Archiwum października 2012

„Żyj, przechodniu, póki ci sądzone...”




Rzymskie epitafia, zaklęcia i wróżby, oprac. Lidia Storoni Mazzolani, 

tłum. Stanisław Kasprzysiak, Czytelnik 1990.


Niepozorna książka o suchym tytule zbiera ślady istnień dawno minionych, po których został tylko napis w kamieniu ryty, dyktowany przez najbliższych, pogrążonych w żałobie i bólu ojców, matki, mężów, żony, dzieci, przyjaciół. Zmarli zwracają się do przypadkowych przechodniów, mijających ich groby, i przypominają o sobie: o tym, kim byli, czego dokonali, czego dokonać nie zdążyli, czego pragnęli i o czym marzyli. Czasem osieroceni żywi wzdychali z tęsknotą za tymi, którzy odeszli. Ale nie tylko błogosławieństwa i westchnienia umieszczano na nagrobkach, trafiały się i klątwy na tych, którzy komuś serce złamali i przyspieszyli jego zgon. Pospacerujmy więc wśród ustawionych wzdłuż drogi stel nagrobnych, które wołają: „Podejdź bliżej, przechodniu, i wypocznij chwilę. Nie godzisz się, odmawiasz? A jednak będziesz musiał tutaj wrócić”.

Nie było mnie. Nie ma mnie. Nie wiem nic. Nie moja to już sprawa.


Żyłem, jak chciałem. Czemu umarłem, nie wiem. 
Pewien jestem, że jutra nie ma. 
Póki żyłem, zabiegałem o pieniądze, lecz bez ustanku zawsze je traciłem. Śmierć się w to wdała: uwolniła mnie od zysków i strat.


Nagrobek małżonków.

Byłam mu żoną pierwszą i umiłowaną do końca życia. W jego ramionach wydałam ostatnie tchnienie, a on płacząc zamknął mi oczy gasnące.

To dla kobiety po śmierci uznanie najcenniejsze. 
Synu drogi, matka błaga cię, byś ją wziął ze sobą. 
Gdy przeżyłem szacowną starość i wkroczyłem w lata sędziwe, bogowie wezwali mnie do siebie. Nad czym tu płakać, dzieci? 
Ciała nasze są jak jabłka wiszące na drzewach: albo spadają już dojrzałe, albo niedojrzałe wcześnie toczą się po ziemi.

DOMACJUS TYRAS UMIŁOWANEJ CÓRCE 
Umiłowanemu gladiatorowi, rodem z Dacji. Stoczył trzydzieści walk.

Los go pokonał, nie przeciwnik. 
Niech ten napis mówi o wiecznej hańbie wyzwolenicy Akte, podstępnej trucicielki, przewrotnej i niemiłosiernej. Ćwieki i powrozy niech jej skrępują szyję, a wrząca smoła niech jej spali pierś nikczemną.

Wyzwolona z dobroci serca, uciekła z kochankiem. Oszukała swego pana [...] a przez to wpędziła w rozpacz biednego starca, osamotnionego i okradzionego. [...] 
Uczczono tu pamięcią Many Anuliny, maleństwa które żyło zaledwie półtora roku.

Ale moja dusza do niebios należy i nie przepadnie w ciemnościach. Przygarnął mnie świat i gwiazdy. Ziemia wzięła tylko ciało, kamień – puste imię. 
Żyj, przechodniu, póki ci sądzone, i bądź pozdrowiony. 
Tu złożono Leburnę, mistrza gry scenicznej, który żył mniej więcej sto lat.

Ileż razy umierałem! Tak jednakże nigdy.

O dobre zdrowie dla was wstawiam się u bogów.

Tagi , , | 27 Komentarzy

Stefania Grodzieńska "Z mojego warsztatu twórczego"


Podaję krótkie fragmenty moich prac, które niebawem ukażą się na półkach księgarskich.

Opowieść morska
Wciągnął obersztangę1 na bajer. Blaufunda zafalowała lekko na wasermordzie2. Spojrzał niespokojnie na niebo: od północy ciągnęły groźne, postrzępione kalabraki. Z trudem zacupował unterklopsy3 do wypselkufy, ale mimo to bakiertrapsa przechylała się niebezpiecznie.
Kołyszącym się krokiem podszedł cyper.
– Trzeba przymajdać4 greps do lufklempy5 – rzekł stanowczo.
1 Obersztanga – bryklapa z ruchomym bachrakiem.
2 Wasermorda – duża obersztanga.
3 Unterklopsy – klopsy, które się zacupowuje do wypselkufy.
4 Przymajdać – popularne wyrażenie marynarskie.
5 Lufklempa – rodzaj klemplufy.
Opowieść narciarska
Przypiął narty. Były to nowoczesne pinczery z ulepszonymi hapsami.
Odepchnął się i zaczął zjeżdżać piękną roladą. Nabrał pędu, przeskoczył przez niedużą grumpę, opanowanym1 purgenem okrążył oblodzoną gołdę i klasycznym klipsem ześliznął się w stronę lasu, zataczając lekko regularne pipsztaki.
1 Opanowany – wyćwiczony.
Futurologiczna powieść pt. „Rok 1960”
Posiedzeńcy ukrzesłowali się. Zebranił zagajeniec:
– Obywatele, jeśli podaniewnosiec racjonuje, to nie wolno go biurokraczyć. Szybkie zalatwiactwo petentujących to środek uwarunkowujący poprawozaistnienie rzeczostanu. Następni problemostawiacy odreferowią tu inne nasze potrzebolączki chwilobieżące, przy czym zapotrzebowujemy streszczactwa, czym samym zamożliwiejemy przystąpienie do skrócieństwa niniejszego posiedzebrania.
Stefania Grodzieńska.
Stefania Grodzieńska, Jerzy Jurandot, Ni psy, ni wydry, czyli wcześni my, Czytelnik 1990, s. 170–171.

***
Nie wybieram się na rozpoczynające się w tym tygodniu krakowskie Targi Książki, dostałem za to właśnie projekt reklamy mojego bloga, który ukaże się w targowym wydaniu „DużegoKa”. Grafikę zaprojektował p. Grzegorz Raczek.


Tagi , , | 30 Komentarzy

Lampucera bagienna z ciekłowodorostami



Maja Lidia Kossakowska, Grillbar Galaktyka, Fabryka Słów 2011.

Jak co rano Hermoso Madrid Iven, szef kuchni wielkiej restauracji „Płacząca Kometa”, wybiera się na targ, by kupić najbardziej egzotyczne przysmaki ze wszystkich stron galaktyki. Nic nie jest zbyt drogie ani zbyt dziwaczne dla smakoszy, którzy tłumnie się zbiegają, by kosztować egzotycznych dań. Tego dnia Iven nie jest w dobrym humorze. Konkurencja podkupiła mu głowobrzuśca, którego można by podać na zielonogronnym laudyjskim grzywaczu ponczowym. Rozczarowanie nieco łagodzi znalezienie zwilca szczurzopyskiego, co znaczy, że klientela „Komety” uraczona zostanie jego mięsem na płatkach czarnotrufli z Jugot. Iven nie może się jednak skupić na swoim popisowym daniu, bo ma na głowie kontrolę z Ministerstwa Odżywiania, które tylko czyha na każde potknięcie restauratorów, a na dodatek ostro propaguje dietetyczną nowinkę: zieloną, zbilansowaną odżywkę ze Śluźni.
Iven nie należy do osób szczególnie cierpliwych czy taktownych, naraża się więc unijnemu inspektorowi. Jednak wkrótce negatywny raport urzędola przestaje mieć znaczenie – kucharz musi uciekać przed potężną fraternią Y, której główny mafioso padł martwy po zjedzeniu posiłku przygotowanego przez Hermosa.
„Grillbar Galaktyka” pochłania od pierwszej strony – już wycieczka przez kuchnie „Komety” zapiera dech: pełno tam dziwaków oddanych sztuce kulinarnej, drażliwych i skłonnych do awantur, które łagodzić musi szef, a na głowę może spaść tajemniczy pasożyt z kosmosu. Mistrzom patelni i noża nic nie straszne i wróg w końcu ląduje na talerzach klienteli. Uciekający przed mściwymi gangsterami Iven rzuca się w wir wszechświata, który wyrzuca go w coraz dziwniejszych miejscach i w coraz podlejszych garkuchniach. Dzięki swoim talentom i nowo poznanym przyjaciołom nasz szef staje jednak przez szansą na uratowanie ludzkości przed monotonią gastronomiczną i czymś znacznie gorszym.
Humor, wyobraźnia, niesamowite tempo, nawiązania do klasyki SF – nawet taki profan jak ja rozpoznał aluzje do cyklu Gwiezdnych wojen, skojarzył mi się też Galaktyczny smakosz Jamesa White'a, a kto wie, co tam się jeszcze kryje – to bardzo smakowita mieszanina, danie, od którego trudno się oderwać. Lepiej jednak nie czytać na głodniaka, bo nagłą chęć na lampucerę bagienną przyrządzoną z ciekłowodorostami z astralem trudno będzie zaspokoić. Zawsze jednak można postawić sobie pod ręką talerz kanapek ze smalcem albo paczkę słonych paluszków, chociaż to niezupełnie to samo.

Tagi , | 39 Komentarzy

Szpital na peryferiach


James White, Podwójny kontakt, tłum. Radosław Kot, Rebis 2009.

W Szpitalu Sektora Dwunastego leczy się pacjentów ze wszystkich stron galaktyki, ze wszystkich ras należących do Federacji, a niekiedy nawet istoty, których nigdy wcześniej nie widziano, o znajomości ich anatomii nie wspominając. Personel placówki jest równie zróżnicowany, jak jej pacjenci, a sprawne zarządzanie tym molochem nie jest łatwe.
Do najtrudniejszych przypadków w odległych zakątkach kosmosu dociera statek ratunkowy „Rhabwar”. Jego załoga składa się z najlepszych specjalistów od ksenomedycyny, którzy zadbają o to, by chorych i poszkodowanych bezpiecznie dowieźć do Szpitala. Tym razem ekipa „Rhabwara” pod kierunkiem doktora Prilicli, cirrusańskiego empaty podobnego do wielkiej ważki, musi zająć się uszkodzonym statkiem obcych, którzy najwyraźniej nie chcą dopuścić do siebie ratowników, blokując wszystkie urządzenia elektroniczne. Nie wiadomo, czy to skutek awarii, czy może działanie pod wpływem strachu – a może przejaw wrogich zamiarów? Co kryje wnętrze uszkodzonej jednostki? Zdolności Prilicli do wyczuwania cudzych emocji będą wystawione na trudną próbę, ale rozwiązanie zagadki zaskoczy wszystkich.
„Podwójny kontakt” to ostatnia powieść Jamesa White’a o Szpitalu Kosmicznym. Bardzo lubię ten dwunastotomowy cykl za wartką akcję, sympatycznych bohaterów, sporo wyobraźni w opisie dziwnych ras i przypadków chorobowych, dawkę humoru, wreszcie za humanistyczne przesłanie, że nieść pomoc należy każdemu, nawet w najtrudniejszych okolicznościach, i że ta pomoc często bardziej pomaga w nawiązaniu dobrych stosunków między skrajnie odmiennymi istotami niż fachowe procedury ekspertów od kontaktów z obcymi. Oczywiście, można autorowi zarzucić schematyczność fabularną, a jego wizji współżycia wielu ras pewną naiwność, ale nie są to moim zdaniem wady wielkie. Przy odpowiednim dawkowaniu poszczególnych tomów nie będą się one szczególnie rzucały w oczy, a przyjemność czytania z pewnością je zrekompensuje.

Tagi , | 33 Komentarzy

„Dziewica zjadła szlachcica”



Włodzimierz Perzyński, Aszantka, Universitas 2002.

Jeszcze nie przebrzmiały echa dyskusji u Ani o tym, czy czytujemy dramaty, a tu proszę. Zakurzony nieco drobiazg komediowy, rówieśnik Moralności pani Dulskiej, czyli Aszantka Włodzimierza Perzyńskiego (1906; tekst dostępny w Polskiej Bibliotece Internetowej).
W Pigmalionie Shawa obserwujemy, jak z prostej dziewczyny kaprys zamożnego mężczyzny robi damę. U Perzyńskiego prosta dziewczyna, Władka, zostaje najpierw kochanką hulaki Łońskiego, a potem warszawską kokotą. Trzy akty, trzy fazy znajomości Władki z Łońskim. Dzika dziewczyna z ulicy najpierw obłaskawiana jest niczym Murzynka z zachodnioafrykańskiego plemienia Aszanti (stąd tytułowa Aszantka), potem owija sobie Łońskiego wokół palca, by rzucić go bez żalu, gdy straci dla niej resztki majątku. „Dziewica zjadła szlachcica”, podsumowuje krótko znajomy młodzieńca. Równie dobrze jednak można stwierdzić, że szlachcic zrobił wszystko, by zostać zjedzonym, chociaż jego wybranka szybko znudziła się hołdami i wcale nie przejawiała szczególnego apetytu na więcej.
Akcja toczy się szybko, kolejne akty oddzielają dwuletnie przerwy. Rozbudowane i dość niejednoznaczne są postacie głównych bohaterów: Władka, prosta dziewczyna, żeby nie powiedzieć dziewucha, dostrzega dla siebie szansę w awansach zamożnego panicza. Wkrótce jednak adorator zaczyna ją nużyć, urządza kochance sceny zazdrości, ciąga po świecie, a co chyba najgorsze – Władka uznaje go za mięczaka, a ona „spragniona siły, która jest w ludzie”, by przywołać klasykę. Postanawia więc rozpocząć „karierę” na własną rękę. Można w niej dostrzegać niewinność skrzywdzoną przez arystokratę, można i spryciarę, która chce się wydostać z rynsztoka. Jej adorator Łoński też może być uznany za typowego złotego młodzieńca (trochę w typie Zbyszka Dulskiego, tyle że bez mamy, która go za włosy wyciągnie z tarapatów). Chciał się pobawić Władką, a tymczasem stał się jej ofiarą – a może ofiarą swych własnych uczuć do Aszantki? Do tego mamy galerię postaci pobocznych, zarysowanych dość sztampowo: jest stary rozpustnik, sprytny kelner w typie sutenera, przebiegła kokotka, zatroskany wuj.
Włodzimierz Perzyński
(1877-1930).
Ani temat, ani losy bohaterów nie są dla nas szokujące, w epoce jednak mogły poruszenie wywoływać: utrzymanki, kokotki, kombinacje, by oskubać jakiegoś bogatego dyrektora, a potem zgrać się na wyścigach to jednak nie były tematy rozmów przy rodzinnej herbatce w mieszczańskich salonach, choć pewnie znano podobne historie. Dowcip nie jest tu wysokiej próby: to głównie rozmaite złote myśli wygłaszane przez bohaterów („Bo wiesz, Aszantka, z takimi, co dla nas pieniądze stracili, to najgorzej się wdawać”, stwierdza filozoficznie przyjaciółka Władki), ale nie o cięte riposty tu chodzi. Całość jest zgrabna, a sprawnie wyreżyserowane przedstawienie można by z przyjemnością obejrzeć. 
Wydanie w serii „Klasyka mniej znana” jest ubogie: nie ma ani przypisów (a przydałoby się choćby objaśnienie tytułowej Aszantki), ani krótkiego posłowia z kilkoma zdaniami o autorze, epoce i samej sztuce. Sprawy nie załatwia encyklopedycznie zwięzła biografia autora.

Tagi , | 23 Komentarzy

Produkcyjniak na specjalne życzenie


Magdalena Samozwaniec
W odlewni
Parodia nowelki produkcyjnej
– Jeszcze i tu musieli nam babę wtrynić – zrzędził stary mistrz-odlewnik, Marcin Klepka, zerkając spode łba na dorodną postać młodej dziewczyny stojącej przed nim w skromnym, aczkolwiek gustownym ceratowym fartuchu, o włosach czarnych i kręconych jak wełna żużlowa.
– Nie gniewajcie się, ojczulku – rzekła miękko i delikatnie pogładziła go po ramieniu dłonią w azbestowej rękawicy. Pod tą niewinną pieszczotą stary zmiękł.
– No trudno – rzekł – skoro was już tutaj przydzielili, to niech tak będzie, żeby mi tylko wypadków w ludziach nie było. Zakocha się w was który z tych młokosów i robota na tym ucierpi. Słyszane to rzeczy, aby baby odlewy robiły – zamamrotał przez usta, co było jego zwyczajem.
– Czasy, kiedy dziewczęta tylko rodziły dzieci i karmiły męża, minęły bezpowrotnie – zauważyła twardo. Przy tych słowach oczy dziewczyny zabłysły, jak gdyby ktoś na niezapominajki wylał roztopioną stal.
– Idźcie doglądnąć pieca, czy wszystko w porządku – machnął ręką stary majster.
Formiarka zaczęła długim prętem grzebać w piecu i dorzucać drwa.
– Ładunek dostateczny! – zawołała. – Waga też.
– Zna się na rzeczy! – mlasnął stary wyga do siebie.
Przed wanną giserską, mogącą pomieścić dwadzieścia ton stopionego żeliwa, wznosił się czworobok w kształcie sześcianu. Przykryty daszkiem przypominał cienistą altanę. Formiarka weszła na chwilę do formy, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. W tej doskonałej formie zastał ją kolega, Jasiek Miętus. Spojrzał na nią gorąco i rzekł czule:
– Czy wszystko w porządku? Można zaczynać?
– Tak – odparła i mimowolny rumieniec oblał ją aż po szyję. – Można zaczynać – odparła wymijająco. – Trzeba dać znak sternikowi!

W obszernej hali dudniło, brzmiało i klaskało jak na sali koncertowej podczas V symfonii Bacha. Młoty uderzały w kotły, a kotły w trąbki Eustachego tworząc razem jakąś dziką sarabandę najczystszych tonów. Jak węże syczały wentylatory. Jasiek skoczył na podwyższenie i rozpoczął komendę:
– Zatrzymać, powoli popuszczać, powoli, w imię Postępu!
Dźwig z wypełnioną po brzegi wanną, z której buchały płomienie żółte, zielone, czerwone i tęczowe, zaczyna spływać pomału. Jeden niebaczny ruch, jedno nieopatrzne słowo, a ognista ciecz może się wylać i spalić wszystko dookoła nie wyłączając ludzi. Nagle – co to? Ludzie zastygli w bezruchu, tylko im oczy i ręce latają w tę i tamtą stronę. Wanna przechyla się złowieszczo na bok, moment, a ciekliwy ogień wyleje się i wszystko zwęgli dookoła. Wszyscy mężczyźni potracili głowy z wyjątkiem niej!
Bohaterskim ruchem rzuca się na wannę – jak lwica na swoje młode – i jednym wprawnym pociągnięciem przywraca równowagę. Jeden wielki oddech ulgi wzbił się pod strop i zawisł jak giserski kocioł.
– Zuch dziewczyna! – pierwszy odchrząknął majster Klepka ocierając pot z czoła azbestową rękawicą. – A niech ją... – i w tym miejscu zalał się łzami. — Koleżanka formiarka uratowała nam życie – sapnął.
– Głupstwo, nie ma o czym mówić – broniła się dziewczyna – takie dwadzieścia ton to dla mnie drobiazg...
– A czy wiecie – wtrącił wesoło Jasiek Miętus – że wy mogliście być pierwsi spaleni żywcem, gdyby się było nie udało?...
– Co tam życie wobec odlewu – odparła z prostotą.
Gdy to wyrzekła, Jasiek poczuł, że ona i on i że na całe życie...
– No, teraz dość zabawy i gadaniny – idźcie zobaczyć, koleżanko, czy odlew wystygł i czy go można wydobyć z formy – rzekł, a te słowa zabrzmiały dla niej jak pocałunek, jak miłosne wyznanie...

Magdalena Samozwaniec, Moja wojna trzydziestoletnia, Czytelnik 1975, s. 191–193.

Tagi , | 68 Komentarzy

Stefania Grodzieńska, "Z pamiętnika grafomanki"



Rok 1935
Wysłałam dziś do redakcji fragment większej całości pt. Pani na Mościbrodach. Wydaje mi się to dość trafne, zwłaszcza początek:
Stefania Grodzieńska.
Słonce kłoniło się ku zachodowi. Z pobliskich pól dolatywał zapach żywicy. Zielone kłosy chwiały się w pomrukach wiatru, a stogi zżętego siana wydzielały upajającą woń.
Imogenka z sennym wdziękiem skłoniła drobną główkę na męskie ramię Freda.
Przed modrzewiowym dworkiem stała rasowa postać wytwornej, choć starszej damy. Z władczego spojrzenia oraz dwóch chartów igrających u jej stóp nietrudno było odgadnąć panią na tych dobrach.
Z zapadłych czworaków dobiegało rzewne zawodzenie, zlewające się z potężną symfonią mazowieckiej równiny.
Fred przygarnął tkliwie dziewczęcą kibić Imogenki. Wszystko wokoło promieniało szczęściem.
Przyszła odpowiedź z redakcji. Życzliwa jak zwykle: „W opisie wsi polskiej dużo prawdy. Zamieścimy”.
                                         
                                  Rok 1939
Dawno nie pisałam. Ale ten sierpień nad morzem jest tak rozkoszny, że natchnienie nie dało mi spać w nocy. Wysłałam nowy fragment mojej Kawalkady zmysłów.
Orkiestra znów załkała upojnym tangiem. Skłonił się przed nią. Podniosła na niego olbrzymie, zielonkawe oczy i wstała bez słowa. Matowa biel nagich ramion odcinała się od lśniącej materii oblepiającej ciasno jej wężowe biodra.
Porwał ją w objęcia. Rytm namiętnego tanga niósł ich opętanych, szalonych. Wpił się w jej usta. Oderwała się z trudem.
Wódki! – szepnęła dysząc ciężko.
Spleceni zmysłowym uściskiem, pomknęli do baru.
Odpowiedź redakcji: „Utwór ujął nas siłą dynamiczną, a głównie tematyką na czasie. Prosimy o dalsze fragmenty Kawalkady zmysłów, pragnęlibyśmy je drukować w ciągu września”.

Rok 1951
Zaczęłam powieść produkcyjną. Prześlę pierwszy fragment.
Zawieszona między niebem a ziemią Kaśka stała na górnej platformie budowy. Niedbałym ruchem poprawiła niesforny blond kosmyk, wymykający się spod chustki. Gdyby nie to, najuważniejszy obserwator nie dopatrzyłby się w zuchowatej figurce w spodniach – dziewczyny...
– Wiosna idzie – westchnęła przeciągając się. – Hej, na traktor by mi, na traktor!
Wokół wirowały fandle, kontajnery i kastry. Poruszane sprawnymi ruchami waserwagi i kobyłki uzupełniały radosny rytm pracy.
Kaśka pogładziła tkliwie szorstką powierzchnię cegły, delikatnie przeciągnęła dłonią po napiętym pionie. To byli jej przyjaciele. Lecz nie tylko oni. W każdym załomie muru widniała czerstwa twarz, zadowolona, że to ona właśnie przyczynia się do przedterminowego wykonania planu.
Odpowiedź: „Nareszcie literatura współczesna! Brawo”.

Stefania Grodzieńska, Jerzy Jurandot, Ni psy, ni wydry, czyli wcześni my, Czytelnik 1990, s. 189–191.

Tagi | 28 Komentarzy

Przypadki dziewicy litewskiej
(Józef Ignacy Kraszewski, „Pułkownikówna”)




Hej, piękne były czasy saskie. „Do białego dnia często w pocie czoła się weselono, zajadano, zapijano, rąbano, jednano, a czas schodził jak z bicza trzasł, najprzyjemniej. Człowiek się nie opatrzył, jak hulając aż nad brzeg grobu się zatoczył, przeżegnał, westchnął i poszedł spać z czystym sumieniem. Dobreż to były ludziska, a jakie czasy! Jakie czasy! Pesymizm, co nam żywot zatruwa, jeszcze się nie był narodził. Wołano: »Choć bieda, to hoc!« i »Jakoś to będzie!«”.

W tej to błogosławionej epoce w nowogródzkim powiecie żyła sobie panna, z dziewic litewskich najpiękniejsza, jak Wenus marmurowa zbudowana i pełna uroku, „co pociąga ku sobie i szaleć każe”. I szalała młodzież, a i stateczni jegomoście oczu oderwać od panny pułkownikówny Tekli Borkowskiej nie mogli, choć jaśniała jak słońce. Charakter miała jakoby taki, jak uroda – anielski, tylko mająteczek skromny, ale piękność za posag miała jej wystarczyć. I wyglądało na to, że wystarczy: kawalerowie jak muchy do miodu się zlatywali, i szaraczkowi, i wojewodzice słodkie słówka pannie Tekluni prawili. Ale żaden dość dobry się pannie nie wydawał, wciąż na większego królewicza czekała. No i los złośliwy zemścił się na grymaśnicy...

Akcja sobie meandruje, raz płynie szybciej, raz wolniej, raz mniej przewidywalna, raz bardziej, nie wychodzi jednak poza ramy dość konwencjonalnego romansu z przeszkodami. Wiele postaci jest papierowych, w tym główna bohaterka, która przedstawiana jest mało konsekwentnie i w miarę upływu czasu ujawnia na marmurowym ciele niepokojące i niemiłe skazy. Wszystko to rekompensuje innych galeria pysznych typów. Najciekawiej wypada księżna Barbara Radziwiłłowa, trzęsąca Litwą rozdawczyni łask i protekcji. Biada tym, którzy jak panie Borkowskie, narazili się wpływowej personie. Oprócz tego pomniejsze postacie: panna Jacenta Klecka, zaufana księżnej, czy pani pisarzowa Ryczakowa („Sznurowała usteczka i dla nadania im wdzięku, i dla pokrycia szczerbów, które czas w zębach powybijał”) i jej córka Agata, a także cała plejada konkurentów do ręki Tekli. Tło obyczajowe barwnie (czy muszę podkreślać mistrzowski styl?) nakreślone; z ironią odnosi się Kraszewski do przedstawicieli stanu szlacheckiego, pieczeniarzy, pieniaczy, opojów, żarłoków. Nie szczędzi detali: opisy imienin pani Borkowskiej albo trybu życia na dworze księżnej Barbary są znakomite. Pisarz nie skupia się tylko na życiu codziennym, piętnuje choćby przekupstwo trybunałów, gdzie trudno bywało o sprawiedliwość, a górę brał ten, kto miał możniejszego protektora. Spod sarkastycznego tonu Kraszewskiego zdaje się niekiedy przebijać pytanie: „Piliście, bawiliście się, sprzedawaliście wyroki – i do czego nas to doprowadziło?” Ale to tylko przebłyski, „Pułkownikówna” ma bowiem raczej ton satyryczny niż oskarżycielski. Mimo zaś słabości fabularnych to idealna książka dla wszystkich, którzy mieliby ochotę na lekką powieść w stylu bardzo retro.

Józef Ignacy Kraszewski, Pułkownikówna, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1965.

Tagi , | 20 Komentarzy

Pisanie jako śmiertelnie poważna choroba?


Szkice z życia, red. Agnes A. Rose, Danuta Awolusi, RW2010, 2012.

Niespełniona miłość, przemoc domowa, lęki egzystencjalne, zbrodnia, śmierć, żałoba – tak wygląda życie zdaniem większości autorów, których utwory złożyły się na tom „Szkice z życia”. Skąd u – jak się wydaje – w większości młodych ludzi takie skupienie na tym, co ponure i przygnębiające? Skąd całkowity brak poczucia humoru, umiejętności dostrzeżenia jasnych stron życia? Mam nadzieję, że nie wynika to z przyjęcia zupełnie błędnego, moim zdaniem, założenia, że literatura jest sprawą śmiertelnie poważną i że pisać można wyłącznie o rzeczach ostatecznych. Że czytelnikowi należy raczej postawić przed oczami jego własną marność, niż dostarczyć mu kilku stron dobrej rozrywki.
Na tym czarnym tle wyróżniają się dwa teksty, których autorzy postawili na opowiedzenie ciekawych historii. „Tajemnica koszmarnej sali” Victora Orwellskiego to właściwie gotowy pierwszy rozdział powieści sensacyjnej dla wielbicieli teorii spiskowych. Nie przepadam za tym gatunkiem, ale nie mogę odmówić autorowi umiejętności konstruowania fabuły i lekkiego pióra. Na ciekawszym pomyśle oparty jest „Golem poznański” Olafa Tumskiego, w którym stara legenda o praskim Golemie przeplata się z wydarzeniami współczesnymi. Rzecz jest niestety chwilami przegadana i traci tempo, ale rekompensuje to dość zaskakujące zakończenie. Moją uwagę zwróciło też kilka innych tekstów: „Kobieta, którą nigdy nie będę” Marzeny Tokarskiej, pisana naturalnym stylem i z przebłyskami humoru, „Przystań” Danuty Awolusi za wyrazistą postać bezrobotnej bohaterki, intrygujące formą „Ja – Mała” Justyny Karoliny Gałązki i „Ersatz” Agnieszki Nietresty-Zatoń, mające spory potencjał „Pielęgnujmy guziki” Małgorzaty Rybarczyk-Bończak, moim zdaniem jednak niedopracowane i pozostawiające spory niedosyt. Do tej grupy dorzuciłbym „Obserwatora” Justyny Gul: wiernie odmalowany obrazek z życia, który lepszy byłby bez tytułowego obserwatora, i „Opowieść trzeciego stopnia” Agnieszki Steur. Jedyny tekst, który w założeniu miał być chyba zabawny i mógłby się odcinać od ogólnej ponurości, czyli „Jak śliwka w kompot” Aurory, jest napisany chaotycznie i razi nienaturalnym stylem.
Na podstawie tekstów zamieszczonych w tej antologii można wskazać kilka kwestii, na które autorzy powinni zwrócić uwagę, jeśli zamierzają kontynuować pisarskie próby. O tym, że nadmiar powagi szkodzi już wspominałem. Szkodzi też silenie się na styl wysoki czy też – w mniemaniu autora – oryginalny, który czytelnikowi wydaje się już tylko pretensjonalny, szczególnie w połączeniu z niechlujstwem językowym. Warto też pamiętać o tym, że czytelnik obdarzony jest wyobraźnią, nie trzeba mu więc dopowiadać każdego detalu, szczególnie zupełnie nieistotnego dla fabuły, ani też drobiazgowo opisywać każdego kroku bohatera. Wielu utworom dobrze zrobiłyby spore skróty.
Gdyby „Szkice z życia” ograniczyły się do tych kilku utworów, które wymieniłem wyżej, antologia miałaby szansę obronić się w moich oczach; byłby to zbiór dość zróżnicowany i dałoby się go czytać bez większego bólu. Odnoszę jednak wrażenie, że w tomie znalazły się absolutnie wszystkie teksty, jakie zostały nadesłane do redakcji. I tak, uradowawszy autorów zakwalifikowaniem ich opowieści do publikacji, zrobiono krzywdę czytelnikom, którzy potrzebują sporo samozaparcia, by dobrnąć do końca (o ile nie rzucą lektury zaraz na początku). Nieliczne ciekawsze historie po drodze nie rekompensują tego wysiłku.

Tagi , | 75 Komentarzy

Ranking blogów książkowych i nowe miejsce do blogowania



Siedzę więc ja sobie podczas przerwy śniadaniowej i dumam, co można wieczorem na blogu zapodać. I nie o to chodzi, że nie ma o czym pisać, bo jest, wciąż kilkanaście przeczytanych książek domaga się chociaż kilku słów. No ale wiadomo, pomyśleć trzeba, chwytliwe pierwsze zdanie opracować i jakąś pointę na zakończenie – a tu jesień, człowiek tylko leżałby i spał. Znienacka jednak mail przychodzi od nieocenionej Matki Chrzestnej: że miesięcznik „Press” ranking blogów książkowych przygotował (niestety dostęp do materiałów jest płatny, więc musicie mi uwierzyć na słowo). Dziewięcioosobowe jury wzięło pod lupę 50, a w drugim etapie 30 blogów. „Jurorzy oceniali je pod kątem sześciu kryteriów, w każdym przyznając od 1 do 5 punktów (maksymalnie blog mógł zdobyć 270 punktów). Trzy pierwsze kryteria dotyczyły jakości merytorycznej tego, co autor publikuje na swoim blogu, trzy kolejne odnosiły się do funkcji bloga. Ponieważ w tego typu komunikacji ważne jest nie tylko, o czym i jak się pisze, lecz także czy potrafi się wykorzystywać narzędzie, którym jest blog internetowy. Oczekiwaliśmy czegoś więcej niż tylko zbioru recenzji i myśli o książkach”. 
W finałowej piętnastce znalazło się między innymi „Miasto książek” Padmy („Bardzo osobisty blog. Profesjonalny, przemyślany, interesujący. Spokojny, pamiętnikowy ton wywołuje wrażenie prywatnych zapisków i zachęca do nieśpiesznej lektury przy kawie”), „Czytanki Anki” Ani („Nieoczywisty klucz doboru tytułów, ale raczej klasyka niż nowoczesność. Inteligentny, wyważony, ciekawie pisany blog” z „pysznymi cytatami”) oraz „Lost In The Library” Bookfy („Niebanalny dobór tematów, jakby spacerowało się od półki do półki w bibliotece. Grono komentujących gości, sporo ciekawostek i przyjemne wrażenie obcowania z kimś znajomym. Spokojny, lekki ton, bez zadęcia”). Na szóstym miejscu przycupnął sobie „Beznadziejnie zacofany w lekturze” – „blog o książkach z aktywną społecznością. Autor wie, dla kogo pisze. Cieszy duża liczba komentarzy”. I rzeczywiście wiem, dla kogo piszę: bardzo mnie cieszą wszystkie komentarze, uwagi i pytania, wszystkie dyskusje dryfujące w swobodnie obranych kierunkach. Za to wszystkim bardzo dziękuję. 
Na fali tej lekkiej euforii, na której unoszę się od dzisiejszej przerwy śniadaniowej, udało się też zakończyć porządkowanie nowego stanowiska pracy. Stan uwieczniony na zdjęciu utrzymał się przez kwadrans, bo potem zaczęło się zagospodarowywanie przestrzeni i już nie jest tak niepokalanie. Jeszcze tylko parędziesiąt metrów półek i wszystko będzie na swoich miejscach.

Tagi | 55 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.