Archiwum września 2013

Skarbiec wiedzy dziwnej, cz. 3: O egipskich kopalniach złota



Focjusz (ok. 820–891) był bizantyńskim duchownym, człowiekiem wielce wykształconym i autorem licznych dzieł. Najważniejszym dla nas jest Biblioteka, której pierwotny tytuł w pełni oddaje charakter i zawartość tej pracy: Katalog i wykaz przeczytanych przez nas książek, których treść chciał dzięki nam poznać w ogólnym zarysie nasz ukochany brat Tarazjusz. Liczba ich wynosi trzysta pomniejszone o dwadzieścia jeden. Wśród streszczonych utworów znalazła się opowieść niejakiego Agatarchidesa o Morzu Czerwonym. Z niej zaczerpnął Focjusz opis egipskich kopalni złota.

23. W pobliżu Morza Czerwonego, tam, gdzie Nil, tworząc zakola i odnogi, wyraźnie skręca ku morzu i wpływa po prawej stronie na wielkie nierówności terenu, wyłania się z morza zatoka i wrzyna się do lądu; jest ona tak rozległa, że pas ziemi rozciągający się między wodami morską i rzeczną jest ścieśniony, podobny do wielkiego bagniska. Nieopodal morza znajdują się tereny, które zawierają duże złoża kruszcu zwanego szlachetnym; ma on zdecydowanie ciemną barwę, mimo to lśni takim blaskiem, że nic nie może się z nim równać; jego biel nie ma podobnej sobie.

24. Ludzie skazywani przez tyranów do kopalni złota, to ci, którym przypadł w udziale najnieszczęśliwszy los. Praca w kopalni należy do najbardziej okrutnego rodzaju niewoli. Jedni dzielą tam swój los z żonami i dziećmi, drudzy znoszą ten trud sami. Po tragicznym opisie ogromu ich nieszczęścia, któremu nie dorównuje żadne inne, autor wyjaśnia, w jaki sposób przebiega praca przy złocie.
 
Wejście do staroegipskiej kopalni złota w Bir Umm Fawakhir.
25. W górach, w których znajdują się złoża złota, układa się drewno i rozpala ogień w miejscach urwistych, gdzie skała jest bardzo twarda; w ten sposób skrusza się ją i przystępuje do pracy. Tam, gdzie skała uległa skruszeniu, rozbija się ją za pomocą przecinaka kamieniarskiego. Na czele niewolników stoi robotnik, który dokonuje selekcji kamieni. Kiedy już utoruje drogę dla górników, cała praca ulega podziałowi między nieszczęsnych i zmuszonych do niej ludzi; dzieje się to w następujący sposób.
Najsilniejsi i młodzi uderzeniami żelaznych narzędzi rozbijają skałę lśniącą jak marmur. Uderzając nie stosują żadnej techniki, wykorzystują jedynie siłę mięśni; wycinają w skale liczne chodniki, które nie są proste. Złotodajne żyły idą bądź w górę, bądź w dół, albo w lewo, albo ukośnie, czy też w poprzek, prawie tak jak korzenie drzewa. Ci górnicy z przy wiązanymi na czole kagankami drążą skałę idąc za czymś w rodzaju białej żyły. Często zmieniając pozycję ciała wyrzucają odłamki skały na ziemię nie tak, jak im wygodniej i na miarę swych sił, lecz pod okiem dozorcy, który nigdy ich nie łaje i nie stosuje wobec nich kary bicia. 
26. Do chodników wydrążonych przez górników wchodzą wyrostki, z trudem zbierają kamyki i wynoszą je z kopalni na zewnątrz. Przejmują je od nich ludzie starsi i liczni chorzy, po czym odnoszą je do tak zwanych nadzorców. Nadzorcy w wieku poniżej trzydziestu lat, mający siłę do rozbijania, biorą kamienne moździerze, w których żelaznymi tłuczkami kruszą starannie kamienie na drobne kawałki; największy z nich miał mniej więcej wielkość soczewicy. Następnie przekazują je od razu innym robotnikom. Praca kobiet zamkniętych w tym obozie wraz z mężami i dziećmi polegała na tym: w obozie stały jeden przy drugim czynne młyny; do nich kobiety wrzucały stłuczony kamień. Trzy kobiety stały po obu stronach korby młyna i tak mełły; ich ubranie przedstawiało straszny widok, gdyż zasłaniało jedynie wstydliwe części ciała. Mełły one dostarczony im, pokruszony kamień dopóty, dopóki nie zamienił się on w proszek.
Wszyscy, którym przypadł w udziale opisany los, woleliby umrzeć niż wieść takie życie.

Fragmenty młynów do kamienia z Bir Umm Fawakhir.
27. Proszek otrzymany w wyniku pracy kobiet odbierają tak zwani płukacze. Są nimi wykwalifikowani robotnicy umiejący doprowa­dzić całą pracę do końca dla potrzeb króla. Ich zadanie jest następujące: rozprowadzają zmielony kamień na szerokiej, płaskiej i gładkiej desce, którą umieszcza się nie w pozycji poziomej, lecz nieco pochyłej. Płukacze leją wodę i rozgniatają proszek rękami, początkowo lekko, potem silniej. W ten sposób, sądzę, ziemia rozmięka i spływa wraz z wodą po nachylonej desce; składniki  cięższe i użyteczne pozostają na desce nieruchome. Po kilkakrotnym płukaniu płukacz zbiera ostrożnie proszek za pomocą miękkich i gęstych gąbek, czyści go przez jakiś czas i usuwa resztki substancji lekkich i miękkich pozostałych w porach gąbki; na desce pozostaje to, co wydzielone, ciężkie i błyszczące, a jest to metal ciężki i przemieszczający się z trudem z powodu swojej naturalnej wagi.

28. W ten sposób ów płukacz oczyszcza złoty piasek z zanieczyszczeń i oddaje wytapiaczom. Wytapiacze biorą zebrany w odpowiedniej ilości złoty piasek i wkładają według określonej miary i wagi do glinianego naczynia, w którym mieszają go w ustalonej proporcji z bryłkami ołowiu, grudami soli, dodając trochę cyny i otrąb jęczmiennych, po czym zamykają naczynie hermetyczną pokrywą, smarują ze wszystkich stron i ustawiają w piecu do wytopu przez pięć dni i pięć nocy bez najmniejszej przerwy. W następnym dniu poddają wytopioną w ogniu mieszankę lekkiemu ochłodzeniu, wlewają do innego naczynia i nie znajdują już żadnego składnika włożonego wraz z ziarnami złota; zastają jednolitą masę złota z niewielkim ubytkiem spowodowanym szlaką.
 
Płukanie, wytop i ważenie złota.
29. Śmierć wielu ludzi w kopalniach sprowadza się do tego, o czym mówiłem, mianowicie, jak gdyby sama natura chciała pokazać, że zdobywanie złota okupuje się wielkim nakładem znoju, jego zabezpieczenie jest trudne, zabiegi o jego posiadanie ogromne i że użytek złota daje w połowie przyjemność, a w połowie kłopot; sposób jego produkcji jest w sumie bardzo archaiczny.
Focjusz, Biblioteka, tłum. Oktawiusz Jurewicz, IW PAX 1999, s. 36–38.


Tagi , , , | 37 Komentarzy

Najpierw katastrofa lotnicza, a potem napięcie już tylko rośnie (a czy był seks?)
(Alistair MacLean, „Noc bez brzasku”)




Gdybym był jakieś ćwierć wieku młodszy, to pewnie przez tę książkę zarwałbym noc. Może nawet niegdyś zarwałem, bo nie umiem sobie przypomnieć, czy czytałem „Noc bez brzasku” w okresie, kiedy nieprzytomnie pochłaniałem coraz to nowe sensacyjne powieści, czy nie. Pochlebiałem sobie dotąd, że MacLeana poznałem całkiem dobrze, aż tu całkiem niedawno Marlow rzucił ten tytuł, wprawiając mnie w pomieszanie: znam? nie znam? Rzuciłem się więc szukać i czytać. I nie żałuję.

Pośrodku grenlandzkiego lodowego pustkowia ląduje awaryjnie – czy może raczej rozbija się – samolot pasażerski. Na ratunek spieszy ekipa z pobliskiej stacji prowadzącej badania w ramach Międzynarodowego Roku Geofizycznego. W maszynie doktor Peter Mason i jego koledzy znajdują kilka ciał i grupkę oszołomionych pasażerów, których przeprowadzają do swego baraku. Szybko okazuje się jednak, że wśród zszokowanych i poturbowanych rozbitków znajdują się też ludzie, którzy nie mają dobrych zamiarów i nie cofną się przed niczym, byle osiągnąć swój złowieszczy cel. Zaczyna się dramatyczna walka o zdemaskowanie przestępców, która wkrótce zamienia się w tragiczne zmagania o przeżycie w ekstremalnych warunkach.
 
W takiej scenerii rozgrywa się początek książki.

Książka MacLeana ma wszystkie cechy dobrej powieści sensacyjnej: głównego bohatera, zwykłego człowieka, który musi wszystkie swoje siły umysłowe i fizyczne skierować na walkę ze złem, bezwzględnym i brutalnym, zagadkę, którą trzeba rozwiązać (choć doktorowi Masonowi dość kulawo to idzie), a wreszcie doskonałą scenerię: plastycznie odmalowane arktyczne pustkowie z niewyobrażalnym mrozem i przenikającym do szpiku kości wiatrem (plus naturalistyczne opisy odmrożeń). Do tego delikatnie zarysowany wątek romansowy (a czy był seks? Rzecz dzieje się w 1958 roku, więc pełna pruderia –  a poza tym warunki jakby niesprzyjające, więc nie: seksu nie było), kłopoty aprowizacyjne i techniczne oraz zróżnicowani bohaterowie drugoplanowi, w tym wierny i mądry pies pociągowy Balto. Walczy się nie tylko z nieuchwytnymi przestępcami, ale również z bezlitosną przyrodą i własnymi słabościami, z ciałem, któremu mróz odbiera energię. Nic, tylko usiąść w fotelu i zacząć gryźć palce, gdy mała gromadka przedziera się przez lodową pustynię w traktorze, który w każdej chwili może się popsuć. Tylko uwaga: przy czytaniu robi się na przemian zimno i gorąco.

PS. Za uzupełnienie tytułu serdeczne podziękowania zechce przyjąć kolega Bazyl :D

Alistair MacLean, Noc bez brzasku, tłum. Mieczysław Derbień, Interart 1991.

Tagi | 56 Komentarzy

Stworzeni dla siebie
(Elisabeth Kyle, „Duet”)




Klara Wieck od najmłodszych lat uczyła się gry na fortepianie pod okiem swego ojca, znakomitego pedagoga, który szybko pojął, że trafił na prawdziwy talent. Umiejętności córki miały przynieść nie tylko sławę pianistce i chwałę jej nauczycielowi, ale pozwoliłyby też całej rodzinie żyć bez trosk materialnych. Klara bez szemrania podporządkowywała się woli pana Fryderyka, który kierował jej wychowaniem i karierą, wymagając absolutnego posłuszeństwa. Pewnego dnia w domu Wiecków pojawił się młodzieniec żądny muzycznej wiedzy. Robert Schumann zapowiadał się na wybitnego kompozytora, ale brakowało mu podstaw teoretycznych. O to jednak miał zadbać herr Wieck.

I tak splotły się losy Klary i Roberta. Dziewięć lat różnicy wieku sprawiło, że początkowo traktowali się jak rodzeństwo, jak przyjaciele. Spędzali ze sobą wiele czasu i podziwiali nawzajem swoje talenty.

Dla czytelnika szybko staje się jednak oczywiste, że ci dwoje są stworzeni, by żyć razem i się dopełniać. On komponowałby dla niej fortepianowe cacka, ona podczas koncertów popularyzowałaby jego muzykę. Klara i Robert – zwłaszcza on, jako typowy mężczyzna – nieco wolniej to pojmują. Kiedy już to do nich dotrze, rozpoczną walkę o swoją miłość, gdyż życie spiętrzy przed nimi wiele przeszkód.

Klara i Robert Schumannowie.

„Duet” rozgrywa się w epoce strojnych sukien, wysokich męskich kołnierzyków, królewskich dworów i eleganckich sal koncertowych. Trochę żal, że opisy są mocno skrótowe; zdarzają się jednak celne (mój ulubiony: „W Dreźnie szalały marcowe wichury, zderzały ze sobą kry na rzece, kruszyły je i zatapiały odłamki. W ogrodach Zwingera skapywała woda z lodowych sopli fontanny Neptuna, a w pałacu królewskim damy dworu przebiegały śpiesznie zimne korytarze chcąc znaleźć się szybko w kręgu ciepła bijącego od pieca”). Nie tylko opisy są uproszczone; również sylwetki bohaterów, ich uczucia i rozterki trudno uznać za pogłębione. Da się wyczuć, że autorka uładziła wszystko z myślą o młodych czytelnikach (a raczej, nie oszukujmy się, czytelniczkach), w rzeczywistości zaś dzieje Klary i Roberta były bardziej skomplikowane (a już zupełnie smutne wnioski można wyciągnąć z epilogu, gdzie skrótowo omówione jest życie Schumannów po ślubie). A mimo to nieco staroświecka opowieść o miłości z przeszkodami jest pełna uroku. Nie napiszę, że dałem się temu urokowi podbić bez reszty, ale na pewno była to całkiem przyjemna lektura.

Elisabeth Kyle, Duet. Opowieść o Klarze i Robercie Schumannach, tłum. Aldona Szpakowska, ilustr. Anna Włoczewska, Nasza Księgarnia 1975.

Tagi , , | 60 Komentarzy

Jak niespodziewanie zostałem Muzem





Blogosferycznym bóstwom zdarza się (choć zdecydowanie za rzadko) ulitować nad blogerem gryzącym klawiaturę w poszukiwaniu inspiracji do kolejnego wpisu, który rzuci na kolana tysiące nowych czytelników albo chociaż pozwoli utrzymać tych ciężką pracą zebranych i obłaskawionych.

Dziś kapryśne bóstwa postanowiły uśmiechnąć się do mnie za pośrednictwem nieocenionej Matki Chrzestnej, która niczym czarodziej królika z kapelusza wyciągnęła link do wywiadu FUNtastyki z Martą Kisiel, autorką „Dożywocia”  (o „Dożywociu” pisałem TU). Dowiadujemy się z niego, że molestowana przez grono oddanych fanów na Facebooku o napisanie kontynuacji przygód alergicznego anioła, Marta zrobiła na przekór i stworzyła coś nowego – powieść „Nomen Omen”, która znalazła już wydawcę i wkrótce, miejmy nadzieję, znajdzie się w księgarniach, na blogowych stosikach i na ustach wszystkich ceniących sobie dobrą rozrywkę.

W wywiadzie dla FUNtastyki znalazło się też kilka innych smaczków, w tym jeden, który wyniósł mnie do roli – ni mniej, ni więcej – Muza (bo przecież nie Muzy) pisarki:
FUNtastyka: „Mickiewicz: Pogromca upiorów” i parodia „50 twarzy Greya” to twoje najbliższe plany literackie – przyznaj się, zazdrościsz niektórym autorom, że są „polską odpowiedzią na..."! ;) Skąd takie właśnie pomysły?
 
Marta Kisiel: Za Greya winę ponosi pewien książkowy bloger, Zacofany w Lekturze, który mnie bezczelnie sprowokował w prywatnej rozmowie i przypadkiem kopnął moją wenę w niewłaściwym miejscu. (fragment rozmowy opublikowany na fanpage Kisiel z Kłulika – przyp. red.) A ja już tak mam, że jak poczuję tego kopniaka, to nabieram rozpędu. W tym przypadku na domiar złego zaprezentowałam ten pomysł szerszemu gronu na moim fanpage’u, prowokując u paru osób ciężki atak absurdu. Z komentarza na komentarz mój wewnętrzny pierdolec kwiczał ze szczęścia coraz bardziej, do absurdu dołączyły konkrety i niespodziewanie wynikła mi z tego książka.

Odczuwam słuszną dumę, mając po cichu nadzieję, że w ten sposób, kuchennymi schodami, wchodzę do historii współczesnej literatury popularnej. Gdyby ktoś jeszcze chciał zainspirować Martę jakimś pomysłem, niech dołączy do facebookowej strony „Kisiel z Kłulika”. Jutro można autorkę natchnąć osobiście na Targach Książki w Katowicach  (znak rozpoznawczy „na szyi długaśny szal — rzecz jasna różowy, rzecz jasna w króliczki”). 

A ja sobie chyba strzelę powtórkę „Dożywocia”.

Tagi , | 42 Komentarzy

Niełatwy żywot motyla
(Paulina Sołowianiuk, „Ta piękna mitomanka”)



Izabela Szwarc, Bela Hertz, Izabela Gelbard, Bella z Montparnasse’u, Hela Bertz, porucznik Czajka, wreszcie pisarka Izabela Czajka-Stachowicz. Nowe nazwisko na nowy etap życia. Biografia, którą dowolnie kształtowała i zmieniała. Nawet data urodzenia nie była stała.

Urodziła się w żydowskiej rodzinie. Miejsce i data urodzenia podlegały modyfikacjom. W każdym razie był to schyłek XIX wieku, Sosnowiec albo Mińsk Mazowiecki. I już to wiele mówi o bohaterce książki Pauliny Sołowianiuk. Traktowała ona bowiem tak samo wydarzenia realne i te, które mogły się wydarzyć. Wybierała z nich wersję w danym momencie bardziej atrakcyjną, dającą większe możliwości zbudowania na nowo własnej postaci, wykreowania nowego wcielenia na użytek chwili.

Na pewno wychowała się w Warszawie, odbierając edukację godną panienki z dobrego, zamożnego domu. Nie był to jednak dom szczęśliwy, w małżeństwie rodziców panował chłód, a matka nie potrafiła zrozumieć córki żyjącej w świecie fantazji. Krytykowała Izabelę nieustannie, wpłynęła też na jej postrzeganie mężczyzn i niezdolność do nawiązania stałych związków. Ojciec z kolei wspierał w córce to, co w niej było barwnego i fantazyjnego, on też w dużym stopniu odpowiadał za pojawienie się barwnego motyla, jakim w młodości była przyszła pisarka.
 
Izabela jako studentka.
Przed wojną zaliczyła dwa małżeństwa i wiele podróży – w tym pobyt we Francji, gdzie zawojowała paryską bohemę, pozowała Matisse’owi i ponoć nawet Picasso ją malował. Kawiarnie i bale były jej środowiskiem naturalnym. Po powrocie do Warszawy, na początku lat trzydziestych, zaczęła bywać w stołecznych lokalach, szczególnie w Ziemiańskiej. Wydawało się, że zna wszystkich i wszyscy ją znają. Urzekała nieposkromionym temperamentem i radością życia. O jej romansach krążyły niemal legendy.

Wojna położyła kres beztrosce. Izabela z mężem trafiła do getta, nawet tu jednak starała się ocalić chociaż cień dawnego życia. Po ucieczce z dzielnicy zamkniętej rozpoczęła się dla przyszłej pisarki tułaczka, której detale – jak zwykle w jej przypadku – pozostają niejasne. W każdym razie przeżyła i objawiła się po wojnie jako porucznik Czajka. W Katowicach stworzyła namiastkę salonu, odkrywała nowe talenty, znów popisywała się znajomościami i koneksjami. Brała udział w odnalezieniu ukrytych przed Niemcami obrazów Jana Matejki, do niej też należy zasługa wypromowania malarza samouka Jana Ociepki. Po przeprowadzce do Warszawy, z kolejnym mężem, zaczynała rozkręcać swą literacką karierę. W tym czasie rzeczywistość w niczym nie przypominała tej, którą pamiętała sprzed wojny, sama Izabela też nie była już sobą. Doświadczenia getta i tułaczki odebrały jej naturalną radość, która ją cechowała. Dalej się śmiała i dalej lubiła prowokować, ale była już w tym sztuczność.
 
Jako porucznik Czajka, lata czterdzieste.
Paulina Sołowianiuk w swej opowieści o życiu Czajki-Stachowicz wielokrotnie musiała konfrontować sprzeczne wersje tych samych wydarzeń, dociekać, często bezskutecznie, prawdziwości faktów, wyłuskiwać je z literackich przetworzeń czy nawet anegdot (których jest tu nieprzeliczone mnóstwo), oddzielać to, co realne, od konfabulacji. Rzadko się to udawało, czasem autorka stawała bezradnie przed kilkoma wersjami, pokrywającymi się częściowo lub wręcz sprzecznymi. Trudno więc powiedzieć, że mamy do czynienia z ostateczną, ustaloną wersją życia pięknej Izabeli, obcujemy raczej z wariacjami na kanwie jej biografii. Musimy pogodzić się, że dostrzeżemy co najwyżej przebłyski prawdy – ale w gruncie rzeczy poznanie całej prawdy odarłoby pewnie Czajkę z uroku, jaki otaczał ją przez większość życia, a nam, czytelnikom, nie dałoby pewnie nic, poza bolesną świadomością, że udało się umieścić barwnego motyla na szpilce w zakurzonej gablotce.
Jako pisarka Izabela Czajka-Stachowicz.
Paulina Sołowianiuk, Ta piękna mitomanka. O Izabeli Czajce-Stachowicz, Iskry 2011.
Tekst zamieszczony pierwotnie na stronach „Literadaru”.

Tagi , , | 32 Komentarzy

Skarbiec wiedzy dziwnej, cz. 2: O kumysie





Wilhelm z Rubruk był zakonnikiem z wykształceniem uniwersyteckim. W roku 1252 wyruszył do Mongołów, zapewne w celach misyjnych. Pozostawił szczegółową relację ze swej wyprawy, pełną też informacji o obyczajach i życiu codziennym Mongołów. W jednym z rozdziałów Opisu podróży zajął się wykorzystaniem nabiału.

Rozdział IV
W jaki sposób robią kumys
 
1. Ów kumys, to jest kobyle mleko, przygotowuje się. w następujący sposób: rozciąga się długi sznur ponad ziemią przy wiązany do dwóch słupów wbitych w ziemie:. Do tego sznura przywiązuje się koło godziny trzeciej [ok. dziewiątej rano] źrebięta kobył, które należy wydoić. Wtedy matki stają obok swoich źrebiąt i pozwalają się spokojnie wydoić. A jeżeli jakaś z nich jest nazbyt dzika, wówczas człowiek bierze źrebaka i przystawia go, dając mu trochę possać, potem zabiera go, a jego miejsce zajmuje dojarz.
 
Dojenie klaczy jako temat mongolskiego malarstwa. 
2. Zebrawszy wielką ilość mleka, które jest tak słodkie jak krowie, gdy jest świeże, wlewają je do wielkiego bukłaka, czyli wora skórzanego, i zaczynają bić go kawałkiem drewna specjalnie do tego przygotowanym: jest on w dolnej części grubości ludzkiej głowy i wydrążony od środka. Zaraz jak tylko rozpoczną bić mleko, zaczyna się ono burzyć jak młode wino i kwaśnieć, czyli fermentować. Biją je dotąd, póki nie wytrąci się. masło.
 
3. Wówczas próbują kumys, a kiedy jest umiarkowanie ostry, piją go. Szczypie on język jak wino rape [młode wino przemieszane ze schłodzonym świeżym moszczem, lekko gazowane], w chwili, gdy sieje pije, a po przełknięciu zostawia na języku smak mleczka migdałowego. Powesela on serca ludzkie, a słabsze głowy doprowadza do upojenia. Jest też wielce moczopędny.
 
Destylacja kumysu, połowa XIX wieku.
4. Robią oni także kara-kumys, to znaczy czarny kumys, na użytek wielkich panów, w następujący sposób. Kobyle mleko nie zsiada się. Jest bowiem regułą, że nie zsiada się mleko żadnego zwierzęcia, w żołądku płodu którego nie ma podpuszczki. W żołądku źrebaka nie ma jej, zatem kobyle mleko nie ścina się. Biją więc mleko tak długo, póki wszystko, co gęste, nie opadnie na dno, tak jak męty w winie; to, co czyste, zostaje na górze i jest jak serwatka albo biały moszcz. Męty, które są całkiem białe, daje się sługom, których usypiają. To, co przejrzyste, piją panowie, jest to napój bardzo słodki i pobudzający.
 
5. Batu ma wokół swego obozowiska trzydziestu ludzi rozrzuconych o dzień drogi, z których każdy codziennie przynosi mu takiego mleka od stu kobył – czyli co dzień ma mleko od trzech tysięcy kobył – poza mlekiem, które przynoszą mu inni. Jak bowiem w Syrii wieśniacy dają trzecią część owoców, tak Tatarzy muszą zanosić na dwory swoich panów kobyle mleko dojone w każdy trzeci dzień.
 
6. Z mleka krowiego najpierw zbierają masło. I gotują je aż do pełnego wygotowania, potem składają je w żołądkach baranich, które przechowują w tym celu. Nie dają do masła soli, które mimo to, z uwagi na długotrwałe gotowanie, nie psuje się. Trzymają je na zimę. Pozostałości z mleka po zebraniu masła zostawiają, żeby skwaśniały, tak bardzo jak to możliwe, a potem gotują je. Ścinają się one w trakcie gotowania. Taki twaróg suszą na słońcu – staje się on tak twardy jak żużel po wytopie żelaza – i zostawiają w workach na zimę. W trakcie zimy, gdy brak im mleka, wkładają ów ostry twaróg, który sami zwą grut, do bukłaka i zalewają ciepłą wodą, potem biją mocno, póki nie rozpuści się w wodzie, która z jego powodu robi się całkiem kwaśna, tę wodę piją zamiast mleka. Strzegą się pilnie, by nie pić czystej wody.

Wilhelm z Rubruk, Opis podróży, tłum. Mikołaj Olszewski, Wydawnictwo Marek Derewiecki 2007, s. 82–84.

Tagi , , , | 30 Komentarzy

Wyjście ze skorupy
(Zofia Chądzyńska, „Wstęga pawilonu”)



Tak już jesteśmy skonstruowani, że własne problemy wydają nam się najważniejsze i najpoważniejsze i dopiero konfrontacja z cudzym losem pozwala złapać dystans i obiektywniej ocenić swoją sytuację.

Licealistka Anna jest samotna. Uważa, że nie pasuje ani do swojej rodziny, ani do rówieśników. W rodzinie dominuje matka, typ niezawodnej organizatorki, która jednak nie umie wykrzesać z siebie zrozumienia i czułości dla córki, tak odległej od ideału, jaki sobie wymarzyła. Zatopiony w pracy ojciec jest Annie bliższy, ale nie jest w stanie jej wesprzeć. Stosunki z młodszą siostrą, pupilką matki, układają się różnie; nieskomplikowana Kaśka zgarnia większość matczynej uwagi i miłości. W szkole Anna pragnie przyjaźni Danieli, ale nie ma odwagi się do niej zbliżyć, irytują ją natomiast niezdecydowane zabiegi Marcina, który uważa, że ze sobą chodzą.

Anna się jąka i wpędziło ją to w tak potężny kompleks, że w sumie niewinna uwaga kolegi o wadzie wymowy powoduje niezwykle emocjonalną i brzemienną w skutki reakcję. Dziewczyna ma żal do rodziców, że nie próbowali jej leczyć, że zamietli sprawę pod dywan, woleli ją przemilczać; zresztą cała sprawa ma głębsze podłoże. W swej samotności Anna może liczyć na jedną osobę: starą Doktorzycę, lekarkę, z którą się przyjaźni. Nawet jednak ona nie umie – do czasu – przebić się przez otaczającą nastolatkę skorupę. Dopiero sama Anna spróbuje zwalczyć swoje słabości, gdy pozna ludzi naprawdę poszkodowanych przez los i powoli zacznie otwierać się na innych, do czego przyczyni się też pierwsza miłość.

Zofia Chądzyńska stworzyła wiele świetnych postaci: samej Anny; Doktorzycy – starej panny z zaborczym kotem, zapracowanej idealistki,; pani Cieszkowskiej, sąsiadki, która otacza opieką pacjentów z urazami kręgosłupa; dyrektor liceum Kmicikowej; skoczka narciarskiego Janka. Mniej przekonująco wypadli rodzice dziewczyny, szczególnie matka, naszkicowana chyba zbyt grubą kreską.

„Wstęga pawilonu” to powieść dobra, mądra i dająca nadzieję wszystkim, którzy tak jak Anna cierpią z powodu kompleksów, prawdziwych lub wyimaginowanych ułomności czy wad. Równocześnie nie jest to książka mamiąca łatwymi rozwiązaniami; przeciwnie, droga do pokonania słabości wymaga przede wszystkim pracy nad sobą, i zaufania do ludzi, którzy próbują nam pomóc. Nic nie przyjdzie samo, ale należy wierzyć, że się uda – tego uczy się Anna od swoich podopiecznych; ich hart ducha będzie dla niej wzorem. „Wstęga pawilonu” właściwie się nie zestarzała: problemy Anny, jej rodziny, Doktorzycy są ponadczasowe; właściwie już tylko nie trzeba – jak Anna i Kaśka – jeździć po całym mieście, żeby kupić kalosze. Może jedynie nie do pomyślenia jest, by lekarka czy psycholog palili w obecności pacjenta, co w książce nikogo nie dziwi. Natomiast kolejki do gabinetów i załatwianie wizyt u specjalistów po znajomości to stały element i lat siedemdziesiątych, kiedy powstała książka, i naszych czasów.

Zofia Chądzyńska, Wstęga pawilonu, Nasza Księgarnia 1982.

Tagi , , | 39 Komentarzy

Czarne Stopy znów działają
(Seweryna Szmaglewska, „Nowy ślad Czarnych Stóp”)





Po powrocie z obozu w Górach Świętokrzyskich Czarne Stopy i ich koledzy z drużyny muszą jakoś zagospodarować drugi miesiąc wakacji. Zanim jednak zdążą coś wymyślić, drużynowy przedstawi im nowego kolegę.

Tadek Pióro nie ma stopy; stracił ją w dramatycznych okolicznościach. Wygnany w mróz z domu przez ojczyma, nocował w stogu siana. Skutkiem odmrożenia była amputacja. Czarne Stopy nie mają pojęcia, że nowy – na dodatek „kuternoga”, jak nazywa go jeden z chłopców – skieruje ich energię i pomysłowość w niespodziewanym kierunku. Harcerze zaczną pomagać niepełnosprawnym rówieśnikom, staną się też uczestnikami wydarzeń dramatycznych i bolesnych. Nie zabraknie jednak okazji do znakomitej zabawy, a humory nie przestaną dopisywać.

Druga książka o przygodach zastępu Czarnych Stóp to mnóstwo śmiechu, docinków, zwariowanych pomysłów i wszędobylskich szczeniaków przywiezionych z gór. Mamy konkurs na najinteligentniejszego psa, przygody „malarza ogonowego” czy bieg harcerski. Równocześnie jednak Szmaglewska wprowadza poważniejsze tony. Mowa jest o przemocy w rodzinie – jej ofiarą padł Tadek, jeden z pacjentów ośrodka rehabilitacji był bity przez ojca pijaka („dla wielu takie dziecko to powód udręki, wstydzą się, że mają w domu kuternogę”). Drugi, szerzej potraktowany temat to niepełnosprawność. Mam wrażenie, że to pierwsza książka, w której go na taką skalę podjęto. Ze swego dzieciństwa pamiętam, że nie widywaliśmy rówieśników na wózkach czy o kulach. Siedzieli w domach pozbawionych podjazdów i wind, których nie było zresztą i w naszej szkole. O usuwaniu barier zaczęto mówić chyba dopiero u schyłku lat osiemdziesiątych, a integracyjne placówki powstały jeszcze później – moje liceum przystosowywano do potrzeb niepełnosprawnych, gdy byłem w klasie maturalnej. Tymczasem w książce psycholog wyrażała opinię, która podważa sens integracji: „Dotychczas uważano, że dziecko ułomne czuje się najlepiej pomiędzy rówieśnikami zdrowymi. Błąd oczywisty! Rezygnowało w otoczeniu silnych kolegów nie tylko ze sportu i zajęć naprawdę dla siebie niebezpiecznych, ale ze wszystkiego. Było kimś innym. Właśnie kuternogą”. Czy to oznacza, że w ciągu kilkudziesięciu lat od napisania tych słów poglądy znów się odwróciły?

Przytoczona wyżej zasada nawet w książce nie była stosowana konsekwentnie, skoro harcerzom pozwolono się włączyć w życie kolonii leczniczej, a jej uczestników zachęcano do zabawy ze zdrowymi rówieśnikami: były wspólne ogniska, konkurs psich mądrali, teatrzyk kukiełkowy, bieg harcerski – wszystko, co mogło korzystnie wpłynąć na psychikę niepełnosprawnych, oderwać od myśli o własnej niepełnosprawności, pozwolić na rozwinięcie ukrytych zdolności, podnieść wiarę w siebie. Harcerze zaś dostają lekcję tolerancji i empatii, uczą się pomagać i wspierać nowych kolegów, nawiązują sympatie i przyjaźnie.

Na zakończenie pojawia się jeszcze jeden temat, podany w patetycznej oprawie – wojna i walka z okupantem, ale też zmienianie świata, by stał się miejscem bezpiecznym dla wszystkich. Dalej aktualnie brzmi powtarzający się motyw, że za mało wiemy o historii nie tylko całego kraju, ale i naszej najbliższej okolicy, miasta, wsi czy ulicy.

Pół żartem, pół serio zwrócę jeszcze uwagę na prezentowany przez Czarne Stopy męski szowinizm. Oto na wiadomość, że kobieta kieruje ośrodkiem rehabilitacji, podnoszą się głosy: „Ejże?! Kobieta? Bujda! Niemożliwe”. Kolejna nietaktowna uwaga („Co wy dziś tak pytlujecie? Do żeńskiej drużyny was zapisać”) spotkała się już z odpowiednią ripostą ze strony szkalowanych druhen. Niewiele jest natomiast w książce tak lubianych przeze mnie małych realiów: szczytem motoryzacyjnego luksusu jest nyska, a w charakterze aktualnych przebojów występują „Kormorany” i „Lato, lato”.

Nowy ślad Czarnych Stóp lubię chyba bardziej niż pierwszą część, chociaż to, co napisałem wyżej, wskazywałoby raczej, że mamy do czynienia z nudami otoczonymi dydaktycznym smrodkiem. Nic bardziej błędnego. Szmaglewska doskonale połączyła w całość żywiołowy humor i kwestie poważniejsze, które są niekiedy przedstawiane dość łopatologicznie, na zasadzie wykładu wygłaszanego przez dorosłych – na szczęście jednak w strawnych, dobrze rozłożonych dawkach. 

Seweryna Szmaglewska, Nowy ślad Czarnych Stóp, Książka i Wiedza 1994.

Tagi , , | 43 Komentarzy

Skarbiec wiedzy dziwnej, cz. 1: O bezoarze



Starożytni i średniowieczni uczeni i podróżnicy zebrali mnóstwo informacji o obcych ziemiach, dalekich miastach, egzotycznych obyczajach, dziwacznych zwierzętach i roślinach. Dziś to już skarbiec wiedzy przestarzałej i zgoła nam, w wielu wypadkach, niepotrzebnej, a równocześnie na swój sposób fascynującej. Do kurzących się w bibliotekach pism tych dawnych mędrców zaglądają niemal wyłącznie specjaliści, którzy bynajmniej nie smakowitych anegdot i barwnych bajek w nich szukają. Myślę jednak, że nic nie stoi na przeszkodzie byśmy sami od czasu do czasu nie zapuścili się w te zakurzone labirynty w poszukiwaniu ciekawostek.

Dziś o kamieniu, który kojarzy każdy wielbiciel Harry’ego Pottera, chociaż samemu Harry’emu bezoar z niczym się nie kojarzył. Nie znał najwidoczniej „Księgi dziejów” ormiańskiego historyka z XVII wieku, Arakela z Tebryzu, który tak pisał o bezoarze:

B e z o a r (panzachr). Noszenie przy sobie tego kamienia, nazywanego pożywieniem życia, przynosi duży pożytek. Kto utłucze na kamieniu sześć karatów i spożyje w ciągu tygodnia, ten przeżyje 120 lat i nie będzie chorować. Kto zje bezoar albo będzie go nosił przy sobie, ten będzie odważny, nie podziała na niego urok, nie użądli go żmija ani inna gadzina. Należy jeść bezoar rozpuszczony w wodzie różanej i tak zręcznie, żeby nie dotknął zębów, bo to szkodzi. Jeżeli zapytasz, gdzie się go wydobywa, wiedz: jest w pobliżu Szirazu góra, zwana Szabankar, na górze tej mieszkają kozy o długich rogach, które nie jedzą innej trawy oprócz trawy zwanej szabankarską. I w ich brzuchu znajduje się bezoar. [...]
Spomiędzy stu kozłów zaledwie w jednym można znaleźć bezoar, a są one zazwyczaj chude i z długimi rogami. Kamień ten znajduje się w trzewiach samców i bywa zazwyczaj miękki, a jeżeli wziąć go do ust, to twardnieje. Bezoar 10-mischalowy kosztuje 200 florenów, a 2- lub 3-mischalowy — 12 florenów. [...]
Z wyglądu przypomina żołędzie — podłużne i okrągłe, ułożone szeregami jeden pod drugim. Wewnątrz jak gdyby nasiona. Kamień ten ma barwę ziemi — czarną o czerwonawym odcieniu. Dobry gatunek jest ten, który pozostawia czerwonawy ślad, kiedy potrze się go z mlekiem o kamień, a kiedy potrzesz i zostanie zielony ślad, to niedobry gatunek. [...]
Jeżeli przy tarciu bezoaru o kamień powstaje wiele barw, to niedobrze. Za dobry gatunek uważa się ten, przy którego tarciu powstaje barwa czerwonawo-czarna. W Szamie ten be­zoar tak podrabiają, że trudno to rozpoznać. Rozpoznaje się go przez wetknięcie w kamień igły rozżarzonej do czerwoności w płomieniu; jeżeli bezoar jest podrobiony, podnosi się czarny dym, a jeżeli prawdziwy — żółty. Jeżeli rozetrzeć go w wodzie koperkowej i otrzymaną maścią nasmarować miejsce użądlone przez żmiję, pomoże: ból się zmniejszy w tej samej chwili; i w ogóle pomaga on przy wszelkim pokąsaniu przez zwierzęta, i zapobiega złu. Zażycie bezoaru wagi 12 ziaren jęczmiennych po­maga przeciwko słabości serca i dodaje człowiekowi sił. Cena jednej porcji — pół danka. Ten, kto co dzień będzie przyjmować porcję za pół danka, wybawi się od wszystkich niebezpieczeństw i zatruć. Pomaga on także i gorącym naturom, a to nie z przyczyny działania stosownie do natury, na którą działa, ale że własna jego natura jest niezwykle gorąca — żebyś wiedział. [...]
Bezoar ze skarbca Zakonu Krzyżackiego w Wiedniu, XVI w. (źródło). 

Arakel z Tebryzu, Księga dziejów, tłum. Witold Dąbrowski i Andrzej Mandalian, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981, s. 480–481.


Tagi , , | 36 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.