Archiwum sierpnia 2013

No i po wakacjach...
(Milena Wójtowicz, „Podatek”; Andriej Bielanin, „Tajny wywiad cara Grocha”)



Wakacje skończyły się nieodwołalnie, po niedawnych upałach zostało ledwie wspomnienie, a po upałowych lekturach jedynie garść coraz bardziej mglistych wrażeń. Zanim więc zapomnę wszystko, kilka słów o dwóch letnich czytadłach.
 ***
Do kolejnego terminu składania deklaracji podatkowych zostało jeszcze nieco czasu, przeto bez nerwowych drgawek można oddawać się obserwowaniu, jak z fiskusem borykają się inni. I to nie jacyś szarzy współobywatele, ale prawdziwi Inni: chociażby magowie. Bo i do ich drzwi od czasu do czasu pukają poborcy, by odebrać należny podatek.

Monika jest w tym fachu nowa, a wiadomo, że takim trafiają się najgorsze fuchy. Podczas nader dramatycznej próby pobrania podatku ujawniają się zaskakujące zdolności dziewczyny, a wkrótce potem jej równie zaskakujące pochodzenie. Nic dziwnego, że szefowie urzędu podatkowego postanawiają wykorzystać Monikę w akcji, która przyniesie nader urozmaicone skutki.

„Podatek” Mileny Wójtowicz oparty jest na ciekawym pomyśle, który jednak nie został do końca dopracowany. Mniej więcej od połowy książki miałem wrażenie, że autorka trochę przesadza z mnożeniem komplikacji, przez co całość robi się niespójna, a przy okazji kilka ciekawych wątków po prostu się marnuje. Wodnik Ślipiak i jego zaborcze żaby czy firma „Babcia Krysia i wnusiowie. Usługi różne”, działająca na lubelskim dworcu, zasługują może nie na oddzielne powieści, ale chociaż na sążniste opowiadania. Przygody Moniki i jej współpracowników rozgrywają się głównie w Lublinie i okolicach, chociaż, nawiązując do klasyka, można powiedzieć, że w Lublinie, czyli nigdzie – garść nazw ulic to niestety wszystko, czego dowiadujemy się o miejscu wydarzeń. Całość łatwo wchodzi, równie łatwo ginie w niepamięci. Brzydka okładka ma jedną zaletę: litery pokryto czarnym meszkiem, który budzi atawistyczną chęć głaskania.

Oczko wyżej sytuuje się „Tajny wywiad cara Grocha” Andrieja Bielanina. Tytuł nijak ma się do fabuły, gdyż nie o szpiegostwo w niej chodzi, ale o porządne, przeprowadzane zgodnie ze sztuką śledztwo w sprawie tajemniczych kradzieży na carskim dworze. Dochodzenie prowadzi moskiewski milicjant, który dziwnym trafem przeniesiony został w przeszłość, do feudalno-baśniowej Rosji. Podporucznik Nikita Iwanowicz, chociaż to i owo w nowym otoczeniu go dziwi, raźnie przystępuje do organizacji carskiej milicji, wykorzystując w pracy umiejętności Baby Jagi (znakomita prawdomówczyni, a i kucharka przednia) oraz krzepę osiłka Mitki. Doborowa ekipa szybko wykrywa, że defraudacja złota ze skarbca cara Grocha to jedynie przykrywka dla dużo groźniejszych wydarzeń.

Bielanin sprawnie wykorzystuje efekt, jaki daje zestawienie biurokratyczno-milicyjnego myślenia Nikity ze światem, gdzie wciąż panują feudalne porządki i magia. Wiele tu zresztą odwołań do rosyjskiego folkloru. Fabuła jest zgrabna, bohaterowie pozytywni są sympatyczni, bohaterowie niepozytywni ponoszą zasłużoną karę, jak to w baśni. Ilustracje koszmarne, za to okładka całkiem całkiem.

„Podatek” mnie rozczarował, spodziewałem się czegoś więcej. Bielanin za to wyszedł obronną ręką i myślę, że wielbicielom fantasy z przymrużeniem oka ma szansę podobać się nie tylko w letnie upały.
 ***

Koniec wakacji niespodziewanie upłynął też pod znakiem Harry’ego Pottera. Wyciągnąłem pierwszy tom, żeby sobie poczytać coś niezobowiązującego, i ocknąłem się prawie dwa tygodnie później po lekturze wszystkich siedmiu tomów. Pojęcia nie mam, która to już była powtórka, ale wciąż jestem pod wrażeniem. Tym razem szczególną uwagę zwróciłem na to, jak Rowling rozwija postacie swoich bohaterów, od dzieci oszołomionych nową szkołą i możliwościami, jakie daje magia, przez niepokornych nastolatków, do świadomych swych umiejętności i odpowiedzialności, chociaż jeszcze nie do końca dojrzałych młodych ludzi. Takie rzeczy umykają, gdy czyta się pojedyncze tomy i to jeszcze w sporych odstępach. Do Pottera na pewno jeszcze będę wracał, a teraz może czas na „Trafny wybór”, w końcu czeka od Bożego Narodzenia...


Milena Wójtowicz, Podatek, Fabryka Słów 2009.
Andriej Bielanin, Tajny wywiad cara Grocha, tłum. Rafał Dębski, ilustr. Daniel Grzeszkiewicz, Fabryka Słów 2010.

Tagi , , , , | 43 Komentarzy

W obronie przed bezprawiem
(Jan Skórzyński, „Siła bezsilnych”)



W czasach, gdy wyrażenie swojego zdania nic nas nie kosztuje, wszelkiego rodzaju listy protestacyjne i petycje krążą swobodnie i nawet nie musimy odchodzić od komputera, by je podpisać, dziwnie myśli się o ludziach, którzy w niezbyt odległej epoce, owianej dziś mgiełką melancholii, zaryzykowali wiele, by dać wyraz swojej niezgodzie na otaczającą ich rzeczywistość, a przede wszystkim – by nie pozwolić krzywdzić tych, którzy sami bronić się nie potrafili.

W czerwcu 1976 roku robotnicy Radomia i Ursusa zaprotestowali przeciwko ogromnym podwyżkom cen. Robotniczy protest sprawił, że podwyżki odwołano, ale władza musiała odreagować swą porażkę. Uczestników manifestacji, a często i przypadkowych świadków i przechodniów aresztowano, bito, przepędzano przez ścieżki zdrowia, wyrzucano z pracy i pozbawiano środków utrzymania. Komitet Obrony Robotników chciał przeciwstawić się tej fali bezprawia: zapewnić niesłusznie oskarżonym obronę przed sądem, a ich rodziny wspomóc finansowo.

W pierwszym dokumencie wydanym przez Komitet czytamy:
[...] Ofiary obecnych represji nie mogą liczyć na żadną pomoc i obronę ze strony instytucji do tego powołanych [...]. W tej sytuacji rolę tę musi wziąć na siebie społeczeństwo, w interesie którego wystąpili prześladowani. Społeczeństwo bowiem nie ma innych metod obrony przed bezprawiem jak solidarność i wzajemna pomoc. [...]
Początkowo najważniejsza była właśnie pomoc pokrzywdzonym: wypłacano zasiłki rodzinom aresztowanych i pozbawionych pracy, zapewniano adwokatów tym, którzy stawali przed sądem, grupy obserwatorów przyglądały się bacznie parodiom procesów, narażając się na fizyczne ataki „nieznanych sprawców” albo „aktywu robotniczego”, zatrzymania i najrozmaitsze szykany. Równocześnie jednak podjęto próby przełamania społecznego konformizmu, nawiązania współpracy między rozmaitymi grupami, obejścia monopolu władz na informację poprzez wydawanie własnych pism, a potem i książek, poza cenzurą.

Powstanie KOR nie było inicjatywą nagłą, grunt pod jego powstanie przygotowywany był już od początku lat siedemdziesiątych, a robotnicze protesty z 1976 roku dały impuls do nadania mglistym planom konkretnej formy. Komitet pod wieloma względami był organizacją nietypową: skupił osoby o bardzo różnych, często odmiennych życiorysach i doświadczeniach, postawił na całkowitą jawność działalności, domagał się od władz przestrzegania nie tylko podpisanych przez Polskę umów międzynarodowych, ale i konstytucji.

Rzetelna, oparta na licznych źródłach książka Jana Skórzyńskiego to bardzo ważny głos nie tylko w badaniach nad polską opozycją powojenną, ale również w debacie o epoce Gierka, „złotych czasach PRL” – głos wyważony, który nie przenosi w przeszłość dzisiejszych sporów politycznych. Mimo niezwykłej szczegółowości nie jest to książka nudna: rozgrywka pomiędzy opozycją a władzą trzyma w napięciu, nawet spory ideowe czy o kierunki działalności, chociaż mniej fascynujące, pozwalają lepiej zrozumieć wiele postaw z lat późniejszych.

Skupiając się przede wszystkim na działalności KOR i ścieraniu się w jego łonie rozmaitych wizji przyszłości i roli, jaką miał odgrywać Komitet, zaniedbuje nieco Skórzyński opozycyjną codzienność: próby łączenia pracy w opozycji z pracą zawodową, życiem rodzinnym, krzątaninę wokół załatwiania spraw własnych i cudzych czy wreszcie zwykłe ludzkie zmęczenie, stałe napięcie. Znakomitym uzupełnieniem będą tu dzienniki Mariana Brandysa  i wspomnienia Anki Kowalskiej. Te ostatnie, łącznie z biografią Haliny Mikołajskiej pióra Joanny Krakowskiej, pokazują też KOR od strony kobiet – a jest to perspektywa niezmiernie ciekawa. Ten niedosyt nie umniejsza jednak w najmniejszym stopniu wartości pracy Skórzyńskiego.

Jan Skórzyński, Siła bezsilnych. Historia Komitetu Obrony Robotników, Świat Książki 2012.
Za książkę dziękuję wydawnictwu Świat Książki.


Tagi , , | 25 Komentarzy

„Napisz, proszę, chociaż krótki list...”




W.V. Davies, Egipskie hieroglify, tłum. Maciej G. Witkowski, RTW 1998.
John Chadwick, Pismo linearne B i pisma pokrewne, tłum. Piotr Taracha, RTW 1998.
Larissa Bonfante, Język etruski, tłum. Witold Dobrowolski, RTW 1998.

Pomyśleliście kiedyś z wdzięcznością o tym starożytnym facecie, który w błysku geniuszu albo w pocie czoła wynalazł pismo? Może nie chciało mu się spamiętywać wielopiętrowych list zakupów dyktowanych przez małżonkę, albo znudziło mu się zapisywanie liczebności stada kóz za pomocą nacięć na kijku. A może ukochana molestowała go co dzień: Napisz, proszę, chociaż krótki list... Cokolwiek nim kierowało – chwała mu! Cóż byśmy bez niego poczęli, skazani wyłącznie na pieśni aojdów czy innych trubadurów i babcine bajania przy kominku? Swoimi opiniami o wysłuchanych pieśniach moglibyśmy się co najwyżej dzielić w kółkach dyskusyjnych działających przy miejskich bazarach. „Pieśń, którą recytował Homer wczoraj wieczorem, zdecydowanie słabsza od przedwczorajszej, ten katalog okrętów to jakaś potworna dłużyzna, na co to komu?” „Z punktu widzenia fabuły faktycznie słabe, ale jaka wartość historyczna, weźcie pod uwagę przyszłe pokolenia”. A tak, dzięki nieznanemu wynalazcy ludzkość mogła sobie radośnie i beztrosko zapisywać złote myśli na glinianych tabliczkach, pergaminie, papierze czy w internecie, składać donosy na sąsiadów albo zamazywać miejskie mury wyborczymi hasłami lub po prostu brzydkimi wyrazami.
 
Graffiti na murze w Pompejach, I wiek n.e.
Niewykluczone, że tych bystrych gości było więcej, bo co prawda tacy Egipcjanie mogli się sugerować osiągnięciami Mezopotamii, ale jednak ich system pisma jest całkowicie odmienny i ktoś musiał go wymyślić niemal od podstaw. Ewolucja pisma sama w sobie jest zagadnieniem fascynującym i wywołującym dyskusje, dzieje zaś odczytania najstarszych zapisów porównać można do dobrych historii detektywistycznych. Pamiętam, jak z zapartym tchem czytałem w „Bogach, grobach i uczonych” C.W. Cerama o odczytaniu egipskich hieroglifów przez Jeana Champolliona czy odcyfrowaniu pisma klinowego. Niestety, autorzy książek wydanych niegdyś przez Wydawnictwo RTW na licencji British Museum Press, choć uznawani za wybitnych specjalistów, nie mają Ceramowskiego daru opowiadania, a ich tłumacze, także uznani eksperci, zdecydowanie nie mieli lekkiego pióra (jak również żadnego wsparcia redaktora i korektora). Mamy więc do czynienia z solidnymi i bogato ilustrowanymi monografiami poszczególnych pism, dostarczającymi rzetelnej wiedzy, ale i wymagającymi nieco samozaparcia, żeby przebrnąć przez niektóre drobiazgowe rozważania lingwistyczne. Zdecydowanie jednak warto się nieco pomęczyć, by dowiedzieć się ciut więcej choćby o mechanizmach rozwoju pisma czy sposobach ich odczytywania.

W.V. Davies przedstawił pismo egipskie, jego ewolucję, rodzaje, zasady zapisu, wreszcie egipską ortografię i gramatykę, o których wiemy dużo dzięki zachowanym zabytkom: inskrypcjom grobowym, modlitwom na paskach papirusu, którymi owijano mumie, dokumentom, dziełom poetyckim i literackim, a nawet szkolnym wypracowaniom i wprawkom. Przez całe wieki hieroglify były fascynującą zagadką, elementem mitu „tajemnego Egiptu”, krainy ezoteryki i wiedzy tajemnej. Próby ich odczytania kończyły się niepowodzeniem. Dopiero odkrycie w 1799 roku kamienia z Rosetty dostarczyło klucza do zrozumienia hieroglifów. Od chwili opublikowania w 1824 roku przez Champolliona wyników jego badań nasza wiedza znacznie się poszerzyła, a W.V. Davies niezbyt sobie poradził z wybraniem tego, co może zainteresować zwykłego czytelnika. Wiele razy grzązł w szczegółach, na dodatek posługiwał się niekiedy mocno specjalistycznym językiem („W zdaniach werbalnych predykatem jest zazwyczaj czasownik występujący przeważnie w stanie koniugacji sufiksalnej. Konstrukcja ta składa się z rdzenia czasownikowego i zaimka sufigowanego”). Na szczęście nie ma przymusu czytania „Krótkiego kursu gramatyki egipskiej”, a reszta tekstu wygląda lepiej.
 
Kamień z Rosetty – bazaltowa płyta zawierająca tekst dekretu kapłańskiego z 196 roku p.n.e., zapisany trzema rodzajami pisma: hieroglifami, demotyką (pismem ludowym) i greką.
Dużo ciekawiej wypadła opowieść Johna Chadwicka o kreteńskim piśmie linearnym B i jego krewniakach, z barwnie zarysowanym tłem historycznym. Jest to ciekawy przykład pisma, którego używano wyłącznie do spisywania inwentarzy, należności podatkowych, liczebności oddziałów wojskowych czy ofiar należnych bogom. Poza tym żadnej poezji, żadnej literatury. Czysta proza życia. I pomyśleć, że wiele imion i słów z tych dokumentów znaleźć można w późniejszych poematach Homera.
 
Tabliczka z Pylos zapisana pismem linearnym B, ok. 1450 roku p.n.e. Zawiera informacje o przydziale skór wołowych, świńskich i jelenich dla szewców i siodlarzy.
Nie przetrwała też żadna literatura w języku etruskim, znamy jedynie około trzynastu tysięcy inskrypcji o dość ubogiej treści, a mimo to udało się do pewnego stopnia zrekonstruować język ludu, który wywarł ogromny wpływ na wierzenia, obyczaje i kulturę starożytnych Rzymian. Na etruskich wazach i lusterkach odkryto chociażby imiona bogów czczonych później w Rzymie. Od Etrusków przejęli również Rzymianie sztukę odczytywania znaków wróżebnych, na przykład z wnętrzności zwierząt. Co ciekawe, do dziś nie mamy pojęcia, do jakiej grupy języków należał etruski, który nie przypomina żadnego z języków europejskich i nieeuropejskich. Larissa Bonfante ciekawie wplata w rozważania lingwistyczne rozmaite informacje o dziejach Etrusków, ich organizacji społecznej, życiu codziennym, religii. Książka jednak pozostawia spory niedosyt – na szczęście mam na półce „Życie codzienne Etrusków” Jacques’a Heurgona, więc sobie doczytam. Kiedyś.
 
Brązowy model wątroby baraniej znaleziony w Piacenzy, ok. 150 roku p.n.e. Wyryto na nim 52 imiona bóstw.


Tagi , , , , | 36 Komentarzy

Na „zsyłce” w wydawnictwie



Ciekawe tematy wypływają często zupełnie niespodziewanie. Oto przy okazji omawiania biografii Tołstoja u Marlowa zeszło na komunistycznych prominentów, którzy „zsyłani” byli na posadki w państwowych wydawnictwach, gdy ich gwiazda przygasła. Taką zesłaną była w Państwowym Instytucie Wydawniczym Romana Granas, o której pisał Andrzej Dobosz  – jego wspomnienie warto przeczytać również dlatego, że pokazuje ciekawe aspekty funkcjonowania wydawnictw w PRL. Innym przykładem jest Julia Brystiger, dyrektor w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, osobiście katująca przesłuchiwanych (więcej o Brystigerowej i jej ostatnich latach życia tu).
Irena Szymańska natomiast wspominała okres, gdy PIW-em kierował Józef (Jacek) Różański, stalinowski zbrodniarz, którego w 1954 roku wydalono z MBP.

Po urodzeniu dziecka należały mi się cztery miesiące macierzyńskiego urlopu i miałam zamiar wrócić do pracy w październiku. Ale już w lipcu wezwał mnie do siebie Ferdynand Chaber, ówczesny kierownik wydziału kultury KC. Fredzio odbył ze mną rozmowę poważną. Zawiadomił mnie, że po Balickim, który obejmuje departament teatru w Ministerstwie Kultury, na dyrektora PIW-u przychodzi Jacek Różański z departamentu śledczego MBP. Chaber na pewno dużo więcej wiedział wtedy o Różańskim niż ja, choć i do mnie wieści o nim dochodziły. Chaber był tą nominacją szczerze zaniepokojony.

Józef Różański.
Ale decyzja zapadła wyżej i musiał się jej podporządkować. Chciał tylko załatwić to jak najlepiej. Poprosił więc, abym skróciła urlop, od razu wróciła do wydawnictwa i była na miejscu, kiedy zjawi się Różański. Argumentował, że z Różańskim może nie chcieć rozmawiać Staff czy Dąbrowska, muszę więc bronić pozycji PIW-u. Oczywiście zgodziłam się. W ciągu półtorarocznej pracy zdążyłam związać się z wydawnictwem, ceniłam i lubiłam zespół kolegów. [...]

Współpraca z Różańskim zaczęła się dramatycznie. Właśnie zgłosiła się do mnie Maria Hulewiczowa, ongiś związana ze Stanisławem Mikołajczykiem i niedawno wypuszczona z więzienia. Zakazano jej pracować na tak zwanym „froncie kulturalnym”, a nie miała sił na proponowaną jej posadę ekspedientki w sklepie. Przyszła z nieśmiałym zapytaniem, czy mogłaby dostać przekład z francuskiego. Przyrzekłam, że coś znajdę (daliśmy jej Radość życia Zoli). Wyszedłszy ode mnie Hulewiczowa wstąpiła do sekretariatu dyrektora, chcąc mu się przedstawić. Sekretarka poprosiła ją do gabinetu, Hulewiczowa weszła, spojrzała i osunęła się zemdlona wprost na moje ręce, bo właśnie weszłam do sekretariatu. Okazało się, że to Różański przesłuchiwał ją w śledztwie i to, że ujrzała go w wydawnictwie spowodowało zrozumiały szok.


Tymczasem Różański starał się być dla wszystkich uprzejmy, zyskać ogólną sympatię i uznanie: odwiedzał redakcje, nie szczędził słów zachęty i pochwał. Naszych autorów namawiał do pisania o bohaterstwie ubeków. Posłuchał go Putrament i z jego chyba inspiracji napisał powieść Rozstaje, wydaną zresztą nie w PIW-ie, lecz w „Czytelniku”. Nie dał mu się na szczęście zainspirować Andrzejewski, chociaż Różański usiłował go urzec swoją „znajomością duszy ludzkiej”. 
Epizod z Różańskim nie trwał długo. Z zapartym tchem słuchaliśmy, co o naszym nowym szefie mówi w Wolnej Europie Światło. Przychodził teraz do pracy rzadziej, coraz cichszy i skromniejszy, a w listopadzie przestał przychodzić w ogóle. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że go aresztowano. Nie zaskoczyło mnie to. Kilka tygodni wcześniej zadzwonił do mnie Cyrankiewicz. W moim gabinecie siedziała koleżanka i – trochę speszona – powiedziałam: – Przepraszam, kochanie, wyjdź teraz, zaraz do ciebie przyjdę...

Usłyszałam niepokój w głosie premiera: – Czy ty przypadkiem nie mówisz do Różańskiego „kochanie”? – Zaprzeczyłam gwałtownie i mój rozmówca przyjął to z widoczną ulgą, dodając: – Nie próbuj się z nim zaprzyjaźnić...

Uznałam to za wyraźne ostrzeżenie i byłam za nie Cyrankiewiczowi wdzięczna. [...]

Zachowanie Różańskiego przedstawia też Ewa Berberyusz, pracująca wówczas w wydawnictwie jako redaktor: 
Ogół pisarzy był [...] całkowicie spłoszony obecnością Różańskiego w wydawnictwie. Pytano z wisielczym humorem, ile można dostać za arkusz prozy? Dwadzieścia pięć czy piętnaście lat? Bało się też podległe mu kierownictwo. Nie bala się natomiast cała rzesza szarych redaktorów na marniutkich pensyjkach [...]. Dyrekcję, pisarzy oddzielał od maluczkich niewidzialny mur. Spotykali się, sztucznie bratając, w określonych okolicznościach [...]. I oto do PIW-u przyszedł ubecki kat – Różański, już w innej roli, i tak jakby studiował nowoczesną socjotechnikę, zmienił styl. Zapoznawszy się z naszymi aktami personalnymi, gdzie były fotografie, zwołał zebranie tej całej szarzyzny redakcyjnej u siebie w gabinecie i rozpoznając nas bezbłędnie, zaczął zachęcać do bardziej twórczej pracy redaktorskiej: do pisania wstępów, opracowań, inicjatyw, do brania tłumaczeń, które nie wiadomo czemu idą na zewnątrz, czyli do działania zarezerwowanego dotychczas dla uprzywilejowanych. Dawał konkretne propozycje: „Dlaczego mają to robić tylko ci znani?” – pytał [...]. Wstyd wyznać, ale dopiero wtedy po raz pierwszy poczułam się podmiotem w miejscu pracy. Dlaczego Różański to robił? Czy myślał, że się uratuje? Na to już nie mam odpowiedzi. Wzięto go na Rakowiecką prosto z PIW-u.
Cytaty z: Irena Szymańska, Miałam dar zachwytu. Wspomnienia wydawcy, Czytelnik 2001, s. 75–77.

77

Tagi , , , , | 32 Komentarzy

Kuchnia na ciężkie czasy
(Marcin Szczygielski, „Kuchnia na ciężkie czasy”)



W naszym kraju ciężkie czasy trwają właściwie nieustannie i nawet chwilowa przerwa w trudnościach nie powinna usypiać naszej czujności. Kolejny kryzys bowiem niewątpliwie czai się za progiem. W tej sytuacji każde gospodarstwo domowe zaopatrzone powinno być w stosowny poradnik ułatwiający przygotowanie smacznych, tanich i pełnych walorów odżywczych potraw.

Książka Marcina Szczygielskiego, której barokowy tytuł może sugerować, że mamy do czynienia ze zgrywą albo mistyfikacją, jest jak najbardziej serio. Podstawą do jej napisania stał się zbiór przepisów i rad zbieranych przez dziesięciolecia przez babcię autora, Genowefę Racz, której „całe życie przypadło na »ciężkie czasy«”. Pani Racz słynęła jako znakomita gospodyni i wzorem wszystkich (albo prawie) babć przy karmieniu wnucząt wyznawała zasadę „jeden do jednego, czyli waga posiłku równa się wadze dziecka”.

W ciężkich czasach należy korzystać ze składników tanich, łatwo dostępnych, jak najmniej marnować i posługiwać się zamiennikami artykułów, których aktualnie brak w sprzedaży. Poznajemy więc przepis na zupę „dziadówkę”, pasternak na chrupko czy rzodkiewkę duszoną (ale też propozycje dań wigilijnych i wielkanocnych), rozmaite sposoby wykorzystywania mięsa i warzyw z zupy czy resztek potraw. Monotonię dań urozmaicą liczne sosy i dodatki.
Tym, czym jest dla pani pan,
czym dla zlewu bywa kran,
a dla twarzy każdej nos,
jest dla potraw dobry sos.
Sos grzybowy, cytrynowy,
koperkowy czy szczawiowy
jest istotny niesłychanie,
gdyż przemienia porcję w danie.
(Pani Racz prace w kuchni urozmaicała sobie układaniem takich kulinarnych wierszyków).

Pożądana jest też możliwie duża samowystarczalność, a więc umiejętność konserwowania i przechowywania produktów tak, by można z nich było korzystać jak najdłużej. Absolutnie rozczulający jest więc dział z przetworami domowymi, gdzie znajdziemy przepis na ocet (pamiętam czasy, kiedy w sklepach był wyłącznie ocet; czyżby kiedyś było gorzej i nie było nawet tego?) albo sposób przechowywania śliwek i wiśni (w beczułce z zasmołowanym deklem, na łańcuchu w studni lub w beczce wody w piwnicy). Do przetestowania są przepisy na wina domowe (np. z chabrów).

Na końcu znalazła się garść porad praktycznych, takich chociażby:
Plamy na tkaninach wełnianych w wódek kolorowych usuwa się poprzez natarcie wódką czystą.
W ciężkich czasach na wakacje się nie jeździ, ale to nic nie szkodzi, bo kąpiel morską można sobie urządzić w domu: 
W tym celu przygotowuje się mieszaninę: na 400 części soli kuchennej bierzemy 100 części soi gorzkiej, 20 części chlorku wapnia, 1 część jodku potasu i ½ części bromku potasu. Mieszaninę tę rozpuszcza się w wannie miękkiej wody i kąpie jak zazwyczaj.
Ze względu na delikatne uczucia PT Czytelników powstrzymam się od zacytowania w całości „okrutnej i drastycznej, acz prostej, taniej i stuprocentowo skutecznej metody wytępienia gryzoni domowych”.

Całość jest uroczo staroświecka, ale jak najbardziej do wykorzystywania na co dzień. Powinna się podobać szczególnie kuchennym debiutantom, ze względu na prostotę proponowanych przepisów i rozmaite praktyczne podpowiedzi. Szkoda, że o samej pani Racz dowiadujemy się tak niewiele (chociaż anegdota z wnuczkiem wielorybem przednia!).



Marcin Szczygielski, Kuchnia na ciężkie czasy. 700 przepisów i sposobów, jak niedrogo i do syta wyżywić rodzinę w okresie: kłopotów z domowym budżetem, kryzysu gospodarczego, działań wojennych, zagrożenia terrorystycznego, Instytut Wydawniczy Latarnik 2004.

Tagi , , | 84 Komentarzy

Być spryciarzem do szpiku kości
(Terry Pratchett, „Spryciarz z Londynu”)



Wiktoriański Londyn w książce Terry’ego Pratchetta dziwnie przypomina Ankh-Morpork. Tyle samo tu brudu, nędzy i występku. Nawet woda w Tamizie bardziej przypomina ciało stałe niż ciecz. To miasto jest naturalnym środowiskiem Dodgera, ulicznika sieroty, który swojemu sprytowi i szybkim nogom zawdzięcza przetrwanie w labiryncie ciasnych uliczek i podwórek, a przede wszystkim miejskich kanałów. Na co dzień bowiem chłopak jest zbieraczem: wędruje w podziemnych tunelach, by znaleźć zagubione na ulicy i spłukane przez wodę monety. Zdarzają się też cenniejsze drobiazgi, chociaż równie dobrze można trafić palcem w ryszarda (nie proście o wyjaśnienia).

Wiedziony impulsem, w pewną burzową noc ratuje z rąk tajemniczych mężczyzn pobitą młodą kobietę, a tym samym rozpoczyna a) swoją wielką przygodę, b) własną przemianę. Albowiem „po prostu przychodzi taki moment w życiu młodego człowieka, w którym musi on zdecydować, jakim chce być mężczyzną. Czy będzie graczem, czy jedynie pionkiem?”. Dodger zdecydowanie nie ma zadatków na pionka, dlatego przyjmuje propozycję Karola Dickensa, który pomógł mu znaleźć bezpieczne schronienie dla uratowanej, by pomóc w wyśledzeniu sprawców pobicia. Po drodze Dodger zakochuje się, spełnia dobre uczynki, staje oko w oko z mordercą z brzytwą, zostaje bohaterem, wykazuje się talentem aktorskim i rozmawia jak równy z równym z najwybitniejszymi osobistościami swojej epoki.

Nie tylko Londyn w tej powieści przypomina Ankh-Morpork. Czytelnicy Świata Dysku zauważą też podobieństwa między Dodgerem a Moistem von Lipwigiem, znanym choćby z „Piekła pocztowego” spryciarzem, którego nietypowe talenty zostają wykorzystane w społecznie użytecznym celu. Karol Dickens i jego przyjaciel Henryk Mayhew, badacz londyńskiej biedoty, a także sam Dodger wyrażają poglądy godne komendanta Vimesa: świat jest miejscem pełnym brudu i niesprawiedliwości, ale na różne sposoby można go uczynić lepszym miejscem: nakarmić głodne dziecko, dać parę groszy staruszce albo skopać klejnoty obleśnemu staruchowi uwodzącemu młode kwiaciarki. Te zbieżności, moim zdaniem, ani nie przeszkadzają w delektowaniu się przygodami Dodgera, ani nie pozwalają stwierdzić, że „Spryciarz” to książka wtórna. To raczej wyraz dochowywania przez Pratchetta wierności poglądom, których rozwój obserwowaliśmy na przykładzie komendanta Vimesa i Tiffany Obolałej, a także dowód zakorzenienia w tradycji literackiej. Teza, że Pratchett stał się kontynuatorem zaangażowanych społecznie powieści Dickensa, byłaby zapewne sporym nadużyciem, jednak nawiązania są widoczne. Pratchett zresztą nie wypiera się tych związków.
Dodger Pratchetta nawiązuje, nie tylko przezwiskiem, ale choćby i nakryciem głowy, do Artfula Dodgera z Dickensowskiego „Oliwera Twista” (pośrodku, w wysokim kapeluszu). Rycina George’a Cruikshanka.
Pozostawiając jednak na boku te rozważania, muszę powiedzieć, że „Spryciarz z Londynu” to po prostu doskonała, pełna humoru powieść awanturnicza, z błyskawiczną akcją, barwnie odmalowanym tłem historycznym i plejadą świetnych postaci: począwszy od Dodgera, który wykazuje się inteligencją, sprytem (jest „spryciarzem do szpiku kości”, co uważa za swój główny talent), empatią, zdolnościami aktorskimi i zręcznością, przez jego opiekuna czy mentora Salomona, tajemniczego Żyda, którego życie mogłoby się stać tematem oddzielnej powieści, po znanych ludzi epoki: Karola Dickensa, Henryka Mayhew, Roberta Peela, Angelę Burdett-Coutts czy Benjamina Disraelego. Do tego cała galeria bohaterów drugo- i trzecioplanowych: doświadczonej przez życie kucharki, pani Quickly; Demonicznego Cyrulika z Fleet Street; pani Holland, prowadzącej nader podejrzane interesy; czy sprzedawczyni zupy Marii Jo. Kundel Onan jest bohaterem, któremu należy się osobna kategoria. Najsłabiej w gruncie rzeczy wypada uratowana przez Dodgera Symplicja, mało wyrazista, chociaż w różnych momentach widać, że miała potencjał, z którego Pratchett jednak nie skorzystał.

Jeśli odrzuca was od czytania Pratchetta otoczka fantasy: krasnoludy, czarownice, wampiry, magowie – przeczytajcie „Spryciarza z Londynu”. Gdybyście nie wiedzieli, od czego zacząć przygodę z Pratchettem – „Spryciarz” będzie w sam raz. Gdybyście chcieli poznać tylko jedną powieść Pratchetta, to już sami wiecie, po co sięgnąć!

Terry Pratchett, Spryciarz z Londynu, tłum. Maciej Szymański, Rebis 2013.




Tagi , | 25 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.