Archiwum września 2012

Pisarze ze starej szkoły (XVII): Boy o Ibsenie


Recenzując w 1935 roku „Norę” Henrika Ibsena w reżyserii Karola Adwentowicza, wystawioną w warszawskim Teatrze Kameralnym, Tadeusz Boy-Żeleński pokusił się o wskazanie kilku głównych problemów poruszonych w dramacie. Jego wywód (nieco przydługi, ale szkoda mi było każdego zdania) stanowić może wstęp albo uzupełnienie do dyskusji o sztuce, która dziś zacznie się w Klubie Dyskusyjnym na blogu Czytanki.Anki.
Henrik Ibsen.
Nora Ibsena rozbiła szczęśliwie z pewnością więcej małżeństw niż Werter spowodował samobójstw. Była wielkim manifestem praw kobiety, kobiety-człowieka. Stała się symbolem, zsumowała wszystkie pretensje i żale. W chwili końcowego rozrachunku między mę­żem a żoną stał przy Norze w kulisach cały legion kobiet zawiedzionych w małżeństwie, kobiet niezrozu­mianych, kobiet-lalek, które ożyły, kobiet-dzieci, które dojrzały w ciągu jednej krytycznej doby, aby ogarnąć nagle nicość swoich władców. Straszliwy porachunek! bo nawet osiem lat niezmąconego szczęścia żony nie obroniło w jej oczach męża. „Alboż nie byłaś szczęśli­wą?” – pyta jej strapiony Helmer. „Nie, nigdy – zdawało mi się tylko, że nią jestem” – od­powiada Nora.
Pozornie nonsens, bo przecież w ogóle szczęście polega na tym, aby się komuś wydawało, że jest szczęśliwy... Ale w nonsensie tym jest sens, cały sens każdego takiego wstecznego rozrachunku. Ibsen poszedł w nim do najdalszych krańców; Nora z godziny na godzinę porzuca dom i troje drobnych dzieci, mimo (co było niewątpliwie nowością w teatrze) że żadna inna miłość ani w ogóle motyw erotyczny nie odgrywa roli w jej decyzji.
Dziś, kiedy oglądamy rzecz chłodniejszym okiem, zarówno w tym zakończeniu, jak i w całej sztuce uderza nas dysproporcja między błahą – na pozór – przyczyną a tak poważnym skutkiem. Ale to właśnie jest krytyką małżeństwa Helmerów. Kiedy dziecko bojąc się przynieść do domu niedobre świadectwo popełnia samobójstwo, też jest w tym dysproporcja przyczyny i skutku, ale w tej dysproporcji jest straszliwe oskarżenie systemu. Aby zdobyć pieniądze na kurację chorego męża i ocalić go bez jego wiedzy, Nora sfałszowała podpis ojca na wekslu, który potem latami heroicznie spłaca. (W tym celu przetłumaczyła nawet powieść dla jakiejś gazety – oto przyczynek do genezy lichych przekładów.) Nora nie zdawała sobie sprawy z wagi ani z konsekwencji swego postępku, bo nikt tej laleczce o takich rzeczach nie mówił. Nieszczęściem ojciec umarł na dwa dni przed datą podpisu – weksle w ręku szantażysty stają się groźbą dla spokoju rodziny, dla kariery męża.
Pod tym naciskiem Nora miota się w rozpaczy: próbuje daremnie szukać rady i pomocy u przyjaciela, doktora Ranka; niewczesne wyznanie miłości ze strony doktora mrozi jej słowa na ustach, uraża jej delikatność, każe milczeć. Nora decyduje się na samobójstwo. Jedno tylko ani na chwilę nie postało jej w głowie, mianowicie to, że mogłaby po prostu iść do męża, wyznać mu wszystko, prosić go o radę i o pomoc, powiedzieć mu: „Zbłądziłam może, ale zbłądziłam z miłości dla ciebie, radź, co czynić, pomóż, ratuj, ratujmy się oboje...” Nie ulega wątpliwości, że małżeństwo, w którym taka myśl nie postanie w głowie, jest złym małżeństwem, choćby się przez osiem lat „zdawało”, że jest szczęśliwe; można zrozumieć, że Nora przejrzawszy gatunek swego szczęścia – brzydzi się nim...
Tylko... tylko musielibyśmy naprawdę uwierzyć, że Nora tego wyznania uczynić nie mogła, musielibyśmy zrozumieć, czemu nie mogła. Otóż to wydaje się dziś nieco trudne. Może dlatego, że żyjemy w innej epoce, kiedy autorytet męża i ojca rodziny nie jest tak przytłaczający. Ten Helmer – poza tym trochę cymbał – kocha Norę najczulszą miłością męża i opiekuna, na rękach ją nosi po prostu; aż do ostatniej chwili niczym nie zdradza, aby nie był godzien takiego zwierzenia. Tymczasem Nora nie mówi mu do samego końca nic, uparcie milczy; w końcu, gdy już postanowiła umrzeć, dopuszcza, aby list szantażysty pouczył Helmera o wszystkim. Wyznaję, że dzisiaj owo uparte unikanie najprostszego wyjścia działa na widza trochę niecierpliwiąco, nie wydaje się dość silnie mo­tywowane.
Skutek listu otrzymanego przez Helmera niespodzianie i w najmniej właściwej chwili, jest piorunujący. Cały trud życia tego młodego dyrektora banku, cała kariera wydaje się zdruzgotana; ma do Nory głęboki żal i daje mu wyraz. Przeraża go jej zdolność tak długiego i konsekwentnego kłamstwa. Dodajmy, że z tego listu Helmer nawet nie może dobrze wiedzieć, że to dla niego Nora dopuściła się swego czynu, przecież ona przed nim taiła jego chorobę, udawała wielkodusznie, że to dla niej, dla jej kaprysu była owa zbawcza podróż do Włoch. Helmer wybucha brutalnie, mówi jej bardzo przykre rzeczy; potem, gdy niebezpieczeństwo minęło, natychmiast zapomina o wszystkim, odnajduje swą czułość dla Nory, darzy ją niezręcznie swoim – przebaczeniem!
Otóż w chwili jego wybuchu Nora przestała nagle kochać męża; osądziła go, zrozumiała, że ich małżeń­stwo było oparte na kruchych podstawach. Robi ra­chunek przeszłości. Była mu bawidełkiem, nigdy nie kochał jej, tylko kochał w niej siebie, pożądał jej, nigdy z nią poważnie nie rozmawiał, była jego błazenkiem, zabawką. Nora opuszcza dom – musi zostać sama, szukać drogi, szukać siebie, wychować samą siebie. A dzieci? Trudno, opuści i dzieci. Taka, jak jest obecnie, na nic się dzieciom nie zda...
Akceptujemy – radzi nieradzi – tę scenę; czujemy poza tym wszystkim mnóstwo rzeczy niedopowiedzianych, które wykrystalizowały się w tym momencie, Jeżeli miłość – wedle głośnej formuły Stendhala – ma swoją „krystalizację”, skon miłości może mieć ją również. W jednej chwili Helmer, ze swoją zdawkową pieszczotą na ustach, ze swoim „skowroneczkiem”, „kanareczkiem”, „wiewióreczką” – stał się Norze nie do zniesienia.
Trzeba przyznać, że Helmer zachowuje się w tej scenie jak osioł. Może, oszołomiony potokiem wymowy i powagą swego „skowroneczka”, nie umie się zdobyć na żadną odpowiedź. Ten były adwokat nie znajduje na swoją obronę ani jednego argumentu, ani jednej okoliczności łagodzącej. Mógłby przecież uprzytomnić Norze ów jej brak zaufania, który doprowadził do katastrofy. Mógłby bodaj powstrzymać jej decyzję do jutra... Ale nie, nie mógł, bo – jak rzekliśmy na wstępie – Nora nie jest poszczególnym wypadkiem, Nora to legion, którego słabemu mężczyźnie nie zatrzymać w marszu!
Gabriela Zapolska w Norze Ibsena, 1883 r.
I tak trzeba tę sztukę brać. Bo jak na poszczególny konflikt, zbyt wiele polega tu na nieporozumieniu. Ostatecznie ten Helmer był niezgorszym mężem... Że nie dość rozmawiał z nią poważnie... Mój Boże! Czy ludzie z tamtej epoki nie przeceniali trochę wartości poważnych rozmów? Dziś, gdy najśmielsze postulaty Nory zostały przez życie zdystansowane, niejedna kobieta, choćby była doktorem dwóch fakultetów i wiceministrem, będzie łasa na to, żeby jej mówić „głup­tasku” i „wiewióreczko” i podziwiać, jak w nocnej koszuli tańczy tarantelę... Nie możemy się oprzeć wrażeniu, że ten Helmer został wzięty na zbyt ostrą próbę, i to z winy samej Nory – gdyby dowiedział się wszystkiego od niej samej, może znalazłby się na wysokości zadania. Zarzuca mu, że w pewnym mo­mencie powiedział: „jestem ocalony”, że się troszczył o siebie, nie o nią, czym dał dowód egoizmu. Ależ w tym wypadku jego ocalenie, jego honor, jego sta­nowisko to jest ich wspólne dobro, wspólny kapitał – tutaj między „ja” i „ty” nie ma różnicy.
Sztuka kończy się beznadziejnie, ale kiedy jej słu­chamy dziś (może dlatego, że wobec mnóstwa nowych zmartwień nie bierzemy już tej sprawy dość serio), jest dla nas w finale wyraźny błysk nadziei. Aby ich małżeństwo było możliwe – powiada Nora – trzeba, żeby stał się cud, żeby się oboje odmienili. Taki cud nie wydaje się czymś niepodobnym. Nora pojedzie w swoje strony szukać zajęcia, rekolekcje takie wybor­nie jej zrobią. Spotka się ze wszystkimi małostkowymi szykanami, jakich ofiarą bywała wówczas samotna ko­bieta, zatęskni może za swoim „domem lalek”. Osta­tecznie osiem lat, przez które „zdawało się komuś”, że był zupełnie szczęśliwy, to jest coś. Helmer przemyśli również na nowo problem małżeństwa, oboje podzielą się swymi doświadczeniami i zaczną na nowo, na innej podstawie. Alboż takie kryzysy małżeńskie i takie psy­chiczne przegrupowania nie są czymś normalnym?
Gorzej będzie, jeżeli Nora spotka faceta, z którym będzie miała nowych troje dzieci, aby się przekonać, że znów się jej tylko zdawało, iż była szczęśliwa, i że jeszcze nie dość się zorientowała w sobie... Albo jeżeli, co gorsza, jej facet dojdzie do takiego przekonania... [...]
Tadeusz Boy-Żeleński, Ibsen „Nora” [w:] Pisma, t. 26, Państwowy Instytut Wydawniczy 1969, s. 55–59.

Tagi , , | 31 Komentarzy

„Mali wiekiem, lecz dojrzali cierpieniem”



Weronika Hort (Hanka Ordonówna), Tułacze dzieci, Państwowy Instytut Wydawniczy 1990.

Zachowane nagrania i filmy – jak twierdził Jerzy Waldorff – nie dają pojęcia o talencie i charyzmie Hanki Ordonówny, wielkiej gwiazdy Dwudziestolecia. „Tułacze dzieci”, wydane w Bejrucie w 1948 roku, dają natomiast pojęcie nie tylko o jej talencie pisarskim, ale przede wszystkim o wielkim sercu, odwadze i determinacji, dzięki którym udało się Ordonównie, a właściwie Annie hr. Tyszkiewiczowej, i jej mężowi uratować kilkaset polskich dzieci od poniewierki, głodu, chorób i śmierci, jakie czekały na nie w Związku Radzieckim.
Dokładniej poznajemy losy tylko kilkorga z podopiecznych Tyszkiewiczów: Krzysztofa, wywiezionego ze Lwowa wraz z obcymi ludźmi, Kaziuni, pięciolatki, która pociągami podróżowała przez całą Rosję, Józka Czynczyka, sześciolatka, który uratował troje swojego rodzeństwa. Historie innych polskich sierot były podobne: deportacja, utrata rodziców, choroby, głód, poniewierka, kradzieże, żeby przeżyć, stała czujność, żeby nie dać się złapać, zbić, zamknąć w sierocińcu. Małych tułaczy ich polscy opiekunowie musieli odkarmić, odwszyć, umyć, ubrać, wyleczyć, ale przede wszystkim zapewnić im poczucie bezpieczeństwa. Nie było to łatwe; radzieccy funkcjonariusze wszystkich szczebli obiecywali pomoc, zwodzili, kłamali, byle tylko nie zapewnić dachu nad głową, transportu, żywności, opału. Ileż siły i determinacji wymagało ich wywalczenie; codziennie należało lawirować między biurokratami i przedstawicielami NKWD, tracić czas, siły i nerwy. Ewakuacja przez Persję do Indii sprawiła, że skończyły się problemy z żywnością i odzieżą, ale zaczęły inne: z niezdrowymi miejscami zakwaterowania, z bezmyślnością „charytatywnych pań”, które nie potrafiły pojąć, co przeszły i czego potrzebują pokrzywdzone dzieci, wreszcie z samymi wychowankami. Należało ich uczyć nie tylko abecadła, ale i tego, że już nie trzeba robić zapasów sucharów i chować się na widok munduru. Że można się śmiać i bawić, że ma się obowiązki, ale i prawa. Można mówić i śpiewać po polsku, modlić się i opłakiwać utraconych najbliższych, a przede wszystkim marzyć o powrocie do Polski.
Hanka Ordonówna po wojnie.
Ordonówna prosto i bezpretensjonalnie opowiada o rzeczach tragicznych, trudnych i poruszających. Czasem tylko, w momentach szczególnie wzruszających, potrąca jakąś bardziej patetyczną nutę, jak przy opisie pierwszej wigilii w Indiach, kiedy do wszystkich dotkliwie dotarł ból sieroctwa. Wtedy dzieci „zaczęły zapalać świeczki na choince, nie jak na święto Bożego Narodzenia, lecz jakby w Dzień Zaduszny na grobach ukochanych”. Ciekawe, jak potoczyły się losy „małych wiekiem, lecz dojrzałych cierpieniem”: Krzysia, Kaziuni, małych Czynczyków. Czy wrócili do Polski, odnaleźli krewnych, czy może na zawsze zostali „tułaczymi dziećmi ze spalonych wsi i zbombardowanych miast”?

Tagi , , | 29 Komentarzy

Ostatnie spotkanie z komisarzem Palmu


Mika Waltari, Tak mówią gwiazdy, panie komisarzu, tłum. Sebastian Musielak, Wydawnictwo Literackie 2012.

Minęło parę ładnych lat, odkąd spotkaliśmy komisarza Palmu rozwiązującego zagadkę śmierci helsińskiego playboya. Na komendzie doszło do zaskakujących zmian. Palmu, zirytowany nieudolnością swego stażysty Toivo Virty, doradził mu skończenie studiów prawniczych – licząc, że młody człowiek dostanie po nich jakąś pracę za biurkiem i przestanie przeszkadzać bardziej doświadczonym śledczym w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek. I faktycznie, sędzia Virta dostał odpowiedzialne stanowisko i został szefem komisji zabójstw, a tym samym przełożonym komisarza Palmu.
Wykształcenie nie uczyniło z Virty lepszego policjanta; nadal jest zarozumiały i przekonany, że dzięki wyobraźni i znajomości psychologii można wykryć sprawcę każdej zbrodni. I znowu Palmu musi mu udowadniać, jak bardzo pogląd ten jest mylny i w przypadku znalezionego w parku zmasakrowanego staruszka wiedzie na manowce. Sprawa zresztą szybko okazuje się bardziej skomplikowana, niż myślano, prasa robi wokół niej dużo szumu, a urzędnicy najwyższego szczebla żądają rychłych wyników. Virta miota się w różne strony, zamiast prowadzić systematyczne dochodzenie, i rychło wyrabia sobie pogląd na to, kto dopuścił się ohydnego zabójstwa. Na szczęście komisarz Palmu czuwa i w kluczowych momentach popycha śledztwo we właściwym kierunku.
Trzeci tom cyklu o komisarzu Palmu jest zdecydowanie najlepszy. Komisarz Palmu wspina się na szczyty sarkazmu i bezwzględnie wytyka wszystkie niedopatrzenia i błędy swego przełożonego. Virtu jest nieodparcie zabawny w swej pompatyczności i przekonaniu o swych wysokich kwalifikacjach. Zagadka kryminalna nie jest może szczególnie oryginalna czy zaskakująca, ale Waltari umiejętnie dorzuca nowe wątki i myli tropy, żeby czytelnik za wcześnie nie domyślił się rozwiązania. A poza tym dostajemy mimochodem całkiem sporo obserwacji obyczajowych: od ograniczeń, jakim podlegali właściciele psów, przez kłopoty finansowe i lokalowe policji i politykę socjalną wielkich przedsiębiorstw do problemów z młodzieżowymi subkulturami i zwykłym chuligaństwem. Przy okazji poprzedniego tomu napisałem, że mi tego nie brakowało, ale widzę, że jednak jeszcze bardziej ubarwiłoby to powieści i nie straciłyby przez to swojej bezpretensjonalności.
Wielka szkoda, że to ostatnie spotkanie z komisarzem Palmu.

Tagi , | 20 Komentarzy

W kleszczach męki


Henry James, W kleszczach lęku, tłum. Witold Pospieszała, Prószyński i S-ka 2012.

Właściwie wszystko powinno być w porządku, gdyż Henry James wykorzystał wszystkie elementy, jakie kojarzą nam się z porządną, staroświecką powieścią gotycką. Sprawdźmy: młoda i naiwna guwernantka – jest, tajemniczy pracodawca – jest, ponury dwór w ponurych okolicznościach przyrody – jest, płacz słyszany w nocy – co prawda tylko raz, ale jest, para sierotek, które ma kształcić guwernantka – jest. Do tego oddana gospodyni i last but not least dwie zjawy. Atmosfera jest gęsta od samego początku, młoda wychowawczyni gubi się w domysłach, co się dokoła dzieje, urocze aniołki oddane pod jej opiekę zaczynają wykazywać różne niepokojące cechy, a wyciskane z gospodyni strzępy opowieści o wydarzeniach z przeszłości układają się w obraz mroczny i niepokojący. Wszystko podawane jest w atmosferze niedomówień, domysłów i lęków.
Klimatowi powieści i jej fabule niewiele lub zgoła nic nie można zarzucić. Czytelnik oddycha duszną atmosferą dworu i już nie wie, czy guwernantka faktycznie widuje tajemnicze zjawy, czy może też wskutek zbytniego napięcia nerwów postradała zmysły. Pole dla wyobraźni niemal nieograniczone, domysły można snuć w nieskończoność. 
Nie mogę jednak uznać tej powieści za satysfakcjonującą, ponieważ przebijałem się przez nią ze sporym trudem. Rozumiałem każde słowo z osobna, a nawet zdania, które te słowa tworzyły (niekiedy zresztą całkiem kunsztowne, jak taki na przykład opis gospodyni dworu: „zwrócona twarzą do płomieni, siedzi na prostym niewygodnym krześle, w ciemnawej, błyszczącej czystością izbie – prawdziwe uosobienie porządku i schludności. domkniętych i zamkniętych szuflad oraz mocnego i zdrowego snu, który obywa się bez wszelkich sztucznych środków”; nawiedzająca dom zjawa była natomiast „ciemna jak noc w swojej ciemnej sukni, posępnie piękna i bezmiernie nieszczęsna”). Niewiele z nich jednak przykuwało na dłużej moją uwagę. Spiętrzone w akapity i wypełniające kolejne strony stawały się przytłaczające i w końcu waliły mi się na głowę, pozostawiając jedynie słaby zarys swojego sensu. Być może taki był zamysł autorski, żeby otoczyć czytelnika słowami, kazać mu się w nich zagubić, tak jak zagubiona wydaje się główna bohaterka. Ja się niestety momentami czułem raczej mocno znużony i traciłem ochotę na wgłębianie się w półsłówka, aluzje, mętne przypuszczenia, których nie szczędzi nam autor. Pierwszego spotkania z Henrym Jamesem nie uznaję więc za udane. Mam jednak zamiar sprawdzić, czy ten męczący styl to typowa cecha jego twórczości, czy też wypadek przy pracy.

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Tagi | 50 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (XVI): O damskim kryminale rodem z PRL-u


W 1975 roku dwaj młodzi krytycy literaccy, Feliks Trzymałko i Szczęsny Dzierżankiewicz, rozpoczęli swoje zmagania z peerelowską grafomanią. Szczególnie upodobali sobie swojską powieść kryminalną, zwaną milicyjniakiem, ukazując czytelnikom mechanizmy powstawania ich ulubionych utworów i odkrywając nowe podgatunki, np. „kryminał uszminkowany” Urszuli Milc-Ziembińskiej pt. Tajemnica „Elizabeth Arden” (Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1975, ss. 217, nakład 100 000 egz.).
Różne bywają sposoby ożywiania postaci pozytywnych bohaterów w polskiej powieści kryminalnej. Doskonały jest katar. Wystarczy po prostu obdarzyć porucznika Zielińskiego czy innego tam majora Grabowskiego silnym nieżytem, i już śledztwo utrudnione a w powieści więcej życia. Inna znana metoda to odzwyczajanie się bohatera od palenia, albo przeciwnie, palenie nadmierne. Dobry jest też chwyt znany w kręgach twórców powieści milicyjnej pod kryptonimem „Zaniedbywana żona”: kapitan Olszewski czy podporucznik Wiśniewski otrzymują wtedy do towarzystwa małżonkę, która od czasu do czasu ponarzeka na nieregularny tryb życia pracowitego męża, nadając powieści natychmiast mnóstwo życiowego ciepła i autentyzmu.

Pani Urszula Milc-Ziembińska w swojej debiutanckiej (według wszelkich oznak) powieści posłużyła się sposobem najbardziej niezawodnym: jej bohaterowie są dowcipni. Jak coś powiedzą, to boki zrywać, a na wesoły żart stać ich dosłownie w każdej sytuacji. Ot, znaleziono na ulicy zwłoki kobiety – i już nad trupem nawiązuje się dowcipny dialog między kapitanem a sierżantem:
„– No i co, kapitanie, mamy nową robotę?
– A mamy, mamy. W sam raz dla ciebie. Młoda, piękna, elegancka
kobieta; tyle tylko, że nie żyje.
– Duża przykrość. Ale jak się to stało?
– Normalnie. Ktoś jej pomógł.
– Jakby mi pan kapitan nie powiedział, pewnie umarłbym w nie­świadomości” (s. 7).
Śmiejąc się do rozpuku, czytamy dalej i bawimy się coraz lepiej. Oficerowie zwracają się do siebie nawzajem per „ozdobo milicji”, „wodzu” lub „perełko”, w rozmowach cytują żartobliwe powiedzonka („– Romek, zmiłuj się i przestań śpiewać [...], bo głos masz, ale do baletu, natomiast nogi, to powiem ci, stary, w sam raz do chóru”, 108) i w ogóle brylują przed nami bez chwili wytchnienia. Toteż nie może dziwić, że śmiechu jest w powieści co niemiara: „– Wojtek, odnoszę coraz częściej wrażenie – Czerwiński głośno się śmiał – że ty wyraźnie pomyliłeś się z powołaniem [!]. Powinieneś, stary, w Syrenie występować i ludzi rozweselać” (166). Z całą przyjemnością przyznajemy kapitanowi Czerwińskiemu rację: humor powieści jest rzeczywiście na poziomie warszawskiego teatru „Syrena”. A nawet niżej.
Jeśli chodzi o intrygę kryminalną, przeprowadzona jest ona w sposób typowo damski, to znaczy przy użyciu maksymalnej liczby szczęśliwych zbiegów okoliczności i cudownych przypadków. Sprawca zbrodni zostaje wykryty właściwie tylko dzięki temu, że kpt. Czerwiński znalazł się przypadkiem w mieszkaniu pewnej pani, podszedł tam przypadkiem do półki z książkami, jedną z nich przypadkiem wyciągnął i zaczął wertować, po czym przypadkiem znalazł w niej pewien list, który oczywiście natychmiast przeczytał, choć skądinąd list był nie do niego adresowany. Pod koniec powieści zjawia się nagle jakiś zagadkowy profesor Nowak, o którego istnieniu nie mieliśmy dotąd pojęcia, i dokłada swej naukowej ręki do wyjaśnienia tajemnicy morderstwa. Zbędne byłoby dodawać, że zbrodniarzem okazuje się w końcu osoba, którą bez przerwy podejrzewaliśmy z przyczyny jej rozlatanych oczu i spoconych rąk, a mianowicie zdegenerowany niedobitek arystokracji nazwiskiem Sosnkowski, podstarzały reakcyjny goguś, którego pisarka słusznie piętnuje za niestosowny do wieku ubiór i farbowanie sobie włosów. Jeśli już o tej ostatniej czynności mowa, trzeba oddać autorce sprawiedliwość, że na pisaniu powieści kryminalnych to się ona może nie zna, ale na kosmetykach owszem. Zaprawdę, nic co damskie nie jest Urszuli Milc-Ziembińskiej obce. Wprawdzie do końca powieści nie dowiadujemy się, po jaką cholerę jedna pani drugiej pani wcisnęła do ręki pomadkę do ust nadziewaną cyjankiem potasu i kazała się umalować, ale faktem jest, że o pomadkach, pudrach, kremach i perfumach mówi się tu dużo i z zapałem. Wydaje nam się, że i pani Milc-Ziembińska, aby użyć jej stylistyki, „pomyliła się z powołaniem”.

Stanisław Barańczak, Książki najgorsze i parę innych ekscesów krytycznoliterackich, a5 1990, s. 61–62.

Tagi , , , , , | 50 Komentarzy

Hurtownia archeologiczna, część druga (i ostatnia)

Odgrzebuję kilka kolejnych notek książkowych, które zamieściłem niegdyś w pewnym serwisie wymiany książek. Wrodzone lenistwo i niezbyt wysoka gratyfikacja punktowa nie sprzyjały szczególnie obszernemu wyrażaniu myśli, więc dziś będzie zdecydowanie bardziej zwięźle niż poprzednio

Michaił Kononow, Goła pionierka, tłum. Jan Gondowicz, W.A.B. 2005. 
Książka Kononowa nie jest ani lekturą przyjemną, ani łatwą. Jest natomiast chyba jedną z niewielu przełożonych na język polski książek demaskujących prawdziwe oblicze bohaterskiej Armii Czerwonej, która zmagała się z Niemcami. Czerwonoarmiści, jak przedstawiały ich powieści, filmy i propaganda, byli bohaterami, szlachetnymi wojownikami o wolność swego narodu. Nie gryzły ich wszy, nie doskwierał głód, chłód i brud, nie mieli potrzeb seksualnych, nie kradli, nie dokonywali samosądów. Tymczasem „Goła pionierka” ukazuje właśnie to przez długie lata ukrywane oblicze radzieckiej armii. Mucha, piętnastoletnia sierota, pionierka, walczy na froncie, znosząc trudy wojaczki, a równocześnie, dbając o dobre samopoczucie kolektywu – jak to sobie tłumaczy w swej zindoktrynowanej głowie – jest „seksualnym pogotowiem ratunkowym” dla oficerów ze swej jednostki. Podczas niespokojnych nocy roi sobie, że w ramach wyznaczonego zadania specjalnego jej duch unosi się nad ogarniętym wojną krajem, realizując jakieś bliżej niesprecyzowane zadanie bojowe. 
Cała książka jest monologiem głównej bohaterki wygłaszanym bardzo szczególnym językiem, stanowiącym połączenie naiwnych, jeszcze dziecinnych opinii z propagandowymi hasłami i dosadnym językiem żołnierskim. Mieszanina to specyficzna, niełatwa w odbiorze, ale doskonale pasująca do umysłowości Muchy, jej życiowych doświadczeń i poglądów na świat. Na uznanie zasługuje mistrzowskie tłumaczenie niełatwego tekstu. 
„Goła pionierka” nie należy do powieści, wobec których – zarówno ze względu na temat, jak i specyficzny język – można przejść obojętnie. Warto po nią sięgnąć, by poznać ukrywany fragment historycznej rzeczywistości i napawać się stylem, jędrnym i dosadnym, a niekiedy naiwnie lirycznym. 

Roland Topor, Chimeryczny lokator, tłum. Tomasz Matkowski, L&L 1997. 
Mógłbym podsumować lekturę krótko: nie podobało mi się. A równocześnie jest w tej książce coś tak sugestywnego, że po lekturze każde stuknięcie u sąsiada za ścianą budziło u mnie dreszcz niepokoju. Jest atmosfera gęstniejąca ze strony na stronę, która kazała mi przez jakiś czas na palcach wchodzić po schodach i bezszelestnie zamykać drzwi. I ten sympatyczny pan spod czterdziestki nagle zaczął mieć jakiś morderczy błysk w oku... Nie, zdecydowanie mi się nie podobało. 


Anne Hart, Panna Jane Marple – życie i czasy. Biografia według Agathy Christie, tłum. Anna Bańkowska, Prószyński i S-ka 1999. 
Czy pisanie biografii bohaterów literackich ma sens? Ta książka świadczy, że nie bardzo. Próba zebrania rozproszonych w wielu utworach Agaty Christie szczegółów na temat życia panny Marple dowiodła co najwyżej, że pisarka swobodnie manipulowała biografią starszej pani o detektywistycznym zacięciu. Powstał zlepek cytatów, wykaz sprzeczności, a gdzieś w tym zginęła Jane Marple ze swym bogatym życiowym doświadczeniem, inteligencją i ciepłem, jakie roztaczała wokół siebie. Poddawanie sekcji (a może nawet wiwisekcji) ulubionych bohaterów literackich to nie dla mnie. 


Ewa Wipszycka, O starożytności polemicznie, Wiedza Powszechna 1994. 
O starożytności? Polemicznie? Z pasją? Niemożliwe, pomyślicie, a jednak... Można pisać o starożytności nie z pozycji na kolanach, można odrzeć tę wspaniałą epokę z nieznośnej koturnowości, tak typowej choćby dla wielu podręczników, można w pasjonujący sposób pokazać, jak zmienia się nasza wiedza na temat tych tak odległych czasów. Wymaga to jednak odwagi, by łamać stereotypy zakorzenione w literaturze, i doskonałego pióra, by nie znudzić czytelnika i zarazić go własną miłością do antyku – nie ślepym uwielbieniem, ale uczuciem bardziej wyważonym, mniej konwencjonalnym. Profesor Ewa Wipszycka w swych szkicach obala liczne mity (włącznie z mitem o wartości mitów jako źródła historycznego), ani przez chwilę nie nużąc. Zawsze pamięta, że jej czytelnik, mimo braku fachowego przygotowania, zasługuje na rzetelną, opartą na najnowszych badaniach dawkę wiedzy, a nie prymitywną konstrukcję myślową opartą na wyświechtanych (i, co gorsza, nieaktualnych) teoriach. Książka idealnie nadaje się dla tych, którzy chcieliby dopiero rozpocząć przygodę z historią, a bardziej zaawansowanym pozwoli uporządkować sobie obraz antycznego świata. 



Tagi , , , , , , | 13 Komentarzy

„Ciężka kropla dzwonu”


Ida Fink, Podróż, W.A.B. 2012.

Podczas okupacji wywózka na roboty do Niemiec była prawdziwą tragedią: oznaczała oddzielenie od rodziny, wyrwanie ze znajomego środowiska, pracę ponad siły, często głód i poniewierkę, groźbę śmierci od alianckich bomb w fabryce zbrojeniowej. Dla dwóch żydowskich dziewcząt z kresowego getta była jednak to szansa na ocalenie przed śmiercią podczas kolejnej akcji likwidacyjnej. Gdy dwie siostry – według fałszywych dokumentów Elżbieta i Katarzyna, ale ich imiona nie są ważne, zmieniają się bowiem zależnie od potrzeby – ruszają na zachód, wcale nie są bezpieczniejsze. Niemcy poznali już ten sposób, a polskie i ukraińskie otoczenie wcale nie ma zamiaru pomagać uciekinierkom. Wciąż łypie na nie jakieś złowrogie oko, wciąż muszą się wyłgiwać, płacić łapówki, uciekać. Wciąż muszą na nowo tworzyć swoją legendę, stale niepewne, czy koleżanka z jednej izby zachowa dla siebie wiedzę o ich pochodzeniu, czy nie pobiegnie do kierownika i nie doniesie, żeby załatwić sobie lepsze stanowisko. Co jakiś czas atmosfera między Żydówkami a ich współtowarzyszkami pracy robi napięta – i już wiadomo, że czas ruszać w dalszą drogę, znów próbować zdobyć przydział do innego zakładu, innego chłopskiego gospodarstwa. Elżbieta i Katarzyna podróżują przez Niemcy, uciekając przed własną tożsamością, przed złośliwością, bezmyślnością, okrucieństwem, a często i obojętnością innych: czasem przecież wystarczyłoby, żeby koleżanki nie wytykały ich palcami jako Żydówki, żeby stłumiły przedwojenne uprzedzenia podsycone jeszcze przez niemiecką propagandę.
„Podróż” to chłodna i krystaliczna proza, która na pozór nie kryje w sobie nic groźnego, nie opowiada o wielkich emocjach. A jednak od czasu do czasu wysuwa się skądś jakaś zimna macka i budzi dreszcz – taki sam dreszcz wywołuje podczas kąpieli myśl, że gdzieś pod nami są nieznane mroczne głębie zamieszkane przez groźne potwory. Bo to, że autorka nie opowiada o własnym strachu i rozpaczy, nie oznacza, że tych uczuć w książce nie ma – są, tylko trzeba się w tę powieść zanurzyć, żeby je odczuć.
Styl pisania Idy Fink, niby prosty i bezpośredni, wprawia w zachwyt: jak choćby przy opisie niedzieli w niemieckim mieście, pięknym, starym, spokojnym, kiedy to „w ciszę poranka wpadła ciężka kropla dzwonu, najpierw jedna, potem wiele innych kropel, i nagle nie było już ciszy, tylko dzwonienie donośne i dźwięczne”. Wtedy to do bohaterki dociera, jak bardzo łaknie piękna, kontaktu z naturą, która kiedyś była czymś zwyczajnym, a teraz przyprawia ją o „skurcz gardła, o uczucie bolesnej słodyczy”. Piękno w czasie wojny bowiem to zbędny luksus, a niekiedy wręcz źródło zagrożenia. Zrozpaczona żydowska matka mówi o swojej pięknej córce: „I co z tego, że taka piękna?! Co jej z tego? To jest przeklęta piękność... Oby była krostowata i garbata, ale jasna, z prostym nosem...” Wojna przynosi bowiem zmianę perspektywy. „Dawne i obecne spojrzenia widziały inaczej i inaczej oceniały te same zjawiska”. „Podróż” też może pomóc nam spojrzeć na losy Żydów podczas wojny z innego punktu widzenia, zrozumieć, co czuli ci, którzy uniknąwszy śmierci, próbowali przetrwać w świecie obcym i wrogim.

Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.


Tagi , | 44 Komentarzy

"Osoby obrzydliwe i krew w żyłach mrożące..."


Jurgen Thorwald, Stulecie chirurgów, tłum. Karol Bunsch, Wydawnictwo Literackie 1980.

Osoby obrzydliwe i krew w żyłach mrożące czytają dalej na własną odpowiedzialność.

W starym dowcipie pytano: „Dlaczego chirurdzy noszą maseczki na twarzach?” Odpowiedź brzmiała: „Żeby nie oblizywali skalpeli”. A możecie sobie wyobrazić, że w czasach zupełnie nieodległych, jeszcze około połowy XIX wieku, jeden z uznanych chirurgów podczas amputacji wkładał sobie nóż w usta, gdy potrzebował wolnych rąk, gestem podpatrzonym notabene u pracowników rzeźni? Że po operacji ocierał skrwawione narzędzie o połę surduta, a w najlepszym wypadku o sztywny od krwi fartuch? Że najzręczniejsi potrzebowali na amputację nogi mniej niż minutę? Zanim podniosą się okrzyki obrzydzenia, pamiętajmy o jednym: „Stan i postęp medycyny należy zawsze oceniać z pozycji cierpiącego pacjenta, nigdy zaś z pozycji tego, który nigdy nie cierpiał”. A przecież operowano bez narkozy, bez środków znieczulających i wreszcie bez żadnej wiedzy o sposobach rozprzestrzeniania się zakażeń pooperacyjnych, a często i z minimalną wiedzą anatomiczną. Mimo to chirurdzy podejmowali się prób ratowania zdrowia i życia, a cierpiący poddawali się ich zabiegom – czasem nawet śmierć od noża mogła się im wydawać lepsza od nieustannego bólu, a zawsze istniał cień nadziei na polepszenie.
Jurgen Thorwald na podstawie zapisków swojego dziadka Henry’ego Stevena Hartmanna, niestrudzonego tropiciela postępów chirurgii, przedstawia epokę, w której elementy nieodłącznie kojarzące się nam z operacjami: narkoza, sterylna sala operacyjna, lśniące metalowe narzędzia dopiero wchodziły w użycie; co więcej – niekiedy musiały sobie niemal łokciami i pięściami swych zwolenników torować drogę do świadomości lekarzy. Pierwsza próba zastosowania narkozy skończyła się wyszydzeniem pomysłodawcy, z równym trudem medycy przyjmowali do wiadomości, że to oni sami, brudnymi rękami i równie brudnymi narzędziami, sieją śmierć wśród pacjentów (doktor Semmelweis, położnik, popełnił samobójstwo, gdyż nie mógł znieść tego, że stał się przyczyną cierpień i zgonów pacjentek). Z zapartym tchem śledzimy pionierskie operacje, które dziś są na porządku dziennym i zasługują co najwyżej na miano zabiegu – takie usunięcie wyrostka robaczkowego to dopiero lata osiemdziesiąte XIX wieku. Wypisywałem sobie pracowicie te kolejne osiągnięcia i nazwiska zapomnianych pionierów: pierwsza operacja usunięcia torbieli jajnika (McDowell, 1809), rozkruszanie kamieni moczowych (Civiale), potem chirurgia nerki, żołądka, udane cesarskie cięcia... Po drodze pierwsza udana narkoza eterowa (1846) i epokowe odkrycie Listera, który wprowadził odkażanie karbolem. Widzimy też pacjentów: tych zupełnie nieznanych, jak Jane Crawford, skromna pionierka z Kentucky, która przeżyła operację jajnika, i koronowane głowy: Wiktorię, która rodziła w znieczuleniu i pomogła ostatecznie przełamać opory przed stosowaniem narkozy w położnictwie, i Edwarda VII, który tuż przed koronacją cierpiał z powodu wyrostka.
Zestaw instrumentów chirurgicznych.
Ale nie tylko cierpienie znajdujemy u Thorwalda. Są tu piękne przykłady odwagi i poświęcenia, a nawet dwie urokliwe historie miłosne: dziadka autora, który z niezachwianą wiarą w chirurgię, próbuje ratować śmiertelnie chorą żonę, i doktora Halsteda, który z miłości do pielęgniarki wynalazł gumowe rękawiczki. „Stulecie chirurgów” jest porywające, choć pewnie nie wszystkim odpowiadać będą nader naturalistyczne opisy i anatomiczne szczegóły, które roztrząsa Thorwald. Ja z trudem się od nich odrywałem i już wiem, że sięgnę po „Triumf chirurgów” i „Pacjentów”, żeby dalej zgłębiać historię medycyny.

Tagi , | 53 Komentarzy

Matka Chrzestna nadaje z Katowic


Pisałem już chyba kiedyś o tym, że Matka Chrzestna to świetny wynalazek? A już najlepsza jest taka Matka Chrzestna, jak moja – mimo zaaferowania drugą edycją „Złotej Zakładki” i uroczystością wręczania nagród, która dziś odbyła się na Targach Książki w Katowicach (lista wyróżnionych jest już zamieszczona na stronie plebiscytu), znalazła chwilę, żeby w południe zadzwonić do swojego chrześniaka z radosną wieścią! Jak śpiewał klasyk, "dziecko spało za ścianą, czujne jak ptak", więc nie mogłem wydawać indiańskich okrzyków. To teraz obwieszczę dużymi literami:

Decyzją konkursowego jury zostałem laureatem eBuki 2012! Dziękuję niezmiernie za to wyróżnienie.

Pozdrawiam pozostałych finalistów: zaszczytem było znaleźć się w takim gronie. Pozdrawiam Matkę Chrzestną i liczną grupę, która gratulowała mi zza jej pleców – bawcie się dobrze na Targach i poza nimi!

Wszystkich zapraszam natomiast na tort

i lampkę szampana.

Recenzja ze „Stulecia chirurgów” ewidentnie nie ma szczęścia, ale będzie, na pewno. Wkrótce.

PS. Zdjęcie nagrody wśród roślinności pozwoliłem sobie skopiować z profilu Grzegorza Raczka, redaktora DuzegoKa.

Tagi , , | 95 Komentarzy

O purchli skrętnej, czyli powrót do formy



Joanna Chmielewska, Krwawa zemsta, Klin 2012.

Niewykluczone, że poniżej zdradzam szczegóły fabuły, ale jakoś muszę ją naszkicować, a podkreślam, że nie w fabule tkwi główny walor najnowszej powieści Joanny Chmielewskiej. Gdyby ktoś nie miał ochoty na absolutnie żadne przecieki, to niech ominie następny akapit.
Zaczyna się malowniczo: od żeńskiej istoty zarąbanej siekierą w leśnych okolicznościach przyrody. Potem jednak fabuła robi się zdecydowanie niekryminalna, a bardziej taka romansowo-budowlana. Albowiem harpia rozżarta, której jedynym atutem jest nadnaturalnie ruchliwy – excusez le mot – tyłek, zasadza się na inżyniera konstruktora o niezwykle skomplikowanym i nietypowym charakterze. Opętany wirującym odwłokiem Dominik, dotąd przykładny mąż i ojciec, dostaje małpiego rozumu i zaczyna dążyć do zaznania pełni szczęścia z purchlą skrętną, jak jego obiekt westchnień nazywają porzucana żona i jej przyjaciółka. Rzecz jasna kantowana Majka nie zamierza odstąpić małżonka obrotowej gnidzie i przystępuje do nader skomplikowanej operacji przywracania Dominika na łono rodziny i ustawiania go do pionu moralnego. W tle szaleje budowa niezwykle urozmaiconego wesołego miasteczka, w którego planowanie małżonkowie i ich znajomi są mocno zaangażowani, a to pozwala na umieszczenie licznych, nader rozrywkowych scen w plenerowych dekoracjach.
Moja rodzona małżonka po przeczytaniu „Krwawej zemsty” stwierdziła, że owszem, ubawiła się, ale intryga naciągana, a bohaterowie już nie tacy jak dawniej. Indagowana o opinię bardziej szczegółową zeznała, że niemożliwe, żeby chłop tak rzucił wszystko w diabły tylko dlatego, że jakaś cyrkówka mu tyłkiem przed oczami zakręciła. Małżonka nie czyta „Pudelka”, gdzie nie takie zmiany konfiguracji są stale pokazywane i niejeden ojciec rodziny rzuca żonę i gromadkę dziatek dla silikonowego arcydzieła chirurgii plastycznej. Co do głębi psychologicznych, to ja nie poznałbym psychologii nawet gdybym się o jakąś potknął, więc doprawdy nie ma co wybrzydzać. Fabuła za to jest wartka (ale, powtarzam, to nie kryminał), wydarzenia nader rozrywkowe następują w szybkim tempie, a dialogi wróciły na zdecydowanie ponadprzeciętny poziom. Wiernym wielbicielom Joanny Chmielewskiej, rzecz jasna, rzucą się w oczy oczywiste nawiązania autobiograficzne, ale to właśnie dodaje smaczku powieści, bo uczucia porzuconej żony pisarka znała z autopsji i nader barwnie zdołała je odtworzyć. Właściwie miałbym ochotę odtrąbić powrót Joanny Chmielewskiej do formy: może nie tej z czasów „Lesia” czy „Całego zdania nieboszczyka”, ale zdecydowanie najwyższej od wielu lat. I w sumie co mi szkodzi. Obwieszczam: Moja Ulubiona Autorka znów w formie, a ja po raz pierwszy od wieków zaraz po skończeniu lektury mam ochotę na ponowne przeczytanie „Krwawej zemsty”.

I jeszcze a propos Ulubionych Autorek: wydawnictwo Akapit Press informuje, że za 29 dni, 3 października, premiera „McDusi” Małgorzaty Musierowicz.  Jestem mocno zmęczony czekaniem na tę część, ale rzecz jasna nabędę i przeczytam.

Tagi , | 86 Komentarzy

ZWL wśród finalistów eBuki 2012

Miała być recenzja ze "Stulecia chirurgów", ale po powrocie do domu znalazłem informację, którą chcę się z Wami podzielić. Otóż jury konkursu eBuka 2012, w składzie: Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Monika Badowska, Joanna Gołaszewska i Grzegorz Raczek, ogłosiło dziś listę finalistów.
Z ogromną radością zauważyłem na niej mój blog - w znakomitym towarzystwie, gdyż w finałowej dziesiątce znalazły się też:


Wszystkim finalistom serdecznie gratuluję. Ostateczna decyzja jury zostanie ogłoszona 8 września na Targach Książki w Katowicach.

Aż do 21 października trwa za to głosowanie Czytelników, którzy mogą uhonorować swój ulubiony blog spośród zgłoszonych do tegorocznej edycji. Wystarczy wysłać mail z tytułem bloga w tytule na adres konkursy@duzeka.pl. Zachęcam wszystkich do udziału w głosowaniu.

Tagi , | 60 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.