Archiwum czerwca 2013

Panno, madonno, legendo tych lat



Czy pamiętasz, jak z tobą tańczyłem walca,
Panno, madonno, legendo tych lat?
Czy pamiętasz, jak ruszył świat do tańca,
Świat, co w ramiona mi wpadł?
Wylękniony bluźnierca,
Dotulałem do serca
W utajeniu kwitnące te dwie,
Unoszone gorąco,
Unisono dyszące,
Jak ty cała, w domysłach i mgle.....
I tych dwoje nad dwiema,
Co też są, lecz ich nie ma,
Bo rzęsami zakryte i w dół,
Jakby tam właśnie były
I błękitem pieściły,
Jedno tę, drugie tę, pół na pół.

Joanna Olczak-Ronikier:
Zaczynała się błyskawiczna, zapierająca dech w piersiach kariera piosenkarska Ewy. Ale jeszcze długo pozostała taka, jaka była na początku, kiedy ją poznałam: serdeczna, koleżeńska, przyjazna ludziom, a przede wszystkim wesoła. Ślady radości i czułości w jej głosie można już tylko znaleźć w starych nagraniach, zdarzających się czasem w radio. [...] Miała wtedy tylu przyjaciół, była przez wszystkich uwielbiana i noszona na rękach. Tyle było wspólnych szampańskich bankietów, przygód, wycieczek, bali. [...] Wiedzieliśmy wszyscy, że taki talent zdarza się raz na sto lat. Dlatego otoczona była troską jak nikt inny w kabarecie. Bez skrupułów odbierało się dla niej innym kolegom gotowe piosenki, ja sama, bluźnierczą ręką przerabiałam „Tomaszów” i „Grande Valse Brillante” z wersji męskiej na kobiecą. Później cierpliwie znosiło się jej upory, kaprysy, samowole, nielojalności. I nikt się przecież nie dziwił, kiedy doszła do wniosku, że wyrosła już z Piwnicy i musi się usamodzielnić. Ale dlaczego dziś zerwała ze wszystkimi, którzy tak długo służyli jej sercem, czasem, radą i talentem?

Ale na razie jest ciągle jeszcze rok 1962. Jeszcze nie wiemy, co wydarzy się potem. Jeszcze cieszymy się czasem teraźniejszym. [...]



Zygmunt Konieczny:
„Grande Valse Brillante” napisałem dla Mietka [Święcickiego]. Ewa, za twoim poduszczeniem, zabrała mu to przed Sopotem [1964 rok]. Tyś przerobiła jej słowa, a ja za to stawałem przed sądem koleżeńskim Zaiksu. Z oskarżenia pani Tuwimowej. Inna rzecz, że wystąpiła z tym oskarżeniem dopiero wtedy, kiedy ukazała się płyta, a ona otrzymała tantiemy. Groziła mi surowa kara, ale otrzymałem tylko naganę, bo udowodniłem, że napisałem to dla mężczyzny – miałem na szczęście taśmę magnetofonową z walcem w Mietka wykonaniu. Ale pan przecież wiedział o tym zmienionym tekście. I mimo to akompaniował pan Ewie? – spytał sędzia. Zmusiła mnie. Ona jest bardzo apodyktyczna – broniłem się. I jakoś mi uszło.
 
Ewa Demarczyk i Zygmunt Konieczny.

Lucjan Kydryński:
Kolejny sukces Ewy nadszedł dopiero w Sopocie 1964.

Źródeł tego sukcesu szukać trzeba mniej więcej rok wcześniej. Konieczny, wraz z dwoma filarami „Piwnicy”, konferansjerem Piotrem Skrzyneckim i plastyczką Janiną Garycką, poszli do krakowskiego Teatru Rapsodycznego na spektakl-adaptację Kwiatów polskich. I wtedy właśnie powstał projekt, aby Konieczny napisał piosenkę do tekstu Tuwima. Napisał dwie: Tomaszów i Grande Valse Brillante. Obie śpiewane były w „Piwnicy”, początkowo jednak przez piosenkarza, ponieważ w Tuwimowskim oryginale są to teksty pomyślane dla mężczyzny. Potem jednak mimo sprzeciwu językowych i literackich purystów dokonano w tekście drobnych retuszów i – piosenki przejęła Ewa Demarczyk. Obie przygotowała na festiwal w Sopocie.
Konieczny, jeśli wierzyć jego wypowiedziom w prasie, liczył raczej na sukces Tomaszowa („mniej pretensjonalny, bardziej prosty, kameralny, sądziłem, że stanie się przebojem...”). Tymczasem komisja festiwalowa odrzuciła Tomaszów na generalnej próbie. Został Grande Valse Brillante i – w interpretacji Ewy Demarczyk – podbił bez reszty festiwalową publiczność!
Zajął w polskiej konkurencji drugie miejsce, pierwszego ustępując Tańczącym Eurydykom. Czy słusznie? Rzecz wątpliwa. W każdym razie – nazwisko Ewy Demarczyk znów powróciło na szpalty gazet; znowu stwierdzić przyszło, z pewnym niedowierzaniem, że chyba nie istnieje podział na piosenki „ambitne” i „popularne”. To przecież, co działo się w sopockiej Leśnej Operze po wykonaniu Walca, określić można tylko jako jeden wielki zbiorowy szał entuzjazmu. A nikt nikomu nie wmówi, że piosenka jest łatwa...

Julian Tuwim, Kwiaty polskie, Wydawnictwo PTWK 1990.
Joanna Olczak-Ronikier, Piwnica pod Baranami, Tenten 1994, s. 177 (wspomnienie Joanny Olczak-Ronikier), 189 (wspomnienie Zygmunta Koniecznego).
Lucjan Kydryński, Znajomi z estrady, PWM 1966, s. 119.

Tagi , , , , | 34 Komentarzy

Jak z folderu biura podróży
(Adam Bahdaj, „Piraci z Wysp Śpiewających”)



Gdyby Adam Bahdaj pisał współcześnie i gdyby istniała jeszcze Jugosławia, podejrzewałbym, że jakieś tamtejsze ministerstwo turystyki zaprosiło tego autora na długie wakacje w swoim kraju, dało sute diety i prosiło, by sławił uroki jugosłowiańskich gór i plaż. „Piraci z Wysp Śpiewających” powstali jednak pół wieku temu, kiedy Polakom każdy zagraniczny wojaż jawił się jako niedostępny luksus, mogę więc uwierzyć, że Bahdaj opiewał góry Sinjajevina i adriatyckie wybrzeże z potrzeby ukazania rodakom kawałka szerokiego świata, do którego zapewne miał łatwiejszy dostęp niż jego czytelnicy.

Jugosławia, według Bahdaja, to piękne góry z czystymi jeziorami i balsamicznymi lasami, zabytkowe miasta pełne pamiątek po Rzymianach czy Wenecjanach, ciepłe morze usiane romantycznymi wysepkami, a także życzliwi i gościnni ludzie, którzy na dźwięk polskiej mowy jeszcze szerzej otwierają serca. Szczególnie jeśli spotkają kogoś takiego jak wujaszek Leon.

Wuj Leon bowiem to postać nieprzeciętna, z rudą brodą godną pirata, partyzancką przeszłością, znajomością języków obcych i nieprzepartym urokiem osobistym. Ma też starodawny samochód zwany pieszczotliwie „mamutem” oraz siostrzeńca, którego zabrał na wakacyjną wyprawę do Jugosławii. Po czym niemal zaraz na jej początku lekkomyślnie zgubił wszystkie przydziałowe dewizy w kwocie stu dwudziestu dolarów. W przeciwieństwie swego czternastoletniego towarzysza podróży, Marcina, nie wydawał się tym szczególnie przejęty i zamierzał jechać dalej, żywiąc się tym, co da natura i rozbijając namiot w co urokliwszych miejscach.

I tak bez pieniędzy, ale za to z uśmiechami na twarzach bohaterowie zwiedzali Jugosławię, popadając w rozliczne tarapaty, z których zawsze wychodzili obronną ręką. O fabule trudno mówić, to raczej ciąg epizodów – dramatycznych, jak zagubienie się w jaskini, awanturnicznych – jak wyprawa paczki małolatów motorówką na pełne morze, czy zabawnych – jak oswajanie dzikiego osła. Wszystko, rzecz jasna, przy słonecznej pogodzie i na tle krajobrazów godnych folderu każdego biura podróży. Nasi bohaterowie nie cenili sobie jednak tłocznych kurortów i eleganckich hoteli, drażniła ich ciżba turystów, która wręcz uniemożliwiała spokojne kontemplowania uroków świata. „Wśród ruin kłębiło się mrowie turystów. Ogromnie im się podobały te ruiny, bo cały czas tylko fotografowali. Nic, tylko pstryk, pstryk! Na tym przecież polega nowoczesna turystyka. Jedzie się tysiąc kilometrów po to tylko, żeby zrobić tysiąc i jedno zdjęcie. [...] Potem [turysta] wraca do Paryża, Londynu, Frankfurtu i chwali się, gdzie to on nie był i czego nie widział, a właściwie nic nie widział, bo patrzał na wszystko przez obiektyw swego aparatu”. Aktualne, czyż nie? Tyle że dziś nawet nie trzeba wracać do domu, żeby się pochwalić, wystarczy komórka z dostępem do internetu.

Bahdaj wykazał się godną podziwu powściągliwością – obcą choćby Zbigniewowi Nienackiemu – i nie okrasił książki encyklopedycznymi informacjami o geografii i dziejach miejsc występujących w książce. Dzięki temu bez trudu można uwierzyć, że jej narratorem jest prawdziwy nastolatek.

Z sielankowymi „Piratami” najlepiej zaszyć się w upalne popołudnie w jakimś przyjemnym cieniu i popijając wodę z cytryną, czytać niespiesznie w oczekiwaniu na własne wakacje. Oby równie udane, jak te wujaszka Leona i Marcina.



Adam Bahdaj, Piraci z Wysp Śpiewających, ilustr. Hanna Kohlmann-Maczubska, Nasza Księgarnia 1980.

Tagi , | 30 Komentarzy

Rozstrzygnięcie plebiscytu na ulubioną polską powieść dla młodzieży


Kiedy zaproponowałem Wam wspólne wybranie ulubionych polskich powieści młodzieżowych napisanych w latach 1945–1989, nie spodziewałem się, że zabawa aż tak się rozkręci! Swoje propozycje przysłały 52 osoby (plus niżej podpisany; niestety,  zaledwie 15 procent uczestników to panowie), które łącznie wymieniły 282 tytuły (a właściwie trochę więcej, ale część odpadła z powodów formalnych, gdyż nie spełniały warunków plebiscytu). Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli podzielić się ze mną swoimi propozycjami i wspomnieniami związanymi z lekturami z młodości. Powstało nawet kilka wpisów blogowych: zachęcam do poznania wspomnień Grendelli, Agnieszki i Aine  – jeśli kogoś pominąłem, proszę o uzupełnienie.

Wszystkie zgłoszone propozycje zamieściłem w specjalnej plebiscytowej zakładce – są wśród nich książki, o których nawet nie słyszałem wcześniej, ale już wiem, że co najmniej kilka na pewno przeczytam.

Żeby nie przedłużać, przechodzę do sedna, czyli prezentacji wyników. Najpierw zaplecze czołówki:


Miejsce 40, ogromnie pojemne:
  • Broszkiewicz J., Ci z Dziesiątego Tysiąca 
  • Fiedler A., Mały Bizon
  • Kann M., Dziewięć bied i jedno szczęście
  • Kruger M., Karolcia
  • Minkowski A., Gruby
  • Nienacki Z., Wyspa złoczyńców
  • Ożogowska H., Za minutę pierwsza miłość
  • Perepeczko A., Dzika Mrówka i tam-tamy
  • Przymanowski J., Czterej pancerni i pies
  • Rolleczek N., Kochana rodzinka i ja
  • Rolleczek N., Kuba znad Morza Emskiego
  • Snopkiewicz H., Tabliczka marzenia
  • Szczygieł J., Tarnina

Miejsca 36–39 zajęły:
  • Bahdaj A., Podróż za jeden uśmiech
  • Chmielewska J., Skarby
  • Musierowicz M., Małomówny i rodzina
  • Szklarski A., Tomek na Czarnym Lądzie

Miejsca 30–35:
  • Bahdaj A., Kapelusz za 100 tysięcy
  • Chmielewska J., Zwyczajne życie
  • Niziurski E., Awantura w Niekłaju
  • Niziurski E., Siódme wtajemniczenie
  • Siesicka K., Jezioro osobliwości
  • Zawada W., Kaktusy z Zielonej ulicy

Miejsca 26–29:
  • Chmielewska J., Większy kawałek świata
  • Musierowicz M., Ida sierpniowa
  • Nienacki Z., Pan Samochodzik i zagadki Fromborka
  • Ożogowska H., Ucho od śledzia

Teraz głosy zaczęły się bardziej różnicować. Tak więc:
24–25:
  • Broszkiewicz J., Wielka większa i największa
  • Nienacki Z., Pan Samochodzik i templariusze 

22–23:
  • Broszkiewicz J., Długi deszczowy tydzień
  • Niziurski E., Księga urwisów

17–21:
  • Musierowicz M., Kłamczucha
  • Nowacka E., Małgosia contra Małgosia
  • Ożogowska H., Dziewczyna i chłopak
  • Snopkiewicz H., Słoneczniki
  • Szklarscy K. i A., Złoto Gór Czarnych

10–16:
  • Bahdaj A., Wakacje z duchami
  • Jurgielewiczowa I., Ten obcy
  • Musierowicz M., Opium w rosole
  • Nienacki Z., Księga strachów
  • Nienacki Z., Niesamowity dwór
  • Niziurski E., Niewiarygodne przygody Marka Piegusa 
  • Ożogowska H., Głowa na tranzystorach


Zanim przedstawię pierwszą dziewiątkę, chwila przerwy. Nastąpi klasyfikacja autorów.
Według liczby zgłoszonych książek:

Edmund Niziurski – 13
Adam Bahdaj – 10
Zbigniew Nienacki – 8
Krystyna Siesicka – 8
Alfred Szklarski – 8

Edmund Niziurski

Według liczby zdobytych punktów:

Małgorzata Musierowicz – 61
Edmund Niziurski – 58
Hanna Ożogowska – 52
Zbigniew Nienacki – 47
Adam Bahdaj – 36


Małgorzata Musierowicz

Teraz ścisła czołówka:
Miejsce 8–9:
  • Musierowicz M., Kwiat kalafiora
  • Szmaglewska S., Czarne stopy


Miejsce 5–7:
  • Chmielewska J., Nawiedzony dom
  • Niziurski E., Sposób na Alcybiadesa
  • Szklarski A., Tomek w krainie kangurów 

 
Miejsce 4:
  • Krystyna Siesicka, Zapałka na zakręcie
Grono wielbicielek autorki jest ogromne i wiele jej książek wymieniono w propozycjach, ale to „Zapałka” przez wiele dni prowadziła w plebiscycie. Historia miłości Mady i Marcina musi mieć w sobie coś fascynującego, skoro czytana jest od prawie pół wieku.

Miejsce 3:
  • Maria Kruger, Godzina pąsowej róży

Czyli współczesna (hm, dziś już mało współczesna, pierwsze wydanie 1960) nastolatka przeniesiona w czasie: zderzenie spódniczek mini z gorsetami i młodzieżowego luzu z towarzyską etykietą. Znakomita adaptacja filmowa z Elżbietą Czyżewską i Lucyną Winnicką.



Miejsce 2:
  • Małgorzata Musierowicz, Szósta klepka

Pierwsza powieść z cyklu rozgrywającego się na poznańskich Jeżycach. Perypetie uczuciowe, szkolne, domowe, przesympatyczni bohaterowie, mnóstwo humoru i realia lat siedemdziesiątych. O tym, jak powstawała „Szósta klepka” można poczytać tutaj




Miejsce 1:
  • Hanna Ożogowska, Tajemnica zielonej pieczęci

Z fenomenem „Tajemnicy” zmierzyła się niedawno Elenoir i najwidoczniej jest w tej książce coś, co sprawia, że bardzo wiele osób pamięta ją nawet po latach. Ja nie pamiętam, więc wpisuję sobie tę powieść jako numer jeden na liście powtórek.


Zadowoleni z wyników Waszych faworytów? Zdziwieni rozstrzygnięciami? Odkryliście książki, które Was ominęły? Będziecie wracać do ulubionych i poznawać nowe? A może nie warto czytać na nowo powieści zapamiętanych z młodości, żeby nie psuć sobie wrażeń? 

[edycja godz. 19.48] Ori w swoim komentarzu słusznie zwróciła uwagę, że znajdujące się na pozycji 40 "Orle pióra" K. i A. Szklarskich to część "Złota Gór Czarnych". Po dodaniu punktów obu pozycji "Złoto" przesunęło się w klasyfikacji na pozycję 17-21.

Tagi , , | 77 Komentarzy

Nim północ wybije...




Nim północ wybije, przesyłać można głosy w plebiscycie na ulubioną polską powieść młodzieżową wydaną (po raz pierwszy) w latach 1945–1989 (wszystkie szczegóły podałem w poprzednim wpisie). Maile z propozycjami maksymalnie 15 tytułów można przesyłać na adres: zacofany.w.lekturze@gmail.com. Jest już ukształtowana czołówka, w której wszystko jeszcze może się zmienić! Zapraszam do wspominania i głosowania. Wyniki, zgodnie z obietnicą, w niedzielę.


A żeby uprzyjemnić oczekiwanie na rezultaty, mała galeria ilustracji i kilka cytatów z klasyków.
Seweryna Szmaglewska, Czarne Stopy, ilustr. Zbigniew Lengren, Wydawnictwo Śląsk, 1981, s. 35.
— Marek, leć no prędko po zapałki. Przynieś też od razu śle­dzie, ile tylko znajdziesz.

Śle... Przepraszam!, co takiego, druhu drużynowy?
Śledzie, patałachu. Mówię wyraźnie: zapałki i śledzie. Coś takie oczy wybałuszył na mnie?! Ganiaj!
Marek odwrócił się. Wyraz niepewności malował się w jego rysach. Uszedł kilka kroków, obejrzał się, nikt jednak nie zwracał na niego uwagi. Śledzie? Nagle stuknął się w czoło i skoczył szybko. Zniknął w gęstwinie krzaków.
Upłynęły może dwie minuty, a już zaczęto go niecierpliwie nawoływać.
Prędzej, gdzie te śledzie? Poszedłeś po nie do stolarza?
Marek nadbiegł wreszcie potrząsając pudełkiem zapałek.
Druhu drużynowy, melduję: w magazynie żywnościowym śledzi nie ma, są tylko piklingi. Kucharz kazał się dowiedzieć, ile potrzeba...
Wróble, co młóciły pobliski łan żyta, zerwały się nagle podcięte śmiechem całej gromady.
O rany kota! Druhu! Takiego patałacha tośmy jeszcze między sobą nie mieli.
Marek! A może w sklepiku wiejskim dostaniesz? Ganiaj. Zakup całą beczkę... Tylko żeby były dobrze nasolone!!! Chciał umocnić namiot pudełkiem zapałek i wędzonymi piklingami. 
Małgorzata Musierowicz, Kwiat kalafiora, ilustr. Małgorzata Musierowicz, Nasza Księgarnia 1985, s. 5–6.
Suknia była różowa.
Na zgięciach i szwach tkanina migotała delikatnie i złociście. U dołu spódnicy tryskał tęczowymi iskrami ornament ze sztucznych brylanci­ków. Wisiała na sinym manekinie w oknie wystawowym Domu Mody „Telimena” przy ulicy Armii Czerwonej w Poznaniu.

Kreacje tego typu nie podobają się na ogół wyrafinowanym elegantkom. Ale Ida Borejko do takich nie należała. Miała lat czternaście, była chuda, rudowłosa i odziana w za duże palto odziedziczone po starszej siostrze — Gabrieli.
— Chciałabym — powiedziała Idą Borejko gorącym głosem. — Chciałabym być brunetką. — Przykleiła nos do szyby wystawowej Domu Mody „Telimena" i pożerała wzrokiem błyszczące, różowe cudo konfekcyjne. — Gdybym była brunetką — dodała następnie — mogła­bym malować usta na wiśniowo.
A tak to nie możesz wcale — celnie odparła Gabriela, rosła i dorodna siedemnastoletnia sportsmenka o niebywale długich nogach. — Ida, dziecino, idziemy. Jestem głodna jak szakal.

Edmund Niziurski, Sposób na Alcybiadesa, ilustr. Zbigniew Łoskot, Nasza Księgarnia 1971, s. 199–200.
Dla klasy nastały teraz wielkie dni. Rozpoczął się sławny w dziejach naszej budy okres Wielkiego Asocjacyjnego Bluffu. Triumfalne pochody z Alcybiadesem, zwane przemarszami Ósmej Legii, trwały odtąd nieprzerwanie. Utarł się już cały ceremoniał. W poniedziałki, środy i piątki, w dni lekcji historii, spotykaliśmy się z Alcybiadesem jeszcze na drodze do szkoły i odprowadzaliśmy go zwartą gromadą aż do drzwi pokoju nauczycielskiego, przygotowując grunt do kolejnego Dryfu. Następnie pojawialiśmy się znowu na pauzie przed lekcją historii. Zabieraliśmy mapy, plansze, aparat projekcyjny i kasety z filmami i maszerowaliśmy z Alcybiadesem do klasy. Pochody te budziły sensację w szkole, gdyż żadnego z profesorów tak tnie odprowadzano. Z chwilą gdy Alcybiades przekraczał próg klasy, popadał od razu w błogie oszołomienie wynikające z działania Haszyszu ciszy. Zanim odurzenie mijało, przystępowali do działania Stoicy. Stoikami Alcybiades nazywał żartobliwie uczniów, którzy wstawali do odpowiedzi. [...] Prócz wyuczenia się bieżącej lekcji, do ich obowiązków należało przygotowanie tematu i materiałów do Dryfu.
Adam Bahdaj, Do przerwy 0:1, ilustr. Stanisław Rozwadowski, Nasza Księgarnia 1970, s. 247–248.

Piłkę wybijał Perełka. Na środku boiska złapał ją Krzyś Słonecki. Prowadził ją spokojnie. Potem podał do Pająka. Ten popisał się dwiema pięknymi „główkami”, a gdy minął pomocnika, przedłużył podanie do Ignasia. Ignaś wyprysnął do przodu i w pełnym biegu oddał piłkę Maniusiowi.

— Strzelaj! — ryknęły zielone trybuny.
Paragon był już tak zmęczony, że słaniał się na nogach. W oczach miał mgłę. Zdawało mu się, że wszystko tonie w kleistej, ciężkiej mazi. Czuł ból przy każdym ruchu. Ale gdy zobaczył przed sobą piłkę, zerwał się wkładając ostatki sił. Ktoś biegł obok niego, dysząc ciężko. Jakaś zielona koszulka chciała mu zagrodzić drogę... Dojrzał przed sobą zamazany prostokąt bramki... Minął przeciwnika i posłał piłkę do bramki... W tej samej chwili ktoś podciął mu nogi. Chłopiec upadł, przekoziołkował i zatrzymał się na samej linii bramkowej.
W uszach szumiał mu potężny wrzask trybun, w oczach migotały czarne i czerwone krążki. Widział leżącego bramkarza i żółtą kulę piłki tkwiącą w rogu bramki.
„Jest” — pomyślał.
— Jest! Jest! — usłyszał triumfalne okrzyki kolegów.
Z trudem podźwignął się z ziemi. Stał oszołomiony nagłym szczęściem. Zielona murawa boiska, błękitne płaty nieba, barwny tłum, czarne koszulki graczy, wszystko wirowało mu przed oczami, jakby stał w parnym środku olbrzymiej karuzeli.
Ignaś i Mandżaro rzucili mu się na szyję.
— Świetnie, Paragon! Brawo, Paragon!





Tagi , , , , , , , , | 11 Komentarzy

Wyścigi w literaturze (cz. III): „Pan Boczkowski” Wiecha

Najpopularniejszym typem na warszawskim torze wyścigowym jest niejaki pan Boczkowski. Wszyscy go znają, wszyscy się o niego pytają.
 Czy nie widział pan tu pana Boczkowskiego?
 Pan Boczkowski to panu zaraz załatwi.
 Ten pan Boczkowski to bardzo porządny chłop!
Takie i tym podobne zdania słyszy się stale wśród grającego narodu przy kasach, przy bombie i na paddocku. Dla nie wtajemniczonych w sekrety toru wyścigowego pan Boczkowski jest figurą legendarną i tym ciekawszą, że każdy z graczy inaczej go określa. Według jednych, ma to być szczupły blondyn w meloniku, inni znów twierdzą, że to rudy facet w amerykańskich okularach, według zdania jeszcze innych, pan Boczkowski wygląda na starego wicehrabiego, a co najmniej przypomina kelnera z „Adrii”.
Kto wie, czy by ta drażniąca tajemnica w ogóle została wyjaśniona, gdyby nie skromna sprawa o dwa złote w sądzie grodzkim. Tu się dopiero okazało, że przede wszystkim pan Boczkowski ma zeza, nosi jesionkę w szerokie kraty, jest kruczowłosym brunetem z wąsikiem, a co najciekawsze  nazywa się Moniek Frajkind.
Okoliczności te wyszły na jaw przy okazji rozpatrywania pretensji pana Tomasza Kobziaka o przywłaszczenie dwu złotych w następujących okolicznościach:
 Proszę Wysokiego Sądu, było tak: jeden mój znajomy, którego teściowa zapoznała się w maglu z ciotką chłopaka stajennego Piskorka, powiedział mnie w sekrecie, że w niedziele Jeronia ma murowany wyścig. To, ma się rozumieć, wzięłem cztery złote w kieszeń i poszedłem na wyścigi. Człowiek jestem rodzinny, więc na hazard puszczać się nie mogie, znakiem tego, myślę sobie, trzeba postawić skromnie dwa złote u Boczkowskiego.
 Dobrze, ale co to ma wspólnego ze sprawą? Cóż to za Boczkowski?  przerwał panu Kobziakowi sędzia.
 Właśnie ten pan.
 On się nie nazywa Boczkowski, tylko Frajkind.
 Faktycznie nazywa się Frajkind, ale na wyścigach się zatrudnia jako Boczkowski.
 Nic nie rozumiem.
 Zaraz panu sędziemu wytłomacze. Boczkowski dlatego, że na boczki stawki przyjmuje.
 A więc bokmacher?
 Właśnie, tylko się mówi Boczkowski, ze względu na delikatność wobec policji państwowej. Otóż ja temu panu Boczkowskiemu mówię wyraźnie: „Szanowny panie B, dwójeczka stoi na Jeronii”. I rzeczywiście, Jeronia przychodzi jak chce, a ten pan nie chce mnie wypłacić i mówi, że ja stawiałem na Emocje. Wysoki Sąd zna tego łacha, czy jest możliwość, żeby on wygrał na dwa tysiące czterysta metrów przy mokrem torze? Wykluczone, i ja za stary gracz jestem, żebym taką pomyłkie mógł popełnić, tu jest jawna granda!
 Przede wszystkim ni ma mowy, żebym ja byłbym Boczkowski. Się nie zatrudniam z tem. Po prostu można powiedzieć, zapalony grajek sportowy jestem i lubię wygrać te parę złotych, jak każdy. Pan Kobziak mi prosił, żebyśmy zagrali do spółki Emocje, to wzięłem dwa złote i razem przegrywaliśmy. To co, pójdę bić głową o barierkie, się podrzucę pod tramwaj, tak? Trudno, się stało i proszę uniewynnienie bez zawieszenia kary.
Sąd po rozważeniu tych zeznań doszedł do wniosku, że nie może być mowy o orzeczeniu przestępstwa przywłaszczenia dwu złotych, gdyż za mało zebrano na to dowodów, wobec czego pana Frajkinda uniewinnił.
Wyrok został przyjęty z ulgą przez kilku obecnych na sali „panów Boczkowskich”. 
Hala kasowa pod trybuną główną na warszawskim Służewcu.

Wiech, Śmiech śmiechem, Warszawa 1968.

Tagi , , | 18 Komentarzy

Radź sobie sam, Sylwku!
(Wiktor Zawada, „Szukam pana Kalandra”)





Sylwek Mącik: „ani »orzeł« klasowy, ani ostatni »osiołek«. Ot, zwyczajny chłopiec, jakich wielu spotykamy każdego dnia na swojej drodze”. Ten zwyczajny chłopiec, dzięki wstawiennictwu swojego polonisty, dostaje promocję do następnej klasy liceum, po czym konkursowo podpada gronu pedagogicznemu i własnym rodzicom. Krewki ojciec widzieć nie chce jedynaka na oczy, zabiera matkę chłopaka i wyjeżdża na wieś. A ty, Sylwku, radź sobie sam.

W gruncie rzeczy Sylwek to porządny, chociaż chwilami naiwny chłopak, więc postanawia wziąć się w garść i znaleźć jakąś pracę. Po ostrej rywalizacji zdobywa posadę gońca w lokalnym „Gońcu Wieczornym”. Poznaje tajniki pracy redakcji, bierze udział w kilku spektakularnych dziennikarskich wyczynach, które elektryzują miasto, nawet sam zaczyna pisać krótkie notatki. Rzecz jasna, przy okazji wiele razy daje się wkręcić i pada ofiarą licznych psikusów, zwłaszcza w drukarni, którą sobie szczególnie upodobał.

Rywalem Sylwka o pracę był Józek Kurzawa zwany „Kardynałem”, mający już to i owo na sumieniu. Mącik jednak, z delikatną zachętą „czynników oficjalnych” w postaci sierżanta MO, stara się z Józkiem zaprzyjaźnić i pomóc mu wyjść na prostą. Sam, oczywiście, przy tym daje się wykorzystywać i wpada w kłopoty.

Pisząc o „Tajemnicy zielonej pieczęci” Hanny Ożogowskiej, Elenoir zauważyła, że powieściowy element chuligański nosił się w latach pięćdziesiątych z charakterystycznym bikiniarskim szykiem. Późniejsi literaccy chuligani czerpali z wizerunku gwiazd rock’n’rolla czy polskiego bigbitu. I tak Józek „Kardynał” na wizytę do Hanki, koleżanki Sylwka, stroi się nad wyraz elegancko:
Gdyby nie fioletowa, tak dobrze mi znana twarz, przysiągłbym, że w progu stoi jeden z mistrzów mocnego uderzenia. Słynny Beatles, bądź przynajmniej filar NO TO CO. Pod szyją miał żabocik nieskazitelnej czystości, klatkę opinał serdaczek w haftowane kwiatuszki, okrągłe jak rury spodnie ściśle opinały muskularne nogi, obute w trzewiki z zadartymi nosami i na damskim obcasie. Całość osoby wieńczył fantazyjnie zakręcony lok i bokobrody jak u stangreta hrabiego Potockiego, sięgające w dodatku do dolnej szczęki. Bokobrody musiały być chyba doklejone, bo pamiętam, że na basenie miał co najmniej o połowę skromniejsze. W tej chwili od osoby gościa powiało stuprocentowym adikałonem.
Bigbitowy styl na rysunku Ludwika Paczyńskiego.

(Oryginalny styl a la NO TO CO wyglądał tak:)




To zresztą tylko jeden z licznych w tej książce smaczków z epoki późnych lat sześćdziesiątych. Poza tym jest mowa o chuligańskich wybrykach, bezwładzie biurokracji, której obojętny jest los pamiątek narodowych, kreatywnej księgowości, bezmyślności handlowców, którzy nie chronią sklepów przed włamaniami, a także – co pozostaje tematem wiecznie żywym – o upadku piłki nożnej. Akcja rozgrywa się w nienazwanym mieście położonym nad Brudnicą. Ponieważ Wiktor Zawada był dziennikarzem lubelskim, można podejrzewać, że właśnie Lublin służył mu jako wzór dla miejsca akcji (dziękuję Lirael za konsultacje topograficzne). „Wąskie ulice mieszczańskich kamienic zdobnych w balaski i kopułki oraz nieliczne skąpe w zieleń placyki otoczyły pierścieniem kolorowe osiedla i nowoczesne, przeszklone fabryki”. Uroczy obrazek, chociaż z innego zdania wynika, że te kolorowe osiedla nie miały, jak to zwykle w tamtych czasach i jeszcze długo po nich, żadnej potrzebnej mieszkańcom infrastruktury, skoro „owo »city« do dziś pozostało jednak centrum handlowo-biurowym i miejscem codziennych pielgrzymek mieszkańców kolorowych osiedli”.

Niezłe tempo i mnóstwo humoru to główne zalety powieści. Znakomicie scharakteryzowani są pracownicy redakcji „Gońca”: cała menażeria dziennikarska i woźny, pan Aleksander. Wiele dowiadujemy się o pracy drukarzy z epoki przedcyfrowej. Trochę słabiej wypadają starania Sylwka o umoralnienie Józka „Kardynała”: przez swe szlachetne działania Mącik wpada w rozmaite tarapaty, a przy okazji czytelnik narażony jest na wysłuchiwanie, wraz z bohaterem, licznych kazań. Pod koniec smrodek dydaktyczny robi się dość gęsty i daje się go wytrzymać tylko dzięki temu, że równoważą go detale pracy w drukarni. Mimo to „Szukam pana Kalandra” ma wciąż wiele uroku, a przy okazji jest też dokumentem czasów Władysława Gomułki, choć to z pewnością nie było zamiarem autora.

Wiktor Zawada, Szukam pana Kalandra, ilustr. Ludwik Paczyński, Wydawnictwo Lubelskie 1971.

*** 

Jeszcze przez tydzień, do 14 czerwca, można głosować w plebiscycie na najlepszą młodzieżową powieść powstałą w czasach PRL-u. Zgłosiliście do tej pory ponad 200 tytułów, ale mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec. Zapraszam do wspólnego wspominania!



Tagi , , , | 17 Komentarzy

Coś jest nie tak z „Długą Ziemią”...
(Terry Pratchett, Stephen Baxter, „Długa Ziemia”)





„Długa Ziemia” to powieść o odwiecznym marzeniu ludzkości: świecie bez nędzy i wojen, świecie, gdzie jest dość jedzenia dla wszystkich i gdzie każdy może znaleźć dla siebie miejsce. To również powieść o tym, że zawsze znajdą się tacy, którzy w imię jakiejś chorej ideologii, maskującej najniższe pobudki, zrobią wszystko, by cudze marzenie zniszczyć.

Realizacja tego marzenia zaczęła się od zamieszczonego w internecie planu niewielkiego urządzenia. Prosty układ elektroniczny, trójstopniowy przełącznik i ziemniak jako źródło zasilania. I nagle zaczynają znikać dzieci na całym świecie, przesunięcie przełącznika przenosi je do świata, którego wcześniej nie widziały. Którego nikt nie widział, a nawet nie podejrzewał jego istnienia. Świata oddalonego od naszego, zwanego odtąd Ziemią Podstawową, o grubość myśli. Do nieskończonego szeregu światów, otwierających przez ludzkością nieskończenie wiele nowych możliwości. Do tych wykrocznych światów zaczynają wyruszać koloniści, pchani marzeniem o zbudowaniu nowych, szczęśliwszych społeczności, o odnowieniu ludzkości. 

Bohaterem Dnia Przekroczenia, kiedy po raz pierwszy użyto krokerów – aparacików z kartoflanym napędem, był Joshua Valiente, chłopak, który sprowadził ze światów wykrocznych dziesiątki przerażonych, spanikowanych, zdezorientowanych dzieciaków, nieświadomych skutków użycia krokera. To do niego zwraca się tajemnicza firma z prośbą o pomoc w zbadaniu sekretów Długiej Ziemi. Ma towarzyszyć geniuszowi o imieniu Lobsang w odkrywczej wyprawie nietypowym środkiem lokomocji.

Zaczyna się podróż niczym z Verne’a. Joshua i Lobsang mijają kolejne światy. Jedne tylko migają na monitorach, na innych coś przykuwa uwagę wędrowców. Niby nie dzieje się nic szczególnie dramatycznego, co najwyżej z wody na wykrocznej ziemi wyskoczy krokodyl wielkości sporego budynku. A jednak atmosfera gęstnieje, napięcie rośnie, na Długiej Ziemi coś jest nie tak. 

„Długą Ziemię” świetnie się czytało, a wady zaczęły docierać do mnie dopiero pod koniec, kiedy właściwie straciłem nadzieję na jakieś spektakularne zakończenie. Wyjaśnienie przyczyn niepokoju wyczuwanego na Długiej Ziemi nie jest ani specjalnie zaskakujące, ani przekonujące. Na szczęście autorzy fundują nam drugi finał, lepszy, chociaż też nieco sztuczny. Książka zdecydowanie więcej obiecuje, niż ostatecznie daje. Zapowiada się na wielowątkową opowieść osadzoną w kilku odmiennych światach, ale wprowadzeni bohaterowie poboczni właściwie nie zostają wykorzystani, są tylko statystami, a oglądane przez Joshuę i Lobsanga światy scharakteryzowane są mocno pobieżnie. Niedosyt pozostawiają też rozważania o politycznych, społecznych i ekonomicznych skutkach odkrycia ziem wykrocznych, które właściwie niczemu nie służą - a szkoda. Nie ma tu też właściwie typowego dla Pratchetta humoru, od czasu do czasu pojawia się jego przebłysk, chociaż to akurat mi nie przeszkadzało. Mogło z tego materiału wyjść coś dużo ciekawszego, gdyby duet Pratchett–Baxter zdecydował się, czy skupić się na wyprawie badawczej w stylu Juliusza Verne'a czy raczej na fantastyce socjologicznej.

Terry Pratchett, Stephen Baxter, Długa Ziemia, tłum. Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka 2013.


Tagi , , | 22 Komentarzy

„...książki szczególnie wartościowe i popularne; zabawne i poważne...”

Ta książka przeznaczona jest dla Ciebie, młody Czytelniku. Mamy nadzieję, że sięgniesz do kolejnych tomów tej serii – rozpoznasz ją łatwo po jednolitej szacie graficznej. Wybierać będziemy do tej serii książki szczególnie wartościowe i popularne; zabawne i poważne; takie, które się czyta „jednym tchem” i takie, które czytamy powoli, smakując ich urodę. Słowem, będą to książki bardzo różne, lecz łączy je jedno: zostały napisane w Ludowej Polsce.
Takie słowa witały wszystkich czytelników jednej z moich ulubionych serii wydawniczych. Żyłem w przekonaniu, że nie miała ona nigdy oficjalnej nazwy, ale ostatnio doczytałem się, że była to „Biblioteka Młodych”

Jak zwał, tak zwał, grunt, że faktycznie włączane do niej książki bawiły, pokazywały i tłumaczyły świat, przedstawiały problemy okresu dojrzewania i uczyły, jak sobie z nimi radzić. Wakacyjne przygody, szkolne życie, problemy rówieśników i pierwsze miłości – to wszystko można było znaleźć w książkach „napisanych w Ludowej Polsce”. Bo w latach 1945–1989 powstawało wiele znakomitych powieści dla młodych czytelników. Ich autorzy mieli pomysły, świetnie pisali, mieli zmysł obserwacji i znajomość psychologii. Oczywiście czasem nie uniknęli konieczności złożenia ofiary obowiązującej linii politycznej, ale rzadko w formie nachalnej propagandy ustroju. Pewnie i takie utwory powstawały, ale szybko spadały w czytelniczy niebyt, jeśli nie miały żadnych „wartości dodanych” albo nie trafiły na listę lektur szkolnych. Z okresu socrealizmu przetrwała tylko „Księga urwisów” Edmunda Niziurskiego, która zawsze była dla mnie raczej księgą przygód niż sposobem agitowania za wprowadzaniem spółdzielni produkcyjnych, a dziś jest znakomitym świadectwem lat pięćdziesiątych. Natomiast obowiązkowo omawiane w szóstej klasie podstawówki „Ślady rysich pazurów” Wandy Żółkiewskiej to przykład wtłoczenia w powieść młodzieżową jedynej słusznej wersji wydarzeń historycznych. O ile jednak pamiętam, to na przykład moja nauczycielka polskiego kontekst historyczny pominęła, skupiając się wyłącznie na ćwiczeniu z nami umiejętności pisania opowiadań i charakterystyki głównego bohatera. Bardzo często natomiast udawało się autorom subtelnie napomknąć o prawdziwych problemach trapiących społeczeństwo – ile pamiętacie powieści, w których ważną rolę odgrywają kwestie mieszkaniowe? Przypomnijcie sobie choćby „Ucho od śledzia” Hanny Ożogowskiej o życiu lokatorów jednego mieszkania w zrujnowanej kamienicy. Pierwsze tomy „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz pełne są małych realiów: kolejek, kartek na cukier i mięso, potraw przygotowywanych niemal z niczego, nie wspominając już o przejmującym, chociaż złożonym niemal wyłącznie z drobnych wzmianek i aluzji, obrazie stanu wojennego w „Opium w rosole”.



Czytaliśmy te powieści wiele razy, część z nich wspominamy z sentymentem, do części pewnie wracamy chętnie, inne popadły w zapomnienie. Niemal symbolami literackimi epoki PRL stały się cykle przygód Pana Samochodzika, Tomka Wilmowskiego czy Jeżycjada. Jeśli szkoła – to „Sposób na Alcybiadesa”, jeśli wakacje – to „Podróż za jeden uśmiech” albo „Czarne Stopy”. Do tego książki o Indianach, wyprawach w kosmos, w przyszłość i przeszłość. Chciałbym Was zaprosić do wspólnego stworzenia listy naszych ulubionych młodzieżowych książek polskich autorów, wydanych w latach 1945–1989. Dat chyba nie muszę wyjaśniać, pojęcie „powieści młodzieżowych” może być nieprecyzyjne i każdy z nas może je nieco inaczej odbierać, ale nie wchodźmy w szczegółowe dywagacje. Co czytaliśmy między (umownie) 11–12 a 18 rokiem życia? Co bawiło nas pod koniec podstawówki, a czyje książki przeżywaliśmy w liceum? Woleliście Siesicką od „Cierpień młodego Wertera”, a podczas omawiania „Nad Niemnem” podczytywaliście pod ławką Ewę Ostrowską?

Przejrzyjcie swoje regały, zeszyty z zapiskami, przetrząśnijcie pamięć i wypiszcie autorów i tytuły maksymalnie 15 książek (powieści, zbiorów opowiadań, antologii) dla młodzieży napisanych przez polskich autorów i po raz pierwszy wydanych w latach 1945–1989 (w przypadku cykli wybierzcie jeden bądź kilka konkretnych tytułów). To niełatwe, bo sam biedzę się nad swoją piętnastką od jakiegoś czasu. Gotowy spis wyślijcie mailem na adres: zacofany.w.lekturze@gmail.com do 14 czerwca. Wyniki zaprezentowałbym 16 czerwca. Będzie mi bardzo miło, jeśli przy najulubieńszej książce dopiszecie choćby pół zdania dlaczego jest ona dla Was taka ważna – ale nie jest to obowiązkowe. Nie ma znaczenia, czy blogujecie, czy nie – ale podpiszcie się, bardzo proszę, choćby inicjałem.



Bardzo jestem ciekaw wyników. Szczególnie cieszę się na myśl o tym, że przypomnimy sobie książki mniej znane, mniej oczywiste, a warte poznania. Może odezwą się czytelnicy, którzy PRL-u nie pamiętają, ale czytają książki z tamtych czasów znalezione w domowej biblioteczce albo podsunięte przez rodziców? Jeszcze raz zapraszam wszystkich do wspólnej zabawy.

A z okazji Dnia Dziecka poczęstujcie się lizakami!


Tagi , , , | 164 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.