Archiwum lutego 2013

Nadgodziny od życia
(Jonas Jonasson, „Stulatek, który wyskoczył przez okno...”




Do setnych urodzin brakuje mi jeszcze ho ho! i trochę, ale już stwierdzam – sam nie wiem, czy z ulgą, czy z zazdrością – że nie przeżyłem i pewnie już nie przeżyję nawet drobnej części tego, co stało się udziałem Allana Karlssona. Allana poznajemy w dniu jego setnych urodzin, kiedy uznaje, że impreza w domu starców to nie jest szczyt jego marzeń. Skok przez okno i żegnaj, siostro Alice!

Karlsson nie ma wygórowanych wymagań: byle nie poić go likierem bananowym, nie będzie narzekał. Nie należy też do ludzi, którzy zastanawiają się nad każdym swoim krokiem. On działa bez zastanowienia – całe życie ten system się sprawdzał, więc na starość nie ma co eksperymentować z innym podejściem. „Gdy się dostało od życia nadgodziny, można sobie pozwolić na pewną swobodę”, twierdzi. „Pewna swoboda” jest tu eufemizmem, bo poczynania starszego pana rozkręcają spiralę wydarzeń tyleż nieprawdopodobnych, co zabawnych.

Wiejący w kapciach Karlsson dociera na dworzec autobusowy, by wsiąść do pojazdu byle jakiego, zadbawszy jednak i o bilet, za który płaci z własnych oszczędności, i o bagaż: przywłaszcza sobie po prostu walizę należącą do niesympatycznego młodzieńca i rusza w Szwecję. Jak pouczają liczne klasyki, walizka ściągnie Allanowi na głowę masę rozmaitych typów o pokręconych biografiach: jedni z nich zginą w nietypowych okolicznościach, inni zaś zostaną dozgonnymi przyjaciółmi Allana.

Opowieść o wydarzeniach współczesnych przeplata się z retrospekcjami – poznajemy życie Allana od chwili narodzin: nic wtedy nie zapowiadało, że mały Karlsson otrze się o wszystkie najważniejsze wydarzenia dwudziestego wieku jako wybitny specjalista od materiałów wybuchowych – co więcej, że w wielu odegra kluczową, choć przemilczaną przez podręczniki rolę. Oczywiście skojarzenia z Forrestem Gumpem pchają się same, ale należy je wypychać celnymi kopami na skraj świadomości, żeby sobie nie psuć lektury (podobnie postępujemy przy potknięciach o niezręczności przekładu, w końcu szwedzki język to trudna język). Bo powieść Jonassona to rzecz z rodzaju przyjemnych w czytaniu, zabawnych, miejscami nawet bardzo, i wciągających, choć to słowo ma ostatnio złe konotacje. Te czterysta stron wchłania się jednak samo, kilka scen po prostu zwala z nóg (mam wrażenie, że Jonasson wymyślił najbardziej oryginalne morderstwo w dziejach literatury), a książka pozostawia czytelnika w stanie rozkosznego oszołomienia, jak po kilku rundach na karuzeli. Bo też tempo wydarzeń i ich rozwój wywołuje lekki zawrót głowy, który utrzymuje się przez dłuższy czas. Na zimowe depresje jak znalazł.

Jonas Jonasson, Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął, tłum. Joanna Myszkowska-Mangold, Świat Książki 2012.

Tagi | 48 Komentarzy

Ostrożnie z życzeniami



Edith Nesbit, Pięcioro dzieci i „coś”, tłum. Irena Tuwim, ilustr. Maria Orłowska-Gabryś, Znak Emotikon 2013.

Przez niemal całą podstawówkę miałem we wrześniu jeden problem: co napisać w wypracowaniu pod tytułem „Moja wakacyjna przygoda”. Dusza, rozpaskudzona przez literaturę, odmawiała uznania za przygodę czegoś tak przyziemnego, jak ganianie po podmokłym lasku cielaków, które sforsowały ogrodzenie pastwiska, albo wizyty na babcinym strychu, który co prawda nie był ciemny, ale gdzie każdy krok groził spadnięciem piętro niżej, bo deski powały były spróchniałe. Dusza domagała się co najmniej pościgu za dywersantem (to po przeczytaniu „Księgi urwisów”) albo spotkania z Piaskoludkiem (a to już skutek czytania Edith Nesbit). Ani dywersant, ani Piaskoludek jakoś nigdy nie stanęli mi na drodze. Może na szczęście, bo i z jednym, i z drugim są same kłopoty.

Tajemniczego, wiecznie naburmuszonego duszka zwanego Psammetychem odkopała w kamieniołomie czwórka rodzeństwa, spędzająca wakacje na wsi. Stworek miał zdolność spełniania życzeń i jak wszelkie tego typu baśniowe istoty tylko czyhał na pierwsze zdanie, w którym nieopatrznie padnie czasownik „chciałbym”. Zrobiwszy swoje, mógł z powrotem zapaść w drzemkę, zostawiając naszych bohaterów ze skutkami mniej lub bardziej nieprzemyślanego życzenia: a to chcieli być piękni jak nie powiem co, a to mieć mnóstwo... eee pewnego czegoś. Raz zmienili swojego małego braciszka w nie zdradzę kogo, raz średniego brata w kogoś jeszcze dziwniejszego. Wszystko obracało się przeciwko nim, choćby nie wiem jak starannie zawczasu rozważali wszystkie za i przeciw posiadania skrzydeł.

Wpakować się w tarapaty z pomocą czarów nie było trudno, ale wydobywać się z nich należało już własnym przemysłem – i wtedy młodzi bohaterowie okazywali się całkiem przedsiębiorczymi dziećmi, nie stadkiem rozpieszczonych panienek i paniczów. W ogóle jest to sympatyczna gromadka, zżyta ze sobą, bystra i obdarzona poczuciem humoru. Obserwując poczynania Antei, Janeczki, Roberta i Cyryla trudno uwierzyć, że należą oni do epoki wiktoriańskiej, że noszą kapelusze i pończochy, sukienki z halkami i marynarskie kołnierze. Niańki raczej by ich nie stawiały za wzór do naśladowania swoim podopiecznym. Brakuje też tak kojarzonego z tym okresem dydaktycznego smrodku, który powinien się unosić z każdej strony – autorka najwyraźniej lekceważy sobie swoje obowiązki w tym względzie, relacjonuje przygody z humorem i bez przynudzania, a nauki moralne pozostawia na boku. Chcecie sobie zakarbować, że z życzeniami trzeba postępować ostrożnie, że kraść ani oszukiwać nie można – proszę bardzo. A nie chcecie – to po prostu dobrze się bawcie. I kolejne pokolenia tak właśnie robią.

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Znak Emotikon.

Tagi , | 37 Komentarzy

„Bardzo lubię tego dziwaka”
(Jan Brzechwa, „Akademia Pana Kleksa”)





Akademia Pana Kleksa nie jest szkołą zwyczajną. Jej naczelny wykładowca reprezentuje bowiem nietypowe podejście pedagogiczne („[...] nie będę was uczył ani tabliczki mnożenia, ani gramatyki, ani kaligrafii, ani tych wszystkich nauk, które są zazwyczaj wykładane w szkołach. Ja wam po prostu pootwieram głowy i naleję do nich oleju”) – i za to go lubimy jako prekursora nowoczesnych form nauczania. Trochę mniej lubimy go za to, jak karmi swoich uczniów: dostarcza im bowiem masy „pustych” kalorii pod postacią pieczeni powiększanych cudowną pompką, ale pozostawiających dziwną czczość w żołądku. Do tego dania z kolorowych szkiełek i omlety malowane farbami – ani chybi koncentraty spożywcze i sztuczne barwniki plus glutaminian. Chłopcom to jednak nie przeszkadza, gdyż w akademii nikt ani przez chwilę się nie nudzi, dzięki urozmaiconym i nietypowym zajęciom w rodzaju kleksografii czy nauki żabich rechotów. Rozwijana jest samodzielność i umiejętność radzenia sobie w różnych sytuacjach: czy będzie to niespodziewana wizyta w psim raju, czy walka z inwazją much.

Do książki Jana Brzechwy odnoszę się z ogromnym sentymentem, bo czytałem wielokrotnie wszystkie opowieści o Panu Kleksie, a posiadanie na własność zbiorowego wydania z ilustracjami Szancera to jedno z niespełnionych marzeń mojego dzieciństwa. Zawsze urzekała mnie baśniowa atmosfera i oryginalność pomysłów (choćby taka Fabryka Dziur i Dziurek – mistrzostwo po prostu), swoboda, jakiej swym uczniom nie szczędził Pan Kleks, i możliwość przeżycia fantastycznych przygód. „Bardzo lubię tego dziwaka”, powiedział Hans Christian Andersen, spotkany przez jednego z uczniów Akademii, o Panu Kleksie. Pod tym stwierdzeniem mogę się podpisać.

Za jednym tylko nie przepadałem – za „Snem o siedmiu szklankach”, który wydawał mi się zbyt odjechany, chociaż jako dziecko stwierdziłbym po prostu, że go nie rozumiem. Teraz natomiast podobał mi się ogromnie, choć nie powiem, żebym umiał nadać mu sens, a do Freuda wolałbym się nie uciekać. Psychodeliczność „Snu” doskonale podkreśliła animowana sekwencja z filmu Krzysztofa Gradowskiego, utrzymana w stylu „Żółtej łodzi podwodnej” (czy Pan Kleks nie wygląda trochę jak John Lennon?): 


Dziś pewnie ta baśniowa atmosfera nie jest w cenie, akcja toczy się niezbyt wartko, jak na wymagania nieletnich czytelników (pod tym względem faktycznie lepsze są „Podróże Pana Kleksa”), a dawka grozy jest zbyt mała, by książka Brzechwy wygrała w konkurencji z dowolną kreskówką. Być może i szkoła zabiła przyjemność z lektury domaganiem się ramowych i szczegółowych wydarzeń planów i opowiadań w stylu „Dzień w Akademii Pana Kleksa”. Ja jednak spędziłem właśnie kilka pełnych uroku godzin na słuchaniu opowieści w wykonaniu Piotra Fronczewskiego – któż zresztą inny mógłby historię o Panu Kleksie przeczytać? Zrobił to znakomicie, kwestie Pana Kleksa wygłaszając tak jak w filmie i odświeżając tym samym kolejne wspomnienie z dzieciństwa.
PS. Niedostatki grozy w wersji książkowej z nawiązką zostały nadrobione w filmie. Ręka do góry – kto się bał wilków?

Jan Brzechwa, Akademia Pana Kleksa, czyta Piotr Fronczewski, Biblioteka Akustyczna 2010.
Za audiobook dziękuję Bibliotece Akustycznej.

Tagi , , | 81 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (XVIII): Maria Dąbrowska o swoim dzienniku


Zaczęłam pisać dziennik z początkiem pierwszej wojny światowej w przekonaniu, że żyję w wielkiej epoce, w której każdy co najmniej ociera się o fakty warte zanotowania. Tymczasem z biegiem lat „historia” znikła niemal z kart mojego dziennika i nie notowane są nawet fakty dziejowe, które odegrały bezpośrednią rolę w moim życiu, jeśli nie zewnętrznym, to duchowym. A chęć i potrzeba pisania dziennika, ograniczającego się coraz bardziej do spraw ściśle osobistych, mimo to nie słabła. Pozostawało to zapewne w związku z moim stopniowym odsuwaniem się od czynnego udziału w tzw. życiu publicznym i z coraz większym moim sceptycyzmem co do wartości tego życia. Może tu jednak wchodzić w grę mnóstwo innych przyczyn, których nie dostrzegam lub nie uświadamiam sobie.
Wszystko to pogrąża mnie w zadumę nad sensem pisania dzienników. Co rządzi najbardziej tą czynnością? Co chcemy przez to osiągnąć? Przekazać jakimś potomnym wieść o tym, co razem z naszą śmiercią przepada bez śladu, a co jest naszą niepowtarzalną, jedyną w swoim rodzaju, własną doczesną osobowością? Dać wyraz tej całkowitej prawdzie naszego życia, której pełnię warunki realnej rzeczywistości każą przemilczać, zatajać albo wypaczać? Przedstawić się jakiemuś urojonemu trybunałowi w korzystniejszym świetle, jeśli uważamy się za krzywdzonych ludzkim sądem, lub ujawnić naszą nędzę duchową czy moralną, gdy dręczy nas poczucie niezasłużonych łask losu i opinii? Co za złudzenie, że którykolwiek z tych wysiłków doprowadza do zamierzonego i upragnionego celu! Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również, czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie. Nie wiemy nawet, co przedstawia nas istotnie w lepszym lub gorszym świetle. Nasza próżność i miłość własna bywa źródłem najzabawniejszych w tej kwestii nieporozumień. A jeśli idzie nam już tylko o tak mało w życiu dostępną satysfakcję powiedzenia raz tzw. „nagiej prawdy” o sobie i o świecie, to wszak docieranie do prawdy naszych przeżyć jest podróżą bez kresu i podróżą po manowcach. Jedno dodane albo ujęte słówko, jeden pominięty albo podkreślony drobniutki szczegół zbijają nas już z drogi. Dodajmy, że to, co przeżywamy dziś, po latach we wspomnieniach staje się zgoła czymś innym, czasami czymś znacznie bogatszym i ciekawszym, czasami czymś o wiele mniej ważnym lub zgoła czymś odwrotnym. Nie dosyć na tym. Czytając swoje notatki, przypominam sobie, że już wtedy kiedy działo się to, co zapisywałam, i fakty, i moje reakcje bywały niekiedy cokolwiek różne od tego, co z nich w raptularzykach utrwaliłam. Czasem przypominam sobie nawet względy uboczne (przeważnie wpływ najbliższego otoczenia), które kazały mi daną rzecz jakby inaczej zapisać, niż ją czułam i przeżywałam. A jednak nie „poprawiam” dawniej zapisanego tekstu w poczuciu, że i owo „inaczej” jest jakąś postacią prawdy o mnie samej, o moim życiu i moim świecie.
Według Einsteina godzina, którą stwierdzamy na zegarku, nie jest już „tą” godziną. Przeżycie zapisane nie jest już tym przeżyciem, któregośmy doznali przed paru zaledwie godzinami. Niemniej – oba są chyba w jakimś sensie prawdziwe. Przy czym powiedzieć „oba” to jeszcze za mało. Gdyż jest się tak rozmaitym człowiekiem, a każde nasze przeżycie ma w sobie zadatki na tyle innych przeżyć. I nie raz, nie dwa, lecz wiele razy i na wiele sposobów doświadczamy go zarówno w czasie jego trwania, jak potem w naszych wspomnieniach. Które z tych przeżyć jest najprawdziwsze? Co kieruje nami, kiedy bezwiednie czynimy wybór, aby zanotować nie tę, lecz ową postać tych wielu aspektów tego samego zdarzenia czy uczucia? Tajemnica, tajemnica, w którą spowite są, mimo ciągłych „odcyfrowań”, wszystkie nasze kroki, gesty, uczucia i myśli na tej ziemi. „Piece d’identite” [dowód tożsamości], stwierdzająca tożsamość naszej osobowości wśród różnych i sprzecznych ze sobą jej przejawów, jest nam zazwyczaj – tak jak paszport i równie mało zabawnie – wystawiana przez innych.
1943

Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 1, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988, s. 325–326.

Tagi , , | 21 Komentarzy

Co najmniej 74 razy...



Ulrich Völklein, Josef Mengele. Doktor z Auschwitz, tłum. Artur Kuć, Urszula Poprawska, Prószyński i S-ka 2011.

Co najmniej 74 razy stał na rampie w Birkenau, elegancki i wymuskany, gdy przybywały transporty z Żydami z całej Europy. Jednym gestem dłoni w rękawiczce skazywał na natychmiastową śmierć w komorze gazowej albo na tylko nieco powolniejsze konanie w obozie. Świadkowie twierdzili, że robił to dobrowolnie i z przyjemnością, chociaż był lekarzem. Jednak lekarz w obozie koncentracyjnym nie miał służyć chorym. 

Książka Ulricha Völkleina to starannie udokumentowana i bardzo dobrze napisana (choć niezbyt starannie przygotowana w wersji polskiej) biografia zbrodniarza i równocześnie dziecka swojej epoki, ukształtowanego przez dom rodzinny i ideologię, z którą się zetknął w młodości. Oczywiście jednak to nie tylko czynniki zewnętrzne sprawiły, że Josef Mengele, syn fabrykanta wychowanego w patriarchalnym świecie, stał się „Doktorem Śmierć” z Auschwitz. Te czynniki pomogły jedynie wydobyć się na powierzchnię cechom, które być może w innych okolicznościach pozostałyby uśpione albo przejawiłyby się słabiej i nie doprowadziły Mengelego do moralnego upadku. Byłby pewnie pedantycznym naukowcem, wytrwale prowadzącym swoje badania. W zdegenerowanym świecie chorobliwa ambicja przekształciła się jednak w manię wielkości, władza nad życiem i śmiercią więźniów upoiła go i ułatwiła złamanie zasad wpojonych przez rodziców i profesorów medycyny. A może nawet w swoim pojęciu Mengele tych zasad nie łamał, on je po prostu dostosował do nowej rzeczywistości.

Bardzo interesujące są rozdziały poświęcone powojennym losom Mengelego. Nie chodzi tu nawet o to, kto i gdzie go ukrywał, jakimi sposobami przedostał się z Niemiec do Ameryki Południowej, jak wspierała go rodzina, która na pozór wyklęła czarną owcę, a po cichu udzielała mu finansowej pomocy. Czyta się to trochę jak sensacyjną powieść. Ważniejsze jest to, że dzięki osobistym zapiskom Mengelego możemy wniknąć w jego psychikę i obserwować, jak powoli dopadają go furie. Na początku, jeszcze pracując jako parobek u niemieckiego gospodarza tuż po wojnie, uważał, że nie zrobił nic złego. Drażniły go oskarżenia, jakie jego zdaniem niesłusznie, wysuwano pod adresem Niemców. Zbrodnie wyolbrzymiano dla celów propagandowych, dla złamania ducha narodu, przez zwykłą zemstę. Ucieczka do Argentyny oznaczała dla Mengelego zerwanie z całym dotychczasowym życiem i bolesny proces adaptacji do nowych warunków. Życie prywatne miał nieudane (ciekawie zarysowany jest wątek stosunków z synem), nie mógł praktykować jako lekarz, nie miał z kim dzielić swoich duchowych aspiracji. Męczyła go codzienność – nowe czasy znaczyła nędza moralna, brak ideałów. Coraz bardziej gorzkniał, odrywał się od rzeczywistości. Wreszcie załamał się mechanizm wyparcia własnych zbrodni: popadł w depresję, dręczyły go koszmary senne, dolegliwości somatyczne. Niektórzy komentatorzy uważają, że była to dużo surowsza kara niż ta, którą wymierzyłby Mengelemu sąd. Paradoksalnie więc ukarał się sam, usiłując ujść karze.

Książka Völkleina to nie tylko portret jednego zbrodniarza. Zdaniem autora Mengele jest bowiem modelowym Niemcem z pierwszej połowy dwudziestego wieku. I pewnie dużo w tym racji: opowieść o nim pozwala po części chociaż odpowiedzieć na pytanie dlaczego zwykli ludzie dali się wciągnąć w zbrodnie hitlerowskiego reżimu i dlaczego nie widzieli nic haniebnego w swej działalności.

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Tagi , , , , , , | 15 Komentarzy

Zawartość kuferka




W grudniu dotarła do mnie wielka paczka, starannie obwąchana przez specjalnie szkolonego kota tropiciela. Niestety, zawartość nie była ani jadalna, ani wybuchowa – a wyłącznie książkowa. To część nagrody za zdobycie ubiegłorocznej Ebuki


Czekałem z ujawnieniem zawartości pudła do chwili dotarcia zasadniczej części nagrody: kuferka na książki. I oto nadeszła kolejna paczka, niecierpliwie rozszarpana przez małe rączki:


Spod warstw folii i papieru wyłonił się gustowny kufer w stylu militarnym, opatrzony groźnie wyglądającymi inskrypcjami:


Po połączeniu zawartości obu przesyłek dostajemy taki oto przyjemny dla oka widoczek:




Na pierwszy czytelniczy rzut pójdzie biografia Eugeniusza Bodo, o której dobrze pisał Bazyl, i nowa książka Wiktora Suworowa poświęcona Chruszczowowi. Zamierzam też przyjrzeć się kryminałom retro (mam tu „Trzeci brzeg Styksu” z akcją osadzoną w Łodzi i „Pana Whichera w Warszawie”). A może jeszcze któraś z tych książek zasługuje na szybkie przeczytanie? „Cyrk nocy”, który jednych zachwyca, a innych nudzi? „Sejf” Tomasza Sekielskiego? A może biografia Kolumba, który według jej autora miał być potomkiem polskiego króla?

PS. Takie kuferki, z zawartością, są też do wygrania w tegorocznej edycji Ebuki: już można się zgłaszać do konkursu!

Tagi , | 59 Komentarzy

Jeremi Przybora, „Jesienna noc”


Kabaret Starszych Panów, odcinek „Jesienna noc” (fragment)
Starsi Panowie w jesienny wieczór czekają na ślusarza, który miał przyjść tydzień temu i założyć zamek w drzwiach... Wreszcie po długim oczekiwaniu zjawia się fachowiec.


Wchodzi Ślusarz, prowadząc za rękę Sierotkę, zgrabną dziewczynę ubraną nader skromnie.
ŚLUSARZ
Musicie, panowie, jeszcze, niestety, poczekać z tym zamkiem, bo przede wszystkim trzeba się zająć człowiekiem. A to jest człowiek głęboko nieszczęśliwy! Sierota! Wiem o niej wszystko. Straszne dzieciństwo, ojciec – spawacz na gorąco, ale niestety alkoholik. Bił mamusię, drobną inteligentkę, Wiśniewską. Na szczęście mamusia była tak drobną inteligentką, że przeważnie chybiał, trafiając w różne inne przedmioty. Raz trafił w początek ekspresu Warszawa–Budapeszt i to był koniec tatusia. Koszmarne dzieciństwo! A teraz niech panowie zobaczą, co to dziecko ma na sobie! Trzeba zobaczyć człowieka, panowie, chociaż to era mechanizmów! Rozbierz się, moje dziecko!
Mimo protestu Panów Ślusarz apodyktycznie doprowadza do strip-tease’u Sierotki. Nie widać jej, kiedy Ślusarz podaje panom kolejno części jej skromnego przyodziewku, litując się nad jego skromnością. Wreszcie, kiedy można by przypuścić, że Sierotka jest już bez niczego...
ŚLUSARZ
A teraz proszę! Spójrzcie, panowie, śmiało, bez zahamowań!
Nieśmiałe spojrzenia Panów wspinają się wzdłuż zgrabnych nóżek Sierotki, natrafiając na wysokości bioder na, dopasowaną dobrze do figury dziewczęcia, metalową zbroję.
ŚLUSARZ
Tak, proszę panów! Statystowała w „Grunwaldzie” i do dziś dnia nie może tego zdjąć! A przecież, na miłość Boską, Grunwald to wprawdzie wielki sukces oręża polskiego i pułków ruskich, 1410, ale za cóż zakuwać sieroty? Ani się schylić, ani wyjść za mąż! Szczęście, że spotkała ślusarza, panowie! Wezmę ją dziś pierwszą na warsztat, bo potwornie współczuje człowiekowi. Tylko, niestety, krajowe rozkuwacze są do niczego, a na zagraniczny nie mam środków. Postanowiłem więc prosić panów dodatkowo o pomoc doraźną. Dla dobra tego dziecka.
PAN A
Ależ oczywiście. (sięga do portfelu) Pan zechce zawsze do nas w takich wypadkach.
ŚLUSARZ
Dobrze. (zaglądając w portfel Pana A) Panowie, to Barbara! Barburka! Zróbcie jej przyjemność górnikiem! Przecież to dla niej! (otrzymuje banknot) Dziękuję, kochani. Chodź, biedactwo, pocałuj wujciów!
Sierotka całuje, po czym oboje wychodzą.
PANOWIE
Do widzenia! 
PAN A
No i co? Nie miałem racji? Wspaniały człowiek ten ślusarz! 
PAN B
Zupełnie zgadzam się z tobą. Wspaniały. Co prawda i ta sierotka pięknie złożona. 
PAN A
I tyle słodyczy w spojrzeniu. 
PAN B
Jak myślisz, czy on do nas jeszcze przyjdzie? 
PAN A
Troszeczkę się obawiam, że jak już ją rozkuje...
PAN B
Ja też... 
PAN A
No cóż... Wiatr ustał i właściwie ten zamek nie jest nam na razie taki znów pilnie potrzebny... 
PAN B
Mój Boże! Mieć taką sierotkę zamiast zamka! 
PAN A
Sporo jednak zawdzięczamy temu zamkowi, żeśmy go nie mieli podczas tej wietrznej nocy. 
PAN B
Trzeba przyznać, że i drzwiom zawdzięczamy sporo. Gdyby nie własne drzwi... i w ogóle mieszkanko. 
PAN A
Co tu ukrywać! Ten bogaty bukiet gości zawdzięczamy temu, że posiadamy własne mieszkanko. 
PAN B
To prawda. Obywatele! Miejcie własne mieszkanka!
Obaj Panowie śpiewają:
Jak słodko mieć własne mieszkanko: 
pokoik, kuchenkę i gaz!
Za oknem, spowitym firanką
uroczo w mieszkanku mknie czas!
To czytasz gazetkę w klubowym fotelu,
to radia kołysze cię śpiew,
to znowu ożywczą się krzepisz kąpielą:
I wannę masz własną, i zlew!
Fruwają godzinki, jak ptaszki,
aż sennie zaczyna ci być...
I wtedy zdejmujesz kamaszki,
bo bez nich najlepiej jest śnić.
I płyniesz nad miastem w tapczana gondoli,
i widzisz, jak miasto twe lśni
milionem światełek w milionie pokoi
i twoim światełkiem wśród nich!

Jeremi Przybora, Kabaret Starszych Panów, Czytelnik 1970, s. 35–38.

Tagi , | 11 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.