Archiwum lipca 2013

Okropność bycia kimś zwyczajnym




Katherine Dunn, Jarmark odmieńców, tłum. Jerzy Jarosław Malinowski, G+J 2007.

„Widzę, jak przerażająca jest normalność. Każdy z tych niewinnych ludzi na ulicy przeżywa okropność bycia kimś zwyczajnym. Zrobiliby wszystko, by stać się wyjątkowymi” – tak mówi Arturo Binewski, człowiek, który ze swej pogardy do normalności uczynił religię. Człowiek, który sam wyróżniał się za sprawą swego ojca, właściciela wesołego miasteczka. Wyróżniały się zresztą wszystkie dzieci państwa Binewskich, gdyż nestor rodu Al i jego żona Lil postanowili we własnym zakresie zapewnić atrakcje dla swojego obwoźnego interesu. Zaczęli hodować dzieci niczym róże – ale dzieci odpowiednio egzotyczne, akurat do pokazywania za opłatą ciekawskiej gawiedzi. Lil Binewski szpikowała się lekami, narkotykami, a nawet radioizotopami – wszystko w nadziei na urodzenie zdeformowanego potomstwa. Na świat przyszedł Arturo z płetwami zamiast rąk i nóg oraz bliźniaczki syjamskie Electra i Iphigenia, obdarzone talentem muzycznym. Olympia stanowiła dla rodziców rozczarowanie – garbuska albinoska była zbyt normalna, by mogła przyciągać żądne sensacji tłumy. Przez całe życie musiała się zmagać z poczuciem, że zawiodła rodzinę. Najmłodszy, Kurczak, nie miał żadnych deformacji fizycznych i niewiele brakowało, by skończył jako podrzutek na stacji benzynowej. Na szczęście dla siebie ujawnił najbardziej nietypowy z talentów.

Pokaz osobliwości, Stany Zjednoczone, 1941 rok.

Akcja powieści Katherine Dunn rozgrywa się na dwóch planach: poznajemy wydarzenia z przeszłości rodziny Binewskich od chwili, gdy Al i Lil zaczęli realizować swój „program hodowlany”, oraz teraźniejsze życie Olympii, która jest narratorką; opowiada o tym, co słyszała od rodziców, snuje własne wspomnienia, a niekiedy sięga po wycinki prasowe i materiały zebrane przez dziennikarza zafascynowanego Binewskimi. Binewscy uważają siebie za normalną, kochającą i wspierającą się rodzinę, która wspólnie prowadzi całkiem dochodowy interes. Czytelnik ich stosunki rodzinne, począwszy od „hodowli” dzieci, skłonny jest raczej odbierać jako nienormalne, skrzywione, wręcz patologiczne. Prowadzenie narracji z punktu widzenia członka rodziny daje nam wgląd w poglądy Binewskich: uznają oni ludzi bez deformacji za nudnych, nijakich, wręcz skrzywdzonych przez los, który odmówił im wyjątkowości. Te poglądy ostatecznie wyewoluują w arturyzm: „pseudoreligijny kult bez żadnego boga czy bóstwa, w którym nie wspomina się nawet o życiu pośmiertnym. Za cel stawia sobie doczesne uświęcenie cierpień, jakie niesie z sobą życie”. Sposobem na to uświęcenie jest stopniowa amputacja członków, począwszy od palców. Początek arturyzmu stał się końcem rodziny Binewskich, która z trzymającego się razem klanu zmieniła się w grupę osób rywalizujących o łaski i względy Artura, przywódcy sekty.  

Rozwój i upadek Binewskich obserwujemy z punktu widzenia Olympii, traktowanej przez resztę jako zbyt mało nienormalna, a więc obarczonej poczuciem winy, nieustannie zabiegającej o to, by wszystkim było dobrze, prowadzącej negocjacje między skłóconymi gwiazdami: Arturem i bliźniaczkami, opiekującej się najmłodszym bratem. Olympia ma też swoje własne marzenia, które nikogo nie obchodzą, a których realizacja doprowadzi do końcowego dramatu.

Okładka pierwszego wydania amerykańskiego, proj. Chip Kidd, 1989 rok.

„Jarmark odmieńców” to powieść sprawnie napisana, choć pod wieloma względami przypominała mi powieści Johna Irvinga: wprowadzenie pokręconej rodziny, fascynacja odmiennością, nagromadzenie nietypowości (czy wręcz obrzydliwości  zależnie od indywidualnej tolerancji), wybór nietypowej scenografii – wielkiego wesołego miasteczka, wreszcie sposób prowadzenia fabuły i rozwiązania narastających konfliktów. Akcja wiele razy ociera się o nieprawdopodobieństwo, szczególnie arturyzm wydaje się być przesadnie wydumany (nieodparcie też kojarzył mi się z jamesjankami ze „Świata według Garpa” Irvinga), jednak w gruncie rzeczy tak rozmaite idee zyskują wyznawców, że i ta miałaby szanse pociągnąć za sobą ludzi zmęczonych własną nijakością i szarzyzną życia. Świat stworzony przez Dunn wciąga swą odmiennością, pokręcone losy bohaterów budzą zainteresowanie, ale i w pewnym momencie przesyt. Wątek dziejów Binewskich jest bardziej udany niż opowieść o współczesnym życiu Olympii, w obu wypadkach z ulgą przyjąłem gwałtowne rozwiązanie. Szkoda, że polski tytuł za bardzo skupia naszą uwagę na samej fizycznej odmienności bohaterów i ich życiu w wesołym miasteczku; oryginalny, „Geek Love”, wydaje się dużo lepiej pasować do książki, zwracając uwagę przede wszystkim na skrzywioną miłość, która łączy Binewskich, stając się wielokrotnie motorem ich działań, równie nietypowych jak ich uczucie. Na pewno nie jest to rzecz przeciętna, chociaż niekoniecznie zostaje w pamięci na dłużej.




Tagi | 17 Komentarzy

Pamiątka minionej epoki



Wiktor Zawada, Globus i pałka, ilustr. Ludwik Paczyński, Wydawnictwo Lubelskie 1985.

Lipiec 1944 roku. Wojtek i jego mama po dwuletniej tułaczce wracają do swego domu w Zamościu. Niepokoją się o ojca, który jest jeszcze w partyzantce, ale zaczynają organizować powojenne życie. Chłopiec zaprzyjaźnia się z rosyjskim żołnierzem, czy raczej żołnierzykiem, swoim rówieśnikiem Griszką, ze starym kumplem Ryśkiem szuka broni pozostawionej przez Niemców, ubiega się o względy Danki, zaczyna chodzić do szkoły i podpada „dużym”, przerośniętym chłopakom, którzy z powodu wojny trafili z nim do jednej klasy. Wszystko to sprawnie opowiedziane, dynamicznie, z humorem, ale i z nutą zadumy, gdy wspominane są okupacyjne losy Wojtka i całej Zamojszczyzny, dotkniętej okrutnymi wysiedleniami.

Wojtek jednak nie tylko przeżywa chłopięce przygody, ale próbuje też poukładać sobie świat, w którym zachodzą zmiany nie zawsze dla niego jasne. „Kiedyś zdawało mi się, że jak już sobie pójdą Niemcy, wszystko ułoży się po najlepszej myśli. Wszyscy będą szczęśliwi, dobrzy dla siebie, nikt nikomu złego słowa nie powie. A tu masz, babo, placek!” I faktycznie. Rodzice Wojtka, akowscy konspiratorzy, zdają się akceptować nową sytuację polityczną, ojciec wstępuje nawet do ludowego wojska i rusza walczyć z Ukraińcami, gdy tymczasem matkę przedstawiciele jakiejś tajemniczej i złowrogiej organizacji podziemnej szantażem zmuszają do współpracy. Nie wszystkim podoba się przyjaźń Wojtka z Rosjaninem, nie wszyscy życzliwie odnoszą się do jedynego Żyda, który wrócił do zamojskiego gimnazjum. Wszystko to zbyt skomplikowane dla trzynastolatka: „Tak trudno dociec, kto z kim trzyma i co kiedy z niego wylezie”.

Dziś wcale nie tak trudno to dociec. Wspominając niedawno książki młodzieżowe z czasów PRL napisałem, że większość ówczesnych autorów starała się minimalizować balast ideologiczny w swych utworach. Obraz pierwszych lat powojennych, mimo iż pełen spraw napomykanych półgębkiem, a i tych zupełnie przemilczanych, wypada w „Globusie i pałce” na pozór całkiem nieźle, już choćby dlatego, że nie ma tu prostego podziału na czarnych i białych, powszechnego entuzjazmu na widok wyzwolicieli i wprowadzanych reform, że pokazani są niezadowoleni. Szybko jednak się okazuje, że sympatie autora są oczywiste, bez trudu możemy przewidzieć, że w stosownej chwili w bohaterach negatywnych nastąpi przełom i także oni przystąpią do sił postępu.  O ostatecznej wymowie książki decyduje rozłożenie akcentów, światła i cienia, a to daje obraz jednoznacznie zgodny z obowiązującą wykładnią powojennych wydarzeń. Propaganda jest co prawda nienachalna, ale nie przestaje być propagandą. Dla dzisiejszego rówieśnika Wojtka warstwa przygodowa wciąż może mieć jakiś urok, jednak tło historyczne należałoby mu nakreślić na nowo, żeby nie pozostawiać fałszywego wrażenia o tamtych trudnych latach. Tym samym powieść Zawady pozostaje już tylko pamiątką minionej epoki.

Tagi , , | 25 Komentarzy

„Ja nie chcę spać...”

Jednakże o ile panna Golightly pozostawała nieświadoma mojego istnienia poza tym, że byłem dla niej urządzeniem do otwierania drzwi, to w ciągu lata ja stałem się niejako autorytetem w dziedzinie jej życia. Obserwując koszyk na śmieci stojący pod jej drzwiami wykryłem, że jej stała lektura składała się z popularnych dzienników, prospektów turystycznych i tablic astrologicznych, że paliła luksusowe papierosy noszące nazwę „Picayune”, że żywiła się białym serem i grzankami, że wielobarwność jej włosów była poniekąd własnej roboty. To samo źródło ujawniło mi, że otrzymywała stosy listów sekretnikowych. Były one zawsze podarte na paseczki przypominające zakładki do książek. Od czasu do czasu wyłuskiwałem sobie w przejściu taką zakładkę. Pamiętaj i brak mi ciebie, i deszcz, i proszę cię, napisz, i psiakrew, i cholera — oto słowa, które powtarzały się najczęściej na tych paskach; te i jeszcze samotny i kocham.


Poza tym miała kota i grywała na gitarze. W te dni, kiedy było mocne słońce, myła głowę i razem z kotem — rudym, tygrysio pręgowanym kocurem — siadała na schodkach przeciwpożarowych i brząkając na gitarze suszyła sobie włosy. Ilekroć usłyszałem tę muzykę, podchodziłem cicho do okna. Grała bardzo dobrze, a czasem też śpiewała. Śpiewała chropawym, załamującym się głosem dorastającego chłopca. Znała wszystkie przeboje Cole Portera i Kurta Weilla; specjalnie lubiła piosenki z „Oklahomy”, będące wszędzie nowością tamtego lata. Jednak że w pewnych chwilach grywała pieśni, które kazały się zastanawiać, gdzie mogła się ich nauczyć, skąd właściwie pochodziła. Szorstko-tkliwe śpiewki włóczęgów, o słowach zalatujących sosnowym lasem czy prerią. Jedna brzmiała: „Ja nie chcę spać, nie chcę umierać, tylko wędrować po pastwiskach nieba” — i ta widocznie sprawiała jej największą przyjemność, bo często śpiewała ją jeszcze długo, choć włosy już jej wyschły, słońce zaszło, a w zmierzchu zapalały się światła w oknach.
Gdyby Blake Edwards postanowił nakręcić ekranizację opowiadania Trumana Capote w Polsce (i parę lat później), miałby gotowy utwór na ścieżkę dźwiękową :


Ponieważ jednak nie wpadł na ten pomysł, musiał się zadowolić Moonriver:



Dziś w klubie dyskusyjnym na blogu Czytanki.Anki rozpoczynamy rozmowę o Śniadaniu u Tiffany’ego Trumana Capote. Warto się przyłączyć.

Cyt. z: Truman Capote, Śniadanie u Tiffany’ego; Harfa traw, tłum. Bronisław Zieliński, Czytelnik 1962, s. 22–23.




Tagi , , | 11 Komentarzy

Uboga krewna


Jules Verne, Szkoła robinsonów, tłum. Joanna Guze, Bertelsmann 2002.

Marzeniem każdego siostrzeńca jest bogaty i wpływowy wujaszek. Biada jednak lekkomyślnemu młodzianowi, gdy wuja urazi, szczególnie postępując wbrew jego woli.
Godfrey Morgan był sierotą, wychowywaną przez milionera Williama W. Kolderupa z San Francisco. Wuj z radością patrzył, jak Godfrey kocha się w Finie Hollaney, jego chrześnicy, również sierocie i również wychowance kalifornijskiego bogacza. Kolderup planował wyprawić im huczne wesele, kiedy lekkomyślny Morgan wyjawił mu swoje plany – otóż przed założeniem sobie na barki małżeńskiego jarzma zapragnął odbyć podróż po świecie, nabrać doświadczenia i zakosztować przygód. Krewki wujaszek zawrzał, ale ponieważ panna Fina nie sprzeciwiała się decyzji narzeczonego, więc i on uległ.

I oto Godfrey wyruszył w rejs statkiem należącym, jakże by inaczej!, do wuja. Do towarzystwa dostał swojego profesora tańca i dobrych manier, podejrzewanego przez Kolderupa o nabicie głowy siostrzeńca mrzonkami o dalekim świecie. Statek się rozbija, a młodzieniec i jego preceptor rozpoczynają życie robinsonów na bezludnej wyspie.

Wszystko jest zgodne ze schematem znanym chociażby z Daniela Defoe: szukanie schronienia, walka o ogień, znalezienie tajemniczej skrzyni pełnej niezbędnych przedmiotów, a nawet wyratowanie jeńca z rąk ludożerców. Czytelnik bez trudu odkrywa, co (czy raczej – kto) kryje się za katastrofą, tylko naiwnym bohaterom nic nie świta w głowach aż do ostatniego rozdziału. Godfrey odkrywa w sobie liczne pożyteczne talenty, o które nigdy byśmy go nie podejrzewali, i tylko profesor Tartelett pozostaje sobą i zdecydowanie protestuje przeciwko dłuższemu pobytowi w dziczy.

Rycina Leona Benneta
do pierwszego wydania, 1882 rok.

„Szkołę robinsonów” przeczytać można, nawet ma ona nieco wdzięku i pewne walory rozrywkowe, szczególnie w letni dzień, jest to jednak najsłabsza z Verne’owskich robinsonad, uboga krewna „Tajemniczej wyspy” i „Dwóch lat wakacji”. Fabularnie bez zaskoczeń, o jakimkolwiek pogłębieniu bohaterów mowy nie ma, a nieduża wyspa, na którą pisarz rzucił swoich rozbitków, nie daje mu okazji do szerokich opisów, chociaż i tak wycisnął z nich maksimum. Za to w wielu miejscach dochodzą do głosu typowe dla epoki poglądy rasowe. Oto w ładowni statku znaleziono pasażera na gapę, Chińczyka. Biedakowi grozi wyrzucenie za burtę, lecz wstawia się za nim Godfrey – przewiezienie Seng-Wu do Szanghaju uwolni Kalifornię od chociaż jednego przedstawiciela „żółtej zarazy”. Już na wyspie, gdy Morgan ratuje z rąk ludożerców Murzyna Karefinotu, rozbitkowie wielokrotnie podkreślają własną wyższość nad „dzikim” (do tego stopnia, że Godfrey nie pozwala Tartelettowi popisać się strzałem do zimorodka, bo „jeśli, na nieszczęście, nie trafi pan tego ptaka, ile stracimy w oczach Murzyna!”). Karefinotu nie jest też, zdaniem Morgana, odpowiednio zbudowany, by nauczyć się „cywilizowanych” tańców. Opinie bohaterów nie są zapewne opiniami autora, ale w żadnym miejscu narrator nie prostuje tych sądów i robią one na współczesnym czytelniku nieprzyjemne wrażenie.

I jeszcze wszystkim siostrzeńcom mającym wujaszka gwoli przypomnienia:




Tagi , | 14 Komentarzy

Jedziemy na wycieczkę, bierzemy książki w teczkę...



Gdy w dawnych czasach na rodzinne wakacje ruszaliśmy pekaesem, gabaryty zabieranego bagażu siłą rzeczy musiały być ograniczone. Jedyna spakowana przeze mnie książka, nawet najgrubsza, kończyła mi się więc najdalej po tygodniu, a potem to już tylko męki odstawienia. (Ciekawe, że jakoś nikomu nie przyszło wtedy do głowy, że mógłbym zabrać szkolny plecak, w który zmieściłoby się więcej książek. Pewnie każdy dodatkowy pakunek to byłby dodatkowy siwy włos na rodzicielskiej głowie).

Ale wtedy obiecałem sobie, że nigdy więcej takich ograniczeń i w sprzyjających warunkach będę woził ze sobą na wakacje dowolnie dużo tomów. Nawet jeśli połowa miałaby wrócić do domu nieczytana.

Ciekawe, co będzie bardziej potrzebne: kalosze czy wiaderko i łopatka.
W tym roku, ponieważ wyjazd dłuższy niż dotąd, pogoda niepewna, a dzieci starsze (naiwnie łudzę się, że tym samym mniej spragnione stałej uwagi tatusia), to postanowiłem zaszaleć na całego i zmniejszyć nieco stos nowości, które powoli już przestają być nowościami. Oraz dołożyć kilka staroci, gdybym się rozczarował literaturą współczesną.


O tej porze, jeśli wszystko idzie zgodnie z planem, jesteśmy pewnie gdzieś w okolicach Mławy. Jeszcze parę godzin i...


Tagi | 35 Komentarzy

Upiorne dzieci prowadzą śledztwo
(Craig Rice, „Róże pani Cherington”)



Występuje w literaturze kategoria dzieci z gatunku upiornych. Takich, co to własnego ojca bez jego wiedzy wyślą na saksy do Afryki, co bez trudu sporządzą materiał wybuchowy z kuchennych przypraw i bez drgnienia powieki wysadzą nim kamieniołom, a po drodze złapią jeszcze szajkę złodziei, fałszerzy znaczków czy innych przemytników, przechytrzając dowolną policję świata.

Dina, April i Archie należą do tej właśnie kategorii. Ich matka, Marian Carstairs, jest autorką kryminałów i dniami i nocami tłucze w maszynę, by utrzymać dom. Kiedy jej potomkowie pewnego popołudnia słyszą dwa strzały dobiegające z pobliskiej willi, bez wahania biegną, by sprawdzić, co się stało. Zamordowano ich sąsiadkę! Jakąż wspaniałą reklamą dla ich matki i jej książek byłoby rozwiązanie zagadki przez pisarkę! Niestety, Marian stanowczo odmawia udziału w śledczym przedsięwzięciu, taką banalną zapewne sprawę bez trudu rozwiąże każdy policjant. I policjant się pojawia, a upiorne dzieciątka stwierdzają, że porucznik Bill Smith byłby idealnym ojczymem.

Od tej chwili akcja biegnie dwutorowo. Skoro matka nie chce prowadzić śledztwa, to mali Carstairsowie zrobią to za nią, by przysporzyć jej chwały. Przy okazji postarają się też połączyć piękną pisarkę z sympatycznym policjantem. Droga do celu wymaga stosowania metod niezbyt chwalebnych: mamy wagary, składanie fałszywych zeznań, kradzież dowodów rzeczowych, mylenie tropów, pomoc podejrzanemu i wprowadzanie zamieszania na każdym kroku. Oraz manipulowanie roztargnioną matką. Ani przez chwilę nie mamy więc wrażenia, że inteligentnym Carstairsom mogłoby się nie udać.

Craig Rice (1908-1957)
Książka Craig Rice jest nieodparcie śmieszna i uroczo staroświecka. Akcja rozgrywa się w latach czterdziestych, na świecie szaleje wojna, ale tu za trzy dolary można urządzić przyjęcie dla hordy dzieciaków z sąsiedztwa i nawet zapracowane samotne matki przygotowują na obiad klops w zawiesistym sosie i krem cytrynowy z bezami.  Z biografii autorki wynika, że ta sielankowość z pewnością nie jest odbiciem jej własnego życia, lecz raczej wyrazem tęsknoty za czymś, czego samej pisarce brakowało. Craig Rice okrzyknięta została ponoć przez krytykę damską następczynią Dashiella Hammetta, ale „Różom” daleko do typowego kryminału noir, a dużo bliżej do Joanny Chmielewskiej. Czy może Chmielewskiej bliżej do Craig Rice, ale nie bądźmy drobiazgowi. Grunt, że świetnie się czyta i stosownej porcji rozrywki dostarcza.

Powieść została sfilmowana w 1946 roku i z fragmentów wynika, że z wdziękiem, chociaż to i owo zmieniono:


PS. Samotna damska nóżka na koszmarnej okładce ma niewiele wspólnego z treścią, chociaż drobną rólkę w powieści odgrywa tancerka odziana w trzy pawie pióra i sznur pereł. A polski tytuł zdecydowanie nieudany (w oryg. „Home sweet homicide”).

Craig Rice, Róże pani Cherington, tłum. Maria Skibniewska, Iskry 1989.

Tagi , | 29 Komentarzy

Wyścigi w starej prasie: Derby warszawskie 1913 roku


Ponieważ mamy pierwszą niedzielę lipca, na służewieckim torze o godz. 16.15 rozpocznie się najważniejsza gonitwa sezonu, czyli Derby. Mimo znaczenia tej gonitwy dla hodowców i właścicieli koni oraz miłośników wyścigów, nie możemy liczyć na to, że w prasie ukaże się coś ponad ogólnikowe wzmianki. Inaczej bywało sto lat temu, gdy gazety szczegółowo rozpisywały się o tym wydarzeniu, chociaż, jak wynika z cytowanego niżej sprawozdania „Kuriera Porannego” z 2 czerwca 1913 roku, niekoniecznie reporterzy skupiali się na rywalizacji na bieżni.
Co za tłok! Korytem ulicy Kaliksta sunął nieprzerwany łańcuch powozów, dorożek, automobilów, koczów etc... zaś po chodnikach tej ulicy płynęły dwa gęste, jak kisiel, strumienie pieszej publiczności. Woźni, stojący u bram pola wyścigowego, świecili się od potu, bowiem podejmowali pracę nad siły zwyczajnych śmiertelników. 
Słońce zrazu spoczywało za firanką chmur, ale po niedługim czasie zapewne źle widząc morze eleganckich warszawian, rozdarły firankę raptownie i ozłociło przemiłem spojrzeniem trybuny główne, trybuny niegłówne i toalety pań... co za toalety! 
Sportowcy kategorji najkarniejszej przybyli na derby w cylindrach i czarnych anglezach, z lornetkami na czarnym rzemieniu, w lakierkach, z laskami, z garścią biletów totalizatorowych w urękawiczonej dłoni. W sercu pieścili nadzieję wygranej, w oczach manifestując wielkobrytański lód. Sportowcy-dandy, czyli gentlemani-indywidualiści, coś w rodzaju anarchistów towarzyskich, zjawili się nie w haute forme, nie w przepisanym mundurze cywilnym, ale w kostjumach, że tak powiem, niezależnych. Były tu więc i granatowe marynarki, i szare, i zielonkawe, i bronzowawe, były tu i rozmaite, świetne w gatunkach, nakrycia głowy: kapelusze miękie i słomkowe. No... i była trzecia kategorja gentlemanów, gentlemanów nieco pod względem szyku zaniedbanych. Ci najnamiętniej oddawali się grze totalizatorskiej. 
Panie wyglądały uroczo. Mieniły się tropikalną rozmaitością barw swoich szat, szalów i pończoszek w kostkach. Nad polem, zajętem przez publiczność, unosił się szum rozmów. Zapytywano o znajomych i o nazwiska pań, których toalety zwracały szczególną uwagę. Ktoś uczynił spostrzeżenie, że niezbyt licznie jest na derbach reprezentowana arystokracja. Ktoś drugi dosyć złośliwie odpowiedział, że arystokracja teraz woli siedzieć w czterech ścianach. Różne, zaiste, są sporty...! [...] 
Specjalny delegat naszej redakcji notował piękniejsze toalety pań. Czytajcie poniżej. Nasze urocze panie prawie wspanialej się ubierają dla wyścigowego konia niż dla włoskiego tenora. Szczęśliwy koń! Doprawdy, dobrze jest być w naszem społeczeństwie koniem!
Elegantki na torze w Longchamps, 1912 r.
***
Jak zwykle „Derby” jednocześnie jest przeglądem letnich tualet. 
Sądząc z wczorajszych tualet, sezon obecny niema żadnych uprzywilejowanych barw, gdyż tualety mieniły się od najróżnorodniejszych kolorów, tak pastelowych, jak i ciemnych, a nawet czarnych. Zwłaszcza dużo jest noszonych czarnych płaszczów, które koniecznie muszą być zrobione z jedwabnych tkanin, a skrojone podług ostatniej mody, tj. u dołu z przodu otwarte. 
Na kapeluszach stosunkowo mało kwiatów, natomiast pióra strusie ciągle nie przestają być modne. Przybranie kapeluszy iluzją, tiulem lub wstążkami jest rzadsze.
Zazwyczaj damy z loży członkowskiej imponowały przepychem biżuterji. Obecnie nie wiele jej się widzi, najwyżej jeden sznurek pereł otacza szyję — natomiast egret, fermoirów, brosz, przypinek itp. prawie że się nie używa. 
Jedną z piękniejszych tualet miała Stanisławowa ks. Lubomirska. Suknia jedwabna perłowego koloru, stanik przybrany różową materją; płaszcz z lekkiej tkaniny niebieskiej w pasy, duży czarny kapelusz okolony białemi piórami strusiemi.
Karolowa hr. Skarbkowa miała suknię jedwabną ciemną, kapelusz z czerwonemi strusiemi piórami; szal gronostajowy.
Józefowa Iżycka była w tualecie z różowej mieniącej się lekkiej materji; szal z tej samej tkaniny, co suknia; toczek czarny.
Hr. Nierodowa była w sukni białej u dołu haftowanej „en relief” w kwiaty; takie same kwiaty kolorowe na staniku. [...]
Michałowa Tabęcka była w sukni popielatej, stanik miała w złote stare desenie i koronki; kapelusz ze złotej słomy.
Margrabina Eliza Wielopolska była w sukni z bronzowej materji pokrytej jedwabnemi haftami na „crepe de chine”, płaszcz pluszowy z gronostajowym szerokim kołnierzem i takiemi samemi mankietami. [...]

Suknie letnie 1913 rok.
I teatralne sfery były licznie reprezentowane. Toalety, jak zwykle, naszych pań z teatru
odznaczały się gustem i pomysłowością.
Marcello-Palińska była w toalecie jedwabnej koloru perłowego, miała duży kapelusz z czarnej iluzji.
Lucyna Messalówna miała piękna toaletę koloru piaskowego, przybraną koronkami weneckiemi, oryginalnego kroją żakiet czarny, tegoż koloru kapelusz z rajerami.
Wojciechowa Brydzińska była w jedwabnej białej spódniczce, pokrytej gazą, miała żakiet tegoż koloru z jedwabiu w deseń, kapelusz słomkowy, przybrany dużą różą i tiulem.
Helena Sulima była w kostjumie białym wełnianym w drobne paseczki, miała kapelusz i żakiet dowcipnie przybrane w polne kwiaty.
Marja Pawińska miała białą jedwabną spódniczkę, stanik długi we wzorzyste kwiaty, kapelusz z lila słomy.
Marja Tracikiewiczówna była w jedwabnej sukni koloru orange, pokrytej przezroczystą białą gazą i przybrana koronkami, kapelusz w tym samym kolorze, co suknia, przybrany paradiesami.
Antonina Leszczyńska była w toalecie ciemnolila, miała żakiecik swobodnie skrojony i przybrany białemi koronkami, kapelusz biały z bogato przybrany rajerami.
***
Dzień walki o „błękitną szarfę” Warszawy odbył się w warunkach mało zajmujących, gdyż udział w spółzawodnictwie wzięły tylko dwie stajnie, najpotężniejsza w Państwie stajnia młocińska pp. Łazarewów i Wł. ks. Lubomirskiego. Każdej z tych stajni stanęło do startu po 2 konie. Jak to łatwe było do przewidzenia, dwa pierwsze miejsca zdobyły konie łazarewowskie, przy dość słabym rekordzie, bo wygrano w czasie 2 m. 43¾ s., gdy ub. roku Gajda, Białobłockich przy mniej pomyślnym torze pobiła Irona, Groga. Dargot i Izadorę w 2 m. 40½ s. o 2 dług. [...]
Dzięki sprzyjającej pogodzie osób na „turfie” było niezwykle dużo, o wiele więcej niż lat poprzednich, gdyż chwilami tak się tłoczono, iż trudno się było dostać do trybun. Loże wszystkie zajęte; nawet w trybunach członkowskich tym razem nie było przestronno. 
Ponieważ oprócz ostatniej gonitwy, koni prawie że nie wycofano, gra również była ożywiona, a totalizator francuski był czynny aż w dziewięciu biegach. [...]
Całe sprawozdanie można znaleźć na stronie 100lattemu.pl. Tamże dokładny opis najmodniejszych sukien letnich.

A tu jeszcze przedsmak dzisiejszej rywalizacji:


Tagi , , , | 30 Komentarzy

Ptaki niebieskie



John Steinbeck, Tortilla Flat, tłum. Jan Zakrzewski, Prószyński i S-ka 2013.

Powiada święty Mateusz: „Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichrzów, a Ojciec wasz niebieski je żywi”. Takimi ptakami niebieskimi są bohaterowie powieści Steinbecka: paiones, mieszańcy krwi hiszpańskiej, indiańskiej, meksykańskiej i europejskiej, mieszkańcy Tortilla Flat, dzielnicy Monterey w Kalifornii. Danny, Pilon, Wielki Joe Portugalczyk, Jezus Maria i Pirat nie pracują bez potrzeby, żywią się tym, co „znajdą” w przydrożnym rowie, lesie, w kurniku czy ogrodzie sąsiadów. Nie przepuszczą żadnemu gąsiorkowi wina, nie pogardzą wdziękami dziewcząt ani kobiet w dojrzalszym wieku. Żyją więc sobie swobodnie, z dnia na dzień, bez zobowiązań. Do czasu. Na Danny’ego spada bowiem błogosławieństwo (a może przekleństwo?) w postaci spadku po dziaduniu: dwa domy w Tortilla Flat, oznaka statusu i stabilizacji życiowej. 

Właściwie jednak początkowo niewiele to zmienia w życiu Danny’ego i jego ferajny. Tyle że nie muszą już sypiać pod gołym niebem, mają dokąd i do kogo wracać. Bo dzięki różnym zbiegom okoliczności ich mała komuna szybko się rozrasta: pojawiają się problemy do rozwiązania, pokusy, którym nie można nie ulec i, oczywiście, pragnienie, które należy za wszelką cenę zaspokoić. Wyłącznie gąsiorkiem wina. A przy winie płynie rozmowa: „nieco poniżej szyjki pierwszego gąsiorka – rozmowa poważna i skoncentrowana; dwa cale poniżej – smutne, romantyczne wspomnienia, trzy cale poniżej – analiza minionych największych miłości, cal niżej – analiza minionych niezaspokojonych namiętności; dno pierwszego gąsiorka – ogólny, niesprecyzowany smutek”... 

Bohaterowie Steinbecka są gromadką nicponiów i obiboków, drobnych złodziejaszków i oszustów, jednak pisarzowi udaje się mizerię ich życia uwznioślić, a ich wyczyny otoczyć nimbem niemal rycerskim. Codzienną nędzę osładza im ciepło słońca na ganku i marzenia o znalezieniu zakopanego skarbu, który można zamienić na nieprzeliczone galony wina. Damy ich serc są podstarzałymi sąsiadkami lub dziewczynami z przetwórni ryb, ale oni – niczym Don Kichot – widzą w nich istoty atrakcyjne i często tylko interwencja przyjaciół chroni ich przed życiowym błędem, poślubieniem wybranki, która nieuchronnie odcięłaby męża od wiernych kolegów. Idealizowane jest też przez Steinbecka ich życie duchowe: obcują przecież z naturą i Absolutem, czują się szczęśliwi, nie dźwigając brzemienia dóbr materialnych.

Wokół Danny’ego i jego przyjaciół tętni życiem Tortilla Flat, dostarczając codziennie nowych plotek i anegdot, które można sobie opowiadać w upalne popołudnia. A każda cudza przygoda staje się okazją do wyciągnięcia lekcji, przebadania motywów ludzkiego postępowania i rozmaitości charakterów. Nasi bohaterowie mają prawo osądzać innych, bo posługują się własnym, głęboko zakorzenionym kodeksem moralnym: koca przyjaciela nie można zastawić, żeby mieć na wino, za to trzeba zaopiekować się bezdomną kurą, żeby nie wpadła w jakieś tarapaty, skoro może wpaść do garnka znalazcy.

„Tortilla Flat” tchnie ciepłem i humorem. Zestawienie przeżyć prostych ludzi z wyszukanym stylem wywołuje uśmiech, choć książka opowiada o wcale niewesołych sprawach. Steinbeck z typową dla siebie wrażliwością i wnikliwością przedstawia kolejny wycinek Ameryki, jeszcze nie dotkniętej Wielkim Kryzysem, świat nędzarzy wchodzących w kolizję z prawem, weteranów wojennych, o których państwo przypomina sobie dopiero wtedy, gdy trzeba zorganizować wojskowy pogrzeb, alkoholików. Pokazuje też na przykładzie Danny’ego, jak destrukcyjnie może wpłynąć stabilizacja na człowieka, który przywykł do całkowitej swobody. Końcowe sceny książki to już nie jest łotrzykowska historyjka, to dramat człowieka, który próbuje odzyskać utraconą niezależność. Ta pierwsza wielka i pierwsza popularna, choć nieduża objętością, powieść Steinbecka zapowiada kierunek, w którym rozwinie się jego twórczość. „Grona gniewu” wyrosły z „Tortilla Flat” i „Myszy i ludzi”

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Tagi | 46 Komentarzy

Pomarańcze pełne półprawd





Jeanette Winterson, Nie tylko pomarańcze..., tłum. Waldemar Łyś, Rebis 1997.
Jeanette Winterson, Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?, tłum. Katarzyna Karłowska, Rebis 2012.

„Nie tylko pomarańcze...” to historia Jeanette, adoptowanej córki gnębionej przez matkę fanatyczkę religijną, odrzucanej przez rówieśników i nauczycieli i wreszcie odrzuconej też przez rodziców i kongregację, do której należała, po ujawnieniu homoseksualnych skłonności dziewczyny. Opowieść czarno-biała, w której motywy postępowania bohaterów nie są dogłębnie przedstawiane: matka jest potworem, córka uciśnioną i indoktrynowaną religijnie niewinnością, która ucieczki od rzeczywistości szuka w swojej wyobraźni. Jedyną ludzką osobą w otoczeniu Jeanette jest Elsie, która potrafi dać jej nieco ciepła i zainteresowania, nie potępia też jej za związek z inną dziewczyną. Są w tej powieści sceny niczym żywcem wyjęte z horrorów, jak zbiorowe egzorcyzmy – nie mogłem się więc opędzić od porównań z „Carrie” Stephena Kinga. Aż dziw, że na końcu nie nastąpiła apokalipsa. Ta czerń i biel, brak jakichkolwiek niuansów nie nastroił mnie najlepiej, nie współczułem Jeanette, nie umiałem potępić jej matki i otoczenia, a równocześnie czułem, że jeśli ta historia ma być oparta na biografii autorki, to musi się w niej kryć coś jeszcze.

Potwierdziła to autobiografia Winterson, która jest jednym wielkim przypisem – a może posłowiem – do jej debiutanckich „Pomarańczy”, pełnych półprawd i dodatków, które miały samej Jeanette ułatwić spojrzenie na własne dzieciństwo i młodość, złagodzić ówczesne przejścia: „Napisałam opowieść, z którą mogłam żyć. Ta inna była zbyt bolesna. Jej przeżyć nie mogłam”.

I teraz poznajemy nową wersję życia Winterson – szczegółowszą, mniej jednoznaczną, a przez to robiącą znacznie większe wrażenie. To historia adoptowanej dziewczynki wychowywanej w robotniczym Manchesterze (znakomity opis miasta, które wywarło wielki wpływ nie tylko na samą Jeanette, ale ukształtowało też jej przybranych rodziców i całe otoczenie), opowieść o poszukiwaniu siebie, akceptacji i miłości, których tak brakowało w dzieciństwie Winterson. Jej matka – Pani W – nie zawsze była religijną fanatyczką, a i w czasach po swoim nawróceniu zdarzały jej się czyny nie licujące z jej wiarą. Huśtawki jej nastrojów, wywołane depresją, boleśnie dotykały Jeanette, wychowywaną z nadmierną surowością, karaną metodami, które postawiłyby na nogi opiekę społeczną, tłamszoną i upokarzaną. Nic dziwnego, że dziewczynka nie była akceptowana w szkole przez nauczycieli i uczniów – dawała tam upust przepełniającym ją wściekłości, rozpaczy i samotności.

Dla Jeanette z „Nie tylko pomarańcze...” wsparciem była Elsie, prawdziwa Jeanette to, że nie dała się do końca stłamsić i zniszczyć, zawdzięcza książkom. Rozdziały poświęcone rozwojowi czytelniczej pasji i jej następstwom to najmocniejsze punkty książki. Biblioteka była azylem dla dziewczynki; chadzała tam po kryminały dla matki (dziwna lektura dla osoby tak pobożnej, czyż nie?) i sama mogła czytać wszystko, co nie było beletrystyką (zdaniem Pani W powieści „to były książki, w których kryje się kłopot...”). Owoc zakazany kusi jednak najbardziej, więc Jeanette postanowiła złamać matczyny zakaz: „Nie miałam pojęcia, co czytać ani w jakim porządku, dlatego zaczęłam alfabetycznie. Dzięki Bogu, że nazywała się Austen...” Książki dały Jeanette więcej, niż mogłaby się spodziewać: nie tylko pokazały jej inny świat, ale pozwoliły też dokonać ważnych życiowych wyborów.

Te wybory to decyzja o opuszczeniu domu Wintersonów, zdobyciu wyższego wykształcenia, zaakceptowaniu własnej seksualności i wreszcie o poszukiwaniu prawdziwej matki. Wybory trudne i bolesne, wymagające hartu ducha, nie zawsze wieńczone powodzeniem. Winterson opowiada o próbach odnalezienia się w świecie, który znała wyłącznie z książek i który różnił się od padołu łez odmalowywanego przez Panią W. Przybrana matka jest zresztą drugą bohaterką tej autobiografii, Winterson stale do niej nawraca; wiele miejsca zajmują próby jej zrozumienia, zgłębienia przyczyn, które uczyniły ją „potworem” i wreszcie zdefiniowania stosunku pisarki do matki. Pan Winterson w tym świecie zupełnie się nie liczy, niczym brytyjska wersja Felicjana Dulskiego.

Wspomnienia są gorzkie i przejmujące, szczegółowe, wręcz reporterskie, ale pozostaje w nich dość miejsca, by czytelnik sam mógł sobie wyobrazić świat obu kobiet – gesty, chłód, spojrzenia, ton głosu, atmosferę ich domu. Mamy tu sceny, które robią wielkie wrażenie, takie jak rozprawa Pani W z biblioteczką skrzętnie zebraną przez córkę, jest też zaskakująco wiele sarkastycznego humoru, jakby śmiechem Jeanette próbowała oswoić potworności, które ją spotykały, zdystansować się do nich. Od czasu do czasu daje autorka upust swoim poglądom politycznym czy społecznym, gwałtownie atakując thatcheryzm i przedstawiając własną drogę do feminizmu. Sporo tu też, rzecz jasna, o jej związkach i pracy pisarskiej oraz o drodze do poznania biologicznej matki i uczuciach, jakie się pojawiły po jej odnalezieniu.

Autobiografia Winterson jest fascynująca i dobrze napisana, choć – szczególnie w drugiej połowie – zdarzają się mielizny, zbyt widoczna staje się terapeutyczna funkcja tej książki, a autorka wrzuca w nią ciut za dużo manifestów: pisarskich, życiowych, feministycznych czy politycznych. Wiele tu podobieństw do „Pomarańczy”, ale bez wątpienia autobiografia jest dużo dojrzalsza, celniejsza i bardziej szczera. Ćwierć wieku, które dzieli wydanie obu tych książek, Jeanette Winterson niewątpliwie dobrze wykorzystała, by rozwinąć się jako pisarka, ale też by pogłębić wiedzę o sobie samej.

Tagi , | 28 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.