Stało ich w rzędzie zawsze siedem
(Marcin Szczygielski, „Filipinki - to my!”)



Stoi nas w rzędzie zawsze siedem i chociaż chciałby zgadnąć widz, 
która z nas Anka, która Zosia, to nie odgadnie nic. [...] 
Jedno wspólne imię mamy: Filipinki.
Tak śpiewały „Filipinki” w swej firmowej piosence, choć na samym początku było ich aż dziewięć, a w chwili zakończenia kariery ledwie trzy. Zaczynały w 1959 roku jako uczennice szczecińskiego Technikum Handlowego od śpiewania na szkolnych akademiach, a potem poszło błyskawicznie: kolejne konkursy talentów, koncerty, programy telewizyjne, tournee w kraju i za granicą, przeboje, płyty...

Pod wieloma względami były fenomenem. Sympatyczne, bezpretensjonalne, utalentowane muzycznie, podbijały serca i rówieśników, i starszych słuchaczy, stanowiąc odtrutkę na kudłatych bigbitowców. Śpiewały melodyjne, wpadające w ucho piosenki, takie jak choćby żartobliwy hymn ku czci pierwszej kosmonautki Walentyny Tierieszkowej:


A równocześnie przez prawie piętnaście lat na scenie potrafiły pozostać sobą, grupą przyjaciółek, które po prostu dobrze czuły się w swoim towarzystwie, a śpiewanie i występy sprawiały im przyjemność. Wyróżniały się tym nawet na tle peerelowskiej siermiężnej rzeczywistości, o dzisiejszych kapryśnych gwiazdkach nie wspominając. Wszystkie zgodnie przyznają, że to zasługa ich profesora Jana Janikowskiego, który nie tylko uczył je śpiewać, nie tylko komponował piosenki, był ich menedżerem i specjalistą od reklamy, ale też dbał – niekiedy wręcz przesadnie – o to, by nie przewróciło im się w głowach.

„Filipinki” są dziś znane chyba wyłącznie wielbicielom muzyki lat sześćdziesiątych, ich repertuar nie był awangardowy, nie wytyczał nowych kierunków, przeminął, jak się wydaje, bezpowrotnie. A mimo to książka Marcina Szczygielskiego jest fantastyczną podróżą w czasie, bo mówi nie tylko o „pierwszym polskim girlsbandzie”, jak głosi podtytuł, ale jest też opowieścią o czasach owianych dziś mgłą sentymentu, a także kopalnią najróżniejszych ciekawostek i anegdot. Kariera „Filipinek” nie przypominała co prawda burzliwych dziejów Rolling Stonesów, ale na peerelowską skalę zdecydowanie nie była typowa. Można wręcz powiedzieć, że zespół i jego opiekun pod wieloma względami byli pionierami. „Filipinki” jako pierwsze miały podpisany kontrakt z zakładami odzieżowymi: w zamian za sceniczne kreacje reklamowały wyroby szczecińskiej „Dany”. Dbały o to, by wzmianki o nich pojawiały się w prasie – wysyłając do redakcji pocztówki z pozdrowieniami z koncertów czy informacje o swoich zamierzeniach. Lubiła je telewizja – a programy z nimi to zbiory teledysków, jak byśmy je dziś nazwali, na dodatek kręconych w szczecińskich plenerach (Szczecin, rzecz jasna, zajmuje ważne miejsce w historii „Filipinek” jako ich „port macierzysty”, co zawsze podkreślały). Dbały o fanów, odpisując pracowicie na listy (i naklejając na koperty dziesiątki znaczków kupowanych za własne pieniądze.



Pieniądze. Wydawałoby się, że grupa o statusie gwiazdy nie musiała się o nie troszczyć. Na Zachodzie pewnie opływałyby w luksusy, PRL jednak nie rozpieszczał przedstawicieli swojego show-biznesu. Jedna z „Filipinek wspominała: „Show może i był, ale biznes to akurat średni”. Jako niepełnoletnie, dziewczęta nie mogły dostawać pieniędzy za występy, obdarowywano je więc słodyczami, książkami, kompletami bielizny, a raz nawet podomkami. Gdy skończyły osiemnaście lat, sytuacja nieco się poprawiła: honoraria napływały, ale w wysokości ustalonej przez ministerstwo dla amatorów. Stawki podniosło nieco zdanie przez wokalistki egzaminu przed państwową komisją i uzyskanie statusu profesjonalnego. Z zachowanego rachunku wynika, że za nagranie trzech piosenek dla radia każda z nich dostała po 322 złote 80 groszy: 4 dolary według czarnorynkowego kursu, równoważnik 16 czekolad, 35 kilogramów ogórków małosolnych albo trzech obiadów w Bristolu. Średnia pensja w roku 1964 wynosiła 1800 złotych, one za koncert dostawały po 250 złotych. Z trzymiesięcznej trasy po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie każda przywiozła około 100 dolarów, bo i tam sprytny organizator płacił im głodowe stawki. Eldorado za to okazały się koncerty w Związku Radzieckim i tam dopiero „Filipinki” czuły się jak megagwiazdy.
 
To jest też książka do oglądania.
Jak dowiadujemy się ze zbioru ciekawostek o zespole, Marcin Szczygielski jest jednym z osiemnaściorga dzieci urodzonych przez wokalistki, nic więc dziwnego, że historię „Filipinek” spisał z pietyzmem godnym rodzinnej sagi. Zebrał relacje, przeszukał domowe archiwa koleżanek swojej mamy, w których kryły dziesiątki pamiątek: od wycinków prasowych i fotografii do kawałków materiałów ze scenicznych sukienek. Jest biżuteria z radzieckiej „Bieriozki”, czyli odpowiednika Pewexu, a nawet maskotka szympansa przywieziona z Ameryki, którą autor bawił się w dzieciństwie. Całe to bogactwo Szczygielski uporządkował i wyeksponował, sam chowając się w cieniu: głos zabierają przede wszystkim bohaterki wydarzeń i ich współpracownicy. Trudno w to uwierzyć, ale w tych relacjach, nawet o trudnych momentach, np. rozstaniu z Janikowskim, nie ma goryczy czy złośliwości. Czas pewnie zrobił swoje, ale i podejście dziewcząt do kariery odegrało swoją rolę. To była dla nich przygoda: wielka i wręcz niewiarygodna, w którą z radością się rzuciły, ale miały dość rozsądku, by pamiętać, że kiedyś się skończy. Zaczęły śpiewać jako nastolatki, a kiedy zespół przestał istnieć miały jeszcze całe życie przed sobą.

Marcin Szczygielski, Filipinki – to my!, Instytut Wydawniczy Latarnik, Wydawnictwo Agora, Oficyna Wydawnicza AS 2013.
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Agora.

Tagi , , . Pobierz permalink. RSS dla tego wpisu.

44 odpowiedzi do: Stało ich w rzędzie zawsze siedem
(Marcin Szczygielski, „Filipinki - to my!”)

  1. Nie tego wpisu oczekiwałam..;P
    Podczas lektury włączyłam piosenkę (miła odmiana po obozowej rzeczywistości) i dało to przyjemny efekt :) Aż przykro czytać, że dziewczęta utalentowane, docenianie przez publiczność dostawały głodowe stawki. Z drugiej strony ciekawe, że w ogóle nie gwiazdorzyły, że nadal utrzymywały fajne relacje między sobą i zakończyły karierę w dobrym dla siebie momencie. Dzisiejsze gwiazdki do pięt nie dorastają Filipinkom :)
    Rozumiem, że i tu Szczygielski pisze fajnie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uznałem, że przeniesienie dyskusji o Posmysz w jeszcze trzecie miejsce to już będzie przesada. Spodziewaj się tekstu koło środy.
      Stawki ustalało ministerstwo, stąd taka popularność tras po Związku Radzieckim, gdzie zarabiało się dużo lepiej. Poza tym wtedy np. wykonawca nie dostawał tantiem od sprzedaży płyt i odtworzeń radiowych, utrzymywano się z koncertów, czasem nawet dwóch, trzech dziennie. Masakra.
      Bardzo ciekawie się czyta o "tresurze", jaką przechodziły "Filipinki", żeby nie gwiazdorzyć, dziś by to pewnie podchodziło pod mobbing albo jakieś psychiczne molestowanie, choć było robione bez złych intencji. Poza tym, to było pokolenie wojenne, zaznały ciężkich powojennych czasów, więc pewnie uznawały, że grzechem byłoby narzekać na własny sukces.
      Szczygielski zawsze fajnie pisze, chociaż tu akurat chowa się w cieniu. Za to "Arka czasu" bardzo dobra, niedługo napiszę parę słów. W każdym razie jesień należy do MS :)

      Usuń
    2. W sumie faktycznie, byłoby to już trzecie miejsce! Ale będę cierpliwie wyczekiwać :)
      Może to była recepta na brak gwiazdorzenia? Te stawki i tresura. Nadal jednak miały dziewczyny niezwykły hart ducha, żeby mimo wszystko nadal śpiewać, koncertować. Pewnie ośmielę się zajrzeć do książki w wolnej chwili :) Jak wpadnie w moje ręce rzecz jasna (może się ładnie uśmiechnę do pani z Agory.. hm.. ;D)
      Ach, przypomniałeś mi o "Arce.."! Miałam kupić i gdzieś mi umknęła z listy. Trzeba koniecznie to naprawić :)

      Usuń
    3. Stawki to raczej budziły frustrację i zmuszały do nadmiernego wysiłku: wokalistki dające trzy koncerty dziennie - masakra dla głosu. Za to Filipinki miały ciekawy układ z prof. Janikowskim, on je przez cały czas traktował jak uczennice, wychowywał nie tylko muzycznie. Może trochę za mocno napisałem o mobbingu, raczej chodziło o wpajanie im szacunku do widzów, np. przez skłanianie do odpisywania na tony listów. Plus, niestety, oszczędne pochwały. Za to obie strony ewidentnie się lubiły.

      Usuń
    4. To robienie w bambuko na wyjazdach do USA wspomina też Bohdan Smoleń. Polonia waliła drzwiami i oknami, ale nie miało to przełożenia na grubość portfela artysty tylko impresaria :(

      Usuń
    5. Mam wrażenie, że to wszystko jeden impresario załatwiał:) Nie pamiętam dokładnie, ale ponoć Filipinkom wychodziło po 2 albo 3 dolary na głowę za koncert.

      Usuń
    6. Czyli potwierdza się obiegowa opinia, że nikt ci na obczyźnie nie pomoże lepiej niż rodak :(

      Usuń
    7. Nie da ci ojciec, nie da ci matka, co może dać rodak na obczyźnie :P

      Usuń
  2. Przy całej sympatii dla oryginalnych Filipinek, jednak zdecydowanie wolę ten wariant. :)
    Książkę Szczygielskiego przeglądałam w księgarni i liczba ilustracji jest rzeczywiście imponująca, to właściwie album.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezła parodia, niezła :) Ale jednak oryginał miał więcej kobiecego wdzięku:)
      Książka jest imponująco wydana, album to dobre słowo. Na dodatek całość genialnie rozplanowana, nie trzeba się odrywać od tekstu głównego, żeby poczytać reprodukowane artykuły z prasy.

      Usuń
    2. I fryzury się nie zgadzają, tudzież kolor włosów. :)
      Na pewno fani rozpaczali po rozstaniu Filipinek, ale z drugiej strony po prostu zostawiły miłe wspomnienia, w przeciwieństwie do niektórych nieustannie chałturzących przebrzmiałych gwiazd, zwłaszcza zespołów występujących w dziwnych mutacjach, awanturujących się ze sobą o tantiemy, etc.
      Zastanawiam się, co było wcześniej, Filipinki czy "Filipinka"? :)

      Usuń
    3. Najpierw Filipinka, bo zespół ma nazwę od czasopisma:)
      "Filipinki" śpiewały, póki sprawiało im to przyjemność, karierę skończyły koło trzydziestki i jako wykształcone ekonomistki poszły do pracy. Jest w książce stwierdzenie, że dzięki temu mają w miarę godziwe emerytury:)

      Usuń
    4. Ciekawe, czy pracowały w tej samej firmie? Mogłyby sobie uprzyjemniać chóralnym śpiewem przerwy śniadaniowe. :)
      Może szkoda, że nie powstały kolejne hity, ale powiedzenie, że trzeba wiedzieć, kiedy odejść, szczególnie brutalnie sprawdza się w przypadku gwiazd estrady. Choć na pewno to jest trudna i bolesna decyzja.

      Usuń
    5. Chyba tylko raz, krótko, dwie pracowały razem, zapewne szło im śpiewająco:)
      Przyczyną zakończenia kariery nie było wypalenie czy spadek popularności, tylko rzecz dość chyba rzadka w tym biznesie: przeważyło życie osobiste.

      Usuń
    6. To tym lepiej świadczy o Filipinkach. :) Dla niektórych aktualnych celebrytów taki powód w ogóle nie wchodziłby w rachubę.

      Usuń
    7. Chyba kwestia innego wychowania:)

      Usuń
  3. W czwartek w Szczecinie odbyło się spotkanie promujące tę książkę, z udziałem autora, kilku Filipinek, połączone z projekcją filmu i nawet poczęstunkiem. Podobno było cudownie. Niestety ja nie dotarłam, bowiem życie nie jest dla mnie ostatnio łaskawe i trochę żałuję. Powstaje też coś w rodzaju audiobooka, czytanego także m.in. przez Filipinki (info tutaj).
    Tylko pozazdrościć Filipinkom, że jedna z nich wychowała syna, któremu chciało się tak bardzo zaangażować w utrwalenie tamtych chwil. Bo przecież, jak napisałeś, nie był to zespół, który zapisał się nieścieralnymi zgłoskami w historii polskiej muzyki. Próbowałam zresztą namówić swoich rodziców na udział w tym spotkaniu, ale nie wykazali ani odrobiny entuzjazmu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem absolutnym antyfanem spotkań autorskich, ale gdybym mieszkał w Szczecinie to poleciałbym biegiem. Bez względu na poczęstunek. Szkoda, że Ci się nie udało.
      A Szczygielski utrwalił nie tylko dzieje zespołu, ale i kawał epoki, z jej absurdami, atmosferą. Nawet strojom dużo miejsca poświęcił, to tak dodam zachęcająco:)

      Usuń
    2. Te stroje to mnie akurat tak średnio, ale doceniam starania. Jeśli święty Mikołaj przyniesie, z radością przyjmę, jeśli trafi się jakaś okazja by pożyczyć, skorzystam, ale kupować nie będę. Wolę wydać te pieniądze na książki dla dzieci, chociażby wspomnianą "Arkę czasu":)
      W poniedziałek w Szczecinie będzie jeszcze jedno spotkanie ze Szczygielskim, tym razem już nie filipinkowe, ale żeby się na nim pojawić, musiałabym chyba zabić parę osób. Na razie obczytuję więc teorię dotyczącą morderstw doskonałych:P

      Usuń
    3. Mam nadzieję, że uda Ci się opanować odpowiednią technologię i zjawić się na spotkaniu. Chętnie bym poczytał Twoje sprawozdanie :)
      A stroje czemu Cię nie kręcą? Bo wpisie o kieckach myślałem, że dasz się skusić:P

      Usuń
    4. Tak, tak, oczywiście. Rozumiem, że jesteś też gotowy zapewnić, że będziesz mnie odwiedzał w więzieniu i przynosił książki?
      Stroje nie kręcą mnie o tyle, że nie mam czasu ani ochoty się nad nimi specjalnie zastanawiać i szczegółowo analizować. Wiem, co lubię, a czego nie lubię i tego się trzymam, robiąc kieckowe zakupy. Ale żeby o tym czytać?

      Usuń
    5. Czy nasze zakłady karne nie mają bogato zaopatrzonych bibliotek? Ale oczywiście, jeśli tylko chcesz, dołożę czasem coś do czytania do paczki z cebulą.
      O strojach jest w sam raz, można się dowiedzieć jak nazywał się pewien typ kapelusika, a jak białe botki z suwakiem :D

      Usuń
    6. Już zaczynasz się migać, jak widzę. Odmawiam przyjmowania paczek z cebulą, zamiast tego proszę o herbatę liściastą, abym miała z czego przygotować czaj!
      Stawiasz, że skuszę się na kapelusik czy na białe botki?:P

      Usuń
    7. Do robienia czaju to chyba bym Ci musiał przemycić żyletki i trochę drutu, żebyś mogła gotować wodę, chyba że teraz można mieć w celi elektryczny czajnik. Ale herbatę proszę bardzo:)
      Moim zdaniem na botki, niekoniecznie białe. Kapelusik chyba nie w Twoim stylu :P

      Usuń
    8. Ostatni raz byłam w więzieniu 13 lat temu, a i to przelotnie, toteż nie jestem obeznana w aktualnie panujących tam zwyczajach i normach. Wszyscy, którzy do mnie stamtąd piszą, milczą zaś na temat napojów, skupiając się głównie na metrażu:(
      I zawsze chciałam być wytworną damą w kapelusiku z woalką, o!:P

      Usuń
    9. Zawsze chyba możesz się szczegółowo dopytać, nie?
      Myślisz, że takie botki
      by nie pasowały do kapelutka z woalką?

      Usuń
    10. Pewnie! W poniedziałek zobowiążę do uzupełnienia braków formalnych pisma poprzez wyjaśnienie, czy w celi są czajniki!:P
      Obawiam się, że takie botki, z uwagi na ich go-go nazwę, pasowałyby tylko do woalki używanej zamiast ubrania:(

      Usuń
    11. tak jest, żadnych braków formalnych nie zniesiemy!
      A gogo boots są bardzo uniwersalne: taka Nancy Sinatra miała to opracowane w szczegółach

      Usuń
  4. Dziękuję! I pozdrawiam serdecznie w imieniu Filipinek i swoim ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)
      https://www.facebook.com/marcin.szczygielski.pisarz?ref=tn_tnmn

      Usuń
  5. Uwielbiam takie książki! Przeczytałabym z największą ciekawością :)

    OdpowiedzUsuń
  6. super,nic dodać,nic ująć,a tak nawiasem mówiąc,czasem się zastanawiam,jak to się dzieje,że słyszę np. piosenkę"czerwonych gitar"i wiem,że w boże ciało,w 1977roku,byłam we wrocławiu,był upał jak cholera(przepraszam),a ja siedziałam sobie na ławeczce i słyszałam-"...nieutulony w sercu żal,bo za jedną siną dalą druga dal...",wiem to na pewno,dziś słyszę,na RMF-ie,jakieś megagwiazdy i choćby od tego zależało moje życie,to nie wiem kto i co śpiewa,dziś tego nie wiem,a co dopiero za czterdzieści lat,nie ma szans,wszyscy oni wydają mi się tacy sami,ha ha ha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można by westchnąć, że dziś to żadna muzyka, ale pełnie młodsi będą tak samo kojarzyć Lady Gagę z jakąś piękną chwilą :) Poza tym słuchanie RMF-u to jakiś dźwiękowy masochizm jest, tam faktycznie nie ma na czym ucha zawiesić:P

      Usuń
  7. wiem,że tak musi być,zawsze tak było,gusty się zmieniają,ale tego nie da się zaśpiewać ani nawet słuchać,nie mówiąc o zapamiętaniu,facet śpiewa pięćdziesiąt razy jedno i to samo i o czym?jakby chciał zawrzeć w jednej piosence wszystkie bóle tego świata,w gazetach też nie ma prawie takiej"dobrej krytyki",piszą z kim taka megagwiazda śpi albo z kim ma dzieci i jakie alimenty wysądziła,ha ha ha ,wiem,nie powinnam tego pisać,ale co sobie będę żałować,cieszę się,że urodziłam się na tyle wcześnie,że zdążyłam się jeszcze załapać choćby na"filipinki"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się cieszę, że zdążyłem na lata 80. i 90., a dzięki tacie to się i na Niemena załapałem, i na Breakout. Oni faktycznie nie musieli się rozbierać na pudelku, żeby sprzedać parę płyt więcej. A dzięki nowomodnym wynalazkom nie jesteśmy zdani na radiową papkę, możemy sobie słuchać, czego chcemy, na szczęście. Zawsze to jakiś pozytyw.

      Usuń
  8. w pełni się z panem zgadzam,mamy wybór i to jest fajne,czasem,kiedy czytam lubię słuchać np.tego-"Vivaldi: Concerto for 2 mandolins ",tylko proszę się nie śmiać,bo ja naprawdę to lubię,co nie znaczy,że nie słucham niczego innego,bo słucham bardzo różnych rzeczy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego miałbym się śmiać z Vivaldiego? sam lubię, co prawda znam tylko Cztery pory roku i bardzo lubię.

      Usuń
  9. ja też"cztery pory roku"lubię,no ten koncert na dwie mandoliny,podoba mi się wyjątkowo,często go słucham,mam go na płycie,zresztą barok należy do moich ulubionych epok,w muzyce też
    '

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba poszukam tych mandolin, bo to nie jest instrument, który mi się dobrze kojarzy. Parenaście lat temu odkrył polski barok: Grzegorz Gerwazy Gorczycki.

      Usuń
  10. o dzieki,też go chyba poszukam,a nuż przypadnie mi do gustu,barok jest tak cudownie różnorodny,że każdy może znaleźć w nim coś dla siebie,w zależności od nastroju

    OdpowiedzUsuń
  11. ma pan rację,ale pewnie i tak,utwory barokowe zostaną moimi ulubionymi,te mandoliny też,ha ha ha...............

    OdpowiedzUsuń

Swoje komentarze proszę zostawiać na nowej stronie bloga: http://zacofany-w-lekturze.pl/, tam na pewno na nie odpowiem.

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.