Archiwum maja 2013

„Chcę się stać ulotną wiatru smugą...”
(Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, „Wojnę diabeł spłodził...”




Nie chcę w tym udziału brać. Chcę się stać ulotną wiatru smugą.
I kiedy wszystko będzie skończone, powrócę do domu, do fiołków.

Wojenne zapiski Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej to portret kobiety, której świat rozpadł się w gruzy, a wraz z nim i ona zaczęła tracić integralność, rozsypywać się na cząstki. Przez wojnę świat stał się dla niej miejscem odrażającym i brudnym, brutalnym i pozbawionym piękna. Poetka straciła swój blask, zszarzała i zbrzydła, a oderwana od rodzinnego domu i najbliższych nie potrafiła już odzyskać energii, którą dawała jej Kossakówka i jej mieszkańcy. W tych notatkach, nieregularnych, urywanych, migawkowych i pisanych wyłącznie dla siebie („notatki do pieca przeznaczone”, 23 października 1941) zawarty jest ogromny ładunek goryczy, cierpienia, tęsknoty; sprawiały one, że nawet ukochanego męża ocenia skrajnie. Dostaje się też polskim emigrantom, wyższym szarżom wojskowym – wszystkim, których uważa za winnych swojej poniewierki na obczyźnie. Pawlikowska-Jasnorzewska więdnie z dala od Polski – nie tylko fizycznie. Czuje, że marnuje się również jej talent, na który nie ma zapotrzebowania – komu potrzebne jej filigranowe poezje, gdy trzeba grzmieć w surmy bojowe? A tego nie umie i nie chce robić, dostrzegając, że „wojnę szatan spłodził”, a jej własny mąż lotnik należy do tych, którzy bombardują niewinnych cywilów („Tylko nie idealizujmy lotników. To oni, mniejsza narodowość, są katami miast bezbronnych, dzieci, kobiet, starców w przytułkach”, 29 kwietnia 1942).

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, 1939 rok.
Skupia się Pawlikowska-Jasnorzewska jednak przede wszystkim na sobie: najpierw odczuwa niewygody długiej podróży na Zachód, potem podłe kwatery, nędzne wyżywienie i brak pieniędzy. Dojmujące są braki w garderobie, sukniach, pantoflachkupione okazyjnie futro sprawia jej ogromną radość. Proces zniszczenia przechodzi jednak również na nią samą: chudnie, brzydnie, przekwita, gorzknieje, czuje, że traci inteligencję. Sama nazywa siebie „jędzą pełną goryczy” (21 lipca 1942), która zatruwa swym jadem nieliczne chwile z ukochanym. Tę gorycz wzmagają ostatnie wspomnienia z kraju, wyrzuty sumienia o jakieś spory, niesnaski, zepsute ostatnie chwile z najbliższymi: „Ach, wyrzuty sumienia, węże drobne, większe, kusicielskie i dogryzające, glisty, wężowidła robacze” (2 stycznia 1941).

Dom i rodzina – śni o nich po nocach, tęskni przeraźliwie, żałuje wyjazdu... Martwi się o rodziców, siostrę, ich zdrowie i sytuację. Czuje się wygnana z raju lat dziecinnych, do którego powrócić nie może („Nasze »ja« czeka nas w rodzinnym domu, / Na pustym miejscu świątecznej wieczerzy...”, napisała w „Myśli świątecznej”). Śmierć ojca jest strasznym ciosem, wszystkie myśli kieruje wtedy ku matce, a kiedy i ona umiera, poetka zapisuje: „Dom już mnie nie obchodzi [...], już to dla mnie pusty rekwizyt, pamiątka tak gorzka, że nie pragnę go już oglądać. Ani Krakowa” (1 czerwca 1943), chociaż jeszcze kilka lat wcześniej modliła się: „domu w Krakowie [...] Wszystkich mi w zdrowiu przechowaj, nikomu nie daj krzywdy wyrządzić” (7 lipca 1940). Wszystkie uczucia skupia na Madzi, swojej siostrze, przeżywając głęboko brak wiadomości od niej, ale niepokój jest mniejszy, inny – ma nadzieję, że zdąży nacieszyć się młodszą siostrą po wojnie.
 
Wojciech Kossak i Magdalena Samozwaniec.
Z tymi troskami o siebie i ukochanych jest właściwie sama. Stefan Jasnorzewski, czekający na przydział, sam zdenerwowany niepewnością swego losu, denerwuje też żonę. Krytykuje jej wiersze,  a ją drobiazgi irytują tak bardzo, że porównuje go do swego pierwszego męża: „Doczekałam się przyjemniaczka męża a la Bzowski”. W bilansie sporządzonym 2 stycznia 1942 roku dostaje się wszystkim mężom Lilki: „Pierwszy [Władysław Bzowski] – kretyn notoryczny, nieuk i cham. Drugi [Jan Pawlikowski] – wariat trochę, zły charakter, egoista sentymentalny [...]. Trzeci [Stefan Jasnorzewski] – urok dziecka i zwierzęcia, ale dużo zarozumialstwa, pychy [...] Dla byle powodu dostaje ataku furii”. Ten podwójny obraz Lotka: najczulszego z mężów i budzącego lęk furiata powtarza się wielokrotnie; dziecko obdarzane zabawkami i zwierzątko pieszczone i milutkie, ale potrafiące pokazać pazury. Równocześnie tkliwość matczyna, erotyczne dreszcze i strach (26 lipca 1941). Wyjazd Jasnorzewskiego do jednostki dokłada Marii jeszcze tęsknotę za ukochanym.

Stefan Jasnorzewski.
A kiedy już wydaje się, że koszmar ma się ku końcowi, atakuje choroba. Jasnorzewska nie lubi lekarzy, nie wierzy w ich diagnozy i środki. Winę za złe samopoczucie składa na zmęczenie i stres („Ot, babskie zdrowie jest bardzo wymagające i nie lubi wielu rzeczy: zmiany klimatu, zmartwień i zmęczenia”, 24 czerwca 1944; „Wszystkie te trucizny i szoki nagromadziły się we mnie”, 28 września 1944). Stan poetki jednak się pogarsza, czekają ją kolejne pobyty w szpitalu, operacje, naświetlania. Zapiski z tego okresu to początkowo próby łudzenia samej siebie, że będzie dobrze, dziarskiego udawania, że nie dzieje się nic poważnego, że zabiegi lecznicze, choć nieprzyjemne, pomogą. Pawlikowska-Jasnorzewska stara się ze wszystkich sił dobrze wyglądać w szpitalu, nie dać się złamać nowotworowi psychicznie („Nigdy sobie dotąd sprawy nie zdawałam, jak ważne są takie głupstwa w takich okolicznościach, które same przez się bardzo dumę człowieka, a zwłaszcza kobiety, poniżają i dręczą”, 24 lutego 1945). Stan zdrowia jednak wciąż się pogarsza i wkrótce już Lilka nie wychodzi ze szpitala; jej notatki zamieniają się w ciąg drobiazgowo opisywanych objawów własnego upadku, ordynowanych przez lekarzy specyfików, zabiegów i diet, wreszcie własnych stanów psychicznych, bólu, cierpienia, przerażenia, poczucia, że własne ciało ją zdradziło: „Jestem jak położony łan, zbity gradem, połamany. Wszystko we mnie chore, spalone, wstrząśnięte” (26 czerwca 1945). Czytelnik tych zapisek czuje się, jakby siedział w kącie szpitalnego pokoju. Każdy z nas musi sam podjąć decyzję, czy w tej sali pozostać, czy wyjść. Czy towarzyszyć jej umieraniu, czy zamknąć za sobą drzwi, odciąć się od fizjologicznych detali agonii i zachować Marię Pawlikowską-Jasnorzewską w pamięci jako piękną córkę Kossaka, którą upływ czasu zdawał się omijać.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.
Magdalena Samozwaniec nie chciała publikacji zapisków siostry; nie wiem, czy dlatego, że zawarte w nich opinie i opisy były dla niej samej zbyt bolesne, czy też nie chciała, by czytelnicy oceniali jej ukochaną Lilkę przez pryzmat notatek pisanych w sytuacji szczególnej, w napięciu tak wielkim, że z pewnością nie pozwalało na zachowanie obiektywizmu i wyczucia proporcji wobec spraw i ludzi. Na pewno nie chciała, by niezdrową sensację budziły fizjologiczne detale ostatnich miesięcy życia „Zalotnicy niebieskiej”. Po blisko siedemdziesięciu latach od śmierci Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej dziennik jest dostępny, z dołączonymi wierszami z ostatniego, przygotowywanego do druku tomiku „Szachownica”. To nie tylko ważne uzupełnienie biografii poetki, ale też dzieło przywracające nam prawdziwego człowieka w miejsce wyretuszowanej eterycznej istoty, genialnej córki Marii z Kisielnickich i Wojciecha. 

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939–1945, zebrał Rafał Podraza, Agora 2012.
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Agora.

Tagi , , , , | 25 Komentarzy

Kultura czasów okupacji





Alan Riding, A zabawa trwała w najlepsze. Życie kulturalne w okupowanym Paryżu, tłum. Piotr Tarczyński, Świat Książki 2012.

W okresie międzywojennym, gdy na Europę coraz dłuższy cień rzucały faszyzm, nazizm i komunizm, gdy ograniczano swobodę wypowiedzi artystycznej i wolność intelektualną, we Francji kultura miała się znakomicie. Nic dziwnego, że kręgi paryskiej bohemy nieustannie zasilali artyści ze wszystkich stron kontynentu, uciekający przed ograniczeniami, a nawet prześladowaniami we własnych krajach. Paryż bez wątpienia stał się głównym centrum kulturalnym epoki.

Będąc mocarstwem w dziedzinie sztuk pięknych, literatury, piosenki czy mody, Francja była jednocześnie państwem toczonym przez polityczną słabość. Mechanizmy demokracji coraz słabiej się sprawdzały, coraz silniejsze stawały się wpływy wszelkich radykałów: skrajnej prawicy czy komunistów. Ta słabość legła u podstaw klęski Francji w starciu z Niemcami w 1940 roku. Nastroje swoich rodaków w tamtym okresie brutalnie podsumował Jean-Paul Sartre: „W 1939 roku baliśmy się śmierci, cierpienia za sprawę, która nas brzydziła. To znaczy za obrzydliwą Francję, skorumpowaną, niesprawną, rasistowską, antysemicką, rządzoną przez bogaczy i dla bogaczy; nikt nie chciał za to umierać, dopóty, dopóki – no, cóż – zrozumieliśmy, że naziści byli jeszcze gorsi”.

W nowych warunkach, po klęsce i podziale państwa na dwie strefy: okupowaną, w której znalazł się Paryż, i nieokupowaną, rządzoną przezreżim marszałka Petaina, ludzie kultury musieli zająć jakieś stanowisko wobec otaczającej ich rzeczywistości. Publikować i występować w ramach dopuszczonych przez okupanta i rząd Vichy, czy raczej zaszyć się gdzieś na uboczu, złamać pióro i pędzel, skupić się na przetrwaniu trudnych czasów? Pokazywać się na przyjęciach w ambasadzie niemieckiej i odwiedzać Berlin w charakterze przedstawicieli francuskiej kultury, czy próbować stawiać opór, wykorzystać swoje talenty w walce z najeźdźcą? Czy przeważy konformizm, czy raczej przywiązanie do wolności? Czy można pisywać do reżimowych gazet, gdy równocześnie artyści żydowskiego pochodzenia są prześladowani, wyłapywani i wysyłani do obozów?

Paryskie kabarety i teatrzyki ruszyły pełną parą już w grudniu 1940 roku. Edith Piaf i Maurice Chevalier jeździli do Niemiec, by śpiewać dla francuskich jeńców wojennych, filmowcy przenieśli się na Lazurowe Wybrzeże, by kręcić rozrywkowe filmy, Louis-Ferdinand Celine wydawał nadal, tak jak przed wojną, antysemickie paszkwile, a Colette zamknęła się w swym paryskim mieszkaniu, ukrywała męża Żyda i pisywała opowiadania do prasy literackiej. Maleńkie grupki intelektualistów próbowały walczyć, wydając podziemne gazetki i rozprowadzając ulotki. Przedstawiciel Stanów Zjednoczonych starał się ułatwić emigrację jak największej liczbie ludzi kultury, a jego rodaczka, Florence Gould, prowadziła w Paryżu salon, w którym spotykali się zajadli faszyści, antysemici, Niemcy, ale też konformiści czy członkowie ruchu oporu.

Alan Riding napisał solidną, dobrze udokumentowaną historię francuskiej kultury w warunkach szczególnych. Nie potępiał, nie oceniał, przedstawił fakty, podkreślając przy okazji, jak różne były motywy twórców, którzy decydowali się na współpracę z okupantem lub reżimem Vichy, jak rozmaicie po wojnie oceniano te same postawy: jednych potępiano, innym wiele uszło płazem. Podsumowanie, pod znaczącym tytułem „Zemsta i amnezja”, to jeden z najciekawszych momentów książki. Znakomite są też rozważania wstępne: rys dziejów przedwojennej Francji ze szczególnym uwzględnieniem kultury, omówienie sytuacji kultury między wypowiedzeniem wojny Niemcom w 1939 roku a klęską w czerwcu 1940 roku i opis reakcji świata kultury wysokiej i popularnej na upadek Francji. Mniej pasjonujące jest omówienie sytuacji w poszczególnych dziedzinach kultury: filmie, teatrze czy muzyce, gdyż przedstawiane w nich osoby w większości nie są, jak mi się wydaje, powszechnie znane. Rzecz jasna, ciekawiej wypadają partie poświęcone literaturze, które zachęciły mnie do poznania „Obcego” Camusa (uznawanego za najwybitniejsze francuskie dzieło powstałe w czasie okupacji), wniknięcia w twórczość Sartre’a czy Irene Nemirovsky, pisarki żydowskiego pochodzenia, która zginęła w Auschwitz, zostawiając niedokończoną „Francuską suitę”, wielki fresk epoki, wydany dopiero w 2004 roku.

My, Polacy, pochlebiamy sobie, że byliśmy narodem bez Petaina i bez Quislinga, wygodnie zapominając o tym, że Hitler nie był zainteresowany polityczną współpracą z Polakami, miał zupełnie inne plany wobec ziem polskich i ich mieszkańców. Brak kolaboracji politycznej nie oznaczał jednak, że nie dochodziło do współpracy w sprawach mniejszych, choć często kosztujących życie jednostek: czy to składania donosów do Gestapo, czy zarządzania przejętym majątkiem żydowskim. Tematy te od niedawna są szerzej obecne w pracach historycznych. Co prawda sytuacji w okupowanej Francji i tamtejszej stosunkowej swobody kulturalnej nie można porównywać do niemal całkowitej likwidacji kultury polskiej przez Niemców, to mam nadzieję, że książka Ridinga stanie się inspiracją do przygotowania podobnego opracowania dotyczącego Polski w latach 1939–1945.

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Świat Książki.

Tagi , , | 33 Komentarzy

A teraz z zupełnie innej beczki...




Latający Cyrk Monty Pythona. Tylko słowa, t. 2, tłum. Elżbieta Gałązka-Salamon, Wydawnictwo RM 2006.

W dobie łatwo dostępnych płyt DVD czy całych skeczy zamieszczonych w internecie czytanie wydanych drukiem scenariuszy kolejnych odcinków „Latającego Cyrku” wydaje się być raczej rozrywką dla zagorzałych wielbicieli Pythonów. Ja nigdy się do takich nie zaliczałem. Oglądałem co prawda kolejne odcinki „Latającego Cyrku Monty Pythona”, nagrywałem po nocach na wideo „Żywot Briana” albo „Świętego Graala”, ale nie oglądałem ich w kółko, nie miałem cytatu z Pythonów na każdą okazję i na dodatek ze wszystkich członków trupy bez wahania rozpoznaję tylko Johna Cleese'a. (Ale za to do szczętu zgrałem kasetę „Monty Python sings”, zaśmiewając się dziwnie w miejscach publicznych, gdy w słuchawkach rozlegało się „Every sperm is sacred”). 

Wygłoszę więc może teraz herezję, za którą ortodoksyjni fani Pythonów mogą się oburzyć – ale „Latający Cyrk” bardzo zyskał w moich oczach w wersji książkowej, chociaż tekst nie jest w stanie oddać mimiki, gestykulacji, intonacji głosu, szaleńczych przebieranek (szczególnie „Pieprzniczek”, pretensjonalnych damulek, w które z upodobaniem Pythoni się wcielali), animowanych wstawek czy muzyki. A jednak niespieszna, dawkowana lektura pozwoliła mi się skupić na tym, co w „Latającym Cyrku” najważniejsze: na oszałamiającej ekwilibrystyce słownej, na absurdalnych skojarzeniach, karkołomnych grach słownych, zaskakujących puentach – wychwycenie tego wszystkiego faktycznie wymaga wielokrotnego oglądania każdego odcinka. Na dodatek w wersji książkowej mamy do czynienia z tekstem dużo pełniejszym niż ten, który jest w stanie w telewizji przeczytać lektor, o lakonicznych napisach nie wspominając. Co prawda tłumaczka Elżbieta Gałązka-Salamon uważa, że w rozwiniętych wersjach pewne scenki tracą swój komiczny efekt, gdy nie są połączone z obrazem, wydaje się to być jednak przesadnym zastrzeżeniem.
Pythonowskie Pieprzniczki.

Przekład pozwala się delektować niemal pełnią Pythonowskiego humoru, który jest prawdziwym wyzwaniem dla tłumacza. W skeczach mnóstwo jest odniesień do historii, obyczajów, miejscowości, kultury wysokiej i niskiej. Żongluje się nazwiskami wielkich filozofów, by za chwilę nawiązywać do jakiejś zapomnianej dziś telewizyjnej gwiazdki czy dawno emerytowanego sportowca. Aluzje do modnych niegdyś teleturniejów, seriali, reklam, produktów sąsiadują z parodiami polityków. W książce wiele z tych niuansów, całkowicie nam obcych, wyjaśniają przypisy, nie do pomyślenia w wersji obrazkowej. Można się zżymać, że to trochę jak wyjaśnianie dowcipu słuchaczowi, który nie zrozumiał puenty i że zabija całą radochę. Mimo wszystko jednak takich miejsc nie jest wiele, a to, co zostaje, jest wystarczająco śmieszne, by polecić wersję drukowaną wszystkim miłośnikom absurdalnego humoru najwyższej próby.

Tagi | 27 Komentarzy

Wyścigi w literaturze (cz. II): „Lesio” Joanny Chmielewskiej


[...] Lesio nagle wrósł w ziemię. Do przystanku na placu Unii podjeżdżał autobus z napisem WYŚCIGI. Pchała się do niego grupka ludzi, ale wewnątrz było jeszcze nieco miejsca.
– Konia!!!... – krzyknęło Lesiowi w duszy zuchwale i buntowniczo.
Pchnięty kategorycznym żądaniem nagle rozbestwionej duszy rzucił się do autobusu. Pchnięty równie kategorycznym życzeniem kontrolera rzucił się do kasy. Następnie znów podporządkował się duszy.
Dusza, zniecierpliwiona i pełna gwałtownie rosnących wymagań, zmusiła go do wykupienia najdroższego biletu wstępu za 30 złotych, przegnała obok pustego w tej chwili paddocku i wpędziła do budynku trybuny. Program wyścigów pominęła milczeniem, z czego można wnioskować, że jej na nim nie zależało. Na bilecie wstępu też by jej zapewne nie zależało, gdyby nie to, że bez niego nie wpuszczano do środka.
Przekroczywszy drzwi Lesio znalazł się w samym środku półprzytomnej, zemocjonowanej tłuszczy, usiłującej w możliwie krótkim czasie stracić możliwie dużo pieniędzy. [...]
Nie wdając się w nie znane mu i skomplikowane szczegóły podstaw gry na wyścigach, bez chwili namysłu udał się do tej samej kasy co poprzednio. W głowie huczał mu potężny młyn, głuszący wszelkie skojarzenia. Nie obudził się w nim nawet cień przypuszczenia, że zasadniczym elementem tej całej zabawy są przecież konie. Nie wiedział w ogóle, gdzie te konie się znajdują, nie zauważył ich dotychczas, nie istniały dla niego. [...]
Wręczył kasjerce następne pięćset złotych, mówiąc stanowczo to, co mu wpadło w ucho przy bufecie:
– Dwa trzy. Pięć razy.
Przed Wielką Warszawską, 1967 rok.
Dumny i głęboko poruszony nie zatrzymywał się już nigdzie, lecz jął obchodzić wkoło całe pierwsze piętro. Miał niejasne wrażenie, że teraz powinno się dziać coś, w wyniku czego on znów będzie wygrany, nie wiedział tylko dokładnie, co by to mogło być. [...] Dzwonek, oznaczający zakończenie przyjmowania wpłat, napełnił go głębokim niepokojem. Wydawało mu się, że lada chwila przeoczy coś szalenie ważnego. Coraz bardziej przejęty odruchowo podążył tam, gdzie wszyscy, to znaczy na stronę torów.
W napięciu i z wytężoną uwagą jął wpatrywać się w dal, toteż start piątki arabów spod samej niemal trybuny nie dotarł do jego świadomości. Dopiero kiedy araby przebiegły połowę trasy i znalazły się po drugiej stronie pola, tam, gdzie spoczywał jego wzrok, pojął wreszcie, że coś leci. Uczyniwszy wysiłek umysłowy przypomniał sobie nagle, że to są konie. Prawda, konie!... Przecież on gra na wyścigach! Postawił na jakieś konie, to konie właśnie lecą, zaraz tu będą i w związku z tym on zaraz wygra!
Powoli zaczęła nawet docierać do niego treść dźwięków, rozlegających się dokoła. Osobnik oparty tuż obok o balustradę patrzył przez lornetkę i udzielał informacji pozostałym, patrzącym gołym okiem. Wszyscy byli wyraźnie zdenerwowani i zdenerwowanie to zaczęło się udzielać Lesiowi, dotychczas, dzięki pewności wygranej, wręcz rażącemu na tle otoczenia.
– Piątka ciągle prowadzi! – wrzeszczał facet z lornetką. – Piątka prowadzi, za nią trójka, potem dwójka!... Trójka dochodzi, nie, zostaje!... [...]
– Panie, mów pan! Co na tym wirażu?!
– Trójka wychodzi, piątka druga!...
– I tak będzie trzy, pięć, zobaczy pan!...
– Mam dwójkę w triplach! — wrzasnął ktoś rozdzierająco.
Ten rozpaczliwy, acz niezrozumiały okrzyk wstrząsnął Lesiem do głębi. Padł na plecy stojącego przed nim faceta i nie wytrzymał nerwowo.
– Mów pan! – krzyknął, szarpiąc za rękaw właściciela lornetki.
Właściciel lornetki czynił starania, żeby wydrzeć mu rękaw, wraz z szarpaną częścią odzieży miotała mu się bowiem ręka z przyrządem optycznym, który usiłował przyłożyć do oczu. Konie były już na prostej, Lesio nerwowo szarpał, poniechał więc lornetki i wrzeszczał dalej, oceniając sytuację bez udoskonaleń technicznych. 
– Walet idzie, Walet! Piątka druga!
– Chała druga! Dwójka ją bierze! Już jest trzy dwa!...
– Dwójka wychodzi!
– Nie daj się!!!...
– Walet dawaj. Walet dawaj!!!...
– Jest! Dwa trzy!!!...
– Cholera ciężka, trzy dwa grałem dziesięć razy!...
Nieprzytomny i niemal wytrzeźwiały z przejęcia Lesio bez protestu pozwolił się wepchnąć z powrotem do środka. Dwa trzy!... Dwa trzy to było to, co miał napisane na pięciu wykupionych biletach! Wygrał! Znów wygrał! Sam los był po jego stronie! [...]
O wysokości wygranej sumy dowiedział się dopiero po jej otrzymaniu, bo wszelkie ogłaszane przez głośnik i na tablicy informacje umykały jego uwadze. Porządek dwa trzy oceniony na 220 złotych, dał mu w ręce pięć i pół tysiąca i sprawił, że po odliczeniu sprzeniewierzonych funduszów był już na plusie. [...]
Joanna Chmielewska, Lesio, Czytelnik 1989, s. 105–110.

Tagi , | 46 Komentarzy

„Dopóki czytasz, dopóty jesteśmy razem”




Ann Kirschner, Listy z pudełka. Sekret mojej mamy, tłum. Barbara Gadomska, Aleksandra Geller, AMF 2008.
Dla Ann Kirschner historia rodziny zaczynała się w 1946 roku, gdy jej matka, polska Żydówka Sala Garncarz, przypłynęła do Stanów Zjednoczonych ze swym świeżo poślubionym mężem. O tym, co działo się wcześniej, Sala nie chciała mówić. Dopiero po wielu latach, na kilka dni przed poważną operacją, przekazała córce pudełko pełne listów i fotografii. Te pieczołowicie przechowywane pamiątki pozwoliły Ann wejść do świata, którego nie znała i o którym jej matka przez dziesięciolecia nie chciała wspominać.

Brzmi to jak wstęp do banalnego romansu, ale jest jak najbardziej poważną historią o odtwarzaniu świata polskich ortodoksyjnych Żydów, który przestał istnieć wraz z zagładą jego mieszkańców. Sala Garncarz pochodziła z rodziny pobożnych, biednych Żydów z Sosnowca. Z całego licznego rodzeństwa ona przejawiała największą ciekawość świata, jej najtrudniej było usiedzieć w miejscu. Po wybuchu wojny Sosnowiec włączony został do Rzeszy, a tamtejsi Żydzi, poddani restrykcyjnemu prawu, mieli stać się niewolniczą siłą roboczą w obozach Organizacji Schmelt, pracować w fabrykach i na budowach.

W październiku 1940 roku przyszło wezwanie, nakazujące starszej siostrze Sali, Róży, zgłosić się do obozu pracy w Geppersdorfie (dziś Rzędziwojowice). Sala postanowiła pojechać tam zamiast Róży, która, jej zdaniem, była zbyt wątła, by dać sobie radę. Teoretycznie miała przebywać poza domem sześć tygodni, pozostała w obozach do końca wojny, co – paradoksalnie – być może uratowało jej życie. Wiedziona, jak to nazwała jej córka, „instynktem archiwistki” od początku starannie zbierała listy z domu i od przyjaciółek, liściki wymieniane w obozie, urodzinowe laurki, zdjęcia; skrzętnie ukrywane przed rewizjami stały się podstawą do rekonstrukcji losów Sali i jej rodziny, wymownym świadectwem czasów Zagłady.

Korespondencja nawiązana została dość szybko, chociaż z powodu obozowych ograniczeń pozostawała raczej jednostronna. Sala mogła pisać rzadko i zdawkowo opisywać swoje życie. Rodzice i siostry nie bardzo mogli sobie na tej podstawie wyobrazić obozową rzeczywistość: ciężką pracę, szykany, marne wyżywienie, kiepskie warunki mieszkaniowe, chociaż współczuli Sali oderwania od najbliższych i mocno za nią tęsknili. Listy z domu wypełniały drobne detale życia codziennego, ale też upomnienia Róży, by młodsza siostra pamiętała o wpojonych jej zasadach religijnych i moralnych. Wsparciem dla Sali w nowych warunkach była energiczna, starsza przyjaciółka Ala Gertner (stracona w 1945 roku w Auschwitz za pomoc w przygotowaniu buntu Sonderkommando), której w korespondencji poświęcano wiele miejsca. Obie strony zdawały sobie sprawę z wartości listownych więzów: „Czy wiesz, dlaczego tak dużo piszę? – pytała Róża. – Bo dopóki czytasz, dopóty jesteśmy razem”.

W 1942 roku, wraz z pogarszaniem się warunków w sosnowieckim getcie, zmienił się ton listów do Sali. Nagle wiele spraw opisywano półsłówkami, ale wszystko wskazywało na to, że rodzina głoduje, a marny obozowy wikt stał się rzeczą godną zazdrości: „Po wielekroć dziękujemy Bogu, że co by się nie działo, nie musisz się martwić o jedzenie, a to wiele znaczy. [...] Szczególnie dobrze nie wyglądamy, bo niby jakim sposobem?” Kilka dni później Róża jeszcze dobitniej wyraziła, jak wygląda sytuacja w Sosnowcu: „jesteśmy przeszczęśliwi, że nie ma Cię dziś z nami”. W getcie wszyscy drżeli przed wywózkami (określanymi w listach mianem „wesela”), a jedynym sposobem zabezpieczenia się przed nimi było zdobycie dobrej pracy.

Listy z domu urwały się po 12 sierpnia 1942 roku, kiedy zlikwidowano getto w Sosnowcu.

Opowieść Ann Kirschner jest przejmująca dzięki wykorzystaniu pamiątek matki. Czytamy listy, przeplatane rzeczowym komentarzem autorki, uściślającym i wyjaśniającym wiadomości z korespondencji. Ponieważ nie zachowały się listy Sali, jej dzieje są słabiej zarysowane niż historia rodziny pozostawionej w Sosnowcu; jej przejścia wydają się mniej dramatyczne niż los reszty Garncarzy. Dopiero w drugiej połowie opowieści Sala wraca na pierwszy plan, kiedy próbuje poznać losy swoich sióstr i rodziców, nawiązać pozrywane kontakty, a wreszcie, już po wojnie, ułożyć sobie na nowo życie. Niewiele wspomnień ocalonych z Holokaustu jest tak bogato udokumentowanych; Sali udało się zachować listy ponad 80 nadawców. Materiały te można oglądać na stronie internetowej: http://web-static.nypl.org/exhibitions/sala/index.html wraz z dokładnymi objaśnieniami.

Tagi , , , , | 14 Komentarzy

O co chodzi w byciu czarownicą






Terry Pratchett, W północ się odzieję, tłum. Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka 2011.

W byciu czarownicą wcale nie chodzi o „latanie dookoła na miotłach i takie różne”, jak zdaje się uważać większość ludzi. Czarownica musi robić rzeczy, których inni nie robią, nie chcą albo nie mogą robić. Na przykład obcinać paznokcie u nóg chorej staruszce. A latanie na miotle służy głównie dostaniu się do miejsca, gdzie trzeba coś takiego zrobić. Albo w ogóle posprzątać jakiś bałagan.

Tiffany Obolała, mimo iż ma zaledwie szesnaście lat, już jest pełnoprawną czarownicą, która dbać ma o mieszkańców Kredy. Lista jej obowiązków jest tak długa, że dziewczyna rzadko ma czas, by zjeść porządny posiłek i się wyspać. Nie ma już mowy o bohaterskich czynach w rodzaju wyrwania brata z rąk Królowej czy pocałowania zimy; trzeba odebrać ból ciężko choremu baronowi, pomóc przy porodzie albo przy zmarłym, przygotować jakąś maść albo sprawić, by zbrodniarz zrozumiał swą winę. W nawale obowiązków młoda czarownica ledwo zauważa, że atmosfera wokół niej dziwnie gęstnieje, co i raz ktoś rzuci nieprzyjemną aluzję na temat czarownic albo spojrzy wzrokiem sugerującym płonący stos. Tiffany musi wykryć źródło tej niechęci wobec siebie i koleżanek po fachu, oganiając się przy okazji od nadgorliwej opieki zadziornych Nac Mac Feeglów, mikrego wzrostu zabijaków, a na koniec zdając ostateczny egzamin przed komisją złożoną między innymi z Babci Weatherwax i Niani Ogg. Może przy okazji trafi się Tiffany jakiś „namiętny przypadek”, przystojny i inteligentny młodzieniec, na którym można polegać i z którym można budować przyszłość...

„W północ się odzieję” to typowa dla Pratchetta powieść przygodowo-awanturnicza: rozwiązywanie zagadki coraz silniejszej niechęci wobec czarownic, prowadzące od jednego barwnego epizodu do drugiego, komplikowane jest przez niesfornych Feeglów. Tiffany podąża tropami wiodącymi w przeszłość i do wielkiego Ankh-Morpork, składa wizyty w najbardziej niestabilnym miejscu na świecie i w Centrum Żartów Boffo („Kapelusz młodej czarownicy, ze złowieszczym brokatem. Rozmiar 7. Cena: 2,50 AM$. Boffo! Magiczna marka!!”). Nie brakuje też humoru: niezrównany opis atrakcji jarmarku szorowania (konkurs toczenia serów, stoisko nurkowania po żaby; niestety, w tym roku nie pojawił się człowiek, który wkładał sobie łasice do spodni; być może się zniechęcił) czy wnikliwe uwagi na temat hodowli świń i ich chorób („szory, ślepowzdęcia, mosiężny kark, pływanie zębów” itd.). Jak to się jednak ostatnio coraz częściej dzieje u Pratchetta, jest w tej książce dużo więcej – i nie są to rzeczy przyjemne. W poruszający sposób pokazana jest kwestia przemocy i sposób, w jaki lokalna społeczność rozprawia się z tymi, którzy wykraczają poza przyjęte granice zachowań. Nagonka na czarownice jest okazją do wskazania, jak niewiele trzeba, by kogoś napiętnować, uczynić kozłem ofiarnym – zawsze bowiem dzieje się coś złego i zawsze znajdzie się jakaś stara kobieta, stary mężczyzna, obcy, przybysz, których można o to zło obwinić. Demon ścigający Tiffany, którego pojawienie się podsyca takie zachowanie, to uosobienie tego uniwersalnego mechanizmu. Obolała musi stoczyć walkę z Przebiegłym, ale nawet pokonanie go niewiele pewnie zmieni.

Nie byłem wielbicielem Tiffany Obolałej i Nac Mac Feeglów, to pozostałość po czasach, gdy ona nazywała się jeszcze Akwilą Dokuczliwą, a oni Fik Mik Figlami i nader drętwo się ich przygody czytało. Na szczęście trzeci tom cyklu, „Zimistrz”, już w tłumaczeniu Piotra W. Cholewy, okazał się bardzo przyjemnym zaskoczeniem, a „W północ się odzieję” poziomem nie odbiega od moich ulubionych powieści o czarownicach. Muszę się teraz cofnąć i poznać wcześniejsze perypetie Tiffany w nowym przekładzie.

Tagi | 40 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.