Archiwum stycznia 2013

Panowie życia i śmierci





Ernst Klee, Auschwitz. Medycyna III Rzeszy i jej ofiary, tłum. Elżbieta Kalinowska-Styczeń, Universitas 2009.


[...] Będę stosował zabiegi lecznicze wedle mych możności i zdolności ku pożytkowi chorych, broniąc ich od uszczerbku i krzywdy.

Nikomu, nawet na żądanie, nie podam śmiercionośnej trucizny, ani nikomu nie będę jej doradzał, podobnie też nie dam nigdy niewieście środka na poronienie. W czystości i niewinności zachowam życie swoje i sztukę swoją. [...]

Jeżeli dochowam tej przysięgi i nie złamię jej, obym osiągnął pomyślność w życiu i pełnieniu swej sztuki, ciesząc się uznaniem ludzi po wszystkie czasy; w razie jej przekroczenia i złamania niech mię los przeciwny dotknie. (Fragmenty Przysięgi Hipokratesa
W licznych wspomnieniach z niemieckich obozów koncentracyjnych mowa jest o pseudomedycznych doświadczeniach przeprowadzanych na więźniach. Można jednak odnieść wrażenie, że tego rodzaju haniebne czyny stanowiły półprywatną działalności zdegenerowanych lekarzy, którzy wykorzystywali łatwy dostęp do „ludzkich królików doświadczalnych” dla zaspokajania własnych zainteresowań czy po prostu sadystycznych skłonności. Praca Ernsta Klee, doskonale udokumentowana i rzetelna pod względem naukowym, porządkuje wiedzę o medycynie w czasach narodowego socjalizmu i ukazuje obraz wstrząsającego zdeprawowania nie tylko pojedynczych medyków, ale i całego wspieranego przez władze systemu, który miał służyć realizacji celów rasowych i badawczych, ale również wspomagać eksterminację.
Ideologia Trzeciej Rzeszy uznaje, że używanie „niepełnowartościowego materiału ludzkiego” – psychicznie chorych, niepełnosprawnych, przestępców, „podludzi” – w badaniach naukowych jest pożyteczne dla zdrowia przyszłych pokoleń, a więc w pełni usprawiedliwione. Znajdują się naukowcy i lekarze, którzy w to wierzą, a może tylko pragmatycznie wykorzystują okazję, by na nieznaną w historii skalę korzystać z nowych możliwości. Obozy koncentracyjne stają się niemal niewyczerpanym rezerwuarem „obiektów doświadczalnych”: testuje się na nich leki na gruźlicę i malarię, szczepionki na dur brzuszny, sprawdza, jak reaguje ludzki organizm na gazy bojowe, pobyt w lodowatej wodzie i rozrzedzonym powietrzu; wyszukuje się bliźnięta, aby badać teorie dotyczące dziedziczności, a szkielety karłów i kalek preparuje na potrzeby anatomów.
Podczas czytania nieustannie obecne jest pytanie, jak to możliwe, że znalazło się co najmniej kilkuset lekarzy, którzy służyli nazizmowi i z entuzjazmem korzystali z nowych perspektyw. Część z nich działała z pobudek ideologicznych, wielu zapewne jednak miało na celu zaspokojenie jedynie własnych naukowych ambicji. Przekraczali granicę, której żadnemu lekarzowi nie wolno przekroczyć. Stawali się panami życia i śmierci – zwłaszcza śmierci, gdyż lekarze w obozach koncentracyjnych nie mieli leczyć, mieli zabijać. Przerażające jest to, że „lekarze, o których mowa w tej książce, zaznaczają w swych zeznaniach, że nigdy nie naruszyli etosu lekarskiego”. Co jeszcze bardziej przerażające, również ich koledzy po fachu po wojnie często uważali tak samo, wielokrotnie oczyszczając ich z winy przed sądami, czy chroniąc przed karą w inny sposób, choćby przez wystawianie fałszywych świadectw zdrowia. Ukarana przez prawo została garstka tych, którzy dokonywali selekcji na rampie w Auschwitz, i nieliczni z tych, którzy przysparzali cierpień innym w imię źle pojętego postępu naukowego. Większość wykpiła się niskimi wyrokami czy wręcz uchodziła za niewinnych. Pracowali po wojnie w instytutach naukowych, szpitalach, domach opieki, prowadzili prywatne praktyki i współpracowali z przemysłem. Ci sami ludzie, którzy eksterminowali niepełnosprawnych, po 1945 roku kształtowali podejście chociażby do chorych na stwardnienie rozsiane. To „uświadamia, dlaczego niepełnosprawni do dziś muszą walczyć z izolacją społeczną i fantazjami o ich eliminacji”. Fachowe periodyki zamieszczały artykuły oparte na wynikach doświadczeń na ludziach; często autorzy nawet nie zadawali sobie szczególnego trudu, by zamaskować prawdę o swych eksperymentach. Wiedza zdobyta w niemoralny sposób okazała się też przydatna zwycięzcom – Amerykanie i Rosjanie zapewnili pracę między innymi specjalistom od medycyny lotniczej.
Ernst Klee dawkuje szczegóły medyczne, posługuje się neutralnym, naukowym językiem, czasem jednak wystarczy niedługi cytat z jakiejś relacji, by niemal fizycznie odchorować lekturę, szczególnie jeśli mowa jest o doświadczeniach na dzieciach. Książka jest aktem oskarżenia, nie tylko narodowego socjalizmu i tych, którzy w jego imię sprzeniewierzyli się etyce, ale również tych, którzy obłudnie udawali, że o niczym nie wiedzą. To również pomnik tysięcy ofiar pseudomedycznych eksperymentów, setek tysięcy tych, którzy umierali z braku pomocy lekarskiej, oraz milionów jednym gestem lekarza kierowanych bezpośrednio do komór gazowych.

Za przesłanie książki dziękuję TAiWPN Universitas.

Tagi , , | 16 Komentarzy

Kosmiczny Eden czy cmentarzysko?
(Stanisław Lem, „Eden”)



Stanisław Lem, Eden, Agora 2008.

W cyklu Jamesa White’a o szpitalu kosmicznym  kontakty z obcymi cywilizacjami są może nie na porządku dziennym, ale następują na tyle często, że powstały wyspecjalizowane w nich służby i opracowano drobiazgowe procedury postępowania, by zetknięcie nieznanych ras rozumnych miało jak największe szanse powodzenia. W optymistycznej wizji White’a niechęć do kontaktu czy strach przełamują zwykle humanitarne gesty: jeśli ktoś leczy twoich rannych czy chorych, nie może być zły.

Według Stanisława Lema zetknięcie się dwóch obcych światów niekoniecznie musi skończyć się porozumieniem. I nie chodzi tu o niemożność przełamania różnic czy znalezienia wspólnego języka, ale o absolutny brak zainteresowania jednej ze stron nawiązaniem kontaktu.

Załoga rakiety, która lądowała awaryjnie na planecie Eden, zauważyła ślady cywilizacji. Podczas rekonesansów razem z kosmonautami oglądamy plastycznie opisane miejsca: roślinną fabrykę, produkującą bez końca rzeczy, które wyglądają na buble, ogromne, cylindryczne cmentarzysko, klaustrofobiczne miasto, ale przede wszystkim ze zgrozą odnotowujemy, że na planecie trwa masowy mord. Eden przypomina wielki grób. Ziemianie gubią się w domysłach, próbują dopasować to, co widzą, do ziemskich doświadczeń – w pierwszym odruchu chcą opowiedzieć się po stronie prześladowanych, wspomóc ich posiadanym arsenałem. Czy mają do tego prawo? Czy pomogą w ten sposób komukolwiek? Czy nie zaszkodzą sobie?

„Eden” zapowiada się początkowo na „międzyplanetarną robinsonadę”: mamy utalentowanych rozbitków, dysponujących wiedzą i umiejętnościami, nieznany świat, który można eksplorować, perspektywę kontaktu z cywilizacją, otrzymania pomocy. Szybko jednak ten nastrój rodem z Juliusza Verne’a ustępuje; atmosfera się zagęszcza. Pojawia się niepewność, niepokój, oczekiwanie czegoś nieuchwytnego – a każde nowe odkrycie budzi nieokreśloną grozę. Lem tworzy sugestywne opisy Edenu, duszne, przytłaczające; wszystko wręcz krzyczy, domaga się, by nie wnikać głębiej, by pozostawić sprawy swojemu biegowi. Krok po kroku zbliżamy się do wyjaśnienia zagadki. Planeta i jej władze na wiele sposobów okazują, że intruzi nie są mile widziani.

Książka niesie liczne ostrzeżenia: nie tylko przed nadmiernie optymistyczną wizją ewentualnych kontaktów z Obcymi, ale przede wszystkim przed tym, co ludzkość może zgotować sobie sama: przed manipulowaniem językiem przez władze, przed kontrolą nad każdym aspektem życia obywateli, starannym izolowaniem ich od wpływów zewnętrznych (w chwili wydania wszystko to nasuwało z pewnością skojarzenia ze stalinizmem), czy wreszcie przed eksperymentami biotechnologicznymi (co z kolei nam wydaje się aktualne). „Eden” powstał w 1958 roku, a bardzo niewiele o tym świadczy. Ot, w rakiecie jest biblioteka wypełniona książkami, obrazy z życia planety utrwalane są na taśmie filmowej, a podczas rozmów z Obcym w użyciu jest tablica i kreda. Całość nadal jednak robi ogromne wrażenie oryginalnością i śmiałością wizji; budzi podziw swoją przenikliwością i uniwersalnym przesłaniem. 

Tagi , | 27 Komentarzy

W ogłuszającym kłamstwie miasta


Delphine de Vigan, Ukryte godziny, tłum. Joanna Kluza, Sonia Draga 2010.

Mobbing, nietrwałe, powierzchowne związki, przepracowanie, zniechęcenie, samotność, bieda, anonimowość w tłumie, agresja – o tym jest powieść Delphine de Vigan. To wszystko elementy współczesnego życia w wielkiej metropolii, która daje szanse, ale też bezlitośnie przeżuwa i wypluwa tych, którzy osłabli, którzy nie nadążyli. Miasto jest scenerią, ale i bohaterem „Ukrytych godzin”. Po jego ulicach i tunelach metra krążą codziennie miliony ludzi, wśród nich Ona – Mathilde, czterdziestoletnia wdowa, do niedawna kobieta sukcesu, a obecnie kłębek nerwów, zaszczuta przez swojego szefa, odsuwana od pracy, spychana na margines korporacyjnego życia, i On – Thibault, lekarz, który jeździ od pacjenta do pacjenta, frustruje się w korkach, widzi miasto we wszystkich jego wcieleniach: eleganckie biura i odrapane czynszówki, gabinety prezesów i zatęchłe mieszkania staruszek, i pragnie zmiany. Oboje samotni: Mathilde wierna pamięci męża, niechętna zbudowaniu nowego, poważnego związku, a Thibault świeżo oswobodzony z romansu, w którym brakowało mu niemal wszystkiego – ciepła, bliskości, zaangażowania, a czysta fizyczność przestała mu wystarczać. Wydaje się, że tych dwoje mogłoby dać sobie szansę, wesprzeć się wzajemnie, zbudować coś trwałego.
Po pierwszych kilkudziesięciu stronach wydaje się, że doskonale wiemy, jak się wszystko potoczy, ale nic z tego. Delphine de Vigan jest wnikliwą obserwatorką, umie konstruować historie i zaskakiwać czytelnika. Nie na darmo akcja rozgrywa się w mieście, które jest „ogłuszającym kłamstwem” i nieskończonym obszarem skrzyżowań.
De Vigan znakomicie prowadzi swoich bohaterów; niby krążą po oddzielnych orbitach, ale grawitują ku sobie, zbliżają się i oddalają. Krok po kroku poznajemy oboje coraz lepiej. Początkowo ciekawsza wydawała mi się Mathilde, może dlatego, że mobbing, jakiemu jest poddawana, wciąż rzadziej pojawia się w literaturze niż kryzys uczuciowy i zawodowy czterdziestoparolatka, ale autorka dopracowała postać Thibaulta, którego problemy okazały się mniej oczywiste, niż mogło się wydawać. Stosunkowo najsłabiej wypada trzeci bohater książki, czyli miasto. W jego opisie spostrzeżenia zadziwiająco trafne i świeże mieszają się z banałami, wielkomiejska atmosfera oddana jest jednak bardzo sugestywnie. Obserwujemy je oczami bohaterów, a ich stan psychiczny wpływa na odbiór metropolii.
Każdy, kto kiedykolwiek czuł się śmiertelnie zmęczony, kto walczył co rano, żeby zwlec się z łóżka i ruszyć do coraz bardziej nienawistnej pracy, doskonale zrozumie Mathilde i Thibaulta, niech nie liczy jednak na to, że znajdzie w powieści pokrzepienie albo cudowny sposób na wyjście z tego stanu odrętwienia. Thibault dostaje co prawda od przyjaciela medyka radę, że trzeba „wyrwać kroplówkę”, dokonać radykalnego cięcia – czy to jednak na pewno da spodziewany rezultat? Po skończeniu książki nie można sobie nawet powiedzieć z wątpliwą satysfakcją, że inni mają gorzej od nas, a mimo to lektura działa w pewien sposób oczyszczająco, przynajmniej na chwilę, póki znów nie dopadną nas własne problemy, a kłopoty bohaterów nie pójdą w niepamięć.

Tagi | 43 Komentarzy

Jeremi Przybora, „Skrzynki do pelargonii”



Szanowna Pani!
W związku z oberwaniem się balkonu Sz. Pani, uprzejmie zapytuję, czy nie zechciałaby Pani odstąpić mi po cenie godziwej skrzynek do pelargonii, które na razie nie są Pani potrzebne, ponieważ nie posiada już Pani Szanowna wspomnianego balkonu. Wątpię, czy jeszcze w tym sezonie opłaci się Pani Szanownej sprawiać sobie nowy balkon, a skrzynki, które leżą w szopie, jak to mogłem stwierdzić osobiście, zaglądając w szparę pod nieprzyzwoitym napisem, a mianowicie pod literą „u” wzmiankowanego, niszczeją i na przyszły rok będą już do niczego niezdatne. Wspomniałem wyżej o cenie godziwej, bo one się rozmontowały od upadku i musiałbym je podinwestować w razie przychylnego ustosunkowania się Szanownej Pani do mojej propozycji. Jako sąsiad posiadam balkon tych samych rozmiarów i skrzynki by mnie w związku z tym satysfakcjonowały.
Z poważaniem 
Kaźmierz Sanka

Szanowna Pani!
Przed dwoma tygodniami zwróciłem się do Pani Szanownej z uprzejmym zapytaniem w sprawie skrzynek do pelargonii po oberwanym balkonie Pani Szanownej. Mimo iż listowi mojemu, tak pod względem grzeczności, jak i rzeczowości propozycji w nim zawartej, nie da się nic zarzucić, nie uznała Pani Szanowna za właściwe odpisać. Propozycję więc ponawiam.
Z poważaniem 
K. Sanka

Szanowna Pani!
Trzeci raz piszę już do Pani Szanownej w sprawie tych rozchrzanionych głupich skrzynek, a Pani Szanowna nie raczy odpowiedzieć! Śmiałości osobistej ja nie posiadam, żeby zwrócić się do Pani Szanownej bezpośrednio, zwłaszcza będąc drobnym, chociaż dokładnie zbudowanym mężczyzną. Jest Pani szczególnie bogatej i dużej budowy, co zawsze w kobietach dodatkowo mnie impresjonowało i onieśmielało mnie z nimi. Raz jeszcze ponawiam propozycję.
Z poważaniem 
Sanka

Szanowny Panie Sanka!
Nie rozumiem pańskiego zniecierpliwienia się, wziąwszy pod uwagę, że dopiero dzisiaj zdjęli mi gips, nie mówiąc już o tym, że z balkonem moim oberwało mi się, oprócz mnie samej, również dwóch wujów, trzy ciotki i jedno stryjostwo. Na szczęście spadliśmy na markizę kawiarni przeważnie, ale np. taki wuj Jedynak – nie i wszelkie formalności spadkowe całkowicie mnie zaabsorbowały. Tak się, biedaczysko, napatrzył generała Kwaśniaka, któregośmy wszyscy do momentu oberwania się balkonu także podziwiali – jadącego na manewry. Dziś już czuję się lepiej i mogę odpowiedzieć, czego bym nie uczyniła z powodu pańskiej oschłości i braku napomknienia, choćby w rozmiarach minimalnego współczucia na poczet mojej katastrofy, gdyby nie ładny zwrot o budowie mojej w poprzednim liście, co mnie ujęło, że pana onieśmiela. Skrzynki oczywiście weź pan sobie, a co do ceny, to nie pójdziemy z tym do wójta.
Łączę wyrazy 
Emilia Perdrysiewicz

Szanowna Pani Emilio!
Proszę mi wybaczyć brak współczucia, które de facto dla pani posiadam, ale akurat piłem kawę pod tą markizą, kiedyście się obrywali i dostałem poprzez tą markizę albo wujem Pani Szanownej, albo ciotką jaką, tak że mi jeszcze do dziś szumi w głowie i miejscami miewam zawroty, ale coraz mniejsze. Zwłaszcza wypadek wujka Pani Szanownej mnie wzruszył, bo widując Panią Szanowną z zachwytem na jej balkonie, wśród pięknych pelargonii, nie przypuszczałem, że posiada pani tak majętnego krewnego, który nie przetrzyma widoku generała Kwaśniaka z lotu ptaka. Ja natomiast posiadam dziadka, właściciela sporego ogrodownictwa pod miastem, którego takie rzeczy jak widok generała Kwaśniaka zupełnie nie interesują i do dziś trzyma się dobrze, chociaż co to za egzystencja – sama skleroza. Zamiast dbać o ogrodownictwo, jak się należy, to on ciągle u mnie przesiaduje i taki niego pożytek, że lubi nalewkę smorodinówkę i jak spytać: „Dziadku, jak pogoda?” to wychodzi na balkon i sprawdza. Gdyby Pani Szanowna nie wzgardziła drobnym wdowcem, który Panią uwielbia, tobym, niezależnie od tych skrzynek, złożył Pani Szanownej ewentualną zapoznawczą wizytę z dziadkiem, zaznaczając notabene, że dziedziczę po nim. Za skrzynki dziękuję. A co się stało z pelargoniami, które chyba też jeszcze częściowo się nadają?
Z poważaniem
Kaźmierz

Drogi Sąsiedzie Kaźmierzu!
Jak z tego wynika, oboje kochamy szczerze naturę z jej pelargoniami czy też ogrodownictwem. Zapraszam więc Pana razem z dziadkiem na herbatkę zapoznawczą z nalewką smorodinówką na czwartek o piątej. Żeby nam się tylko nie wyrwało dziadka pytać o pogodę, bo u mnie na balkon wyjść można, ale stanąć na nim już nie sposób od czasu, jak on się urwał. A klucz od niego gdzieś mi się zapodział i jest otwarty... Pelargonie, które mi ocalały jeszcze z tych skrzynek rozchrzanionych, jak Pan to dowcipnie określił, częściowo zasadziłam wujkowi Jedynakowi na mogiłce, a częściowo jeszcze posiadam do zasadzenia.
Łączę te same wyrazy co zazwyczaj
Emilia
Jeremi Przybora i Kalina Jędrusik.

Jeremi Przybora, Nieszczęśliwy wypadek podczas wniebowzięcia, PiK 1994, s. 50–53.

Tagi | 33 Komentarzy

Dwie Hiszpanie murem przedzielone...




Juan Eslava Galan, Niewygodna historia hiszpańskiej wojny domowej, tłum. Jan Wąsiński, Jerzy Wołk-Łaniewski, Wydawnictwo Dolnośląskie 2010.
Wrzask w niebo uderza wysokie
I z trzaskiem krzyżują się kije.
Pod zmierzchu złocistym obłokiem
Co sił w grzbietach swój swego bije
Tak Jacek Kaczmarski zaczyna swą interpretację obrazu Goi „Bójka na kije”.  W wersji, w jakiej znamy to malowidło dzisiaj, przedstawia dwóch wiejskich osiłków okładających się pałkami. Obaj tkwią prawie po kolana w błocie, nie mogą się ruszać, a tym samych ich pojedynek nie może doczekać się rozstrzygnięcia. Podobnie przez większość czasu wyglądały zmagania w hiszpańskiej wojnie domowej: wymieniano ciosy, ale żadna ze stron nie zdobyła przewagi, za to cierpiał cały kraj: mężczyźni ginęli na froncie, kobiety i dzieci głodowały na tyłach, obie strony dopuszczały się okrucieństw, bezwzględnie eliminując politycznych przeciwników.
Francisco Goya, Bójka na kije, 1819-1823.
O co w ogóle poszło? Wybory lokalne w 1931 roku wygrali republikanie, król Alfons XIII opuścił kraj. Rozpoczął się okres reform i modernizacji. Ci, którzy stracili przywileje: właściciele ziemscy, wojskowi, duchowni stawili opór. Rząd atakowali jednak też ci, którzy powinni popierać zmiany: komuniści i anarchiści zarzucali jednak władzom, że nie są dość radykalne. W 1936 roku wybory parlamentarne minimalną przewagą głosów wygrał blok lewicowy i zdobył większość mandatów. Rozstrzygnięcie nie spodobało się prawicy, nie spodobało się anarchistom. Mnożyły się starcia, spory polityczne, spiski przeciwko rządowi. W lipcu 1936 roku w Madrycie zginął na ulicy porucznik rządowej milicji, zabity przez członka skrajnie prawicowej Falangi. Towarzysze zabitego w odwecie zamordowali prawicowego polityka. Pogrzeby obu ofiar odbyły się tego samego dnia na oddzielonych murem sąsiednich cmentarzach: pojawiły się „dwie Hiszpanie murem przedzielone”.
Konflikt się nasilał, część wojskowych zorganizowała pucz, by obalić rząd. Wśród zbuntowanych był generał Francisco Franco, mierny dowódca, kunktator i spryciarz, który wyjdzie z krwawych zmagań jako Wódz, „El Caudillo”, i władać będzie Hiszpanią aż do swej śmierci w 1975 roku.
Jose Eslava Galan jest autorem wielu powieści, w tym kryminałów. Wydawało mi się, że nie jest to najlepsza rekomendacja dla napisanej przez niego książki historycznej – nic bardziej mylnego. Autor z dużym wyczuciem wybrał kwestie i wydarzenia najważniejsze, ubarwił je starannie dobranymi fragmentami wspomnień, artykułów prasowych, przemówień. Są momenty radosne i bolesne, podniosłe i humorystyczne; przenosimy się do sztabu generała Franco, siedzib rządu, koszar, okopów, szpitali polowych, kawiarni i mieszkań prywatnych. Wysłuchujemy głosu wojskowych i polityków, ale też szeregowych żołnierzy i cywilów. Powstała praca spójna, rzetelnie udokumentowana, ale nie drobiazgowa, budową przypominająca powieść – i to całkiem wciągającą. Najdokładniej omówiony jest początek wojny, potem zmagania o Madryt i walki nad Ebro. O zbombardowaniu Guerniki jest mowa, ale to tylko jeden z wojennych epizodów. Marginalnie traktowane są kwestie zagranicznego wsparcia dla obu stron czy udziału cudzoziemców w wojnie (bohater czasów PRL, Karol Świerczewski, u Galana ledwie jest wzmiankowany, podobnie zresztą jak Ernest Hemingway). Najważniejszy jest jednak obiektywizm autora, który nie opowiada się po żadnej ze stron konfliktu: pokazuje błędy polityczne i wojskowe rebeliantów i republikanów, opisuje okrucieństwa jednych i drugich, nikomu nie schlebia. Dla Hiszpanów z pewnością jest to „niewygodna historia”, jak zapowiada tytuł. Dla mnie to znakomite wprowadzenie w jeden z najbardziej bolesnych epizodów dziejów najnowszych, zerwanie z czarno-białym przedstawianiem wojny domowej, które pamiętam z peerelowskich publikacji.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Dolnośląskiemu.

Tagi , | 24 Komentarzy

Minął rok drugi



Dwa lata temu pojawił się pierwszy wpis na moim blogu.
Wszystkim, którzy przez ten czas czytali to, co pisałem, komentowali, inspirowali i wspierali bardzo dziękuję.
Zapraszam na tradycyjny tort, a tych, którzy nie lubią słodyczy albo mają już dość podsumowań czytelniczych, od razu do bufetu.


***
Pod względem ilościowym rok 2012 był całkiem niezły, gorzej z objawieniami i książkami rzucającymi na kolana. Najwięcej wrażeń przyniosły dwie klasyczne już powieści Johna Steinbecka: „Na wschód od Edenu” i „Myszy i ludzie” – obie pełne uniwersalnej mądrości, a na dodatek znakomite literacko. Takich książek się już dziś nie pisze, westchnąłem w recenzji, i faktycznie: dwa kolejne tytuły na liście najlepszych powieści ubiegłego roku też mają swoje lata: „Świniobicie” Magdy Szabo jest pogłębioną psychologicznie historią dwóch rodzin, na dodatek misternie skonstruowaną, „Eden” Stanisława Lema zaś to trzymająca w napięciu i pełna goryczy opowieść o próbie nawiązania kontaktu z Obcymi – o tej książce niedługo więcej.
Muszę też wspomnieć o „Niuchu” Terry’ego Pratchetta, który z autora humorystycznych historii od dłuższego czasu zmienia się w autora życiowych historii zaprawionych goryczą (ale wciąż pełnych humoru). W kategorii powieść młodzieżowa konkurencję zdystansował Marcin Szczygielski i jego „Omega”, brawurowa historia dojrzewania nastolatki. Z książek dla dzieci królują „Mali bohaterowie” Zofii Lorentz, po części z sentymentu z dzieciństwa, ale przede wszystkim dlatego, że to świetna rzecz o trudnych sprawach: wojnie, walce, odwadze i umieraniu.
Dział literatury faktu zdominowały trzy portrety kobiet nieprzeciętnych. Najpierw biografia Haliny Mikołajskiej pióra Joanny Krakowskiej, rzecz o aktorce i opozycjonistce, rewelacyjny obraz czasów PRL. Działań w opozycji dotyczą też w dużym stopniu wspomnienia Anki Kowalskiej „Folklor tamtych czasów”, niemal reporterski zapis pracy w Komitecie Obrony Robotników. Wreszcie lektura grudniowa: dziennik wojenny Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej „Wojnę szatan spłodził”: intymne, bolesne, przejmujące notatki poetki oderwanej od najbliższych i umierającej w obcym, nieżyczliwym kraju. O tych zapiskach również więcej napiszę wkrótce.
***
A teraz zapraszam już do pogawędek przy bufecie.


Tagi , | 119 Komentarzy

Jeremi Przybora, „Polowanie na maciorę api”



Było to w czasach, kiedy jako młody jeszcze podróżnik tropikalny przemierzałem dżunglę dorzecza Amazonki. Pewnego tropikalnego poranka, kiedy odpoczywałem w cieniu drzewa mambo, nad jednym z jej lewych dopływów, nadbiegł zdyszany Nagikapu, wierny tubylec, bajecznie kolorowy, i tak rzecze w narzeczu dorzecza: – O świcie maciora api wyprowadzi młode na skraj dżungli i wtedy będzie można ją wydoić.
Trzeba tu wyjaśnić, że udój dzikich macior api jest niesłychanie trudny i niebezpieczny. Dostarczają one mleka dobrowolnie jedynie swoim młodym i to tylko wtedy, kiedy je posiadają. Poza tym niejednokrotnie wolą unicestwić śmiałków, miast dać się im wydoić. Mniej niebezpieczne maciory dają, na widok białego człowieka, mleko odciągane.
Kiedy bóg Ramoginawambula (tak tubylcy nazywają zmierzch) napełnił dżunglę jazgotem dzikich bestii, wsiedliśmy wraz z Nagikapu, z bronią na wszelki wypadek i bańką na mleko, do czółna z kory drzewa mambo, by popłynąć w dół rzeki, starannie omijając rozwarte paszcze aligatorów. Wysiedliśmy na skraju dżungli. Tam, ukryci w zaroślach krzewów lu, naśladując, dla zmylenia czujności drapieżników, śmiech małpek chichotek i opędzając się od gzów tropikalnych, czekaliśmy na pojawienie się wyśnionej maciory.
Księżyc już wzeszedł, gzy się uśpiły, wzmógł się jazgot dżungli, a maciory jakoś nie było widać, chociaż boki już pozrywaliśmy sobie od tego chichotania. Zaczynałem wątpić w pojawienie się upragnionego zwierzęcia i obserwowałem ptaszka pitu, który ciekawie przyglądał się nam z pobliskiej gałązki. Oryginalne te ptaszki jedynie w lecie znoszą jajka, które wskutek tego rozbijają się im przeważnie, chyba że trafią do wody, w której wykluwają się z nich wówczas żółwie pitu. Ptaszek pitu siedział na gałązce drzewka agno-ungo, które tym się różni od drzewka ungo-ango, że ptaszki pitu siadają jedynie na jednym z nich. Niestety ornitologom nie udało się dotąd ustalić, na którym, ponieważ ptaszki pitu często się mylą.
Moją kontemplację przebogatej natury tropikalnej przerwał nagle przeraźliwy ryk i w oparach przedświtu zamajaczyło, w niedużej od nas odległości, potężne cielsko maciory api, otoczone charakterystycznymi sylwetkami baraszkujących u jej wymion młodych. Był to egzemplarz nader mleczny, pełnotłusty, ale i nader niebezpieczny. Rozejrzała się najpierw dokoła, a nie spostrzegłszy nas, ukrytych z wiatrem w krzewach lu, zaczęła spokojnie paść się, pomrukując pogodnie.
Należało działać szybko i możliwie skutecznie: doczołgać się na brzuchu do maciory, możliwie od tyłu, gdyż z tyłu samice api nie widzą tak dobrze, następnie zaś moim zadaniem było bezszelestnie podstawić bańkę na mleko, do której już zadaniem Nagikapu było zręcznie i niepostrzeżenie wydoić zwierzę, naśladując palcami ssanie młodych apiąt, których jednocześnie nie należało płoszyć.
Mimo szalonego napięcia nerwów, w czasie czołgania się nie mogłem nie widzieć tysiąca dziwów, ukrytych wśród wysokich tropikalnych traw polany, na którą wpełzliśmy opuściwszy krzewy lu. Oto nieprzemakalna żabka tropikalna, oto niebezpieczny, niepozorny, a śmiertelnie cuchnący kwiatuszek fuj. Oto wąż pędzlownik, którego prymitywnym zakończeniem pędzlowatym posługują się tubylcy dla namydlania twarzy przed goleniem... Nie! Na Boga! To nie wąż pędzlownik! To już ogon maciory api zamajaczył w poświacie zachodzącego księżyca! Bezszelestnie otwieram bańkę i podaję ją Nagikapu, ale w tej samej chwili przelatuje ptaszek pitu i swoim fatalnym zwyczajem niesie się w powietrzu! Jajeczko spada na grzbiet zwierzęcia, które niespokojnie porykuje. Tuż przy sobie widzę wykrzywioną przerażeniem twarz Nagikapu i słyszę jego zdławiony szept w narzeczu dorzecza:
– Uciekajmy!
Kiedy znowu szczęśliwie znaleźliśmy się w bezpiecznych zaroślach krzewów lu, stwierdziłem, że włosy Nagikapu są siwe, a ten dotychczas tak bajeczcznie kolorowy tubylec stał się zupełnie bezbarwny.
– Przeklęty ptaszek pitu! – powiedziałem. – Wszystko nam zepsuł tym swoim zniesieniem się nie w porę!
– To nie ptaszek pitu winien... – bełkotał pobladły Nagikapu. – Byliśmy o krok od zguby. To był samiec api!
Jeremi Przybora, Wiesław Michnikowski, Jerzy Wasowski.
Jeremi Przybora, Nieszczęśliwy wypadek podczas wniebowzięcia, PiK 1994, s. 27–29.

Tagi | 28 Komentarzy

Rodzina Addamsów made in Poland



Marcin Pałasz, Zwłokopolscy, W.A.B. 2012.

No to mamy Nowy Rok. Życzę wszystkim wiele radości i nowych odkryć, nie tylko czytelniczych, spełnienia marzeń i równowagi ducha. Niemal wszędzie już podsumowania minionego roku, a ja wciąż tkwię wśród przeczytanych, a niezrecenzowanych książek. Trochę dużo mi się tych zaległości zrobiło, ale postaram się ich jak najprędzej pozbyć. Rzutem na taśmę kilka słów o książce, która jutro musi wrócić do biblioteki.
W podwrocławskim Pietrzykowie działa Radio Hades, którego celem jest, by wszyscy poszli do nieba. Siostra Cherubina dba o aktualność wiadomości z okolicy, a siostra Donalda czuwa nad stroną techniczną audycji (i w ogóle jest demonem mechaniki i królową szos na swym harleyu). Do lokalnych osobliwości zalicza się kompozytor Wolfgang, który po ukończeniu kolejnej symfonii urządza spektakularne palenie fortepianu. Rodzina Kovvalskich natomiast jakoś sensacji nie wzbudza, mimo iż ich pies Püdel przypomina małego krokodyla, a najmłodszy Kovvalski, Piter, jest zielony i cuchnie formaliną. Co najwyżej ktoś zauważy, że chłopak niezdrowo wygląda. W miasteczku jednak pojawia się tajemnicza korporacja i nagle atmosfera wokół Kovvalskich się zagęszcza: ktoś ich śledzi, próbuje osaczyć i wykorzystać w jakichś niecnych celach. Wraz ze swymi przyjaciółmi Peter stara się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.
Tworząc swoich „Zwłokopolskich” (zgrabne nawiązanie do serialu, chociaż nieuzasadnione fabułą) Marcin Pałasz inspirował się rodziną Addamsów: obdarzył swych bohaterów dziwacznymi zainteresowaniami i zdolnościami oraz nietypowym wyglądem (rodzice Petera wyglądają niemal jak Gomez i Morticia). Atmosfera też jak u Addamsów: sporo niesamowitości, nieco grozy i niezła dawka humoru. Zdecydowanie najlepsze są zapisy audycji siostry Cherubiny, nienajgorsze scenki szkolne. Historyjka jednak jest miejscami naciągana, zakończenie zaś robi wrażenie pospiesznie dosztukowanego, ale być może grupie docelowej (dziewięciolatkom, jeśli wierzyć okładce) to nie będzie przeszkadzać. Mnie momentami uwierało, ale jako bezpretensjonalna rozrywka „Zwłokopolscy” spisali się całkiem nieźle, chociaż poprawa nastroju trwa tyle, ile pamięć o perypetiach Petera i spółki – niedługo.



Tagi , | 32 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.