Archiwum listopada 2012

O Targach Książki Historycznej w Warszawie


W połowie lat dziewięćdziesiątych dla ubogich studentów warszawskie Targi Książki Historycznej były znakomitą okazją do zebrania sobie fachowych biblioteczek. Wydawnictwa wyprzedawały bowiem wtedy na potęgę zapasy magazynowe i można było wyjść z pełnym plecakiem książek, tuląc do piersi wypchaną reklamówkę, w której oberwały się uszy, a mimo to następnego dnia mieć na bułkę i kefir w sklepie obok uniwersyteckiej bramy. Niekiedy nawet na zupkę w mlecznym barze czule nazywanym „Karaluchem”. Zakupy wymagały co prawda męczących wspinaczek po piętrach w ekstremalnych warunkach termicznych, bo na parterze Klubu Garnizonowego wiało chłodem od wielkich drzwi wejściowych, a na piętrze buchało żarem z rozpalonych kaloryferów, ale młodość wiele zniesie. Niestety po kilku edycjach targów szalone okazje się skończyły, ceny przestały powalać i targi straciły wiele ze swego uroku.
Później miałem okazję bywać na targach w ramach obowiązków służbowych, co oznaczało kilkugodzinny dyżur na stoisku w lodowatym kącie parteru niedaleko wejścia albo spływanie potem na tropikalnym piętrze, gdzie dla wyrównania temperatury otwierano okno, a późnojesienne powiewy przynosiły katar i chrypkę. Zawsze ciekawe były spotkania z czytelnikami. Jedni pokazywali palcem upatrzoną książkę i biegli dalej, inni wdawali się w pogawędki i wspomnienia, a niektórzy z rozwianym włosem pytali o taką książkę w niebieskiej okładce na temat partyzantów/Gomułki/Stalina/powstania warszawskiego (niepotrzebne skreślić). Ostatecznie książka okazywała się mieć okładkę zieloną w drobny rzucik i zwykle była wydana przez zupełnie inne wydawnictwo.
Parę lat temu imprezę przeniesiono do Arkad Kubickiego u stóp Zamku Królewskiego  i bardzo byłem ciekaw tego miejsca, ale służbowe dyżury mnie omijały. W tym roku wyprzedziłem konkurencję i zaklepałem sobie termin na samo otwarcie.
W czwartek 29 listopada pojawiłem się więc przed Zamkiem. Na placu stoi już ogromna choinka

latarnie obwieszono bombkami

za to nie było ani jednego targowego plakatu, banera czy choćby marnej strzałki pokazującej drogę do Arkad.
Mimo to już parę minut przed dziesiątą tłumek stał przed bramą w oczekiwaniu.

Wewnątrz trwała jeszcze krzątanina na stoiskach, damski głos przez głośniki nawoływał do usuwania samochodów sprzed wejścia, a tłum powoli gęstniał mimo wczesnej pory. Arkady są idealnym miejscem na taką imprezę: mają historyczny klimat (te sklepienia!) i odpowiednio dużo przestrzeni, żeby nie trzeba się było zadeptywać. Zjawili się wszyscy liczący się wydawcy, ceny zróżnicowane: jedni postawili na spore obniżki, inni ograniczyli się do symbolicznych rabatów. Oprócz książek są gry planszowe, repliki broni, a do niewątpliwych atrakcji należy stoisko, na którym można obejrzeć faksymile Biblii Gutenberga, kosztujące (bagatela!) tyle, co nowy samochód. Nie zapomnijcie więc platynowej karty kredytowej. Jak zwykle przy targowych okazjach zorganizowano liczne spotkania autorskie, panele dyskusyjne i pokazy filmowe oraz grup rekonstrukcji historycznej; szczegóły w programie.
Jako rasowy reporter nie sprawdziłem, czy mam naładowane baterie w aparacie (nie miałem), więc serwis fotograficzny jest nader skromny, zapomniałem też o targowej gazetce i wynikach Nagrody Klio, ale tu na szczęście mogę się wesprzeć gotowcem. Za to nie kupiłem ani jednej książki.
I dla formalności: targi trwają do niedzieli, wstęp wolny.


Tagi , , | 30 Komentarzy

Popychadło losu




Tom Sharpe, Wilt, tłum. Zuzanna Naczyńska, Zysk i S-ka 1998.
Wysyłanie męża na samotne, wieczorne spacery z psem to rzecz ryzykowna. Podczas długiego obchodu po okolicy przychodzą do głowy różne myśli, jak choćby taka, że ślubna małżonka jest właściwie kamieniem u szyi i przeszkodą na drodze do kariery, o zakosztowaniu życia nie wspominając. A jeśli jeszcze pogoda nie sprzyja, jest zimno i pada deszcz, to łatwo o radykalne decyzje w kwestii zmiany sytuacji.
Takie rozmyślania snuje Henry Wilt, wykładowca prowincjonalnego college’u, który od lat nie może awansować i męczy się, prowadząc zajęcia z rzeźnikami i tynkarzami. Trudno mu się właściwie dziwić, że o wszystkie swoje życiowe porażki obwinia żonę. Pani Wilt jest bowiem kobietą imponujących rozmiarów, acz nader ograniczonych walorów umysłowych, które jednak usiłuje rozwijać a to na kursie garncarstwa, a to układania kwiatów czy medytacji transcendentalnej. Henry sam siebie uważa za popychadło losu i znosi jego poszturchiwania z pokorą – do czasu. A konkretnie do czasu poznania pary ekscentrycznych Amerykanów: doktor Pringsheim jest uosobieniem akademickiego sukcesu, a na dodatek zarabia dużo więcej niż Wilt, a pani Pringsheim prezentuje nadmiernie, zdaniem Henry’ego, wyzwolony stosunek do seksu. Jedno przyjęcie u Amerykanów wyzwala całą lawinę wypadków, obejmujących między innymi upokarzający uścisk gumowej lalki, jedno planowane morderstwo, pogrzeb pod zwałami betonu i wykiwanie asa lokalnej policji. O nagiej kobiecie na plebanii wspominał nie będę.
Tom Sharpe napisał książkę, w której dostaje się wszystkim: intelektualistom i pseudointelektualistom, kurom domowym i wyzwolonym feministkom, policjantom, komisjom ministerialnym, pokornym i bezczelnym. I nie są to bynajmniej subtelne szpileczki wbijane tu i ówdzie, ale raczej wymierzane celnie kopniaki. Bo tu nie ma miejsca na uśmieszki pod wąsem, albo się rechocze, albo wydyma usta pogardliwie, szepcząc fi donc! niczym księżna pani z bajek o Rumcajsie. Ja zdecydowanie należę do frakcji rechoczących (przewodniczącym jest Bazyl), bo nic tak dobrze nie robi o tej porze roku, jak duża dawka rubasznego, ale i inteligentnego humoru.

Tagi | 75 Komentarzy

Wiech, „Nie ma takiej kobiety...”

 
Wybrałem się z Gieniuchną do Narodowego Teatru na wzruszające sztukie z życia rodzinnego zachodnich, ma się rozumieć, szkopów. Ojciec profesor – ciepła klucha, syn – giestapowiec, synowa – giestapówka, mama – kawał cholery, na kółkach, bo na nogi nie może chodzić i wózkiem się posługuje. Jednem słowem, rodzinka – w kit ją i na szybę, jak to się mówi. Ale rozrywka duża i pouczająca. A zaczęło się od tego, że jak żeśmy przyszli do tego teatru, zwróciło naszą uwagie, że poważny facet w ciemnem garniturze z setki eksportowej, taki jakiś ala derektor, lata tam i nazad po tak zwanem hallu. Na zegarek patrzy i co i raz na ulice wygląda. Czem bliżej siódmej było, tem więcej z nerw wychodził, woźnych się o coś pytał, kontrolera zaczepiał i w ogólności ganiał tam i nazad jak kot z pęcherzem. Dziwiło nasz to mocno.
– To nic innego nie jest, Gieniuchną – mówię koniec końców do małżonki – tylko królowa ma tu przyjechać!
– Nie może być...
– Przekonasz się. Zwiedza Warszawę od deski do deski, to i tu przyjdzie.
Bardzo się Gieniuchną ucieszyła, bo nigdy jeszcze nie widziała królowej w wielkości naturalnej, i zdenerwowane w najwyższem stopniu zaczęliśmy latać za tem facetem. Już było po trzeciem dzwonku, kiedy szum się na ulicy zrobił, jakieś samochody zaczęli podjeżdżać. Główne drzwi się otworzyli i któś z niemożebnem hukiem wtoczył do teatru dużą, cynkową, familijną balie.
Gieniuchną krzykła:
– Jest, jest, królowa!
– Coś ty, z balią?! – mówię do niej.
– A dlaczego nie? Może Cedet zwiedzała i jak raz balie dawali. Nie ma kobiety, żeby nie wzięła. Królowa nie królowa, każda się skusi. A niezależnie jest to osobistość gospodarna, nie czytałeś w prasie, że chociaż w drodze, obiad w Warszawie zrobiła i gości na niego zaprosiła.
– O obiedzie, owszem, czytałem, ale o przepierce nie.
Przestaliśmy się sprzeczać, bo po pierwszej balii pokazała się druga, trzecia i dziesiąta. Jakieś świątecznie ubrane osoby ich wtaczali. Niektóre oprócz tego mieli kubły i durszlaki.
– Widocznie i świta królewska się obkupiła w cynkowe naczynia – zaznacza Gienia i widzę, że przybladła z zazdrości.
Podlatam do jednego eleganckiego faceta, któren z widłami do teatru przyjechał, i pytam się, czy w Brukselji tyż tych rzeczy dostać nie można, l on mnie dopiero wyjaśnił, że wycieczka nie jest z Brukselji, tylko z Konina. Nie miał czasu dłużej ze mną rozmawiać, bo leciał na sale, ale z widłami go nie wpuścili i musiał zdać do szatni, gdzie rozgrywali się rozdzierające sceny. Publiczność ani rusz nie chciała się rozstawać ze swojem blaszanem towarem.
– Balie nam poginą, łopaty się pomieszają! – rozpaczali widzowie, ale nie było rady. Powoli się wszystko uciszyło, światło zgasło i przedstawienie się zaczęło. Tylko Gienia gdzieś mnie kamfory dostała. Przepadła – kamień woda. Dopieru podczas ostatniego aktu jakiś hałas się zrobił przy drzwiach, pokazało się, że to Gieniuchna ma życzenie na sale balie wtoczyć. Nie doszło do tego, musiała zostawić na dole, ale brytfanny nie oddała. Położyła mnie ją na kolanach i mówi:
– Z ledwością zdążyłam do Cedetu przed zamknięciem. Taką jem litanie wyczytałam, że chociaż ja nie z wycieczki, musieli mnie balie i brytfankie sprzedać. Nie miałbyś sernika na Wielkanoc!
Jak publika potem z tego przedstawienia wychodziła, to taki był raban, brzdęk, szczęk i huk, że konie się na ulicy płoszyli, a przechodnie uciekali na drugie stronę, bo myśleli, że się teatr wali.
„Niemcy” podobali nam się nadzwyczaj. Gienia zachwycona. Mówiła, że nigdy jeszcze nie wyniesła ze sztuki tyle korzyści.

Cedet, czyli Centralny Dom Towarowy w Warszawie.
Wiech, Wiech na 102!, PTWK 1989, s. 125–126.


Tagi , | 36 Komentarzy

Jak towarzysz Jagoda przeciwko Stalinowi spiskował




Wiktor Suworow, Żmijojad, tłum. Anna Pawłowska, Rebis 2011.

Związek Radziecki, połowa lat trzydziestych minionego stulecia. Towarzysz Stalin umacnia swoją władzę. Pomaga mu w tym wierny Gienrich Jagoda, szef wszechmocnego NKWD. Tropi wrogów, wyciska z nich zeznania, urządza procesy pokazowe. Ale czy Jagoda faktycznie jest taki wierny i czy ma na celu jedynie walkę z wrogami Stalina i radzieckiego państwa? Lojalny współpracownik Stalina, towarzysz Chołowanow, wpada na ślad dziwnej sprawy, zaginięcia kuriera, który przybył do Moskwy z tajnymi dokumentami, a może i czymś jeszcze cenniejszym. Z pomocą bystrego wywiadowcy Żmijojada i kusicielki Luśki Serojadki rozpoczyna śledztwo, by przekonać Stalina o prawdziwych zamiarach Jagody. Zupełnie przypadkiem w całą aferę wplątana zostaje młoda wielbicielka tańca, obdarzona też niezwykłym sercem do walki.
Bardzo lubię książki Wiktora Suworowa, zarówno te biograficzne: „Żołnierzy wolności” czy „Akwarium”, jak i te walczące z historycznymi stereotypami dotyczącymi dziejów ZSRR. Są bardzo dobrze napisane, autor nie boi się stawiać śmiałych tez i przekonująco je uzasadnia. Wykorzystuje do tego materiały powszechnie znane badaczom, ale ukazane w zupełnie nowym świetle. Suworow napisał też dwie powieści, których bohaterką jest Nastia Strzelecka, podopieczna Chołowanowa: trzymającą w napięciu „Kontrolę” i słabszy od niej „Wybór”. Akcja „Żmijojada” toczy się nieco wcześniej, ale poznajemy w nim już Chołowanowa, a sama Nastia pokazana jest jako nastolatka. Sceny z jej udziałem należą do najlepszych w książce, która jest nieźle napisaną historią sensacyjną, obfitującą w mordobicia, przebieranki, sekretne przejścia i nieco sarkastycznego humoru. Daje też wgląd w mechanizmy władzy w Związku Radzieckim w okresie wielkich czystek. Język jest barwny, jędrny, czasem dosadny, bohaterowie z grubsza nakreśleni, chociaż potrafią zaskoczyć. Rozrywka w sam raz na jesienny wieczór.

Za przesłanie książki dziękuję księgarni Matras.

Tagi | 35 Komentarzy

Kazio
(„Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim”)




Kazimierz Rudzki to dla mnie przede wszystkim odtwórca roli ojca Pawła Jankowskiego w serialu „Wojna domowa”. Wiecznie nieobecny, ciągle „w terenie”, na delegacjach, wpadał od czasu do czasu do domu i zabierał się do wychowywania syna. Zasadniczy, sztywny, staroświecki nie potrafił porozumieć się z Pawłem i stąd brały się wszystkie domowe spięcia. Dla nas ten serial to już klasyka i z ogromnym zdziwieniem stwierdziłem, że w obszernym zbiorze wspomnień o Rudzkim jest jedna (słownie: jedna) wzmianka o tej roli: sam aktor wspomina w liście przyjacielowi, że kręcenie serialu koliduje z próbami nowej sztuki w teatrze. I tyle. Kim więc Kazimierz Rudzki był dla autorów wspomnień, skoro nie gwiazdą fantastycznego serialu?

Dla Heleny Głowackiej był ukochanym bratem, który swoją niezależnością i aktorskimi planami przysparzał kłopotów ojcu, znanemu właścicielowi sklepu z instrumentami muzycznymi i płytami. Dla szkolnych kolegów był Kaziem, wielbicielem piłki nożnej, zapalonym kibicem zapasów i kawalarzem, który nigdy nie tracił rezonu. To on podczas dyktanda podpowiedział koledze, który nie wiedział, jak napisać „pachołkowie z halabardami”, żeby napisał „lokaje z pikami”. Jeszcze inni znali go jako reżysera, aktora, oficera i współtowarzysza niewoli podczas wojny, współtwórcę obozowego teatru, znakomitego konferansjera, wykładowcę w Szkole Teatralnej, autora i prowadzącego audycji radiowych.

Rudzki był dżentelmenem o nieskazitelnych manierach, wielkim poczuciu humoru, obowiązkowym, uczynnym i skromnym. Do pracy podchodził poważnie i chciał, by inni podzielali to podejście – zaszczepiał je swoim studentom, dla których był prawdziwym mistrzem. Należał do ludzi, którzy poruszyli wszystkie możliwe sprężyny, by załatwić cudzą sprawę, interweniować w sprawie zaniedbań i bylejakości, nigdy jednak nie wykorzystywał swojej popularności dla siebie. Słynął jako uroczy gawędziarz i mistrz opowiadania anegdot.
Irena Kwiatkowska i Kazimierz Rudzki w serialu Wojna domowa.
Wspomnienia zebrane w tomie mają różną wartość – jedne są bardzo osobiste, inne starają się obiektywniej ująć fenomen Rudzkiego. Jedni idą w stronę anegdoty, jak Stefania Grodzieńska czy Stanisław Tym, innym – Andrzejowi Łapickiemu i Aleksandrowi Bardiniemu – bliżej do analiz charakterologicznych. Pojawia się nawet jedno studium środków aktorskiego wyrazu wykorzystywanych przez Rudzkiego na scenie. Ten obraz uzupełniają felietony pisane przez Rudzkiego, fragmenty jego konferansjerek do różnych programów estradowych i jego listy do przyjaciół, przede wszystkim Tadeusza Wittlina, ale także do rozmaitych instytucji.  O ile felietony i konferansjerka zblakły i straciły wiele ze swego wdzięku, o tyle listy wciąż skrzą się dowcipem, ale też pełne są celnych i niekiedy smutnych refleksji o życiu, kondycji sztuki, a szczególnie teatru. 

Na zakończenie jeszcze mały smaczek z tego zbioru. Rudzki ponoć miał celną ripostę w każdej sytuacji. Raz tylko musiał się uznać za pokonanego. Przed wojną, wracając z próby jakiejś sztuki Szekspira, zjawił się w kawiarni, w której wśród znajomych siedział Gombrowicz:
– Ten wasz cały Szeksper – zaatakował go Gombrowicz – to funta kłaków niewart, panie Kazimierz.

– Dlaczego pan mówi Szeksper, a nie Szekspir? – spokojnie i rzeczowo zareplikował Kazio.

– Bo mówi się szkarpeta – wyjaśnił bez zmrużenia oka Gombrowicz.
To dopiero były rozmowy! 

Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim, oprac. Helena Głowacka, Czytelnik 1981.

Tagi , | 25 Komentarzy

Minoga z małem łebkiem


Myliłby się, kto by przypuszczał, że na szyldzie wymienionego w tytule niniejszej opowieści zakładu gastronomicznego przy ulicy Zapiecek widniała dorodna minoga na przybranym zieloną pietruszeczką półmisku. Nic podobnego. Szyld wyglądał banalnie. Na czerwono pomalowanej blasze umieszczony był napis, tchnący powagą urzędowego niemal dokumentu:
RESTAURACJA III kategorii z wyszynkiem
napojów alkoholowych
wł. KONSTANTYN ANIOŁEK
Koncesja Genowefy Rypalskiej
i Wawrzyńca Śmieciuszki
Surowość głównego, umieszczonego nad wejściem znaku łagodziły dwa szyldy boczne, których treść opie­wała:
„Śniadania, obiady, kolacje”
oraz
                        „Żymne i goronce zakonski”.
Wszystkie trzy godła były dziełem powszechnie cenionego na Starówce mistrza sztuki malarskiej, pana Dawida Kapelana (Bonifraterska 18).

Kadr z filmu "Cafe Pod Minogą", reż. Bronisław Brok, 1959 rok.

Część graficzną reklamy firmy uzupełniały dwie kartki wycięte z brystolu, na których sam pan Aniołek wprawną ręką wypisał: „Pieczeń rzemska” i „Zrazy po nalesońsku z gżypkamy”.
Resztę propagandy załatwiały umieszczone na wystawie oryginały, jako to: lśniący pozłocistą skórką dyszek cielęcy, biała kiełbasa garnirowana przysmażoną cebulką lub nacięty w misterną, drobniutką kostkę rumiany boczek pieczony, wszystko to podane na efektownym tle słojów z biało-czerwoną ćwikłą i zielonożółtymi „małosolnymi” ogórkami. Oczywiście eksponaty zmieniały się odpowiednio do pory roku.
Nie było jednak nigdy w witrynie minóg. Na próżno też szukałby ich ktoś na bufecie. Interpelowany o nie przez gości gospodarz odpowiadał zazwyczaj: – Minoga robak, nie rybka i w porządnym interesie trzeciej kategorii nie ma prawa figurować.
Stali bywalcy lokalu wiedzieli jednak, że nie zawsze tak bywało, że minogi w musztardzie zajmowały kiedyś honorowe miejsce wśród innych zakąsek. Znali też przyczynę znalezienia się ich na indeksie.
Oto przed kilku laty znany na Starówce alkoholik i awanturnik, niejaki Millerek, pogniewawszy się na lokal za odmowę kredytu, zwrócił się do małżonki wła­ściciela z następującą apostrofą: „Ach, ty minogo z małem łebkiem, za wieczne ondulacje szarpana, ja cię tu zaraz nauczę szaconku dla gościa!” Po czym usiłował przewrócić bufet, co mu się zresztą całkowicie udało.
Obrażeni współbiesiadnicy podnieśli się od stolików, usunęli awanturnika na ulicę, ale orzekli, że:
„Właściwie pani Aniołek nie ma się o co obrażać, bo faktycznie na minogie podobna. Długa, mizerna na urodzie, z małą mordką, tylko z tą różnicą, że nogi posiada, ale za bufetem nie widać”.
Wywołało to nową awanturę zakończoną wezwaniem Pogotowia, ale odtąd lokal, dawniej nazywany „Pod Aniołkiem”, zdobył nową, błyskawicznie zaakceptowaną przez Krzywe Koło, Nowomiejską, Freta i obydwa Dunaje, nie licząc, rzecz prosta, Zapiecka, firmę: „Pod Minogą”.
Pani Serafina Aniołkowa mimo „mizernej urody” obdarzona była przez naturę niezwykle metalicznym, donośnym głosem, którym umiała należycie władać, oraz temperamentem, nad którym nie życzyła sobie zbytnio panować.
Te cechy sprawiały, że pan Konstanty był właścicielem przedsiębiorstwa tylko de nomine, na szyldzie. Twarde rządy w domu i w interesie sprawowała jego małżonka. Powyższy układ stosunków politycznych w restauracji spowodował wykluczenie minóg raz na zawsze z menu zakładu. Oczywiście dopomogło to raczej do utrwalenia wśród klientów nowej nazwy firmy. Pan Aniołek protestował przeciwko tej nomenklaturze dość słabo i tylko kiedy żona słyszała, a i wówczas pozwalał sobie na lekkie przymrużenie oka.
Wiech, Cafe „Pod Minogą”, Czytelnik 1957, s. 5–7.

Tagi , | 33 Komentarzy

„Żyję w utopii, która nie jest moja”
(Joanni Sanchez, „Cuba libre”)




Yoani Sanchez, Cuba libre. Notatki z Hawany, tłum. Joanna Wachowiak-Finlaison, W.A.B. 2010.

„Żyję w utopii, która nie jest moja”, napisała 10 kwietnia 2008 roku Kubanka Yoani Sanchez. Ta niezgoda na życie w systemie, który dawno już stracił kontakt z obywatelami, ich potrzebami i odczuciami, skłoniła Sanchez do tego, by pokazać, jak jest naprawdę. Yoani nie stworzyła opozycyjnej organizacji, nie drukowała ulotek, nie malowała haseł na murach. Założyła blog, pisała krótkie teksty o tym, co dotykało bezpośrednio ją i jej najbliższych, a potem przemykała do jakiegoś hotelu, by podłączyć się do sieci i opublikować swoje notatki. Internet jest dostępny tylko dla cudzoziemców, zresztą Kubańczycy i tak, przynajmniej teoretycznie, nie mają komputerów.
Każda jej notka to jedna sprawa, wątpliwość, pytanie, jeden epizod z codziennego życia, Sanchez pisze w imieniu swoim, ale i całego pokolenia urodzonych w latach siedemdziesiątych, ludzi, którzy obserwowali sypanie się rewolucyjnych ideałów tak ważnych dla ich dziadków i rodziców. Pustki w sklepach, kolejki po wszystko, biurokratyczne utrudnienia, bezwład i niemoc w najprostszych sprawach. Czarny rynek, obchodzenie przepisów, czytanie między wierszami artykułów prasowych, by wydobyć choć okruch prawdy. Zarobki w peso, ale zakupy już tylko za peso wymienialne. Nastroje rezygnacji – bo przecież i tak nic się nie zmieni – nie są jej obce, ale stara się wierzyć, że w końcu jednak i na Kubie zapanuje normalność, że kraj przestanie się wyludniać, że otworzy się na świat, a jego przywódcy porzucą ideologiczne dogmaty. Dostrzega pokłady tłamszonej energii społecznej, która tylko czeka na wyzwolenie, na najmniejszą choćby szczelinę, na najlżejsze poluzowanie prawa, by wybuchnąć i zagarnąć dla siebie jakąś niszę monopolizowaną dotąd przez państwo. Ma dość nieustannego rozprawiania o przeszłości, celebrowania rocznic, a domaga się rozmów o teraźniejszości, a przede wszystkim o przyszłości.
Notatki Yoani Sanchez, chociaż dotyczą Kuby, mają też często wymiar bardziej uniwersalny: pytania o kondycję klasy politycznej, zarzuty oderwania się jej od reszty społeczeństwa mogą być bliskie czytelnikom na całym świecie. Gdy znalazła się w 2008 roku na liście stu najbardziej wpływowych osób świata, blogerka napisała: „Poświęciłam się po prostu opisywaniu mojego świata z wypaczonej perspektywy emocji i wątpliwości. Zaczęłam wierzyć w to, że głos pojedynczego człowieka może burzyć mury, zaprzeczyć sloganom i rozwiać mity”. Mam nadzieję, że Sanchez jak najszybciej będzie mogła opisywać budowę normalności w swoim świecie.

Tagi , , | 19 Komentarzy

Gra o siebie
(Marcin Szczygielski, „Omega”)




Od dłuższego czasu próbuję odświeżyć swoją znajomość literatury młodzieżowej, w końcu nie można trzymać się tylko klasyków z własnej młodości. Niestety, trafienie na coś, co dawałoby się czytać bez wstrętu, nie jest łatwe. Poleganie na entuzjastycznych reklamach wydawców i opiniach internetowych zaprowadziło mnie do przeciętnej Oksy Pollock, nierównych i w ostatecznej ocenie słabych „Numerów” Rachel Ward  oraz nijakiej Juniper Berry. Dużo lepiej jest wtedy, gdy można się oprzeć na zaufanych opiniach: dzięki nim odkryłem cykl o Flawii de Luce  (podziękowania dla Lirael i Bazyla za zaraźliwy entuzjazm) czy Felixa, Neta i Nikę.

Wciąż jednak brakowało mi książki, która połączyłaby wartką, atrakcyjną akcję z próbą nakreślenia portretu dzisiejszego młodego pokolenia. I znalazłem: „Omegę” Marcina Szczygielskiego, którego bardzo lubię i cenię. Nie tylko dałem się porwać opowieści, ale i z zafascynowaniem śledziłem, jak autor przeprowadza swoją bohaterkę przez proces poznawania samej siebie.

Joanna wkrótce skończy dwanaście lat. Jej rodzice rozwiedli się, zmarła kochana babcia, do tego przeprowadzka z matką do nowego mieszkania, zmiana szkoły. To wszystko przytłoczyło dziewczynkę; wśród rówieśników czuje się obca, w domu matka odgrywa szczęśliwą kobietę sukcesu, ale po kryjomu szlocha w poduszkę. Ojciec założył nową rodzinę. Joanna sama musi sama się z tym uporać – i ucieka w wirtualny świat. W internecie znana jest jako Omega, wielbicielka gier komputerowych.

W swoje urodziny dziewczynka odbiera dziwnego maila z linkiem do nowego programu. Klika i przenosi się w świat tajemniczej gry komputerowej, której zasad nie zna. Nie zna też celu, który musi osiągnąć, przeciwników, z którymi przyjdzie jej się zmierzyć. Nie wie, że wędrówka przez kolejne poziomy to podróż w głąb niej samej, ku poznaniu własnych zalet i wad, ku zrozumieniu, co jest w życiu najważniejsze. Żeby przejść do następnego etapu, trzeba myśleć, zgadywać, kombinować, ale też wykazywać się szlachetnością, wytrwałością, współczuciem. Złość, zawiść, zazdrość, pragnienie zemsty czy zdrada przyczyniają się do przegranej – i utraty wirtualnego życia. Niełatwo o prawidłowe decyzje, gdy jest się dwunastolatką, która zamknęła się w sobie i nie umie sobie radzić ze swoimi i cudzymi emocjami. Na szczęście Omedze towarzyszy ukochana Babula, napotkana na jednym z poziomów; ona dodaje bohaterce otuchy, naprowadza łagodnie na właściwe tropy i przy okazji pozwala Joannie, by ostatecznie uporała się z jej śmiercią.

Każdy poziom gry to inny świat: czasem przedstawiony z humorem, jak cmentarz pełen żywych trupów, innym razem ponury jak kraina klaunów, restrykcyjny jak miasto Konstytucja, czy smutny jak śmietnik zapomnianych. Każda sceneria jest inna, każda wyzwala w Omedze inną cechę, przybliża ją o krok do pogodzenia się ze sobą i światem, do dojrzałości, zrozumienia, czym było jej dotychczasowe życie. Brzmi to poważnie, ale książka Szczygielskiego wciąga jak wir dzięki znakomicie skonstruowanej fabule, w której znajdziemy zombie, wilkołaki, klaunów karmiących się cudzą radością (jakby żywcem wyjętych z książek Pratchetta), odniesienia do Alicji w Krainie Czarów, a nawet powstania warszawskiego. Taka różnorodność może oznaczać chaos, brak spójności – ale nie w tym wypadku. Autor bawi się odniesieniami do popkultury, umiejętnie dawkuje napięcie, humor, zmienia tempo – jak w prawdziwej grze komputerowej. Od pełnej zawirowań akcji trudno się oderwać, ale nie ona jest jedyną wartością „Omegi”. To jeszcze książka mądra i bardzo dobrze napisana. Rówieśnikom Joanny może stać się bliska, gdyż ukazuje ich własny świat, w którym nader często rzeczywistość przeplata się z bytem wirtualnym; starsi będą mogli spojrzeć na swoje dzieci czy po prostu na gimnazjalistów na ulicy trochę inaczej. Bo to, że zamiast na trzepaku spędzają czas przy komputerze, nie oznacza, że są gorsi czy całkowicie inni niż ich rówieśnicy sprzed parunastu czy parudziesięciu lat. 

Marcin Szczygielski, Omega, ilustr. Bartek Arobal, Instytut Wydawniczy Latarnik, Oficyna Wydawnicza AS 2009.

Tagi , , | 31 Komentarzy

Wiech, "Firma Lalka"



Na Krakowskim zatrzymała się grupa turystów. Poustawiali na chodniku walizeczki i otoczyli zwartym kołem przewodnika, który donośnym głosem udzielał im objaśnień.

Przystanąłem, nie dlatego by było w tym coś niezwykłego. Warszawa jest teraz miastem „turystycznym”, nie gorszym od Rzymu, Aten, Łowicza czy Krakowa...
Zafrapowały mnie atoli objaśnienia.
– Jeżeli o wiele rzuciem teraz okiem ciut-ciut na prawo, to cóż my ujrzem? – mówił przewodnik. – Ujrzem na słupie osobę płci żeńskiej w siedzącej pozycji, z arbuzem czyli tyż inszą dynią w ręku. Kto to być może ta kobieta? – zapytamy się sami siebie. Ale wzruszem tylko ramionamy, bo w żaden żywy sposób nie będziem się mogli domyślić, że to nie jest żadna kobieta z arbuzem, tylko niejaki Mikołaj Kopernik osobiście i własnoręcznie. A arbuz nie jest arbuz, tylko globus, któren jest odrobiony z żelaznych giętych flachajz, bo naturalny, czyli dechturowy, długo na deszczu by nie wytrzymał, pomarszczyłby się. i wyglądałby jak torba jabłek czy inszych pomidorów. Kto był Mikołaj Kopernik, tego już nie potrzebujem objaśniać, bo każden pętak w szkolnem wieku nam powie, że w charakterze derektora PIM-u się zatrudniał, czyli żył z przepowiadania niepogody.
Dlaczego w damskiej konfekcji jest tu odrobiony de­talicznie nie wiadomo i stanowi to tak zwaną tajemnice historyczną.
Teraz, o wiele spojrzem ciut-ciut na lewo, widziem kamienice dwupiętrowe, osiem okien frontu i zapytanie sobie zrobiem, dlaczego żeśmy się faktycznie na nią spojrzeli.
Bo kamienica jak kamienica i niczem się na oko nie odznacza. A mimo tego stanowi tak zwany zabytek, chociaż jest świeżo od samych fondamentów przez przodowników pracy systemem szybkościowem wybudowana.
Otóż w tem świeżo wybudowanem zabytku niejaki Bolesław Prus kilkadziesiąt lat temu nazad prowadził skład zabawek pod firmą „Lalka”.
Otóż ten Prus Bolesław zaczął uderzać do jednej hrabini. Ta owa hrabinia, chociaż była mocno mortusowa, a Prusoszczak miał forsy jak lodu, z miejsca go obcięła. „Skarz mnie Bóg, fi donc, nie wyjdę za prywatne inicjatywę!”
Bolka nagła krew zalewała, celinder sobie kupił, derożkie na godziny wynajął, stale i wciąż po cukierniach i interesach gastronomicznych przesiadywał, hrabiom kolacje stawiał, z księciamy na per ty był, ale to nic nie pomogło.
Hrabinia owa, choć sama marnego charakteru była, jednak stale i wciąż swoje: „Niech ja skonam, fi donc – nie wyjdę za prywatne inicjatywę!”
I dawaj z hrabiamy do Saskiego Ogrodu na ksiuty uczęszczać.
Bolek za fontannę się chował, widział to i cierpiał na serce.
Rzecz jasna, że w tych waronkach interesu nie mógł jak się należy dopilnować i firma „Lalka” zaczęła podupadać. Subiekci towar pod jesionkamy wynosili i na Kiercelaku opylali. Gumowe piszczące lalki, czyli naguski, szmaciaki w krakowskich strojach, wszystko to za pół darmo na lewo można było nabyć.
A tu podatek za podatkiem leci, licytacja licytacje goni. Trzy razy sztuczne plajty urządzał, ale to nic nie pomagało. Gryzł się, zmizerniał w oczach i krugom się hrabini oświadczał. A ona na to tylko wciąż, że nie i nie!
Coraz niżej ten Prusoszczak upadał – ryzę papieru kupił i powieść zaczął pisać w czterech tomach. Pod tem tytułem: Lalka. Tam te hrabinie na perłowo zrobił bez sercowe zemstę. Sam pod Częstochowę na letniaki wyjechał, ale przedtem u Spiessa kilo kaliflorku kupił i siarki kilo. Do walizki wsadził i na letniakach kamień wyszukał, dziurę w niem kazał wybić. Pigułę z kaliflorku i siarki uskutecznił, list skopiował do Urzędu Skarbowego, że życie sobie zmuszony jest odebrać, i razem z tem kamieniem w powietrze się wysadził.
Rzecz jasna, że do pucu – wybuch faktycznie był, kamień w kawałki się rozleciał, ale on w ostatniej chwili odskoczył i zza węgła na całą eksplozje kapował.
Potem, już jako nieboszczyk, do Radomia się przeniósł i tam fabrykie cukierków założył pod firmą „B. Pruszkowski i S-ka”. Książka była do płaczu i pouczająca, totyż na te pamiątkie w tem danem domu, który tu widziem, tablica się została wmurowana ze streszczeniem całego wypadku.
No, ale dosyć o tem Prusie – przerwał przewodnik spojrzawszy triumfalnie po słuchaczach – teraz pójdziem troszkie dalej i pokażem .państwu szanownemu, co się robi z ulicą Świętokrzyską. [...]
Ruszyłem z wycieczką w stronę Świętokrzyskiej. Po drodze zagadnąłem przewodnika:
– Bardzo pana przepraszam, pan jest tu z czyjego ramienia?
Z żadnego ramienia, tylko z Powązek jestem. Warszawski rodak z dziada pradziada samodzielnie Warszawę ludziom pokazuje, bo się kręcą jak w przeręblu i sami nie wiedzą, gdzie się obrócić. Ja jeden wiem, co warto zobaczyć, a teraz tak się buduje, że naprawdę jest co oglądać!

Stefan Wiechecki „Wiech”, Śmiej się pan z tego, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1956, s. 257–259.

Tagi , , | 28 Komentarzy

„Bo ja mam ciebie, a ty masz mnie”
(John Steinbeck, „Myszy i ludzie”)



Czy człowiek, który nie ma domu, stałej pracy i grosza przy duszy, może w kimkolwiek budzić zazdrość? Może, kiedy ma przyjaciela i marzenie. Przyjaciel wesprze w kłopotach, podzieli codzienną nędzę i pomoże marzyć o tym, że kiedyś, gdzieś osiądą razem i będą hodować króliki. George Milton i Lennie Small wędrują po Stanach w poszukiwaniu sezonowej pracy, nigdzie nie zagrzewając miejsca. Zwykle muszą zwijać manatki w pośpiechu, bo Lennie ma talent do popadania w tarapaty. Upośledzony umysłowo i niezwykle silny, nie zdaje sobie sprawy z tego, że to, co bierze za delikatną pieszczotę jest duszącym uściskiem, a przypływ czułości wygląda na próbę gwałtu. George nieustannie musi go wyciągać z opresji, chronić i pouczać. W szarym życiu jedyną pociechą dla obu jest marzenie o króliczej farmie, o stabilizacji i spokoju. Ich wizja ma wielką siłę oddziaływania na podobnych im rozbitków, ale gdy jest bliższa realizacji niż kiedykolwiek, ponownie wali się świat George’a i Lenny’ego.

Przyjaźń George’a i Lenny’ego nie jest prosta, nie jest też oczywiste to, co ich połączyło. Obrotny Milton z pewnością miałby lepiej, gdyby nie musiał ciągnąć ze sobą Snowa, gdyby nie musiał stale na niego uważać. A mimo wszystko jest z nim aż do tragicznego końca, chociaż upośledzony olbrzym go chwilami irytuje, naraża na niebezpieczeństwo, odbiera szanse na spokojną egzystencją. Zajmuje się Lennym nie tylko dlatego, że obiecał to jego ciotce, sam też chyba czuje, że dobrze jest mieć na świecie kogoś bliskiego. „My mamy przyszłość. Mamy do kogo otworzyć gębę, mamy kogoś, kto się choć trochę nami przejmuje” – ten refren George stale powtarza Lenny’emu, który istotę ich przyjaźni ujmuje zwięźlej: „bo ja mam ciebie, a ty masz mnie”.

Ich wspólne marzenie jest drugim stałym elementem w ich egzystencji, obok przyjaźni. George snuje marzenie o sielance we własnym gospodarstwie dla Lenny’ego; można odnieść wrażenie, że sam w nią raczej nie wierzy, daje się tylko ponosić entuzjazmowi przyjaciela, którego ta wizja uszczęśliwia i uspokaja. Wydaje się jednak, że farma królików to prawdziwa oś, wokół której kręci się ich życie, ich rozmowy, to cel, do którego mogą dążyć i dzięki któremu nie staczają się na samo dno. Marzenie jest zaraźliwe, przyciąga innych i ma szanse się ziścić – ale to byłoby zbyt piękne. W świecie George’a i Lenny’ego nie ma bowiem szczęśliwych zakończeń. Bo obok przyjaźni i marzeń jest też ludzka niechęć, zawiść, bezmyślne okrucieństwo. Kolejne wielkie, choć niewielkie objętością, dzieło Steinbecka.

John Steinbeck, Myszy i ludzie, tłum. Zbigniew Batko, Prószyński i S-ka 2012.

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.


Tagi | 72 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.