Archiwum kwietnia 2013

Wyścigi w literaturze (cz. I): „Lalka” Bolesława Prusa

Nareszcie nadszedł dzień wyścigów, pogodny, ale nie gorący; właśnie jak potrzeba. [...]
W Alejach Ujazdowskich był już taki natłok powozów i dorożek, że miejscami należało jechać stępa, przy rogatce zaś utworzył się formalny zator i musiał czekać z kwadrans, pożerany niecierpliwością, zanim ostatecznie powóz jego wydostał się na mokotowskie pola. Na skręcie drogi Wokulski wychylił się i przez mgłę żółtawego kurzu, który gęsto osiadał mu twarz i odzienie, przypatrywał się wyścigowemu polu. Plac wydawał mu się dzisiaj nieskończenie wielkim i przykrym, jakby nad nim unosiło się widmo niepewności Z daleka przed sobą widział długi sznur ludzi uszykowanych w półkole, które ciągle zwiększało się dopływającymi gromadami.
Nareszcie dojechał na miejsce i znowu upłynęło z dziesięć minut, nim służący powrócił z kasy z biletem. Dokoła powozu tłoczyła się ciżba bezpłatnych widzów i huczał gwar tysiąca głosów, a Wokulskiemu zdawało się, że wszyscy mówią tylko o jego klaczy i drwią z kupca, który bawi się w wyścigi.
Nareszcie powóz puszczono wewnątrz toru. Wokulski zeskoczył na ziemię i pobiegł do swej klaczy usiłując zachować powierzchowność obojętnego widza.
Po długim szukaniu znalazł ją na środku wyścigowego placu, a przy niej panów Millera i Szulca tudzież dżokeja z wielkim cygarem w ustach, w czapce żółtej z niebieskim i w paltocie narzuconym na ramiona. Jego klacz wobec ogromnego placu i niezliczonych tłumów wydała mu się tak małą i mizerną, że zdesperowany chciał wszystko rzucić i wracać do domu. Ale panowie Miller i Szulc mieli fizjognomie jaśniejące nadzieją.
– Nareszcie jest pan – zawołał dyrektor maneżu i wskazując oczyma na dżokeja dodał: – Zapoznam panów: pan Yung, najznakomitszy w kraju dżokej – pan Wokulski.
Dżokej podniósł dwa palce do żółto-niebieskiej czapki, a wyjąwszy drugą ręką cygaro z ust plunął przez zęby.
Wokulski przyznał w duchu, że tak chudego i tak małego człowieka jeszcze w życiu nie widział. Zauważył przy tym, że dżokej ogląda go jak konia: ode łba do pęcin, i wykonywa krzywymi nogami ruchy, jakby miał zamiar wsiąść i przejechać się na nim.
– Niechże pan powie, panie Yung, czy nie wygramy? – spytał dyrektor.
– Och! – odpowiedział dżokej.
– Tamte dwa konie są niezłe, ale nasza klacz znakomita – mówił dyrektor.
– Och! – potwierdził dżokej.
Wokulski odprowadził go na stronę i rzekł:
– Jeżeli wygramy, będę panu winien pięćdziesiąt rubli ponad umowę.
– Och! – odparł dżokej, a przypatrzywszy się Wokulskiemu dodał:
– Pan jest czysty krew sportsmen, ale jeszcze pan trochu gorączkuje. Na przyszły rok będzie spokojniejszy.
Znowu plunął na długość konia i poszedł w stronę trybuny, a Wokulski, pożegnawszy panów Millera i Szulca, popieściwszy klaczkę, wrócił do swego powozu. [...]
Teraz dopiero Wokulski kupił program i z uczuciem jakby wstydu czytał, że w trzeciej gonitwie biega klacz Sułtanka po Alim i Klarze, należąca do X. X., jeżdżona przez dżokeja Yunga w żółtej kurtce z niebieskimi rękawami. Nagroda trzysta rubli; koń wygrywający ma być na miejscu sprzedany.
„Oszalałem!” – mruknął Wokulski dążąc w stronę galerii. Myślał, że chyba tam jest panna Izabela, i projektował, że natychmiast wróci do domu, jeżeli jej nie znajdzie. [...]
Zbudził go okrzyk tłumu, dzwonek i brawo... To odbył się pierwszy wyścig. Nagle spojrzał na tor i zobaczył wjeżdżający do szranków powóz hrabiny. Siedziały hrabina z prezesową, a na przodzie pan Łęcki z córką. [...]
Pierwsze wyścigi na Polu Mokotowskim, mal. January Suchodolski, 1849 rok.
Spojrzał po obecnych. Prezesowa była wesoła, hrabina uśmiechnięta, pan Łęcki promieniejący. Na koźle lokaj hrabiny półgłosem zakładał się z furmanem, że Wokulski wygra. Dokoła nich kipiały śmiech i radość. Radował się tłum, galerie, powozy; kobiety w barwnych strojach były piękne jak kwiaty i ożywione jak ptaki. Muzyka grała fałszywie, ale raźnie; konie rżały, sportsmeni zakładali się, przekupnie zachwalali piwo, pomarańcze i pierniki. Radowało się słońce, niebo i ziemia, a Wokulski poczuł się w tak dziwnym nastroju, że chciałby wszystko i wszystkich porwać w objęcia.
Odbył się drugi wyścig, muzyka znowu zagrała. Wokulski pobiegł do trybuny, a spotkawszy Yunga, który z siodłem w ręku powracał w tej chwili od wagi, szepnął mu:
– Panie Yung, musimy wygrać... Sto rubli nad umowę... Niech bodaj klacz padnie...
– Och!... – jęknął dżokej przypatrując mu się z odcieniem chłodnego podziwu. [...]
Zadzwoniono na trzeci wyścig. Panna Izabela stanęła na siedzeniu; na twarz jej wystąpiły rumieńce. O parę kroków od niej przejechał na Sułtance Yung z miną człowieka, który się nudzi.
– Spraw się dobrze, ty śliczna!... – zawołała panna Izabela.
Wokulski wskoczył do swego powozu i otworzył lornetę. Był tak pochłonięty wyścigiem, że na chwilę zapomniał o pannie Izabeli. Sekundy rozciągały mu się w godziny; zdawało mu się, że jest przywiązany do trzech koni mających się ścigać i że każdy ich ruch niepotrzebny szarpie mu ciało. Uważał, że jego klacz nie ma dość ognia i że Yung jest zanadto obojętny. [...]
Dzwonek. Trzy konie z miejsca ruszyły cwałem.
– Yung na przodzie...
– To właśnie głupstwo...
– Już minęli zakręt...
– Pierwszy zakręt, a gniady tuż za nim.
– Drugi... Znowu wysunął się...
– Ale gniady idzie...
– Pąsowa kurtka w tyle...
– Trzeci zakręt... Ależ Yung nic sobie z nich nie robi...
– Gniady dopędza...
– Patrzcie!... patrzcie!... Pąsowy bierze gniadego...
– Gniady na końcu... Przegrałeś pan...
– Pąsowy bierze Yunga...
– Nie weźmie, już ćwiczy konia...
– Ale... ale... Brawo Yung!... Brawo Wokulski!... Klacz idzie jak woda!... Brawo!...
– Brawo!... brawo!...
Dzwonek. Yung wygrał. Wysoki sportsmen wziął klacz za uzdę i zaprowadziwszy przed trybunę sędziów zawołał:
– Sułtanka!... Jeździec Yung!... Właściciel anonim...
– Co to anonim... Wokulski... Brawo Wokulski!... – wrzeszczał tłum.
– Właściciel pan Wokulski! – powtórzył wysoki dżentelmen i odesłał klacz na licytację.
Wśród tłumu zbudził się szalony zapał dla Wokulskiego. Jeszcze żaden wyścig tak nie rozruszał widzów: cieszono się, że warszawski kupiec pobił dwu hrabiów. [...]
Bolesław Prus, Lalka, rozdział Wielkopańskie zabawy, http://literat.ug.edu.pl/lalka/0013.htm

Tagi , | 76 Komentarzy

„Dawaj Mietek!!!”




Wojciech Zieliński, Żokej. Według opowieści Mieczysława Mełnickiego, Black Unicorn 2011.
Do końca życia nie zapomnę, jak był u nas miting międzynarodowy, siedziałam akurat w loży ówczesnego dyrektora. Dyrektor zerwał się z fotela pierwszy ze strasznym krzykiem „dawaj Mietek!!!” Zaraz za nim zerwał się chyba minister rolnictwa, potem ci z Animexu, wszyscy się wbili w okno, grube byli przeważnie, więc mieścili się z trudnością i wszyscy zgodnie ryczeli pełną piersią „dawaj, Mietek!!!” Mełnicki wygrywał piątą gonitwę polskim koniem, zdobyliśmy pierwsze miejsce. Cały tor ryczał, chyba w Pyrach było słychać.
Dziś nawet podczas najważniejszych gonitw krzyk służewieckiej publiczności zgromadzonej przy torze ledwie słychać przy bramie wejściowej. Impreza, która na całym świecie jest interesem przynoszącym kokosy, u nas jest zabawą dla gromadki zapaleńców. Czy w rozpoczynającym się jutro na Służewcu sezonie coś się zmieni? Zobaczymy. 

Ale nie o mizerii dzisiejszych wyścigów konnych miało być, ale o biografii dżokeja, którego występy elektryzowały tłumy widzów, w tym przedstawicieli PRL-owskiej nomenklatury. Mieczysław Mełnicki urodził się w małej wiosce na Pomorzu, a jego dzieciństwo przypadło na lata wojny. Kochał jazdę konną, a o jego całym życiu zadecydowała wizyta na torze wyścigowym w Partynicach we Wrocławiu. Miał wtedy 14 lat.

Mełnicki opowiedział o swoim życiu i karierze dziennikarzowi sportowemu Wojciechowi Zielińskiemu. Książka przypomina gawędę: trudne początki, pierwsze wyścigowe szanse i zwycięstwa. Kolejne stopnie kariery jeździeckiej, coraz bardziej prestiżowe zwycięstwa, nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Do Mełnickiego należy niesamowite osiągnięcie: wygranie w ciągu trzech tygodni trzech gonitw derbowych – w Wiedniu, Pradze i Warszawie. Błyskotliwy dżokej i znakomity trener ujmuje swoją skromnością, podkreśla rolę ciężkiej pracy, bez której największy talent może się zmarnować, nie zapomina o tych, którzy pomagali mu przez lata – choćby o swym pierwszym wyścigowym mentorze, trenerze Józefie Doroszu. Pięknie opowiada też o swoich ulubionych koniach: Demonie i Nemanie. Biografię uzupełnia sylwetkami kilku wyścigowych znakomitości i wieloma anegdotami z własnej długiej kariery – zagrał na przykład dżokeja Yunga w serialu „Lalka” w reżyserii Ryszarda Bera. Wiele tu też informacji o powojennych wyścigach, choćby o Mitingach Krajów Demokracji Ludowej – w których dominowały zwykle konie z ZSRR, szprycowane dopingiem. Opowieść ma tylko jedną wadę: jest zdecydowanie za krótka.

„Żokej” to książka nie tylko dla bywalców służewieckiego toru, ale również świetne wprowadzenie dla tych, którzy o wyścigowej rywalizacji niewiele czy zgoła nic nie wiedzą. Szkoda wielka, że publikacja jest niemal niedostępna, szkoda też, że poza rubrykami sportowymi tak mało się o wyścigach pisze (zawsze pozostaje niezawodna Joanna Chmielewska). 

Gdybyście chcieli poczuć atmosferę wyścigów, to trener Mełnicki wystawia jutro w drugiej gonitwie wałacha Erisa Al Nath. Do zobaczenia na Służewcu!



Cyt. z: Joanna Chmielewska, Wyścigi, Polski Dom Wydawniczy 1992, s. 60.

Tagi , , | 26 Komentarzy

Obyczaje godowe kowali



Spacer po nasłonecznionym chodniku.
„Tatusiu, to stytawka” – mówi Młodsza na widok owada o czerwonym grzbiecie w charakterystyczne czarne plamy.
„To nie szczypawka – odpowiadam rutynowo. – To kowal”. 
W kowalach jestem obkuty, bo ta rozmowa powtarza się od kilku lat o tej porze roku, najpierw ze Starszą, a teraz już i z Młodszą. 
Pospolity kowal bezskrzydły (Pyrrhocoris apterus) – pluskwiak z rodziny kowalowatych – to bowiem nie byle owad, to owad uwieczniony w poezji. W 1912 roku tak pisała Maria Kossak:


Nie zwróciłbym uwagi na ten owadzi trop, gdyby nie barwne, jak zwykle, objaśnienie Magdaleny Samozwaniec:
W wyżej zacytowanym wierszu jest zwrot: „i nikną dwa kowale w kampanuli celach”. Nie wtajemniczonym w nomenklaturę owadów należy wytłumaczyć, że „kowale” to żuki o czarno-czerwonych skrzydełkach. Wzmiankuję o tym, ponieważ w jej późniejszym wierszu, wchodzącym w skład tomiku Niebieskie migdały, jest zwrotka brzmiąca: „Jechał Kowal na Kowalu niby koral na koralu”,  która mocno oburzyła pewne krakowskie mieszczki. „Jak może jechać, moja pani, kowal na kowalu? Rozum straciła ta starsza Kossakówna – a może... może... wie pani, bywają takie zboczenia...”
No i jak po czymś takim nie uzupełnić wiedzy entomologicznej? Kowal, jak się okazuje, ma ciekawe zwyczaje godowe i właśnie teraz wszędzie pełno sczepionych odwłokami parek, które dbają o przedłużenie gatunku. Ich widok nieodmiennie budzi zaciekawienie u dzieci, mnie przemyka zawsze przez głowę „Jechał Kowal na Kowalu niby koral na koralu...”, ale nie czas wtedy na poezję – bo trzeba oględnie wyjaśnić progeniturze czym zajmują się „szczypawki”...


Cyt. za: Magdalena Samozwaniec, Zalotnica niebieska, Wydawnictwo Literackie 1973, s. 72.


Tagi , | 41 Komentarzy

Gitane’y, etylizm i dziewczęta






Sylvie Simmons, Serge Gainsbourg, tłum. Ewa Penksyk-Kluczkowska, Marginesy 2012.

Dla Francuzów jest legendą, wielkim skandalistą, twórcą niezliczonych piosenek wykonywanych przez największe francuskie gwiazdy, reżyserem i aktorem. Dla reszty świata jest autorem i wykonawcą jednego przeboju, wyśpiewanego – czy raczej wyszeptanego z towarzyszeniem westchnień i jęków swojej wieloletniej miłości, Jane Birkin. W 1969 roku „Je t’aime moi non plus” wywołało falę zgorszenia i uwielbienia, stając się znakiem rozpoznawczym artysty, którego biografię czyta się jednym tchem.

Syn żydowskich emigrantów z Rosji, od dzieciństwa obcował ze sztuką; jego ojciec był muzykiem, miał też talent malarski. Serge, a właściwie jeszcze Lucien, fascynował się surrealistami i też chciał zostać malarzem. Po raz pierwszy kochał się z dziewczyną w czarnym salonie Salvadora Dalego, wśród prac przyjaciół wielkiego ekscentryka. Niepewny, czy sztuki piękne rzeczywiście są jego powołaniem, uczył się też w szkole muzycznej. Paryż usłyszał o nim w 1954 roku, gdy napisał piosenki dla Juliette Greco, muzy egzystencjalistów. Wtedy narodził się Serge Gainsbourg.

Jak sam mówił, w jego życiu trzy elementy – papierosy, etylizm i dziewczęta – tworzyły trójkąt równoboczny. Gitane’ów bez filtra do końca życia wypalał po sześćdziesiąt dziennie; podczas komponowania zasnuwała go chmura dymu. Pić nauczył się w wojsku i stopniowo popadał w coraz głębszy alkoholizm. Dziewczyny zaś przyciągała jego „piękna brzydota”, jak to ujęła Marianne Faithfull. Przeżył namiętny romans z Brigitte Bardot,  potem przez wiele lat był związany z Jane Birkin. Dla kobiet, które kochał, pisał piosenki.
Jane Birkin i Serge Gainsbourg.

Jako muzyk był wizjonerem, którego pomysły wyprzedzały epokę – niegdyś niedoceniane, dziś inspirują młodych wykonawców. Pierwszy, na przykład, we Francji nagrał płytę reggae. Znalazła się na niej przeróbka „Marsylianki”. Jego specjalnością były teksty: obsceniczne, przewrotne, prowokacyjne, pełne gier słów. Seks, autodestrukcja, śmierć, a nawet nazizm to tylko część ich tematów. Szokującej twórczości towarzyszył starannie podtrzymywany wizerunek artysty przeklętego, ekscentryka; służyły temu wywiady, skandaliczne wypowiedzi, reżyserowane przez Gainsbourga filmy, śmiało epatujące nagością, styl życia. Za tą fasadą krył się jednak człowiek nieśmiały, wrażliwy i delikatny.

Książka Sylvie Simmons to znakomity portret nieprzeciętnej, fascynującej postaci, o której z miłością wypowiada się Jane Birkin, a z uznaniem liczni współpracownicy. Cytaty z wywiadów i tekstów Gainsbourga przeplatają się z fragmentami artykułów prasowych i anegdotami. Styl jest barwny, jędrny, autorkę z rzadka tylko ponosi skłonność do piętrzenia określeń, które być może brzmią błyskotliwie po angielsku, jednak przełożone na polski wydają się niezręczne albo niezbyt zrozumiałe. Kolejne etapy życia i kariery Gainsbourga ilustrują okładki płyt i zdjęcia z kobietami jego życia. I tylko podkład muzyczny trzeba sobie zapewnić we własnym zakresie.


Za przesłanie książki dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

Tagi , , | 42 Komentarzy

Podrzutek w stylu retro
(Maria Kruger, „Po prostu Lucynka P.”)





Ta powieść była retro już w chwili wydania trzydzieści lat temu. Mamy rok 1970. Szczytem luksusu jest mieszkanie znanej aktorki, urządzone „pod piekielną modernę” („Wszystko z gąbki, plastiku i nadmuchiwane. [...] zielona wykładzina udająca trawę, a sufit był pomalowany na niebiesko w białe obłoczki”), przyjaciół zaprasza się do domu na telewizję, bo nie wszyscy jeszcze mają aparaty. Podaje się przy tej okazji jajecznicę, słone paluszki, owoce, jogurt, razowy chleb z masłem i ogórkiem, a po gościach luksuje się pokój.

W tej pięknej epoce Lucynka Prandota, córka dziennikarza i świeżo upieczona maturzystka, przygotowuje się do egzaminów wstępnych na studia i rozsmakowuje w dorosłości. Rozmowy z ojcem, trochę nauki, ale głównie odpoczynek: spacery, spotkania z przyjaciółkami, odrzucanie zalotów Daniela, kolegi z klasy. Czyli jak to w powieści dla młodzieży: czas dojrzewania i pierwszych uczuć. Najwyraźniej jednak autorka uznała, że to za mało na porządną książkę. Należało coś skomplikować. Ojciec Lucynki wyjeżdża służbowo za granicę, by komentować mecze piłkarskiej reprezentacji, a samotnej dziewczynie zostaje dostarczone dziecko. Dostarczone i porzucone przez wyrodną matkę, która ma zamiar ruszyć w świat, by robić karierę.

Motyw nastolatki z podrzutkiem do oryginalnych nie należy, że przypomnę tylko Rillę ze Złotego Brzegu. Maria Kruger też wykorzystała go w swojej „Szkole narzeczonych”, ze znacznie jednak lepszym efektem niż w „Lucynce P.”. Jak wiadomo, opieka nad maluchem ma służyć wyrobieniu w młodej bohaterce odpowiedzialności, pomóc się ustatkować i nabrać doświadczenia wychowawczego – bardzo pożytecznego w późniejszym życiu. Kompletnie zielonej Lucynce przydaje się wsparcie przyjaciółki Beśki i niezastąpionej gosposi, pani Lodzi. Dziewczyna wchodzi w obowiązki opiekunki, a na dodatek próbuje rozwiązać zagadkę pochodzenia niemowlaka.

Dobrze zapowiadająca się powieść (interesująco zarysowany stosunek Prandoty do córki, bolesne przejścia rodzinne, które same w sobie mogłyby wystarczyć za temat książki,  wiarygodne, sympatyczne, choć niekiedy kreślone dość pobieżnie postacie Lucynki i jej rówieśników; drewniany jest tylko brat głównej bohaterki), z niebanalnie prowadzoną narracją – głos oddawany jest kolejnym postaciom, w tym także pobocznym – w chwili pojawienia się podrzutka wyraźnie rozłazi się w szwach: mamy historię ni to o komplikacjach życiowo-uczuciowych, ni to komedię omyłek. Tempo akcji spada razem ze spadkiem aktywności przemęczonej Lucynki. Gdzieś w tle przemykają jej rówieśnicy, tata Prandota śle entuzjastyczne wiadomości z wyjazdu, poszukiwania ojca dziecka postępują niemrawo, za to niemowlak podbija bez reszty Lucynkę i panią Lodzię, co może tłumaczyć niechęć do znalezienia wreszcie jego prawnego opiekuna. Nieco ożywienia wniósłby humor, ale jedna pani Lodzia, która używa słów „frenetycznie” i „panicznie” w niewłaściwych znaczeniach, to za mało. Niedookreślone są też realia; chociaż pojawia się dokładna data wydarzeń, to i owo zgrzyta, jakby autorka na szybko poprawiła wcześniejszy maszynopis i oddała go wydawnictwu. Moim zdaniem zmarnowany został pomysł na dobrą książkę o relacjach rodzinno-przyjacielsko-uczuciowych, w zamian otrzymaliśmy dość naiwną fabularnie historyjkę (koszmarne zakończenie!), troszkę nudnawą, choć nie pozbawioną do końca wdzięku.

Maria Kruger, Po prostu Lucynka P., Iskry 1980.

Tagi , | 65 Komentarzy

XIX Targi Wydawców Katolickich w Warszawie



Pierwszy raz miałem dziś okazję odwiedzić Targi Wydawców Katolickich, edycja XIX. Impreza nigdy nie budziła mojego prywatnego zainteresowania, ale ponieważ miałem się stawić w Arkadach Kubickiego służbowo, więc mogę teraz złożyć krótkie sprawozdanie. O uroku miejsca pisałem przy okazji zeszłorocznych Targów Książki Historycznej i opinię podtrzymuję. Targi rozpoczęły się wczoraj (i znów w okolicach placu Zamkowego ani jednej informacji o nich – czyżby wywieszenie choćby skromnego banneru pociągało za sobą jakieś skomplikowane korowody biurokratyczne lub dodatkowe koszty? Całkiem możliwe). Mimo braku drogowskazów, początkowo niewielka liczba zwiedzających koło południa zaczęła rosnąć. Około czternastej tłum był już całkiem pokaźny.


Swoje stoiska miały chyba wszystkie większe i mniejsze wydawnictwa katolickie, ale zjawiły się też oficyny szkół wyższych, Instytut Pamięci Narodowej, Arkady czy Bellona. Niestety, żaden z wydawców nie przygotował stoiska, które wyróżniłoby się wyglądem. Pomysły na przyciągnięcie kupujących skończyły się na rozdawaniu promocyjnych jabłek i cukierków.



Nie zabrakło też gości bardziej egzotycznych:


W ofercie książki (w tym bardzo wiele publikacji dla dzieci), kalendarze, płyty z muzyką i filmami (Telewizja Polska wystawiła DVD z klasyką Teatru Telewizji i polskich seriali), a także koszulki, gry komputerowe i planszowe. Na zdjęciu zamglone „Sandomierskie tajemnice” (czyżby związane z serialem o ojcu Mateuszu?), ale widziałem też gry przybliżające życie benedyktynów w średniowieczu.


Zdecydowanie jednak wydawcy postawili na jeden temat:



Zadziwiające, że w tak krótkim czasie zdołano tyle prac o papieżu Franciszku nie tylko wydać po polsku, ale w ogóle napisać. Chociaż mogę się tylko domyślać, że są to głównie rozmaite kompilacje.

Targi potrwają do niedzieli, towarzyszą im rozmaite imprezy dodatkowe. W przeciwieństwie do jesiennych Targów Książki Historycznej tu za wstęp trzeba zapłacić. Tradycyjnie natomiast ceny na stoiskach zostały – u jednych mniej, u innych więcej. 

***

A już bez związku z targami chciałbym zaprosić wszystkich zainteresowanych do nowego wyzwania czytelniczego: czytamy Zolę. Wszystkie szczegóły na nowym blogu


Tagi , , | 14 Komentarzy

Joseph Conrad, „Gotowanie”





Przedmowa do Podręcznika gotowania dla małej rodziny Jessie Conrad
Spośród wszystkich książek, jakie wyprodukowano ludzkim talentem i przemysłem od zamierzchłych wieków, tylko książki kucharskie są, z punktu widzenia dobrych obyczajów, ponad wszelkimi podejrzeniami. Każdy inny kawałek prozy może podlegać dyskusji, a nawet podejrzeniom odnośnie [do] intencji autora, natomiast zamiar piszącego książkę kucharską jest tylko jeden i to oczywisty. Celem, który może mu przyświecać, może być tylko pomnożenie zadowolenia rodu ludzkiego. 
Ten wzgląd ogólny, a także uczucie czułego zainteresowania, z jakim przywykłem spoglądać na wszelkie poczynania autorki, skłaniają mnie do skreślenia tych kilku słów wstępu do tej książki. Bez brania na siebie odpowiedzialności za jej wskazówki (wyznaję, że jest niemożliwe, bym mógł zdobyć się na przeczytanie książki kucharskiej), występuję skromnie, ale wdzięcznie jako Żywy Przykład jej praktycznych umiejętności. Tych umiejętności, które śmiem oceniać jako najbardziej udane. W ciągu wielu bezcennych lat składały się one na sumę mego codziennego zadowolenia.


Dobre gotowanie jest czynnikiem obyczajowości. Przez dobre gotowanie rozumiem przyrządzanie prostego pokarmu w życiu codziennym, a nie bardziej czy mniej biegłe przygotowywanie próżniaczych uczt i rzadkich dań. Sumienne gotowanie to nieprzyjaciel obżarstwa. Wyszkolona delikatność podniebienia, podobnie jak wydoskonalona delikatność uczuć, sprzeciwia się nieprzystojnemu przesytowi. Przyzwoitość naszego życia jest w dużej mierze sprawą dobrego smaku, prawidłowej oceny tego, co jest piękne w prostocie. Sumienne gotowanie pomagając procesom trawienia wywołuje pogodę umysłu, łagodność myśli oraz to pobłażliwe spojrzenie na ułomności naszych sąsiadów, które jest jedynie autentyczną formą optymizmu. Oto są jego tytuły do naszego szacunku.

Pewien wielki autorytet w sprawach Indian północnoamerykańskich tłumaczył chmurne i nadmierne okrucieństwo charakterystyczne dla tych dzikich ludzi przy pomocy teorii, że jako rasa cierpieli oni nieustannie na niestrawność. Szlachetny Czerwonoskóry był wielkim myśliwym, lecz jego żony nie zdołały opanować sztuki sumiennego przyrządzania posiłków. I konsekwencje tego były opłakane. Siedem Narodów skupionych wokół Wielkich Jezior i Plemiona Konne z Równin były jedną wielką ofiarą szalejącej niestrawności. Szlachetni Czerwonoskórzy byli wielkimi wojownikami, wielkimi mówcami, wielkimi mistrzami gonitw na świeżym powietrzu, ale domowe życie w ich wigwamach przesłaniała chmura posępnej drażliwości, którą wywoływało zjadanie źle przyrządzanych posiłków. Żarłoczność, jaką przejawiali podczas biesiad zjadając produkty nie do strawienia, bezpośrednio prowadziła do nierozumnie gwałtownego przebiegu ich narad. Ofiary mrocznych wyobrażeń, żyli Indianie w nędznej zależności od podstępów wielkiej liczby oszukańczych medyków – szarlatanów – którzy nękali ich próżnymi obietnicami i fałszywymi medykamentami od kołyski do grobu.


Należy zauważyć, że szarlatan obecnej cywilizacji, sprzedawca patentowanych lekarstw, żeruje głównie na rasach z pnia anglosaskiego, przedstawiciele których są także wielkimi wojownikami, wielkimi mówcami, wielkimi myśliwymi, wielkimi mistrzami gonitw na świeżym powietrzu. Ale żadne cnoty nie zapewnią szczęścia, jeśli zacna sztuka gotowania nie zachowa należnego miejsca w świadomości narodu. Dużo winni jesteśmy owocnym medytacjom naszych mędrców, ale trzeźwe spojrzenie na życie wywodzi się jednak głównie z kuchni – kuchni małego domu, siedziby przeważającej większości ludu. A trzeźwe spojrzenie na życie wyklucza wiarę w patentowane lekarstwo. Sumienny kucharz jest naturalnym wrogiem szarlatana bez sumienia, i z tej racji jego trudy rodzą uczciwość i sprzyjają poczuciu przyjemności naszej egzystencji. Gdyż trzeźwe spojrzenie na życie nie może być inne jak tylko dobrotliwe i radosne, podczas gdy wyznawca patentowego lekarstwa pogrąża się w mroku nieokreślonych strachów, składających się na chmurny orszak niepożądanego trawienia.


Mocno trwając w tym przekonaniu przedstawiam tę małą książeczkę mieszkańcom małych domów, którzy są twórcami przeznaczenia narodu. Nie znając się na wartości przedstawionych w niej metod, nie mam jakichkolwiek wątpliwości co do intencji, w jakiej została napisana. Jest wysoce obyczajna. Nie może być co do tego żadnych wątpliwości, czyż nie jest to bowiem książka kucharska, jedyny produkt ludzkiego umysłu nie wywołujący jakichkolwiek podejrzeń.


Nic więcej w tym względzie nie trzeba i w rzeczy samej nie można powiedzieć. Co się tyczy celów praktycznych, uważam, że zadaniem autorki było jasne i zwięzłe przedstawienie podstawowych przepisów. I to też jest godne pochwały, gdyż skromność jest cechą, jaka przystoi artyście. Pozostaje mi tylko wyrazić nadzieję, że ta mała książeczka dzięki dobrej praktyce i rozumności przepisów będzie mogła przyczynić się do dobrego nastroju narodów.
Joseph Conrad z zoną Jessie i synem Johnem, 1912 rok.
Joseph Conrad, Gotowanie, tłum. Józef Miłobędzki [w:] Ostatnie szkice, Państwowy Instytut Wydawniczy 1974, s. 127–129.



Tagi , , | 21 Komentarzy

Jajko niezgody
(Betty MacDonald, „Jajko i ja”)



7 kwietnia, Filadelfia. Korespondencja własna. Siły policyjne Filadelfii postawione zostały w stan gotowości w związku z tłumami gromadzącymi się przed siedzibą zasłużonego wydawnictwa J.B. Lippincott. Oficyna ta wydała niedawno debiutancką powieść Betty MacDonald pt. „Jajko i ja”,  opowiadającą o życiu autorki i jej męża na kurzej fermie w odległym, górzystym zakątku stanu Waszyngton. Z pozoru niewinna historia osobistych przeżyć, zaprawiona humorem i sporą dawka goryczy, wzburzyła liczne środowiska i organizacje, które uznały ją za oszczerczą i wypaczającą rzeczywistość.

Pod gmachem wydawnictwa jako pierwsze pojawiły się zwarte szeregi kur niosek, których rzekomą przeraźliwą głupotę bezwzględnie obnażyła pisarka, dorzucając też zarzut o ich braku przywiązania do opiekunów. Demonstrantki ostrzą sobie w tej chwili dzioby o krawężniki. Zaraz za drobiem nadciągnęli przedstawiciele stowarzyszeń hodowców drobiu i jajczarskich, gdyż ich szlachetna służba ku pożytkowi konsumentów spragnionych najlepszego mięsa i jaj została przedstawiona w książce jako mozolna harówka, wymagająca zrywania się bladym świtem i wykonywania wielu niewdzięcznych czynności, w rodzaju segregowania kurcząt, systematycznej kontroli stanu zdrowia ptaków czy wreszcie upojnego czyszczenia kurników z pokładów guana. Organizacje hodowców uznały, że konsumentów mogą zniechęcić ujawnione tajniki wzajemnych relacji między hodowcą a drobiem, sprzeczne z wizją propagowaną w telewizyjnych reklamach („W kurzarstwie jest jeden wielki plus: jeśli kura jest leniwa, nieprzyjemna lub niechętna do współpracy, można jej zawsze odrąbać głowę i w ten sposób rozwiązać problem raz na zawsze”). Na ciężarówkach zaparkowanych w bocznych uliczkach zauważono spore zapasy jaj. Miejmy nadzieję, że posłużą one tylko do usmażenia gigantycznej jajecznicy dla zmęczonych uczestników protestu.

Na trawniku przed sklepem monopolowym obozowisko rozbiła delegacja Indian, którzy przez MacDonald przedstawieni zostali jako banda brudnych obiboków i pijaków, a pod sklepem z elegancką bielizną rozstawiły się z transparentami przedstawicielki ruchu wyzwolenia kobiet. Ich zdaniem „Jajko i ja” propaguje absolutnie niestosowną wizję kobiety podporządkowanej mężczyźnie, spychanej do roli nomen omen kury domowej, zmuszanej przez bezwzględnego samca do pracy ponad siły i pozbawianej prawa do samorealizacji. Po drugiej stronie ulicy Córy Amerykańskiej Rewolucji protestują przeciwko opluwaniu w powieści tradycyjnych wartości: ciepła domowego ogniska, pracowitości, wczesnego wstawania, skromnych, workowatych strojów i umiłowania robótek ręcznych oraz propagowaniu obrazu kobiety wylegującej się łóżku, palącej papierosy i czytającej powieści. Spodziewani są także mieszkańcy Chimacum, miasteczka, niedaleko którego mieściła się ferma MacDonaldów. Grożą oni pisarce procesami o zniesławienie, gdyż ukazała ich lokalną społeczność w sposób ośmieszający. Pozwy już złożyli członkowie rodziny Bishopów, sportretowanych jako Kettle’owie: rodzina nieudaczników i abnegatów, zatruwających życie autorce i jej mężowi.

Betty MacDonald.
Napływają też jednak wyrazy poparcia dla Betty MacDonald i jej kontrowersyjnej powieści. Władze stanu Waszyngton wyraziły wdzięczność za propagowanie uroków mało znanego regionu; są plany nazwania drogi prowadzącej do fermy MacDonaldów „Drogą Jajko i ja” (Egg and I Road). Dzięki książce wzrosło zainteresowanie Górami Olimpijskimi, których majestatyczne i groźne piękno odmalowała pisarka. Dyplomy uznania przesłały autorce stowarzyszenia ekologiczne – za popularyzację naturalnych sposobów uprawy warzyw i owoców, oraz koła gospodyń wiejskich za przypomnienie tradycji robienia domowych przetworów.

Kontrowersje, jakie towarzyszą powieści, znakomicie wpływają na jej sprzedaż. Kolejne dodruki znikają niczym jajka przed Wielkanocą. Trwają też ponoć negocjacje o prawa do ekranizacji powieści. Nam pozostaje czekać na ukazanie się polskiego przekładu, co ma nastąpić wkrótce. W tej chwili pod budynkiem wydawnictwa rozpoczynają się pierwsze przemówienia. O zmianach w sytuacji będziemy Państwa informować na bieżąco.

Betty MacDonald, Jajko i ja, tłum. Marta Wańkowicz-Erdmanowa, CiS 2009.

Tagi | 39 Komentarzy

Wyblakła pamiątka



Życzę ci dobrej drogi, Horyzonty 1974.
„Życzę ci dobrej drogi” to zbiór opowiadań najlepszych swego czasu polskich autorów dla młodzieży. Wspólnym mianownikiem tekstów jest harcerstwo: bohaterowie już należą do organizacji albo będą do niej należeć, chodzą na zbiórki, jeżdżą na obozy. Harcerstwo jednak służy im przede wszystkim jako punkt odniesienia w codziennych wyborach i decyzjach. Jedni z nich przyswoili już sobie cechy, którymi powinien wykazywać się prawdziwy harcerz: uczciwość, odwagę cywilną, prawdomówność, lojalność, bezinteresowną chęć niesienia pomocy, inni muszą dopiero dojrzeć, wyrobić je w sobie, czasem kosztem bolesnej lekcji.

Zaczyna się, niestety, od trzech dość mdłych opowiadań z nazbyt łopatologicznie wyłożonym przesłaniem (Janusz Domagalik „Pieska moja niebieska”, Aleksander Minkowski „Życzę ci dobrej drogi” i Wanda Żółkiewska „Klub Salomona”). Historie są poprawne, ale bez błysku, którego brakuje też „Pożegnaniu z Grynderem” Edmunda Niziurskiego. Tu widać już typowe cechy stylistyczne tego pisarza, jakieś nutki humoru (straszenie z zastosowaniem Juliusza), ale całość, mimo przewrotnego zakończenia, jest ciężkawa.

Potem, na szczęście, jest lepiej. Autorzy sięgają po ciekawiej zarysowane problemy: dzieci odrzucanych z powodu kalectwa lub odmienności, starych ludzi uznawanych za „niepotrzebnych”, sporów o dominację w grupie, różnicują tło wydarzeń (wieś w dwóch opowiadaniach Klementyny Sołonowicz-Olbrychskiej, góry, lokalna gwara i folklor w „Pająkowym Wierchu” Wandy Żółkiewskiej), dynamiczniej prowadzą fabułę i stosują mniej typowe środki pisarskie – monolog, list. Przede wszystkim jednak bohaterowie postępują mniej jednoznacznie, komplikują się ich motywacje, mogą podejmować inne decyzje niż te jedynie słuszne. Czasem wręcz autorzy zawieszają akcję właśnie przed momentem podjęcia decyzji, dzięki czemu czytelnik może sam przeanalizować sytuację, postawić się w sytuacji bohatera (dobry „Ogryzek” Hanny Ożogowskiej i „Kowboj i Szczęsny” Elżbiety Jackiewiczowej). Najwyżej oceniam „Młodego, dzikiego ptaka” Janusza Nasfetera, kameralną opowieść o uwięzionym przez trzech kolegów jastrzębiu, będącą równocześnie historią kształtowania własnej osobowości i wychodzenia z cienia dominującego przyjaciela, oraz „Gdzieś na granicy” Janusza Domagalika, poświęcone odpowiedzialności za siebie i innych oraz dojrzewaniu w obliczu trudnej decyzji.

W sumie więc nie jest najgorzej, tylko dość nijako. Opowiadania, jak podejrzewam, powstały na zamówienie władz harcerskich, trudno jednak nazwać je nachalnie propagandowymi. Znakiem czasu jest widoczna w nich wiara, że organizacja harcerska może właściwie sama (nieco tylko z pomocą szkoły) wychować młodych ludzi – nie ma tu mowy o wartościach wyniesionych z domu, chyba że negatywnych. Klasa autorów i ich wyczucie sprawiły, że nie jest to rażące; niekiedy harcerstwo w ogóle wydaje się jedynie sztafażem, dorzuconym dla porządku – równie dobrze dzieciaki mogłyby należeć do kółka modelarskiego. Pewnie znakiem czasu jest też marginalizacja dziewcząt: są bohaterkami i narratorkami zaledwie trzech tekstów (na jedenaście), w jeszcze jednym odgrywają nieco większą rolę. Najbardziej jednak przeszkadzał mi zupełny brak humoru: lekkie przebłyski tu i ówdzie to jednak za mało, by uatrakcyjnić lekturę. Krótkie formy nie sprzyjają też pogłębieniu tematu, stąd wrażenie pewnej szkicowości w rysunku postaci. Chociaż problemy młodych ludzi mają wymiar dość uniwersalny, to przyodziano je w szatki zgrzebne niczym harcerski mundurek. Kiedyś zbiór mógł być poczytny, teraz jest jedynie wyblakłą pamiątką z młodości pokolenia moich rodziców.

Tagi , , , , , , , | 24 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.