Archiwum października 2013

Skarbiec wiedzy dziwnej, cz. 4: O pieniądzu papierowym


Mamy koniec miesiąca, czas wypłat. Co prawda rzadko już odbieramy pensję w postaci szeleszczących banknotów, ale warto poczytać o najstarszych pieniądzach papierowych. Ich historia zaczęła się w Chinach w VII wieku. W swym „Opisaniu świata” Marco Polo dokładnie opowiada, jak chiński wynalazek zaadaptował do swoich potrzeb wielki chan Kubiłaj (zm. 1294).
Trzeba nam wiedzieć, że w owym mieście Kambałuk znajduje się mennica Wielkiego Chana; jest ona urządzona w ten sposób, że można by powiedzieć, iż jest on znakomitym alchemistą, co wam zaraz wykażę. Wiedzcie, każe on  robić pieniądze w następujący sposób. Poleca brać korę drzew — a zwłaszcza z drzew morwy, której liśćmi żywią się gąsienice wytwarzające jedwab — ściągać delikatny miąższ znajdujący się między korą a drewnem, ten nasyciwszy klejem, rozgniatać i wałkować, aż powstaną arkusze podobne do papieru, ale całkiem czarne. I te arkusze kraje rozmaicie na większe i mniejsze kawałki, kwadratowe lub prostokątne, raczej dłuższe niż szersze. Najmniejszy pieniądz wart jest połowę denara, inny mały denar, jeszcze inny pół grosza srebrnego, inny grosz srebrny, równy wartości wenecjańskiego grosza srebrnego, inny dwa grosze, inny pięć groszy, inny dziesięć groszy, znowu inny jest wartości bizanta lub trzech bizantów aż do dziesięciu bizantów. I wszystkie te pieniądze papierowe pieczętowane są pieczęcią Wielkiego Chana. I wszystkie te papierowe pieniądze robione są z taką powagą i namaszczeniem, jakby to było złoto lub srebro czyste, gdyż na każdym z nich kilku urzędników do tego wyznaczonych podpisuje swe nazwisko i wytłacza swą pieczęć, i gdy to przez wszystkich wykonane zostanie, najwyższy mincarz, ustanowiony przez cesarza, zanurza swoją pieczęć w cynobrze i pieczętuje nią pieniądz, tak że kształt pieczęci odbija się na nim cynobrową czerwienią; taka moneta ma pełną wartość. Każde zaś fałszerstwo karane jest śmiercią. Monetę ową wypuszcza Chan w tak wielkiej ilości, że mógłby za nią wykupić wszystkie skarbce świata. Gdy te papierowe pieniądze zrobione są w wyżej podany sposób, używa ich do wszystkich wypłat i rozpowszechnia je we wszystkich prowincjach i królestwach, i ziemiach, nad którymi ma zwierzchnictwo. I nikt nie śmie ich odrzucić z obawy, by życia nie stradać. Lecz zapewniam was, że wszyscy jego poddani i ludy wszystkie podwładne chętnie przyjmują te papierowe pieniądze, gdyż mogą nimi płacić wszelkie towary i perły, i kamienie drogie, gdziekolwiek by byli. Mogą za nie kupić wszystko i płacić tymi pieniędzmi, jak mówiłem. I ręczę wam, że pieniądz papierowy wartości dziesięciu bizantów nie waży ani jednego. [...]
Płyta drukarska oraz odbitka pieniądza bao chao Kubiłaja z 1287 roku (źródło).

I jeszcze coś powiedzieć trzeba. Gdy ktoś ma pieniądze podarte i zużyte, zanosi je do mennicy i tam wymieniają mu na nowe i świeże tak rzetelnie, że płaci za to jedynie trzy procent. I jeszcze wam o jednej ważnej rzeczy muszę wspomnieć w tej księdze. Gdy ktoś chce zakupić złoto lub srebro na statki, pasy lub inne wyroby, udaje się do mennicy cesarskiej, zanosi tam papierowe pieniądze i za nie kupuje tam złoto i srebro. Całe wojsko cesarskie otrzymuje żołd w papierowej monecie. Oto podałem wam sposoby i przyczynę, dla których Wielki Chan może mieć i posiada więcej bogactw niż ktokolwiek na świecie. I jeszcze coś ważniejszego wam powiem: że wszyscy królowie świata razem wzięci nie mają takich bogactw jak on sam jeden. Opowiedziałem i opisałem, jak Wielki Chan każe wyrabiać papierową monetę. [...]


Marco Polo, Opisanie świata, tłum. Anna Ludwika Czerny, Państwowy Instytut Wydawniczy 1975, s. 186–188.

Tagi , | 27 Komentarzy

„Ślepa na serce”
(Julia Franck, „Południca”)




Zmęczyła mnie ta książka. Nie dlatego, że jest zła czy nudna (chociaż znalazłoby się parę mielizn), ale z powodu swojej atmosfery: dusznej, czasami wręcz klaustrofobicznej i niewesołej wymowy. Takie właśnie – duszne i niewesołe – jest życie głównej bohaterki, Heleny. Cieniem na jej dzieciństwie położyła się choroba psychiczna matki, która swej młodszej córki nie akceptowała i wielokrotnie dawała wyraz swej niechęci do niej, oraz spowodowana wojną nieobecność ojca, a później jego choroba. Jedynym oparciem dla Heleny pozostawała siostra, Marta. Razem znosiły humory, wybuchy i ekscesy matki, razem później opiekowały się ojcem. Na Helenę spadł ciężar prowadzenia rodzinnej drukarni. Wszystko to w niechętnej atmosferze małego Budziszyna, którego społeczność nie akceptowała matki dziewcząt, Żydówki. Próbą wyrwania się z tego zatęchłego światka jest wyjazd dziewcząt do Berlina. Starsza z sióstr zachłystuje się światową, dekadencką atmosferą stolicy: związuje się z lekarką, bywa w lokalach, bawi się, ale ulega też narkotykom. Dużo młodsza Helena czuje się obco w tym otoczeniu, próbuje się uczyć, pracuje. W końcu zakochuje się w filozofie Carlu i wreszcie zaznaje prawdziwej miłości. Szczęśliwe zakończenie nie jest jednak przewidziane.

Opowieść Julii Franck jest nierówna. Część budziszyńska snuje się niespiesznie w rytmie typowym dla małych miast. Autorka kreśli portret zimnej, nieczułej matki dziewcząt, niezdolnej do miłości – „ślepej na serce”, zaborczej, zawziętej, popadającej w coraz głębszy obłęd, i wizerunki sióstr, które są dla siebie oparciem i jedynym, pod nieobecność ojca, źródłem czułości i miłości. To chyba najciekawsze fragmenty książki, choć mogą się wydawać mało efektowne. Narracja o okresie berlińskim jest dynamiczniejsza, bardziej nerwowa, migawkowa, jakby chciała oddać niespokojnego ducha wielkiej stolicy przełomu lat dwudziestych i trzydziestych: dekadencja powoli ustępuje miejsca rodzącemu się nazizmowi, w tle mamy też kryzys gospodarczy i próby jego przezwyciężania przez nazistów, antysemityzm, swobodę seksualną i dyskusje filozoficzne. Część trzecia, opowiadająca o okresie małżeńskim Heleny, rozgrywa się w Szczecinie, ale poza garścią nazw niewiele się o tym miejscu dowiadujemy, najważniejsze stają się relacje Heleny z mężem i synem. W małżeństwie Helena zmienia się w automat do prac domowych i zaspokajania potrzeb męża – związek zaskakująco przypomina schematy z powieści o maltretowanych żonach, a wizerunek inżyniera Wilhelma wydaje się dziwnie niespójny, jego przemiana od zakochanego, który fałszuje dokumenty narzeczonej, by ukryć jej żydowskie pochodzenie, do tępego męża tyrana i antysemity jest nagła i raczej słabo umotywowana. Być może to celowe, żeby pokazać, jak mało Helena wiedziała o Wilhelmie przed ślubem i jak właściwie obojętne jej było za kogo wychodzi, jednak nieco mnie to raziło. Helena jako matka traktuje syna dość oschle, odpycha spragnione czułości dziecko, jakby naśladując własną matkę, tak samo ślepnąc na serce. Potrafi zatracić się jedynie w pracy w szpitalu, w opiece nad chorymi. Poza tym wydaje się zobojętniała na wszystko, na odejście męża, na wojenne trudności, nawet na to, że w czasie walk o Szczecin jej syn pozostaje bez opieki, gdy ona haruje w szpitalu.

Gdybym miał jednym słowem lub zdaniem określić, o czym właściwie jest ta książka, musiałbym powiedzieć, że nie wiem. Na początku wydawało się, że może to być rzecz o dorastaniu w cieniu zimnej matki, które rzutuje na całe życie Heleny. Potem historia skręciła w stronę poszukiwania własnego miejsca i dojrzewania do miłości, przełamywania oporu wobec prawdziwego uczucia w świecie swobody seksualnej, by wreszcie zmienić się w dzieje małżeńskiego dramatu i obraz relacji matka–syn, Mógłbym też pewnie wskazać na próby określenia własnej tożsamości: żydowskie pochodzenie matki stopniowo zaczyna coraz bardziej rzutować na życie jej córek, aż doprowadzi do wyparcia się korzeni, lecz mimo to nie przestanie niepokoić. Ta obfitość tropów pozostawia sporo niedopowiedzeń, pobudza do myślenia i szukania własnych interpretacji, ale może też budzić znużenie tym nadmiarem. 

Julia Franck, Południca, tłum. Krzysztof Jachimczak, W.A.B. 2010.

Tagi | 30 Komentarzy

Hej-ho, jak fajnie jest być Flawią
(Alan Bradley, Cykl o Flawii de Luce, 2-4)



Od lipca szukam efektownego (złośliwi powiedzieliby, że efekciarskiego) zdania, którym mógłbym zacząć tekst o drugim tomie przygód Flawii de Luce. W nadziei na inspirację rzuciłem się do czytania tomu trzeciego, a potem czwartego, których wcale nie miałem w planach i które chciałem sobie zaoszczędzić na później. I nic z tego. Pominę więc wstępne ozdobniki i przejdę do rzeczy.

Jest powszechnie wiadome od czasów Agaty Christie, że angielska prowincja to szalenie kryminogenne miejsce i w przeciętnej wiosce liczącej kilkaset dusz trup ściele się gęściej niż w Chicago czasów prohibicji. W szybkim tempie tym wioseczkom i miasteczkom o morderczej atmosferze zaczyna dorównywać prowincja skandynawska, która jednak ma zdecydowanie mniej wdzięku (chyba że czytamy „Dzieci z Bullerbyn”, a nie Mankella) i której nie zamieszkują istoty tak urocze jak najmłodsza panna de Luce, osóbka zaskakująco opanowana, o niezwykle wysokim mniemaniu o sobie i zadziwiającej wiedzy chemicznej (specjalność: trucizny). Nic dziwnego, że sama Flawia uważa, że fajnie jest być Flawią de Luce. Hej-ho.

Jako samozwańczy geniusz („najwnikliwsza umysłowość na tej wyspie” –   skromność nie należy do zalet Flawii) dziewczynka uważa, że sama potrafi wyświetlić każdą zbrodnię popełnioną w okolicy, a przyznać trzeba, że okazji do zbierania doświadczeń ma aż nadto. A to ginie właściciel teatrzyku kukiełkowego (na oczach licznie zgromadzonej widowni), a to pojawiają się poszlaki wskazujące, że samobójstwo małego chłopca niekoniecznie było tym, czym się wydawało, a to ktoś dusi gwiazdę filmową. „Badyl” i „Cienie” to klasyczne kryminały w stylu Agathy Christie: mnóstwo podejrzanych, efektowna zbrodnia i pojedynek intelektów: Flawia kontra zbrodniarz i, oczywiście, Flawia kontra inspektor Hewitt. „Ucho” natomiast utrzymane jest w konwencji bardziej mrocznej, nawet dosłownie, bo spora część akcji rozgrywa się o zmroku i ciemnych lochach. Intryga kryminalna w żadnym z tomów nie zachwyca, szczególnie „Ucho” wydaje się być mocno pod tym względem niedopracowane, ale czy kolejne tomy Bradleya czytam dla wyrafinowanych zbrodni i pasjonujących śledztw?

Otóż nie. Czytam dla samej Flawii, która z tomu na tom wydaje mi się coraz ciekawsza, chociaż momentami dziwnie niespójna – jakby autor przypisywał jej jakąś cechę charakteru czy uczucie dla doraźnych potrzeb fabuły. Mocno mnie dziwi to, że panienka bez drgnienia powieki dokonująca oględzin zwłok i idąca w zaparte podczas rozmaitych przesłuchań, daje się zastraszać i poniżać siostrom (a na dodatek wierzy w Świętego Mikołaja). Co prawda Fela i Dafi grają na uczuciach Flawii w sposób wyjątkowo perfidny, ale odczuwam to jako pewien zgrzyt. Tyle dobrego, że bystra chemiczka zwykle bierze odwet na wrednych siostrach.

Sytuacja rodzinna de Luce’ów wciąż jest niewyjaśniona. Miałem nadzieję, że w każdym tomie dostanę jakiś nowy kawałek układanki, żeby rozjaśnić dziwne traktowanie Flawii przez siostry, ale zaczynam przypuszczać, że Bradley po prostu zwali nam na głowę wyjaśnienie w ostatniej scenie ostatniego tomu. Szkoda. Autor mógłby się wiele nauczyć od J.K. Rowling, która doskonale odsłaniała kolejne elementy dziejów Harry'ego Pottera i jego rodziców, sprytnie myląc też tropy i zastawiając pułapki na czytelnika. Trochę lepiej jest z postacią Doggera, służącego pana de Luce: przynajmniej w jego wypadku można się tego i owego domyślać. Nader jasno przedstawia się za to stan majątkowy bohaterów: w kasie widać dno, z domu znikają srebra, z kolekcji pułkownika kolejne znaczki, aż wreszcie Buckshaw nawiedza dopust boży w postaci ekipy filmowców, którzy robią potężne zamieszanie, ale za to pozwolą zapłacić rachunki.

Inną zaletą cyklu jest galeria postaci drugoplanowych (z moją ulubioną panią Mullet) oraz doskonałe sportretowanie wiejskiej społeczności (najlepsze w „Badylu”). Poza tym, rzecz jasna, udanie odtworzony klimat pierwszego dziesięciolecia po wojnie, z niedogodnościami, które na tle naszych rodzimych problemów z tej samej epoki, wydają się rozkosznie błahe.

Do tego dorzucę sarkastyczne poczucie humoru; zaśmiewałem się co chwila, czytając „Badyl”, a pierwszą połowę „Cieni” przechichotałem w całości, wywołując dziwne komentarze domowników. Ale jak się nie śmiać przy opisie pogrzebu głównej bohaterki, przy zamianie galerii obrazów w lodowisko albo przy pomyśle pułapki na Świętego Mikołaja? Styl, w jakim Flawia opowiada swoje dzieje, jest zaskakującą mieszaniną wyrażeń potocznych i górnolotnych, ze sporym dodatkiem fachowych terminów chemicznych i archaizmów. Tłumacz dobrze sobie z tym poradził, choć od czasu do czasu coś zazgrzytało, szczególnie w „Uchu”. Na plus natomiast Jędrzejowi Polakowi zaliczam ryzykowny, ale nad wyraz udany, moim zdaniem, zabieg wrzucenia do tekstu poloników. Oto w „Uchu” emerytowany profesor łaciny cytuje Flawii w rozmowie ni mniej, ni więcej tylko fraszkę Kochanowskiego – w oryginale mamy jakiś dawny wiersz o podobnej tematyce. Jeszcze ciekawiej jest parę stron wcześniej, gdy Flawia musi wyjaśnić swoją obecność w miejscu, którym jej być nie powinno. Wyłażąc z pieca, tłumaczy się, że ma zamiar napisać nowelę. O dziewczynce imieniem Rose, która zaniemogła i została na trzy zdrowaśki wsadzona do chlebowego pieca... Musiałem się uszczypnąć, żeby uwierzyć w to, co czytam. Do teraz się zastanawiam, czy „raz dokoła, raz dokoła” na początku „Cieni” to przypadek, czy kolejna gierka tłumacza.

I tak to, z powodu braku efektownego (albo efekciarskiego) pierwszego zdania do przedstawienia drugiego tomu pozbawiłem się zapasów powieści Alana Bradleya i tym niecierpliwiej będę wyglądał kolejnej części. „Speaking from Among the Bones” jest co prawda w sprzedaży od stycznia, ale polskiego przekładu wciąż jeszcze nie ma nawet w zapowiedziach, a ponoć już na początku przyszłego roku ukaże się „The Dead in Their Vaulted Arches”. Jak widać, przynajmniej w kwestii tytułów autora nie zawodzi wyobraźnia. Oby zawartość była równie efektowna.  

Alan Bradley, Badyl na katowski wór, tłum. Jędrzej Polak, Vesper 2010.
Alan Bradley, Ucho od śledzia w śmietanie, tłum. Jędrzej Polak, Vesper 2011.
Alan Bradley, Tych cieni oczy znieść nie mogą, tłum. Jędrzej Polak, Vesper 2012.

Tagi , | 66 Komentarzy

Nie miała baba kłopotu, sprawiła sobie jacht
(Maria Pruszkowska, „O dwóch wikingach i jednej wikingowej”)



Lepiej byłoby, bohaterko książki Marii Pruszkowskiej, gdybyś trzymała się sporządzonego po maturze planu życiowego i nie wychodziła za mąż. Chłop bowiem, jak słusznie wydedukowałaś z przykładu licznych bliższych i dalszych krewnych i znajomych, to tylko kłopoty i zawracanie głowy. Ale nie – znalazłaś sobie męża. I jakby mało było kłopotów, kupiłaś sobie jacht. A raczej mężowi pozwoliłaś kupić, żeby fanaberię zaspokoić. Nie lepiej było za spadek po wujaszku domek z ogródkiem nabyć? Albo udziały w fabryczce guzików?

Groza sytuacji, w którą dała się wmanewrować, dociera do bohaterki dopiero wtedy, gdy okazuje się, że przed wypłynięciem w morze musi: a) nauczyć się języków obcych, b) zgłębić tajniki gotowania, c) nauczyć się pływać – a to ostatnie stanie się źródłem zgryzoty i dla niej, i dla kolejnych trenerów.

Wyprawa, traktowana przez główną bohaterkę zrazu jako męski kaprys, wkrótce staje się przygodą życia, chociaż niekiedy przyprawiającą o dreszcze – na morzu czyha nie tylko cisza, ale i groźne miny. Niedoświadczonej adeptce żeglarstwa kłopoty początkowo sprawia niemal wszystko: od wejścia na jacht po utrzymanie się na koi. Bezimienna bohaterka robi wrażenie naiwnej gąski, wpatrzonej bezkrytycznie w męża, ale wkrótce ujawnia poczucie humoru i spory dystans do siebie. Na dodatek szybko uświadamia sobie, że padła ofiarą męskiej przebiegłości, więc z dnia na dzień rośnie niezadowolenie szeregowego marynarza...

Żeglarska codzienność staje się próbą małżeństwa i przyjaźni, niewyczerpanym źródłem zabawnie podanych epizodów. Narratorka nie oszczędza siebie, ale tworzy też znakomite, lekko złośliwe portrety, szczególnie dwóch ciotek, które uprzykrzały młodym życie. Dostaje się również towarzyszom rejsu, zwłaszcza za podejście do zajęć gospodarskich. Historyjka jest lekka, bezpretensjonalna i akurat na jesienny wieczór. Jedyny skutek uboczny: można zatęsknić za wakacjami. 

Maria Pruszkowska, O dwóch Wikingach i jednej Wikingowej, ilustr. Aleksander Szrajber, Wydawnictwo Morskie 1970.

Tagi | 64 Komentarzy

„A kobieta płynie, płynie jak strumień...”
(John Steinbeck, „Grona gniewu”)



„Grona gniewu” to powieść o kryzysie i biedzie, niesprawiedliwości i wyzysku, narodzinach ludzkiej solidarności i buntu. O ludziach wyzutych z własnej ziemi przez chciwych i bezdusznych finansistów, dla których zysk jest wszystkim i którzy nie zawahają się nakazać zburzenia cudzego domu, jeśli tylko przyniesie im to kilka dodatkowych dolarów. Jest to też powieść o wielkiej migracji i wielkiej zmianie, jaka nastąpi w życiu gromad ludzkich ciągnących ku ziemi obiecanej, która mimo swego pocztówkowego piękna okaże się raczej doliną łez.

Wielkie powieści mają to do siebie, że za każdym razem można w nich odkryć coś nowego, zerwać kolejną warstwę znaczeń, dostrzec wątek czy detal, na który wcześniej nie zwróciło się uwagi. Dwadzieścia parę lat temu zaciskałem pięści w bezsilnym gniewie na krzywdy, jakie spotykały rodzinę Joadów i tysiące im podobnych wygnańców ze strony bogatych i sytych; oburzałem się i cierpiałem. „Grona gniewu” były dla mnie (a obiektywnie patrząc, są nadal) obrazem społeczeństwa postawionego w obliczu kryzysu; starciem między światem bogatych i biednych, posiadaczy i nędzarzy, tych, którzy tylko patrzą, jak urwać parę centów z zarobków robotnika, i tych, którzy oddadzą ostatni grosz na zbiórkę na pochówek zmarłego dziecka. To również przeciwstawienie tradycyjnego rolnictwa, gospodarstw zdolnych wyżywić swych właścicieli, bezdusznej uprawie wielkich areałów za pomocą maszyn.

Na tym tle obserwujemy rodzinę Joadów, niezamożnych dzierżawców gdzieś ze Środkowego Wschodu, którzy pozbawieni domu i ziemi ruszają do Kalifornii po pracę i nowe życie. Mąż, żona, sześcioro dzieci, babka, dziadek. Na pozór ostoja patriarchalizmu: mężczyźni, do których należą wszystkie decyzje i utrzymanie rodziny, i kobiety: gotują, piorą, rodzą i wychowują dzieci. A jednak, chociaż zawsze stoją za plecami swoich mężów i synów, to kobiety są tak naprawdę fundamentami rodziny. Ten element powieściowej rzeczywistości tym razem stał się dla mnie pierwszoplanowym.

Już pierwsza charakterystyka pani Joadowej wskazuje, że nie jest to przeciętna gospodyni, lecz kobieta dobra i mądra, prawdziwa kapłanka czy wręcz bogini domowego ogniska: spokojna, wyrozumiała, nieporuszona:
Skromna, lecz mocna pozycja w rodzinie opromieniła matkę godnością i pełnym spokoju pięknem. Jej ręce uzdrowicielki stały się pewne i opanowane. W roli rozjemcy była bezstronna i nieomylna w sądach jak bogini. Zdawała się wiedzieć, że jeśli ona się zachwieje, cała rodzina dozna wstrząsu, a gdyby kiedykolwiek załamała się lub poddała rozpaczy, rodzina rozpadłaby się, bo znikłaby wola stanowiąca o jej istnieniu.
Jane Darwell jako Joadowa i Henry Fonda jako Tom Joad
w Gronach gniewu w reż. Johna Forda, 1940 rok.

I rzeczywiście, matczyne opanowanie, podsycanie rodzinnej wiary w lepsze życie, jakie czeka ich w Kalifornii, pozwalają przetrwać trudną podróż oraz śmierć dziadka i babki. Jedność rodziny w tych warunkach wydaje się wartością najwyższą, w obronie której Joadowa gotowa jest rozbijać męskie głowy samochodową korbą. Kobieta ma chwile zwątpienia, ale za nic nie przyzna się do nich najbliższym. Jednak i ją można ugodzić i poniżyć, podważając uczciwość rodziny. Po okresie mobilizacji sił i nerwów wracają na nowo smutki i zgryzoty, wspomnienia utraconej przeszłości i lęki o przyszłość. To jednak tylko chwilowe, bo kobiety wiedzą, że życie musi się toczyć dalej:
Mężczyzna idzie przez życie, szarpiąc się jakby i skacząc. Urodziło mu się dziecko, umarł ktoś z rodziny – szarpnął się i już jest gdzie indziej. [...] A kobieta płynie, płynie jak strumień, jak rzeka. Spotyka w drodze jakieś tam wiry, czasem tu i tam zakotłuje się coś, ale i tak wszystko płynie naprzód, wciąż naprzód. Kobieta tak właśnie widzi życie.
Mogłoby się wydawać, że świadoma swej roli Joadowa zechce grać w rodzinie pierwsze skrzypce, przejąć rządy, skoro mężczyźni sobie nie radzą, załamują się pod ciężarem trudności. I mamy nawet scenę tego przewrotu domowego, kiedy matka przejmuje inicjatywę i dyryguje wszystkimi. To jednak rewolucja pozorna, sposób na wyrwanie mężczyzn z marazmu i zniechęcenia. Nie da się jednak ukryć, że w rodzinie zachodzi nieuchronna zmiana, wymuszona przez nowe warunki: „Kobieta potrafi zmienić się i dopasować lepiej niż mężczyzna [...]. Kobieta zamyka całe swoje życie w rękach, a mężczyzna – w głowie”. Kobieta działa, bo musi wykarmić rodzinę, podczas gdy mężczyzna zamknie się w sobie i będzie rozpamiętywał minione, zamiast patrzeć przed siebie. I tak właśnie Joadowa tłumaczy mężowi swoją filozofię:
Ja myślę, że wszystko, co robimy, jest po to, byśmy szli naprzód, a nie stali w miejscu. Tak mi się wydaje. Nawet wtedy, kiedy nie ma co jeść, kiedy nawiedzi nas choroba; umierają tylko niektórzy, a inni stają się jeszcze mocniejsi. Trzeba starać się przeżyć tylko dzisiejszy dzień, tylko dzisiejszy.
„Grona gniewu” są więc nie tylko wielkim freskiem ukazującym Amerykę czasów Wielkiego Kryzysu, ale i hymnem ku czci rodziny, która dzięki swej jedności ma szanse przetrwać i doczekać lepszych czasów. Jedność nie oznacza zresztą odcięcia się od innych ludzi i egoistycznego dbania wyłącznie o swoich. Steinbeck pokazuje tworzenie się szerszej wspólnoty na przykładzie biedaków wspomagających się na każdym kroku; opisuje krzepnięcie tych nowych społeczności i narodziny zasad regulujących ich życie. Siłą rzeczy więc kobiety muszą zajmować w tej powieści poczesne miejsce, szczególnie w porównaniu z innymi znanymi mi jego utworami. Może to właśnie dzięki temu kontrastowi zwróciłem uwagę na ten wątek. Ciekaw jestem, co w przyszłości wysunie się na pierwszy plan przy kolejnej powtórce.

John Steinbeck, Grona gniewu, tłum. Alfred Liebfeld, Prószyński i S-ka 2012.
Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.



Tagi | 50 Komentarzy

Dziękuję, Pani Joanno

Za Lesia, Joannę i Alicję, Tereskę i Okrętkę, Janeczkę i Pawełka oraz Chabra. Za pana Muldgaarda. Za mordę upiora i algierski kamieniołom. Za przepis na smorodinówkę i wołowinę po pakistańsku. Za Florencję, córkę Diabła. I za to, że Pani książki wprowadziły mnie w świat wyścigów...



Tagi | 23 Komentarzy

„Cud+miód+ryba+kit=ucho od śledzia”
(Hanna Ożogowska, „Ucho od śledzia”)




Jedno mieszkanie w zrujnowanej warszawskiej kamienicy i tłum lokatorów. „Co pokój, to inne przedstawienie, inni aktorzy i tyle nowych obserwacji”: państwo Szafrańcowie, niegdysiejsi właściciele całego domu i obszernego apartamentu, w którym po wojnie mocno się zagęściło; pani Tołłoczko, nauczycielka ze zszarpanymi nerwami; pani Aniela, pielęgniarka z jamnikiem; monter Czernik, kawaler i ceniony fachowiec; państwo Piotrowscy z dwoma synami i maszyną do szycia. Na małej powierzchni nietrudno nadepnąć komuś na odcisk, w rozdrażnieniu rzucić złym słowem, urazić cudze uczucia. Mimo to ten kołchoz nie jest gniazdem wściekłych os, chociaż i rajem bywa rzadko. W gruncie rzeczy jednak lokatorzy są sobie bliscy; łączą ich wspólne przeżycia trudnych powojennych lat, zżyli się, znają swoje problemy i starają się sobie nawzajem pomagać. Wypracowali stan chwiejnej równowagi, która zazwyczaj pomaga im przetrwać wśród codziennych kłopotów. Do czasu, aż w mieszkaniu pojawia się dwoje nowych małoletnich lokatorów.

Agnieszka, daleka krewna nauczycielki, nie wytrzymała u swoich dotychczasowych opiekunów, którzy pomiatali sierotą. Michał, siostrzeniec Czernika, z kolei został oddany pod opiekę wuja, bo nie znosił swojego ojczyma. Dziewczynka szybko wtapia się w małą społeczność: grzeczna, uczynna, skora do pomocy, nikomu nie wadzi. Z Michałem za to nieustannie są jakieś afery: jęzor ma paskudny, zawsze coś przygada albo odpyskuje, a sianie zamętu wydaje się go bawić. Na dodatek pomysły ma iście elektronowe, Warszawę zna lepiej niż mieszkający w niej od urodzenia Witek Piotrowski, a w szkole nie daje sobie w kaszę dmuchać. Trzeba będzie paru bolesnych przejść, by dotarło do niego, że z ludźmi lepiej żyć dobrze, a życzliwych i przyjaciół trzeba cenić.

Jak przystało na bardzo dobrą powieść (bezapelacyjnie moja ulubiona książka Hanny Ożogowskiej) mamy tu a) dużo humoru, b) sporo awantur – i w sensie domowych zadrażnień, i burzliwych wypadków (wyniesienie kolekcji etykiet zapałczanych naklejonych na drzwiach od szafy! wybuch gazowego piecyka!), c) psychologicznych obserwacji i życiowych problemów, d) detali obyczajowych i e) podjęty wprost, a nie ogródkami, problem przemocy domowej i jej wpływu na charakter i rozwój dziecka (a konkretnie Michała, dla którego wyjazd do Warszawy ma być ratunkiem przed ostatecznym upadkiem: porzuceniem szkoły, bijatykami i awanturami z ojczymem). Do tego f) kształtowanie się przyjaźni i praca nad własnym charakterem. Ze smaczków z epoki mamy walkę z chuligaństwem i czyny społeczne, trudności mieszkaniowe i mały traktacik o modzie męskiej, do tego odrobinkę dydaktycznego smrodku: pochwałę kursów dokształcających czy umoralniające kwestie, którymi dorośli raczą młodzież (plus wychowawcze lanie spuszczane za grubsze przewinienia). Punkty od a do f, a także bonusy, składają się na całość barwną i zaskakująco świeżą; tylko odzywki Michała ciut zalatują naftaliną (chociaż mam wrażenie, że jego koronne „ucho od śledzia” trzyma się dobrze, a i „cud-miód-ryba-kit” da się czasem usłyszeć, co prawda raczej od tych, którzy się na Ożogowskiej wychowywali), nie jest to jednak woń odstraszająca i szybko przestaje się ją czuć. 

Hanna Ożogowska, Ucho od śledzia, Zielona Sowa 2002.

Tagi , , | 54 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.