Archiwum marca 2013

Święcone u Borynów

A w Borynowej izbie już się wzięli szykować święcone.
Izba była wymyta i piaskiem wysypana, okna czyste i ściany, a obrazy omiecione z pajęczyn, Jagusine zaś łóżko pięknie chustką przykryte.
Hanka z Jagusią i Dominikową, choć nie mówiły prawie z sobą, ustawiły pod szczytowym oknem, w podle Borynowego łóżka, duży stół, nakryty cieniuśką, białą płachtą, której wręby oblepiła Jagusia szerokiem pasem czerwonych wystrzyganek. Na środku, z kraja od okna, postawili wysoką Pasyjkę, przybraną papierowymi kwiatami, a przed nią na wywróconej donicy baranka z masła, tak zmyślnie przez Jagnę uczynionego, że kiej żywy się widział: oczy miał ze ziarn różańcowych wlepione, a ogon, uszy, kopytka i chorągiewkę z czerwonej, postrzępionej wełny. Dopiero zaś pierwszym kołem legły chleby pytlowe i kołacze pszenne z masłem zagniatane i na mleku, po nich następowały placki żółciuchne, a rodzynkami kieby tymi gwoździami gęsto ponabijane; były i mniejsze, Józine i dzieci, były i takie specjały z serem, i drugie jajeczne cukrem posypane i tym maczkiem słodziuśkim, a na ostatku postawili wielką michę ze zwojem kiełbas, ubranych jajkami obłupanymi, a na brytfance całą świńską nogę i galanty karwas głowizny, wszystko zaś poubierane jajkami kraszonymi, czekając jeszcze na Witka, by ponatykać zielonej borowiny i tymi zajęczymi wąsami opleść stół cały. 
A tyle co skończyły, sąsiadki jęły z wolna znosić swoje na miskach, niecułkach a donicach i ustawiać je na ławie pobok stołu, gdyż ino w kilku chałupach co przedniejszych gospodarzy zbierać się ze święconym ksiądz nakazywał, że mu to czasu brakowało chodzić po wszystkich.
Lipce miał najbliżej, to święcił na ostatku, nieraz już o samym zmierzchu. [...]
I wypatrywali niecierpliwie księdza, któren przyjechał ze dworów dopiero przed zmrokiem i zaraz zjawił się na wsi, w komżę ubrany.
Michał organistowy niósł za nim miednik z wodą święconą i kropidło.
Hanka wyszła go przyjmować aż na drogę.
Spieszył się, wpadł prędko do chałupy, odmówił modlitwę, pokropił dary Boże i zajrzał w siną, obrosłą twarz Borynową.
- Bez zmiany? co?
- A juści, rana się prawie zagoiła, a im nic nie lepiej.
http://literat.ug.edu.pl/chlopi/0029.htm
Święcone, mal. Włodzimierz Tetmajer, 1897 rok.




Tagi , | 8 Komentarzy

Chwilowy spadek formy




Rafał Kosik, Felix, Net i Nika oraz pułapka nieśmiertelności, Powergraph 2011.

Nie będę szczególnie oryginalny, gdy napiszę, że nic mi się nie chce. Na jednym stosie leżą książki zaczęte i porzucone po kilku stronach, na drugim te wyciągnięte z półek w płonnej nadziei, że przykują moją uwagę na dłużej, może wręcz do ostatniej strony. A figę. „Człowiek tylko leżałby i spał...”. Na dodatek „brazylijski serial już nie cieszy jak kiedyś” i nawet czwarty tom przygód Felixa, Neta i Niki nie zrobił na mnie wrażenia. Chociaż to akurat nie wina mojego nastroju.

Mogło być pięknie. Nasi bohaterowie bawią się na balu halloweenowym, gdy znienacka dostają od tajemniczego Ponurego Żniwiarza zadanie do wykonania. Krok za krokiem dają się wciągnąć w mroczny świat zagadek: kim był profesor Knipszyc i jakie niemoralne eksperymenty prowadził? Co uciekło z jego domu i grasuje w warszawskich kanałach? Co dzieje się w podziemiach stolicy? Wątki przygodowe przeplatają się z obyczajowymi. Mamy bal z rywalizacją o tytuł króla i królowej balu (bohaterowie śmieją się, że trochę jak z „Carrie Kinga), międzyklasowy konkurs, w ramach którego trzeba napisać i wystawić musical – sceny szkolne są pierwszorzędne i prześmieszne; opis przedstawienia niemal dorównuje „Hamletowi” z „Kłamczuchy” Małgorzaty Musierowicz. Dowiadujemy się też sporo o domowych sprawach Felixa i poznajemy kilkoro z jego ekscentrycznych krewnych, którzy, jak się okazuje, czają się na spadek po ciężko chorej babci chłopaka.

Jest tu mnóstwo materiału na świetną, wciągającą powieść z humorystycznymi epizodami. Niestety, „Pułapka nieśmiertelności” rozczarowuje – jest rozwlekła, nie ma tempa; dzieje się dużo – wręcz za dużo. Niewyczerpana fantazja podsuwała autorowi coraz to nowe sceny i szkoda, że części z nich Rafał Kosik nie zachował do wykorzystania w przyszłości. Wizyty krewnych Felixa, rozbudowana opowieść o odwiedzinach w Instytucie Badań Nadzwyczajnych, postacie inspektora Szyneczko i dziwnej Pauli, gonitwy po warszawskim „podmieściu” czy wreszcie bożonarodzeniowe zakończenie trącące amerykańskim kinem familijnym to wątki, które same w sobie są ciekawe albo zabawne, ale wydają się obciążać fabułę, niepotrzebnie ją rozbudowując. Całość ratują sceny szkolne: dynamiczne, dowcipne, pozwalają lepiej poznać bohaterów i ich rówieśników; klimaty trochę jak z Niziurskiego. Mam nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy i kolejny tom cyklu nie tylko okaże się wciągający, ale i pełen humoru.

Tagi , | 30 Komentarzy

Przyjaciele z szerokim gestem, czyli imieniny Kornela


Ze wspomnień Antoniego Słonimskiego:


[...] Nie zawsze byliśmy dobrzy dla Makuszyńskiego. Kiedyś, gdy urządził u siebie składkowe przyjęcie imieninowe, z Lulkiem Schillerem i Lechoniem postanowiliśmy przesłać mu parę efektownych, lecz niezbyt kosztownych prezentów. Po obiedzie w „Astorii” na pobliskim Sewerynowie prześcigając się w hojności dokonaliśmy następujących zakupów:
Dwanaście gipsowych biustów Kościuszki (dwa uszkodzone).
Osiem desek do prasowania.
Dwadzieścia cztery tuziny kamieni do białych pantofli (starczyłoby na parę pokoleń licznej rodziny). 
Dwadzieścia kilo buraków. 
Dwa tysiące gilz do papierosów. 
Cztery balie. 
Furmankę koksu.
Wszystko to przesłaliśmy hurtem do mieszkania solenizanta. Nie był to wybór całkowicie bezmyślny. Kornel nie nosił białych pantofli, nie palił papierosów z ustnikami, miał centralne ogrzewanie i nie lubił buraków. Po dokonaniu tych wstępnych czynów udaliśmy się do Kornela na imieniny. Nie dostaliśmy się do mieszkania, bo schody zawalone były prezentami, a Kornel się zabarykadował. Powiedział nam potem: „Kochane stare wariaty, musiałem się na dwa dni przenieść do hotelu.” [...]
Kornel Makuszyński,
karykatura Kazimierza
Sichulskiego, 1910 r.
Antoni Słonimski, Alfabet wspomnień, Państwowy Instytut Wydawniczy 1989, s. 136–137.

Tagi , | 39 Komentarzy

Jak w PRL-u Sartre’a cenzurowano



Ze wspomnień Ireny Szymańskiej:
Zdarzały się zabawne przygody z cenzurą, która co prawda w tym okresie zelżała i do tekstów odnosiła się z szacunkiem, ale od czasu do czasu pokazywała kły, i to nie tylko w sprawach politycznych, ale i obyczajowych. Julian Rogoziński przetłumaczył Drogi wolności Sartre’a: liberalizacja umożliwiła wydawanie egzystencjalistów. Rogoziński z kunsztem świetnego tłumacza dał sobie wcale nieźle radę z jedną z największych trudności przekładów z francuskiego na polski: ze słownictwem erotycznym. Znalazł liczne, zgodne z duchem polszczyzny, nowe i stare określenia na uprawianie miłości. Rozmaitość ta zgorszyła cenzora. Nie było już wtedy cenzury prewencyjnej, książka poszła na Mysią w szpaltach. I na szpaltach cenzor podkreślił inkryminowane zwroty. Po pertraktacjach uzyskaliśmy zgodę jedynie na wyrażenie „pieprzyć”, które miało zastąpić bogate słownictwo erotyczne Sartre’a i tłumacza. I rozegrała się scena z farsy, którą po blisko czterdziestu latach wciąż żywo pamiętam. Siedziałam przy swoim biurku, na którym leżały szpalty Dróg wolności, i rozmawiałam z drukarnią w Toruniu. Wolałam załatwić to przez telefon, żeby nie opóźniać wydania książki. Mówiłam głośno, bo telefony międzymiastowe nie najlepiej wtedy przenosiły głos, i brzmiało to mniej więcej tak: 
Na stronie 32 wiersz siódmy od góry zamiast „wciskał sztywnego kutasa” ma być „pieprzył”. Na stronie 61 wiersz dwunasty od dołu zamiast „chędożył” ma być „pieprzył”. Na stronie 80 wiersz szósty i tak dalej, i tak dalej. Już po paru minutach przed drzwiami mojego pokoju zebrał się tłumek piwowców i przez dłuższy czas rozlegał się najpierw mój głos wypowiadający wyraźnie dość nieprzyzwoite zdanie, a potem donośny chór wrzeszczący unisono: „pieprzył!”
Irena Szymańska, Miałam dar zachwytu, Czytelnik 2001, s. 81–82.

Tagi , , | 34 Komentarzy

Prasłowiańska Mumia Królowej Torfu


Marcin Szczygielski, PL-BOY. Dziewięć i pół tygodnia z życia pewnej redakcji, Instytut Wydawniczy „Latarnik” 2003. 
Marcin Szczygielski, Wiosna PL-BOYA. Życie seksualne oswojonych, Instytut Wydawniczy „Latarnik” 2004. 

„Jestem bardzo zmęczony moim mózgiem lub raczej bardzo on obecnie podupadł! Daremnie silę się pracować, nic z tego nie wychodzi!”, napisał 15 marca 1870 roku Gustave Flaubert.  Sam zdiagnozował ten stan jako objaw starości, ja wolałbym jednak u siebie uważać tę ogólną niechęć jako przejaw wiosennego przesilenia. Na takie stany najlepiej poczytać coś zabawnego – a jeszcze lepiej coś, co pozwoli beztrosko porechotać. Nic takiego nie znalazłem na prezentowanej przez Zbyszka liście najzabawniejszych książek świata, której twórcy wykazali się dość szczególnym poczuciem humoru, musiałem więc radzić sobie na własną rękę. Zupełnym pewniakiem okazała się powtórka dwóch pierwszych książek Marcina Szczygielskiego. 

W redakcji magazynu dla panów o swojsko brzmiącej nazwie PL-BOY życie płynie leniwie, w przyjemnej atmosferze towarzyskiej, wśród ploteczek, drobnych intryg i przeglądania stron internetowych. Napięcie wprowadzają jedynie wizyty szefowej, Bety, która ma dość męczący sposób prowadzenia spraw pisma i zarządzania personelem. Pewnego dnia jednak w redakcji pojawia się potwór: Zenia, nowa szefowa public relations. Ze względu na specyficzną urodę i dobór strojów bywa przez współpracowników nazywana na przykład Prasłowiańską Mumią Królowej Torfu (ubrana w srebrnostalowy garnitur przypomina „nieco bezprzewodowy węgierski ekspres do kawy”), natomiast charakter sprawia, że w użyciu jest niemal wyłącznie dosadne określenie damy lekkich obyczajów. Zenia bowiem nie dość, że donosi Becie na współpracowników, to jeszcze posiada umiejętność skłócania wszystkich ze wszystkimi, będąc przy okazji całkowicie niekompetentną w swoich służbowych obowiązkach. 

Marcin, dyrektor artystyczny pisma, i jego koleżanki mają dość Zeni i postanawiają się dowiedzieć kim jest i czemu zawdzięcza swoją błyskotliwą karierę. Równocześnie uczestniczą też w życiu redakcji i pracy nad kolejnymi numerami, znoszą hiperaktywność naczelnej i prowadzą życie towarzyskie. Problemy się piętrzą, piętrzą się też komiczne sytuacje: redaktorzy potrafią bez owijania w bawełnę powiedzieć, co myślą, a ciągłe poprawianie zdjęć roznegliżowanych panienek stanowi nieustanne źródło uciechy dla wszystkich – może poza Marcinem, który musi to robić. A ledwie skończy z wyjaśnianiem tajemnic Zeni, będzie musiał zająć się własnymi sprawami mieszkaniowymi i denerwującą lokatorką, która skutecznie zatruje mu życie. 

„PL-BOY” i „Wiosna PL-BOYA” mają sporo wad: fabuły właściwie nie istnieją (mamy do czynienia z szeregiem epizodów połączonych wątłymi wątkami śledztwa w sprawie Zeni czy perypetii lokalowych Marcina), autor za często wdaje się w poboczne dywagacje, choćby nad swymi ulubionymi filmami albo nad stylem pracy w agencjach reklamowych, niekiedy też popada w gadulstwo. Bez wątpienia jednak jest bystrym i złośliwym obserwatorem obdarzonym wielkim poczuciem humoru. Stworzył galerię różnorodnych, chociaż mocno przerysowanych postaci, i zebrał masę anegdot, a wszystko to spisał barwnym, jędrnym i dosadnym językiem. Ileż radości daje zestawienie luksusowych wizji serwowanych czytelnikom magazynu ze swojską siermiężnością, która się za nimi kryje. Pojawiają się też refleksje nad sensem pracy w korporacji i ceną, jaką się za nią płaci, czy parciem dziewczyn do kariery poprzez rozbierane sesje. To jednak tylko margines satyry Szczygielskiego, w której nie ma uśmieszków półgębkiem: albo rechocze się i pokwikuje z uciechy, albo krzywi przy kolejnym opisie komputerowego „powiększania balonów” modelkom. 





Tagi | 24 Komentarzy

Pisarze ze starej szkoły (XIX): Zawód wydawcy


Irena Szymańska (1921–1999) przez trzydzieści lat pracowała w „Czytelniku” i Państwowym Instytucie Wydawniczym. W swoich wspomnieniach opowiada o codziennej pracy, przyjaźniach z pisarzami i poetami, zmaganiach z cenzurą, ale też próbuje na podstawie swych doświadczeń określić kim jest wydawca. 
Irena Szymańska.
Zawód wydawcy nie polega tylko na wydawaniu książek. I zdaje mi się, że satysfakcje i kłopoty, jakie przeżywałam pracując w dwu największych wydawnictwach literatury pięknej w powojennej Polsce – w PIW-ie i „Czytelniku” – mogą być interesujące nie tylko dla mnie.
O co w tym zawodzie chodzi? Nie w zawodzie redaktora ani menedżera, ale właśnie wydawcy: takiego, który obsługuje czytelników, starając się ich mieć jak najwięcej; który służy pisarzom i przede wszystkim przyczynia się do krzewienia kultury w tej dziedzinie, która mnie wciąż jeszcze – pomimo internetów i telewizji – wydaje się najważniejsza: w dziedzinie książek? Wydawca powinien mieć specyficzny stosunek do literatury: wdzięczność za utwory wybitne i umiejętność ich rozpoznania. Oczywiście, jeżeli jest się wydawcą z ambicjami kulturotwórczymi, a nie zarobkowymi. Prawdziwy wydawca powinien cenić pisarstwo, które potrafi dać obraz świata i powinien też ponad wszystko szanować wielką twórczość, swoiście przetwarzającą rzeczywistość, podającą do wierzenia własną, a nie koniecznie „historyczną” prawdę. [...] 
Literatura to pokarm dla wyobraźni i wydawca powinien o tym pamiętać. Zawód ten miał zawsze dla mnie uroki, którym niewiele innych zawodów może sprostać. Trzeba jednak pamiętać, że dobry wydawca musi mieć ambicje nie twórcy, lecz kibica cudzego sukcesu. Człowiek dla niego to bliźni, a nie rywal. Dotyczy to wydawców wszędzie na świecie. U nas w czasach wydawnictw podległych jedynie państwu dochodziły do tego jeszcze inne konieczne cechy: wydawca musiał – niezależnie od własnych gustów – zdobyć się na eklektyzm, zaspokajać różne potrzeby, z pokorą rezygnować z narzucania tylko swoich upodobań (choć mógł je oczywiście gorliwie propagować), żeby zdobyć i zadowolić czytelników różnego rodzaju. [...]
Wydawca ma więc służyć pisarzom, ale przede wszystkim czytelnikom. Wobec swoich autorów często spełnia rolę spowiednika, a jeszcze częściej niańki. Nie dziwi mnie, kiedy Nelson Doubleday, założyciel dużego nowojorskiego wydawnictwa, pisze w swoich wspomnieniach, jak wynajął dom dla Marka Twaina i już potem zawsze odpowiadał za każdy psujący się kran, zamek itp. Nie brakło i mnie takich przygód. Na przykład – w 1946 roku chyba – zadzwonił do mnie, jeszcze z Lublina, Parandowski, że zepsuła mu się elektryczność i prosi, żebym załatwiła mu jej naprawę. Obecny przy tej telefonicznej rozmowie Ksawery Pruszyński swoje listy z Hagi zaczynał często od słów: „Nie chcę być Parandowskim, ale czy mogłabyś załatwić mi...” Prawie zawsze zresztą załatwiałam, tak jak i naprawę elektryczności u Parandowskiego. [...]
Nie tylko jednak eklektyczne podejście do literatury i opiekuńcze do literatów stanowi – rzecz jasna – o wartości wydawcy. Skoro pretenduje on do roli pośrednika między artystą a publicznością, powinien przede wszystkim i ponad wszystko posiadać dar zachwytu. Można by do tego odnieść słowa Vauvenargues’a, osiemnastowiecznego moralisty francuskiego, cytowane przez Jerzego Stempowskiego, słowa, które zapadły mi w pamięć: „Jest oznaką przeciętności chwalić zawsze z umiarem. Ale trzeba tłumaczyć, że świat wyobraźni, wysnuty z patrzenia we własny pępek, jest z natury swej ograniczony”.
Wydawca ma więc budować akwedukty dla strumienia talentu, który przepływa w jego społeczeństwie, epoce i języku. Pamiętać o klasyce, o więzi z przeszłością. Dostarczać czytelnikom nie tylko arcydzieł – dość szybko musiałby zrezygnować ze swej działalności – ale i rozrywki, a z literatury rodzimej winien publikować nie tylko książki znakomite, ale i na przyzwoitym, średnim poziomie.
Służąc pisarzowi i obsługując czytelnika najwięcej przyjemności sprawia się samemu sobie. Genus irritabile vatum – to prawda: wieszczowie bywają trudni, drażliwi, irytujący. Ale warto ich wspomagać, cieszyć się ich nienasyconą ciekawością świata i człowieka, ich własnym spojrzeniem na przeszłość i teraźniejszość, ich umiejętnością wyrażania myśli. Przy wszystkich kłopotach – a mieliśmy ich wciąż dużo. zwłaszcza w okresach zaostrzeń politycznego kursu, jest tu także wiele satysfakcji.
W obu wydawnictwach, w których ponad trzydzieści lat pracowałam, zespoły redakcyjne starały się wykazywać inicjatywę, zachęcać czytelników do kupowania książek, do kolekcjonowania serii wydawniczych. Serie te zastępowały czytelnicze poradnictwo, ponieważ to my byliśmy odpowiedzialni za jakość i dobór pozycji czy to w „Bibliotece Arcydzieł”, czy w serii powieści XX wieku, w „Klubie Odrodzenia”, „Klubie Interesującej Książki”, w PlW-owskiej „Bibliotece Poetów” w celofanowych obwolutach, czy wreszcie najpopularniejszej serii „Nike”. Każda z tych kolekcji układana była na innej zasadzie: na przykład dwie PIW-owskie biblioteki ułożyliśmy na podstawie ankiety wśród krytyków i historyków literatury. Kluby – zarówno czytelnikowskie, jak PIW-owskie – programowaliśmy sami. Próbowaliśmy zachęcać autorów do pisania, w pewnych wypadkach nie rezygnując z form swoistego nacisku, jeżeli miało to szansę okazać się jedynym skutecznym środkiem wyegzekwowania od pisarza tekstu. Pamiętam, jak Stasia Dygata zamknęliśmy w domu wczasowym w Kudowie, by wreszcie skończył swoją drugą powieść – Pożegnania. Nie obraża mnie, że serdecznie przeze mnie wspominany Zygmunt Hertz z paryskiej „Kultury” w liście do Miłosza kpi, iż pieściłam Broniewskiego i Dąbrowską. Pieściłam! I wcale się tego nie wstydzę. [...]
Wydawca musi mieć inicjatywę. Niewiele rzeczy tak mi w życiu zaimponowało, jak w roku 1950 pomysł mego ówczesnego szefa, Jana Stefczyka (Władysława Kopalińskiego), żeby podsunąć Parandowskiemu pomysł przekładu Odysei prozą. Poszliśmy do niego we dwoje. Spotkaliśmy się z początku z oporem, wręcz ze zgrozą pana Jana, kiedy usłyszał propozycję. A potem, kiedy przejrzał przyniesione przez nas angielskie wydanie Odysei prozą w bibliotece Penguin Classics, wzbudziło to w nim zainteresowanie i zaczęły do niego docierać mądre argumenty Stefczyka. Warto go było przekonywać... Przekład Parandowskiego od lat rozchodzi się w wielkich nakładach i dzięki niemu właśnie Odyseja stała się książką ulubioną i szeroko czytaną przez wielu starych i młodych czytelników.
Powtórzę raz jeszcze: dla wydawcy ważne są ambicje – nie twórcy, ale kibica cudzego talentu. I na tej zasadzie spędziłam w wydawnictwie ponad trzydzieści szczęśliwych lat. Choć nie były to bynajmniej lata dobre, nawet jeśli się nam młodym i cudem ocalałym w czasie hitlerowskiej okupacji mogły takimi wydawać.
Irena Szymańska, Miałam dar zachwytu, Czytelnik 2001, s. 34–40.

Tagi , | 18 Komentarzy

Iść. Nie ustawać




Seweryna Szmaglewska, Zapowiada się piękny dzień, Czytelnik 1973.

Iść. Nie ustawać. Nie opóźniać marszu. Nie potknąć się, nie zgubić swojej piątki. Słabe dobiją esesmani, słabe zamarzną na poboczu drogi. Utrzymywać tempo, chociaż nogi ledwo się wloką, sztywne, odmrożone, w ciężkich trepach. Mróz, nieznośny, przed którym słabą ochronę dają obozowe łachy, koce, kołdry. Jedna myśl: iść, nie upaść. Ale pojawia się też inna, zuchwała: wyczekać na sprzyjającą okazję, oderwać się od kolumny, zniknąć w śnieżycy, w mroku. Przez chwilę, zanim złapią, zastrzelą, poczuć się wolnym człowiekiem, który może sam decydować o sobie. Odetchnąć swobodnie powietrzem tak odmiennym od obozowego smrodu. Popatrzeć na drzewa, zwierzęta, domy i ludzi krzątających się wokół własnych spraw.

18 stycznia 1945 roku z obozu Auschwitz ruszyły długie kolumny więźniarek. Pognano je pieszo na zachód, byle dalej od nacierających radzieckich wojsk. Szły w mróz, owinięte tym, co zdołały zorganizować z obozowych magazynów, gnane bezustannie przez esesmanów. Dalej, dalej. Anna i jej koleżanki nie chciały jednak wlec się w głąb Rzeszy na pewną śmierć. Lepiej było umrzeć, zakosztowawszy choć przez chwilę wolności, choć na chwilę odzyskawszy człowieczeństwo. Stać się na nowo Anną, Maryną, panią Tychalską, a nie anonimowym numerem. Decydują się na ucieczkę, a podczas wędrówki przez śnieżny Śląsk odkrywają rzeczy dawno zapomniane: łóżko z prawdziwą pościelą, ciepły posiłek, suche buty. Oswajają ogień, teraz ciepły i przyjazny, a nie groźnie huczący w krematoryjnych piecach. Przypominają sobie takie pojęcia, jak gościnność i życzliwość, chociaż doświadczają też ludzkiego strachu przed widmami, które wyłoniły się z obozowego piekła.

Porażający jest autentyzm przeżyć głównej bohaterki, Anny, i jej zarysowująca się z każdą stroną coraz wyraźniej przemiana: od więźniarki do wolnego człowieka; początkowo nieśmiała wiara w nowe życie stopniowo się umacnia, powraca pewność siebie, zdolność samodzielnego myślenia zastępuje tępy dryl wpojony w niewoli. Powieść Szmaglewskiej to też przegląd ludzkich postaw: i więźniarek, i napotykanych cywilów. Mamy kapo, ślepo wypełniające wolę Niemców, bezwolne i bezsilne muzułmanki, ale też kobiety, które ze wszystkich sił starają się zachować resztki człowieczeństwa. Mamy ludzi dzielących się z obcymi, podejrzanie wyglądającymi wędrowniczkami posiłkiem, i tych, którzy odpędzają je od siebie. Wreszcie podejmuje też Szmaglewska kwestię rozliczeń za zbrodnie dokonane w obozie, za ludobójstwo – a czyniąc to z perspektywy czasu, dochodzi do gorzkich wniosków: świat nie uwierzy w ogrom zagłady, znajdą się usprawiedliwienia, wykręty, kary nie będą surowe. W końcu same więźniarki po kilku dniach od ucieczki skłonne były uważać świat, który zostawiły za sobą, za jakąś ułudę, senny koszmar. Cóż więc mówić o tych, którzy tego sami nie przeżyli? Żadne świadectwo nie będzie brzmiało dość wiarygodnie.

Seweryna Szmaglewska jest chyba pamiętana głównie jako autorka opowieści o przygodach harcerzy z zastępu Czarnych Stóp. Poza tym, a może przede wszystkim, napisała jednak powieści oparte na własnych przeżyciach obozowych. Już w 1945 roku ukazały się wstrząsające „Dymy nad Birkenau”. „Zapowiada się piękny dzień”, napisane piętnaście lat później, stanowi dopełnienie historii więźniarek Auschwitz. Są tu partie o charakterze reporterskim (sceny obozowe i w marszu, los dzieci Warszawy w Auschwitz), opisy przyrody zmieniającej się zależnie od stanu emocjonalnego bohaterek (groza kryjąca się za każdym drzewem w trakcie ucieczki, spokojne piękno zimy, gdy uciekinierki stają się bardziej pewne siebie), wreszcie pojawia się nasycona goryczą refleksja nad wojną i karaniem zbrodniarzy, upadkiem Boga w świecie obozu czy trudami odbudowy powojennego życia. Warto tę powieść odkryć na nowo, gdyż zapomnienie, w jakie popadła, jest dla niej krzywdzące.

Tagi , , | 25 Komentarzy

„Żyć, żyć, żyć!”
(Maria Rodziewiczówna, „Lato leśnych ludzi”)




Maria Rodziewiczówna, Lato leśnych ludzi, ilustr. Mieczysław Kwacz, Nasza Księgarnia 1988.

Powroty do natury, wszystkie slow-life’y i slow-foody, wszystkie minimalizmy świata, o wegetarianizmie i ekologii nie wspominając, nie są wynalazkami naszej epoki. Istniały pewnie od zawsze, pod mniej wyszukanymi nazwami, albo i w ogóle bez nazw, czasem praktykowane z konieczności, czasem z potrzeby i przekonania. Z konieczności Jan i Cecylia uszli w puszczę, by prowadzić tam życie proste i szlachetne, dając początek rodowi Bohatyrowiczów, a bohaterowie powieści Rodziewiczówny co roku na wiosnę zamieszkiwali w lesie, by znaleźć się w bliskości przyrody, oderwać się od szumu miasta, wrócić do cnót zapomnianych w wielkim świecie, by w pracy codziennej odnaleźć siebie i swoje miejsce w życiu.

Rosomak, Pantera i Żuraw wiosną sprowadzają się do leśnej chaty i zrzucają miejskie ubiory. Uprawiają ogród, łowią ryby, ale przede wszystkim obcują z przyrodą, której są znawcami: nic w lesie nie ukryje się przed ich oczyma, znają wszystkie ścieżki, obyczaje, tropy, odgłosy. Żyją zgodnie z rytmem natury i zgodnie z jej prawami, pokorni wobec mocy, która ich przewyższa. Czasem jednak odzywa się w nich ludzka pycha i usiłują narzucić przyrodzie człowieczą moralność, zaprowadzić swój porządek i ukarać „leśnych zbrodniarzy”, drapieżniki, które działają przecież jedynie pod wpływem instynktu, a nie z okrucieństwa czy zemsty. To jedyny właściwie zgrzyt w tej pięknej pieśni na cześć przyrody, jaką jest książka Rodziewiczówny.

Podpatrujemy rozmaite epizody z leśnego życia, trudy i radości, przygody i prace. Do trzech bohaterów dołącza kilkunastoletni Coto, mieszczuch, który podczas leśnych wakacji wyleczyć ma się z głupiej miłości do starszej kobiety. Zaczyna się jego edukacja, wprowadzanie w tajniki puszczy, w ciężkie, ale radość niosące roboty w domu i w polu, a zwieńczeniem letnich przeżyć jest wyprawa w nieznane ostępy lasu, gdzie kryje się wiele niezbadanych sekretów.

Swoją opowieść snuje Rodziewiczówna nieśpiesznie, stylem, który początkowo może irytować swoją ozdobnością, wręcz napuszeniem, poetyckim niemal czy biblijnym charakterem, archaizmami i wyrazami gwarowymi. Szybko jednak okazuje się, że to język idealnie dobrany do opisu leśnego życia, jego rytmu zmieniającego się w ciągu doby, w ciągu tygodni i miesięcy. Widać w nim dogłębną znajomość lasu, roślin i zwierząt, niezliczonych czynności codziennych, zwyczajów i tradycji wiejskich i puszczańskich, przywiązanie do religii i ojczyzny, szacunek do pracy. Wiele razy wyraża pisarka poglądy na wskroś nowoczesne, stwierdzając choćby, że nie ma prac męskich i kobiecych: „każda robota każdemu człowiekowi przystoi”, czy też wkładając w usta Rosomaka pełne niechęci słowa o jedzeniu mięsa.

Jest „Lato leśnych ludzi” baśnią, opowieścią o krainie szczęśliwości, gdzie można zaznać spokoju w kontakcie z przyrodą, zapomnieć o gniewie, cywilizacyjnym pośpiechu, gdzie króluje Bóg i Natura, a nie wróg Moskal, gdzie pamięta się o bohaterach i czeka na sygnał, by ruszyć w bój o odrodzenie ojczyzny. Gdzie ceni się pracę i szanuje kobietę. Przy tym wszystkim książka Rodziewiczówny nie jest literackim zabytkiem, to wciąż historia, która oczarowuje – choćby fascynującym opisem osadzania roju pszczelego, uspokaja i daje nadzieję: przyjdzie wiosna. Oto jej niezawodne zwiastuny:
Leszczyna kutasiki karminowe jeszcze od chłodu otula, ale kotki już puściła na wicher; w wodach lodowatych na dnie widać pęczniejące kaczeńce, pod liśćmi w gaju można wyszukać zawilce. Wszystko gotowe czeka i gdy ucho do ziemi przyłożysz, słychać, że coś grać zaczyna, aż człowiek dorozumieć nie może: ziemia li gra czy jego własna krew – jedno! Żyć, żyć, żyć!

Tagi | 45 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.