Archiwum sierpnia 2012

Na wszystkie pory roku


Rafał Kosik, Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi, Powergraph 2004.
Rafał Kosik, Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa, Powergraph 2005.
Rafał Kosik, Felix, Net i Nika oraz Pałac Snów, Powergraph 2006.

Wakacje się skończyły, zanim zebrałem się do opisania idealnych powieści na lato. Dobre książki mają jednak to do siebie, że można je czytać o każdej porze roku, więc przedstawiam doskonałe powieści na początek roku szkolnego.
Zresztą pierwszego dnia szkoły zaczyna się wielka przygoda Felixa, Neta i Niki, trzynastolatków z teoretycznie warszawskiego, choć mocno nietypowego gimnazjum. Felix jest pomysłowym wynalazcą, Net komputerowym maniakiem, a Nika jest rudowłosa i tajemnicza. Czyli takich dwóch, jak ich troje, to nie ma ani jednego.
Dziwnym trafem paczka przyjaciół przyciąga kłopoty i co chwila natyka się a to na gang okradający banki, a to na duchy. Miewa też bliskiego stopnia kontakty z UFO i Yeti. Mniej więcej w połowie pierwszego tomu ta feeria pomysłów robi się lekko przesadna, za dużo rozmaitości autor wciskał w fabułę, która stawała się zlepkiem coraz mniej prawdopodobnych epizodów. Odetchnąłem sobie jednak głęboko, bo to w końcu miała być rozrywkowa lektura – i była. Kosikowi, mimo chwiejnej konstrukcji, udało się jednak napisać powieść wciągającą, z sympatycznymi postaciami i dużą dawką humoru. A to pozwala wybaczyć nawet dość przypadkową interpunkcję (nagminne we wszystkich tomach „mimo, że” – uch!), chociaż książka przeznaczona dla młodego czytelnika powinna być wolna od błędów.
Co tam jednak tom pierwszy – dopiero w „Teoretycznie Możliwej Katastrofie” Kosik pokazuje, na co go stać. Zaczyna niewinnie, od grasującej po szkole mięsożernej rośliny, ale potem brawurowo rozwija akcję, przenosząc swoich bohaterów za pomocą tajemniczego wynalazku nazistów w różne miejsca i epoki. Tempo jest oszałamiające, akcja zawikłana, a bohaterowie, mimo zagubienia wśród ciągłych zmian, nie tracą zimnej krwi, zdolności logicznego myślenia i pomysłowości. Do tego należy dodać smakowite nawiązania do twórczości Tove Jansson. Po prostu rewelacja: powieść przygodowa, sensacyjna i thriller w jednym.
„Pałac snów” oceniam nieco niżej niż tom drugi, ale nie dlatego, że autor stracił formę, ale z powodu osobistej alergii na opowieści rozgrywające się na pograniczu snu i jawy. A ta właśnie w takiej scenerii się toczy, gdyż Warszawę ogarnia epidemia senności. Felix, Net i Nika muszą wyrwać ze śpiączki nie tylko matkę Neta, ale i młodziutką blogerkę, która jako pierwsza trafiła na ślad Pałacu Snów, budowli w jakiś sposób odpowiedzialnej za niewyjaśnione wypadki. Atmosfera zagęszcza się z każdą stroną, jest mrocznie, nieco ospale, choć akcja rozwija się w niezłym tempie. Dochodzą też pierwsze sercowe rozterki bohaterów, które zapewne znajdą rozwinięcie w następnych częściach.
Rówieśnikiem Felixa, Neta i Niki byłem wieki temu, a mimo to polubiłem te dzieciaki i energicznie im kibicowałem. Jestem też bardzo ciekawy, jak potoczą się ich dalsze losy, a że Rafał Kosik udowodnił swoją pomysłowość, to jestem jak najlepszej myśli. Kolejny tom zapewne pomoże mi rozproszyć jesienną depresję, która wkrótce zacznie czaić się w pobliżu.

Tagi , , | 51 Komentarzy

Przetrwać najdłuższy dzień w życiu


Roderick Bailey, D-Day. Lądowanie w Normandii, tłum. Katarzyna Skawran, Wydawnictwo RM 2011.

Lądowanie aliantów w Normandii 6 czerwca 1944 roku poprzedziły lata negocjacji politycznych, rozważania rozmaitych koncepcji, kreślenia szczegółowych planów, gromadzenia sił i materiałów, szkolenia poszczególnych jednostek do wykonywania zadań, które wszystkie razem miały przyczynić się do ostatecznego zwycięstwa Sprzymierzonych w drugiej wojnie światowej.
W książce Rodericka Baileya nie ma mowy o wielkiej polityce i wielkiej strategii, nie ma tu przywódców mocarstw i wysokich szarż wojskowych. To zbiór fragmentów relacji i wspomnień głównie brytyjskich żołnierzy uczestniczących w desancie podczas D-Day, dzięki czemu poznajemy wydarzenia z zupełnie nowej perspektywy: z pozycji najczęściej młodych, niedoświadczonych ludzi rzuconych w wir zaciętych walk. Każdy z nich widzi tylko wąski wycinek wydarzeń, pas plaży szerokości kilkuset metrów albo pole, na które zeskoczył ze spadochronem, każdy widzi tylko kilku swoich najbliższych kolegów, żaden nie ogarnia całości toczącej się bitwy. Skupiają się na tym, by wylądować, wydostać się z plaży, uniknąć zranienia lub śmierci, dotrzeć do celów, które muszą zniszczyć. Teoretycznie wiedzą, co do nich należy, ćwiczyli swoje zadania wielokrotnie podczas manewrów – jednak to, co wychodziło perfekcyjnie na poligonie, na polu bitwy wygląda zupełnie inaczej: wystarczyło, że barka desantowa nadziała się na podwodną przeszkodę, że szybowiec wylądował w nieznanym miejscu, że wiatr zniósł skoczków ze strefy zrzutu, a już opanowane sekwencje czynności okazywały się nieprzydatne. Wtedy ratunkiem była zimna krew i umiejętność improwizacji: a tej nie brakowało i dowódcom, i żołnierzom. Kiedy mijało pierwsze oszołomienie gwiżdżącymi nad głową pociskami, odzywał się instynkt i wpojone reakcje: „Szedłeś naprzód długo, potem stawałeś, łapałeś oddech, rozglądałeś się wokół, sprawdzałeś, co jest przed tobą, potem znów szedłeś, cały czas spokojnie, póki nie natrafiłeś na jakiś opór”.
Rzadko mamy możliwość wniknąć w emocje żołnierzy przed walką i podczas niej, tu natomiast widzimy ich całe spektrum: zmęczenie powtarzającymi się bez ustanku ćwiczeniami, złość, że wciąż i wciąż trenuje się działania, o których celu nic nie wiadomo. Ekscytację na wieść o wyruszeniu do walki i napięcie, gdy do oczekujących dociera to, dokąd się udają i po co. Nerwowe przeżycia podczas przeprawy przez kanał La Manche – mało bohaterskie zmagania z chorobą morską czy wstrząs na widok ładunku białych, drewnianych krzyży wiezionych przez jedną z barek. Dezorientację, strach, automatyzm czynności po dotarciu do brzegów Francji, bezsilność na widok rannych kolegów, którym nie można pomóc, gdyż trzeba przeć do przodu. I wreszcie piekielne zmęczenie po walce, gdy zaczyna się odczuwać głód, senność, a równocześnie do świadomości zaczyna docierać, że udało się przetrwać ten najdłuższy dzień w życiu.
Akty bohaterstwa sąsiadują z chwilami słabości, momenty wzniosłe z groteskowymi epizodami, stale trzeba też podejmować trudne decyzje: płynąć zgodnie z rozkazami, czy zatrzymać się, by podjąć na pokład rozbitków, biec w kierunku wyjścia z plaży, czy pomóc rannemu, ratować spadochroniarzy przed zmasakrowaniem śmigłami samolotu, czy też nie zmieniać kursu i dostarczyć na miejsce własnych skoczków? Zbiór opracowany przez Baileya nie jest skierowany tylko do wielbicieli dziejów wojskowości, a nawet nie wyłącznie do miłośników historii. Książkę czyta się jak pasjonującą powieść wojenną – z jedną różnicą: tu bohaterowie są prawdziwi i ich przeżycia też. Może warto ją poznać, zamiast zgłębiać kolejną krwawą sensację albo cukrową czytankę o mlecznym barze nad mazurskim jeziorem?
Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu RM.

Tagi , , | 12 Komentarzy

Nec locus ubi Trochenbrod



Avrom Bendavid-Val, Niebiosa są puste, tłum. Małgorzata Szubert, Świat Książki 2012.

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak potoczyło się życie wypędzonych z Anatewki bohaterów „Skrzypka na dachu”? Ci, którzy mieli szczęście dotrzeć bezpiecznie do Ameryki lub Palestyny, dożyli pewnie w spokoju swoich dni. Młodsi ze zgrozą kilkadziesiąt lat później dowiadywali się, jaki los spotkał ich krewnych, przyjaciół i znajomych, którzy zostali na Wschodzie.
Ponoć pierwowzorem filmowej Anatewki, w książce Szołema Alejchema o Tewje Mleczarzu zwanej Kasrylewką, był Trochenbrod – niemal całkowicie żydowskie miasteczko położone wśród lasów w trójkącie między Kowlem, Łuckiem i Równem. Powstało jako miejsce ucieczki Żydów, nękanych przez restrykcyjne prawo rosyjskie. Na niedostępnych nieużytkach chcieli znaleźć wytchnienie i zejść z oczu władz. Pierwsze dziecko urodziło się w osadzie w 1813 roku. Osiedle rozrastało się, jego żydowscy mieszkańcy zajęli się uprawą ziemi, a z biegiem czasu także rzemiosłem i handlem. Trochenbrod stał się w końcu pełnym życia i gwaru miasteczkiem, rozłożonym wzdłuż jedynej ulicy. Rozwijał się tak dynamicznie, że mieszkańcy sąsiednich wsi uważają dziś, że zaćmiłby w końcu Łuck.
Ani Trochenbrod, ani trochenbrodzianie nie dostali jednak szansy, by się przekonać o tym, czy faktycznie mają taki potencjał. W drugim tygodniu sierpnia 1942 roku do miasta zjechała niemiecka Grupa Operacyjna. Los mieszkańców się dopełnił: z sześciu tysięcy ocalało około sześciuset. Zabudowania na rozkaz Niemców ograbiono i rozebrano. O istnieniu ludnej osady świadczy dziś jedynie rząd drzew i krzewów, potomków tych, które rosły kiedyś przy jedynej trochenbrodzkiej ulicy.
Avrom Bendavid-Val to syn mieszkańca Trochenbrodu, który przed wojną wyemigrował do Palestyny, a potem do Stanów Zjednoczonych. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych postanowił dowiedzieć się więcej o miejscu pochodzenia ojca: odkrył, że miasteczko faktycznie istniało i że zostało całkowicie zniszczone podczas wojny. Wyruszył w pierwszą z wielu wypraw na Ukrainę, by odnaleźć to na poły mityczne dla siebie miejsce. Wzruszony stanął tam, gdzie niegdyś toczyło się pracowite życie trochenbrodzian. Nic po nich nie zostało. A przynajmniej tak mu się początkowo wydawało.
Bendavid-Val postanowił zebrać strzępy wiadomości o mieście: zapiski z dokumentów, pamiętników, wspomnień, zdjęcia; przekopywał biblioteki i archiwa, jeździł po świecie, by rozmawiać z potomkami trochenbrodzian i wreszcie spisał dzieje tego niezwykłego sztetla, typowego dla Europy Wschodniej miasteczka żydowskiego. Trochenbrod jawi się jako ostoja tradycyjnych wartości – tych, o których opowiada pierwsza scena „Skrzypka na dachu”. Trochenbrodzianie pochlebiali sobie, że to ich miejsce na ziemi stało się wzorem dla Kasrylewki–Anatewki. Tak samo obchodzono tu szabat, świętowano wesela i pogrzeby, przestrzegano przepisów prawa mojżeszowego, wspólnie pracowano i bawiono się. Opowieść płynie nieśpiesznie, raz jest bardziej szczegółowa, raz mniej, zależnie od tego, ile udało się dowiedzieć, przeplatają się wydarzenia wielkie i małe, tragiczne i zabawne. Wiele w niej ciepła i nostalgii za światem, którego już nie ma, wiele ciekawych detali, historii rodzinnych, ale i wiele bólu tych, którzy patrzyli, jak ginie świat, który znali. Zapewne w dużym stopniu ten miniony świat jest wyidealizowany, ale bez trudu możemy to autorowi – a przede wszystkim jego rozmówcom – wybaczyć. Dajmy się ponieść wizji Trochenbrodu i pomyślmy też przez chwilę o wszystkich, którym nie dane było cieszyć się szabasowym błogosławieństwem
Niech Pan was ochrania i broni.
Niech was osłoni od hańby i łez.
Niech was doprowadzi do światłości Izraela.

Bądźcie jak Rut i jak Estera,
byście mogły zasłużyć na wieczną chwałę.

Wzmocnij ich o Panie
i trzymaj ich z dala od obcych dróg.

Niech was błogosławi Bóg i da wam długie życie.
Niech Pan wysłucha naszą szabasową modlitwę.
Niech Bóg uczyni z was dobre matki i żony,
Niech da wam opiekuńczych mężów
Niech Pan was ochrania i broni.
Niech Pan ukoi wasz ból.

Ześlij im o Panie szczęście i pokój.
Wysłuchaj naszą szabasową modlitwę.

Amen.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki. Tłumaczenie modlitwy szabasowej z filmu „Skrzypek na dachu” za: http://hep.fuw.edu.pl/~trochim/Duch/modlitwy/tokids.html

Tagi , | 43 Komentarzy

Hurtownia archeologiczna (część – zapewne – pierwsza)

Czas mi się dziwnie skurczył i chociaż planowałem napisanie czegoś nowego, to oczywiście nic z tego. No to zamieszczę dwa wspomnienia z czasów, kiedy rozkwitał pewien serwis wymiany książek – a że punktów wciąż było mało, użytkownicy pisali recenzje. Recenzje to może za dużo powiedziane, były to głównie kilkuzdaniowe notki, ale za każdą dostawało się jakże pożądany punkt. Serwis teraz dogorywa i tylko patrzeć jak zniknie, więc postanowiłem ocalić kilka swoich notatek, szczególnie że jedna dostała nawet tytuł „Recenzji tygodnia”, a jeśli dobrze pamiętam, to i „Recenzji miesiąca” (nagroda 20 punktów!). Proszę Państwa, rok był 2007 i 2008, zapraszam na zwiedzanie wykopalisk.


Marianna G. Świeduchowska, Katecheci i frustraci, Wydawnictwo Literackie 2001.

Niewątpliwie czytanie tak zwanych powieści z kluczem największą radość sprawia znajomym opisanych w nich osób. Sami zainteresowani zapewne są mniej zachwyceni, zwłaszcza gdy autor pióro ma ostre jak niejaka Marianna Świeduchowska, bystra obserwatorka kulturalnego życia Krakowa (tak, wiem, że to tylko pseudonim). Nie znaczy to jednak, że i inni nie mogą czerpać żywej uciechy z podglądania losów gromadki ludzi związanych z pewną szacowną redakcją. Mamy tu kilku poetów, księdza filozofa, krytyka literackiego, siostry feministki i plejadę żon, kochanek, współpracowników, wielbicieli i zazdrośników. Jeśli myślicie, że ta kulturalna elita spędza czas wyłącznie na dyskusjach o Sztuce (sztuce?), to się mylicie. Równie mocno, a może nawet bardziej pochłania jej przedstawicieli alkohol, seks, roztkliwianie się nad swą dolą i grzyb wie co jeszcze, by użyć zwrotu często pojawiającego się na kartach powieści. "Autorce" nie sposób odmówić talentu literackiego, umiejętności dawania celnych charakterystyk i zrywania masek. O szarganiu świętości (zwłaszcza krakowskich) nie wspominając. Żywa uciecha gwarantowana.



Bruce Dickinson, Przygody lorda Ślizgacza, tłum. Wiesław Marcysiak, Rebis 1992.
Zmęczony pojadaniem kawioru myśli, zapijanego musującym szampanem pogłębionej refleksji, sięgam nawet nie po przaśne chleby kryminałów, czy landrynki romansów, ale po podejrzane gulasze przez stołówkowych bywalców zwane „przeglądami tygodnia”. Czasami dostaniemy coś, co da się zjeść, a czasami talerz pomyj, dla niepoznaki przybranych estetycznie natką pietruszki. W przypadku książki Bruce’a Dickinsona, wokalisty zespołu Iron Maiden, owym przybraniem jest okładka, utrzymana w komiksowym stylu i sugerująca wyraźnie, że mamy w rękach dzieło o tematyce erotyczno-humorystycznej. I nic bardziej mylnego: ani to erotyczne, ani humorystyczne. Fabuły nie będę streszczał, jest bowiem wątła i pretekstowa. Mamy do czynienia z sekwencjami scen wypełnionych językiem mało wyrafinowanym, czynnościami fizjologicznymi (z niewiadomych powodów bohaterowie skupiają się głównie na puszczaniu pawia), waleniem się po łbach przedmiotami różnymi i, rzecz jasna, seksem. O ile czynność, o jakiej marzą i jakiej niekiedy oddają się bohaterowie utworu, zasługuje na takie miano. Humor nawet nie koszarowy, skatologiczny do znudzenia.
Mimo to przeczytałem do końca. Nie miałem ze sobą innej lektury, a do pracy mam daleko. Jeśli macie ochotę odmóżdżyć się całkowicie – polecam. Ja chyba pójdę rozkoszować się wyrafinowanymi stylistycznie i fabularnie przygodami Barry’ego Trottera.

Tagi , | 44 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (XV): Kurs pisarski u Elizy Orzeszkowej, cz. 2

W liście z 15 stycznia 1887 roku Stefania Skrobońska posłała Elizie Orzeszkowej swój utwór do oceny. Orzeszkowa, pochłonięta wówczas pisaniem Nad Niemnem, odpowiedziała kandydatce na pisarkę dopiero po dwóch miesiącach, na początku marca.

Gabinet Elizy Orzeszkowej w Grodnie (rekonstrukcja).
[...] Obrazek czy urywek z pamiętnika przeczytałam dwa razy i zastanawiałam się nad nim długo. Jest w nim werwa, wdzięk, są przebłyski poetycznych obrazów i głębszych myśli. Bardzo być może, że Pani masz istotną pisarską zdolność. Ze znacznej ilości rękopisów kobiecych, które czytuję, ten należy do wielce małej liczby obiecujących. Jednak w druku z urywkiem tym występować nie radzę, nie dlatego, aby w pismach naszych nie drukowano często daleko mniej wdzięcznych i zajmujących prób, ale po prostu dlatego, że nie przydałoby się to Pani na nic, a mogłoby nieco zaszkodzić. Urywek ten, świadczący o zdolnościach Pani do pióra, wśród teraźniejszej powodzi literackiej nie zwróci na siebie szczególnej uwagi. Brak powodzenia – może Panią zrazić [...]. Odłóż więc Pani tę pierwszą pracę swoje na stronę – a drugą, którą napiszesz, chciej przesłać mi znowu. Tylko mam do powiedzenia względem tej drugiej pracy rzecz wielkiej wagi, tak wielkiej, że od niej może cała Pani pisarska przyszłość zależy. Nie dbaj Pani o czas, w którym drugi raz weźmiesz za pióro, nie przyśpieszaj sztucznie tego czasu. Wierzaj mi Pani, nie ma pod słońcem ani jednego bardzo nawet utalentowanego i pracowitego pisarza, który by mógł tworzyć zawsze. Przechodzą często dni, tygodnie, miesiące, w których jest on zupełnie podobnym do wszystkich innych ludzi, zupełnie odartym z tej wyróżniającej go cechy, którą jest twórczość. Ponieważ od dwudziestu lat pisarką jestem, siebie za przykład postawić śmiem. Mam dni i miesiące wielkich zapałów, widzeń dochodzących prawie do halucynacji, palącej potrzeby pisania i takiej w nim wytrwałości, że codziennie od sześciu do ośmiu godzin piszę i od tej wysilonej pracy zdrowie tracę. Potem następują długie, bardzo długie czasem dni jałowości umysłu i wyobraźni takiej, że najprostszy list kosztuje mi więcej namysłów i czasu niż kiedy indziej najgorętszy ustęp powieści. Nic nie przychodzi mi na myśl, wyrazy nie wiążą się i nie przybywają, czytanie nawet ciężkie i mało pożytku przynosi. Z początku, przed laty, te stany zmartwiałości umysłowej w rozpacz mię wprawiały. Za każdym razem byłam pewna, że tak już na zawsze pozostanę, że już utraciłam na zawsze możność pisania. Wtem, zawsze nagle i nie wiedzieć skąd, jakaś iskra wpadała we mnie, uczuwałam jakieś niepodobne do opisania rozkołysanie myśli i uczuć, wpływało we mnie jakieś rozrzewnienie dziwne, jakieś gorąco serca i mózgu, obrazy, sceny, pomysły, całe okresy od razu ułożone zaludniały godziny ciszy i samotności, po całych nocach często spać nie dając, a zrazu siłą pociągu niezmożoną pociągając do biurka, do pióra. I znowu czas jakiś pisałam zawzięcie, bez spoczynków, chyba wściekle, bo nawet gdy pisać nie mogłam, o tym tylko, co pisałam, zdolną byłam myśleć, chodząc, jedząc, rozmawiając itd. Przekonałam się też, że przymuszanie siebie do pisania w porach nieusposobienia na nic się nigdy nie przydało. Wszystko w tej porze gwałtem wymyślone, zszyte, na sobie zdobyte, liche było i marne. Może nie wszyscy mają takie organizacje pisarskie, ale taką jest moja i może będzie Pani. Więc radzę nie wysilać się, nie łamać sobie głowy nad wynalazkami, które same przez się przyjść powinny, nie zadawać gwałtu swojej myśli i wyobraźni, ale czekać, cierpliwie czekać dopóty, dopóki te boskie źródło nie wytryśnie samo i samo Panią w górę nie podniesie. Bodźcem, które je do wytryśnięcia skłania, bywa czasem ustęp jakiejś czytanej książki, czasem jakaś dostrzeżona wśród ludzi sytuacja, czasem rys psychiczny lub nawet fizyczny czyjejś fizjonomii; jeden, drobny, jednak wiodący za sobą mnóstwo domysłów i kombinacji. Czasem nie wiedzieć skąd się to bierze, bez żadnych pozornie pobudek, może z jakiejś pogody, z jakiegoś momentu natury, którego działania na nas dostrzec nie możemy, z dźwięku, szelestu, wspomnienia, z czegoś oddalonego na pozór, a przecież rozbudzającego w nas to, co jest duszą – twórcy. Czy zaś ta chwila samoistnego rozwinięcia się skrzydeł duszy przyjdzie dla Pani jutro, za tydzień, za kilka miesięcy, wszystko jedno, byleby przyszła, pochwyć ją Pani i pisz wtedy, pisz śmiało, bo samo jej przyjście będzie świadectwem istnienia w Tobie duszy twórczej. Jeżeliby zaś przyjść nie miała, kto wie? byłoby to może dowodem, że to droga niestosowna, bo wątpię, czy przemocą zdobyć na sobie można natchnienie. Czasu przed sobą masz Pani bardzo wiele: lat 23 to bardzo wczesna młodość. W tym właśnie wieku zaczęłam prace swoje do druku dawać i żałuję, że nie miałam kogoś, kto by mi pośpiech odradził, bo istotnie pierwsze powieści swoje, przez lat 3–4 pisane, uważam za grzech przeciw literaturze popełniony. Potem dopiero dojrzałam i przyszła właściwa dla mnie pora drukowania.

[...] Czekać też będę drugiego rękopisu. I jeszcze jedno pozwolę sobie powiedzieć. Gdy pisać Pani będziesz, usiłuj zmężniać wyrażenie swych myśli. Styl Pani jest poprawny, łatwy, ozdobny, ale zbyt jeszcze miękki, kobiecy. Jak najwięcej dobrej kobiecości w życiu; jak najwięcej męskości, czyli: powściągliwości słowa, energii, jasności w pisaniu! Czy Panią ten list nie zrazi do korespondencji ze mną? Proszę przyjąć serdeczne uściśnienie dłoni.
El. Orzeszkowa
Jak wynika z odpowiedzi, Stefania Skrobońska przyjęła uwagi Orzeszkowej z wdzięcznością, ale nie wiemy, czy wymiana listów trwała dalej i czy powstał drugi utwór adeptki literatury. Możliwe, że skierowała swój talent w inną stronę – trudno jednak stwierdzić na pewno, czy korespondentka Orzeszkowej jest tożsama z nauczycielką i recenzentką o tym samym imieniu i nazwisku  – chociaż wiele na to wskazuje.

Eliza Orzeszkowa, Listy zebrane t. 7, oprac. Edmund Jankowski, Ossolineum 1971, s. 63–65, 447 (list Skrobońskiej).

Za zgodę na opublikowanie zdjęcia bardzo serdecznie dziękuję Kaye, której wrażenia z podróży śladami Elizy Orzeszkowej można przeczytać na jej blogu „Notatnik Kaye”


Tagi , | 17 Komentarzy

„Mogli tak gadać godzinami...”



Piotr Mitzner, Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie, Wydawnictwo Literackie 2008 (wyd. 2 poprawione i poszerzone).

Jednego książce Piotra Mitznera odmówić nie można – czyta się ją znakomicie. Do tego stopnia, że umieszczona na przemyślnej konstrukcji z garnków (patent a la Mama Żakowa z „Szóstej klepki”) umilała mi jakieś monotonne czynności kuchenne. Język jest potoczysty, a liczne cytaty – z utworów Iwaszkiewicza, dzienników i korespondencji małżonków, wspomnień i relacji ich krewnych, przyjaciół i znajomych – smakowite. Może trochę za dużo tu poezji w prozie, ale autor uznał, że i w wierszach Jarosława mogą kryć się wskazówki pozwalające odkryć na czym polegał fenomen małżeństwa Iwaszkiewiczów, którzy wytrwali ze sobą niemal sześćdziesiąt lat.
Mitzner odtworzył początki znajomości Hanny Lilpopówny i Jarosława Iwaszkiewicza, przebieg ich narzeczeństwa, okoliczności ślubu i kolejne etapy życia. Skupił się na samych małżonkach, wypreparował ich z tła rodzinnego, ze środowisk, z których się wywodzili. Pisze o tym nieco mimochodem, tylko wtedy, gdy rzeczywiście musi – jak w sytuacji, gdy załamanie interesów teścia groziło załamaniem podstaw materialnych życia Iwaszkiewiczów. Dzieci najwyraźniej dla małżeństwa rodziców nie miały – zdaniem autora – wielkiego znaczenia, skoro wspominane są rzadko, pozostają na dalekim planie. Dziwny to zabieg i w żaden sposób autor go nie uzasadnił.
Przez kilka dni pozostawałem pod urokiem tej książki: licznych tropów wskazanych przez Mitznera, bogactwa materiału przedstawionego czytelnikowi. Kiedy minęło pierwsze oczarowanie, okazało się, że tak naprawdę wśród tych splątanych nici dalej nie potrafię wskazać tej, która najmocniej łączyła Annę i Jarosława. Czy była to miłość, przyjaźń, czy może przywiązanie? Głębokie uzależnienie od siebie czy tylko przyzwyczajenie? Może nie powinienem się temu dziwić, skoro sami małżonkowie chyba nie bardzo umieli określić naturę łączących ich więzów – próbowali, ale im nie szło, nie lubili zresztą mówić o swych uczuciach, bojąc się popadnięcia w patos, którego nie znosili. Może człowiek z zewnątrz, na dodatek po tylu latach, po prostu już nie może wniknąć w tak ścisłą więź dwojga ludzi?
W pamięć zapadły mi jednak słowa wieloletniej gospodyni w Stawisku, która wspominała: „I oni mogli tak gadać godzinami i mieli o czym”. O poezji, sztuce, muzyce, gwiazdach, pogodzie, znajomych. Na starość wspominali dawne czasy. Niekiedy wybuchali, wyrzucali sobie jakieś zadawnione urazy. Być może więc tylko tyle – czy raczej aż tyle – trzeba, żeby przejść razem przez życie?
Najpierw poczułem się zawiedziony, że Piotr Mitzner nie zdefiniował wyraźnie, na czym polegał fenomen związku Iwaszkiewiczów, ale teraz, po dłuższym czasie, myślę, że może jeszcze bardziej zawiedziony byłbym, gdyby jednak się o to pokusił.
PS. Warto przeczytać, co o eseju Mitznera napisała Ania (Czytanki.Anki)

Tagi , , , | 35 Komentarzy

Nowy numer "Literadaru", czyli chwalę się...


Ukazał się właśnie dwudziesty pierwszy numer „Literadaru”Tematem przewodnim są najciekawsze internetowe miejsca dla wszystkich czytających. Wśród wielu portali, serwisów i blogów, w tym potentatów w rodzaju Biblionetki czy Goodreads, miał zaszczyt znaleźć się także mój blog – obok znajdziecie krótki wywiad ze mną (s. 16-17). Doceniono również „Płaszcz zabójcy”, redagowany wspólnie z Lirael. Został nazwany "historycznym serialem" (s. 43).
Polecam też wywiad z moją Matką Chrzestną, która jak mało kto zna książkową blogosferę. Szczególne podziękowania za miłe słowa pod moim adresem (s. 49-51).

Tagi , | 47 Komentarzy

Jerzy Ficowski
5 VIII 1942

Co robił Stary Doktor 
w bydlęcym wagonie
jadącym do treblinki dnia 5 sierpnia
przez kilka godzin krwiobiegu
przez brudną rzekę czasu

nie wiem

co robił Charon dobrowolny
przewoźnik bez wiosła
czy rozdał dzieciom resztę
zdyszanego tchu
i zostawił dla siebie
tylko mróz po grzbiecie

nie wiem

czy kłamał im na przykład
małymi dawkami
znieczulającymi
iskał spocone główki
z płochliwych wszy strachu

nie wiem

ale za to ale potem ale tam
w treblince
całe ich przerażenie cały płacz
były przeciwko niemu

ach to było już tylko
ileś tam minut czyli życie całe
czy to mało czy dużo
nie było mnie tam nie wiem

zobaczył Stary Doktor nagle
że dzieci się stały
stare jak on
coraz starsze
tak musiały dogonić siwiznę popiołu

więc kiedy go uderzył
askar czy esesman
zobaczył że Doktor
stał się dzieckiem jak one
coraz mniejszym i mniejszym
aż się nie urodził

odtąd razem ze Starym Doktorem
pełno ich nigdzie

wiem
Od Staffa do Wojaczka. Poezja polska 1939–1988, t. 2, Wydawnictwo Łódzkie 1991, s. 94–95.

Tagi , | 5 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (XIV): Kurs pisarski u Elizy Orzeszkowej, cz. 1


20 listopada 1886 roku do Elizy Orzeszkowej napisała dwudziestotrzyletnia Stefania Skrobońska. Młoda kobieta przedstawiła swoje wykształcenie („średnie, gimnazjalne, dopełniałam je czytaniem i samoistną pracą”), poglądy („uważam się za kobietę dojrzałą moralnie, jasno i trzeźwo w życie patrzącą, nie żal mi rozwianych złudzeń młodzieńczych, bo nad czarowniejsze złudzenia wyżej cenię i silniej kocham prawdę”) oraz warunki rodzinne i materialne („żyję w ciasnym kółku rodzinnym i towarzyskim [...]; mam szczupłe środki materialne, które mi utrudniają intelektualną pracę”). Skrobońska zwróciła się do Orzeszkowej jak do wyroczni, autorytetu, prosząc o stwierdzenie, czy nadaje się do pracy literackiej, czy też raczej powinna na innej niwie szukać sobie zatrudnienia. 22 listopada pisarka odpowiedziała z całą powagą na list panny Stefanii.

Eliza Orzeszkowa.
[...] Czy droga piśmiennictwa właściwą jest dla niewątpliwych, bo w liście już widzialnych zdolności Pani? Niepodobna mi na to odpowiedzieć, opierając się tylko na jednolistowym Pani poznaniu. Bywa często, że ludzie bardzo zdolni daru twórczości nie posiadają; rzadziej, ale bywa czasem, że tępe głowy mają go i choć szczytów nie dosięgają, jednak jakie takie drogi nim sobie torują. Zdolność twórcza to fantazja, intuicja, spostrzegawczość, możność uplastyczniania spostrzeżonych, a nawet przez fantazję podawanych zjawisk, na koniec kompozytorski i niejako architektoniczny zmysł kojarzenia, wywnioskowywania, motywowania i budowania, który zresztą doskonali się bardzo stopniowo i rzadko u kogo ukazuje się w pełni od razu. Czy Pani posiadasz te właściwości umysłu, bez których beletrysta każdego rodzaju istnieć nie może? Skądże wiedzieć mogę? Czy próbowałaś już pisać? Jeżeli tak, chciej mi próby swe przesłać; przeczytam je bardzo ochotnie i zdanie swoje o nich powiem szczerze. Jeżeli jeszcze nic nie pisałaś, spróbuj, ale tylko w takim razie, jeżeli pomysły, obrazy, sceny, myśli pomimo woli niejako przybywają Ci do głowy, stają przed oczami, niepokoją i upominają się o wcielenie. Jeżeli to chaos, nie zważaj na to, lecz staraj się go rozplatać i przed samą sobą wyjaśnić: co właściwie ukazać i powiedzieć pragniesz. Chaos zrazu być musi; rozplątywanie go i wywabianie zeń materii potrzebnych jest właśnie twórczą i kompozytorską pracą, która nawet geniuszom bywa zrazu trudną, a z którą początkujące talenty doskonale nigdy poradzić sobie nie mogą. Ale jeśli zdolność twórcza istnieje, w niedołężnej nawet robocie komponowania, uplastyczniania itd. błysnąć musi jakaś wypukła postać, jakaś wyższa piękność, jakiś lotniejszy ustęp, i to już jest dowo­dem talentu. Brak tego jest również dowodem braku talentu. W tym wszystko. Doskonalenie się, a czasem doskonałość przychodzi z wolna, pracowicie, z wprawą, z życiem, z otwierającymi się coraz szerzej umy­słowymi widnokręgami. Spróbuj więc, Pani, i próbę swą mnie przyślij. Z przybywającej nam, tak słabym! nowej siły nikt nade mnie goręcej cieszyć się nie będzie. Miej też Pani na pamięci, że beletrystyka nie jest jedyną drogą pisarskiej pracy i że gdybyś nie miała daru twórczego w tym kierunku, przy zamiłowaniu umysłowej pracy i wykształceniu znajdziesz sobie kierunek inny. Ale o tym później. Teraz chciej mię uważać za szczerze Ci oddaną i wdzięczną, a wszystkim, co ma, służyć Ci pragnącą siostrę.
El. Orzeszkowa
Po kilku miesiącach do Grodna nadszedł kolejny list od Stefanii Skrobońskiej, tym razem z próbką własnej twórczości. Ciąg dalszy więc nastąpi...

Eliza Orzeszkowa, Listy zebrane t. 7, oprac. Edmund Jankowski, Ossolineum 1971, s. 62–63, 446–447 (list Skrobońskiej).

Tagi , | 8 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.