najlepszych przyjaciół potrafiła rozdzielić, zastąpiło klikanie „lajków” na profilu Lady Gagi na Facebooku. W dobie gotowców ściąganych z internetu i przekazywania na klasówkach wiedzy przez ukryte telefony komórkowe wielki traktat o sztuce podpowiadania brzmi zupełnie archaicznie. A przecież umiejętność podpowiadania stanowiła sztukę wielką i budzącą podziw, wymagającą inteligencji, szybkiej orientacji i umiejętności improwizowania. Na ileż to sposobów potrafiono wyrwanemu do odpowiedzi koledze podsunąć garść dat, imion i faktów, by mógł z nich stworzyć w miarę sensowną wypowiedź na temat upadku cesarstwa rzymskiego. Odpytywany uczeń musiał się jednak wykazywać się choćby minimalną orientacją, że Odoaker „to nie jest pasta do zębów”.
Makuszyński wspomina przygody swoje, kolegów, nauczycieli, chwile własnej chwały – jak choćby druk debiutanckich wierszy w piśmie pod redakcją Jana Kasprowicza, ale i momenty własnej hańby – lanie spuszczone mu przez katechetę za napisanie satyry na rzeczonego duchownego. Śmiech miesza się z nostalgią, anegdoty teatralne następują po indiańskich przygodach, a młodzieńczą beztroskę burzą kolejne nieszczęśliwe miłości do zepsutych kokietek, które nie potrafią docenić poświęcenia w postaci zjedzenia litra wiśni z pestkami czy wycięcia scyzorykiem inicjału na chłopięcym ramieniu. Mgiełka sentymentu łagodzi to, co bolesne, a rozświetla to, co najpiękniejsze. Nic to, że bywało głodno, że mundurek poprzecierany, rękawy zaś za krótkie. Ważne, że życie było piękne i ciekawe – i że można było z niego czerpać garściami.

***
PS. Przypominam, że do północy można jeszcze przesyłać swoje typy do plebiscytu Złota Zakładka. Szczegóły na stronie nagrody. Zachęcam wszystkich blogerów, którzy jeszcze nie zgłosili swoich propozycji, aby przejrzeli swoje spisy przeczytanych książek i wybrali najciekawsze pozycje wydane w 2011 roku. Im więcej propozycji, tym ciekawsze będzie głosowanie.

Tagi , , | 27 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.