Archiwum listopada 2013

Pisarze ze starej szkoły (XX): Zawód redaktor

Bennett Cerf (1898–1971) był amerykańskim wydawcą, założycielem i twórcą sukcesu wydawnictwa Random House, dla którego pozyskał m.in. Trumana Capote, Sinclaira Lewisa czy Williama Faulknera. Wymyślił też niezwykle popularne serie kieszonkowych wydań klasyków czy popularnonaukowych książek dla dzieci. W swych wspomnieniach przedstawił rozwój wydawnictwa, przytoczył masę anegdot z życia wydawcy, ale omówił też wiele elementów istotnych dla dobrego funkcjonowania wydawnictwa, m.in. rolę redaktorów.

[...] Moim zdaniem dobry redaktor, podobnie jak dobry pisarz, powinien mieć wrodzone zdolności — takie jak dobra pamięć i nieco wyobraźni; musi jednak również posiadać dość szerokie zainteresowania, odpowiednią znajomość języka i jak największy zasób wiedzy ogólnej — aby mógł zrozumieć zamysł autora i pomóc mu w jego realizacji. Musi być człowiekiem wystarczająco oczytanym, by umieć rozpoznać i docenić dobrą literaturę — a równocześnie wyczuwać potrzeby rynku księgarskiego. Wydawnictwo nie może bowiem liczyć na przetrwanie, jeśli nie będzie popytu na jego książki, choćby jak najlepiej napisane.


Jedna z najważniejszych funkcji redaktora polega na zachowaniu równowagi pomiędzy interesami autora, z którym współpracuje, a interesami wydawcy, który go zatrudnia. Często pokrywają się one, kiedy jednak są rozbieżne, redaktor, jako mediator, musi wykazać się talentem dyplomatycznym oraz cierpliwością — kolejnym atrybutem niezbędnym w jego zawodzie.



Bennett Cerf.

Redaktor musi również znajdować wspólny język z pisarzami, a to nie zawsze jest łatwe. Kiedy łączą ich dobre stosunki, redaktor może stać się bardzo pomocny, wysłuchując pomysłów i koncepcji autora i radząc mu, jak przekazać w jasny i wyraźny sposób to, co ma on do powiedzenia. Może też odegrać ważną rolę, wskazując fragmenty rękopisu, które należy wykreślić, ponieważ są nieciekawe lub zbędne albo powtarzają się. 


Różni pisarze różnie wyobrażają sobie rolę redaktora; jedni potrzebują jego rad i proszą o nie, inni w ogóle nie chcą go słuchać. Ponieważ niektórzy z nich nie przyjmują do wiadomości nawet słusznych sugestii, ukazuje się wiele książek, których autor nie pozwolił adiustować, choć bardzo tego potrzebowały. Wściekły jestem, kiedy recenzenci pytają: „Dlaczego wydawca nie wywiązał się ze swych obowiązków?” Zwykle okazuje się, że redaktor wychodził z siebie, bezskutecznie próbując nakłonić autora do dokonania zmian. Kiedy książkę kupują producenci filmowi czy telewizyjni, zakłada się, że mogą z nią robić, co im się podoba, ale w stosunkach z wydawcami autor zawsze ma ostatnie słowo. Jeśli nie chcemy mu ustąpić, musimy zrezygnować z wydania książki. 
Kiedy redaktor jest zbyt mało pomocny, nie wykazuje właściwego zainteresowania autorem i jego dziełem lub wreszcie posuwa się zbyt daleko w forsowaniu własnych opinii, jego stosunki z pisarzem muszą się popsuć. Oczywiście każdy dobry pisarz potrafi wyznaczyć granice ingerencji redaktora. Zdarza się też, że prosi o zlecenie redakcji książki komuś innemu. [...]
Random House wydawał też liczne antologie, często w opracowaniu samego Cerfa.

Inne ważne zadanie redaktorów polega oczywiście na pozyskiwaniu dla wydawnictwa nowych pisarzy. Odbywa się to na różne sposoby, ale rzecz jasna redaktor posiadający w kręgach uniwersyteckich i literackich licznych przyjaciół, którzy lubią go i szanują, ma przewagę nad człowiekiem, wyposażonym nawet w niezbędne zdolności, lecz pozostającym na uboczu. Niektórzy wybitni pracownicy wydawnictw poświęcają większość czasu na zdobywanie rękopisów, które oceniają potem inni redaktorzy.  
Istnieje wyraźny przedział między redaktorami pracującymi w biurach a ich kolegami, którzy udzielają się towarzysko, poszukują nowych talentów i podejmują pisarzy, choć są to ludzie umiejący robić jedno i drugie. Redaktor wizjoner, zabiegający o nowe książki, gra bardziej spektakularną rolę i nieraz więcej zarabia niż pracownik ślęczący nad rękopisami i odwalający w wydawnictwie czarną robotę. Ten ostatni przypomina palacza okrętowego, wrzucającego łopatą węgiel do pieców, podczas gdy kapitan siedzi na górnym pokładzie i zabawia najładniejsze pasażerki. Jeden z mechanizmów rządzących dzisiejszym światem polega na tym, że tylko nieliczni chcą i potrafią wykonywać żmudne prace — jak dawni mistrzowie, którzy robili ręcznie piękne meble i byli dumni ze swych dzieł. [...]
Bennett Cerf, Na los szczęścia, tłum. Michał Ronikier, Książka i Wiedza 1991, s. 247–251.

Tagi , | 50 Komentarzy

Z tego dmuchu nie ma trąbu, niestety
(Rafał Kosik, „Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek 1-2”)



Nie ma Rafał Kosik litości dla swoich bohaterów. Ledwo dwa miesiące wcześniej błąkali się w podziemiach Warszawy, a teraz, zamiast cieszyć się sylwestrową zabawą, pakują się w kolejne kłopoty. Chociaż właściwie trudno się dobrze bawić w pomieszczeniach o temperaturze niezbyt pokojowej. Dlatego Felix i Net postanawiają podkręcić ogrzewanie w domu swego klasowego kolegi Gilberta, nieświadomi, że kręcą nie kurkami pieca, ale systemem odpalania rakiety domowej roboty. Kaloryfery pozostają więc nadal zimne, za to rakieta startuje dokładnie o północy i wywołuje potężne perturbacje.

Poczucie winy każe małoletnim szukać na własną rękę sposobu zapobieżenia nieuchronnej katastrofie, bo spora rakieta bez wątpienia prędzej czy później spadnie na ziemię. Ich starania prowadzą do odkrycia wielu co najmniej dziwnych faktów, które sugerują, że padli ofiarą jakiegoś szeroko zakrojonego spisku. Atmosfera spiskowa widać jest zaraźliwa, bo Felix, Net i Nika również przystępują do tajnej organizacji – chcą za wszelką cenę zapobiec uzyskaniu przez ich gimnazjum niezwykle istotnego certyfikatu jakości. Nie dość, że po jego zdobyciu czesne by wzrosło, to jeszcze ich klasa musiałaby przychodzić do placówki w strojach o dość specyficznym kolorze. Wstyd i hańba!

Jak zwykle wątek tajemniczo-sensacyjny przeplata się ze szkolno-obyczajowym (i uczuciowym). Perypetie dyrektora Stokrotki walczącego o cenny dokument są bardzo zabawne i ocierają się o absurd – ale poczucie absurdu ma każdy, kto zetknął się z procesem certyfikowania czegokolwiek. Tak więc przy kontroli szkolnej stołówki sprawdzany będzie „współczynnik oporu statycznego trzonków, kąt zakrzywienia w zębach widelców, pojemność łyżek, tępota noży, międzyzębownikalność wykałaczek”. Dyrektor jest w ogóle wszechstronnie doświadczany na niwie służbowej i aż dziw, że nie sfiksował. Zjawia się u niego na przykład ojciec Niki, podejrzanej o poważne wykroczenie przeciwko regulaminowi szkoły. Nie dość, że gość dziwnie wygląda i dziwnie się zachowuje, to jeszcze prowadzi mocno abstrakcyjny dialog, od którego Stokrotce zwoje mózgowe obracają się wokół pionowej osi. W tej rozmowie pada stwierdzenie, które jak ulał pasuje do powieści, a dotyczy gry na trąbce z zepsutym ustnikiem: „Muzyk w transie może się nawet nie zorientować, że z dmuchu nie ma trąbu”.

Niestety, Rafał Kosik chyba właśnie się nie zorientował, że z dmuchu nie ma trąbu, i rozdął przesadnie całość. Wątek sensacyjny wypala się dość szybko. Jeszcze w pierwszym tomie niewiele ustępuje on scenom szkolnym, ale już w drugim bohaterowie zaczynają dreptać w kółko, rozwiązanie zagadki przybliża się w ślimaczym tempie, tonąc w zapychaczach i epizodach, bez których spokojnie dałoby się obejść. Ile można czytać, że rakieta z rury kanalizacyjnej krąży wokół Ziemi, a chmary mikrobotów zakłócają łączność?

Książce zdecydowanie zaszkodziło podzielenie na dwa tomy – nie starczyło pomysłu, tempo siadło, wielkiego finału nie było. Na samych scenach szkolnych, chociaż w większości zabawnych, ujechać się nie dało. Zamiast 850 stron w dwóch tomach, spokojnie mogła powstać pięciusetstronicowa całość, która pewnie zyskałaby na dynamice i napięciu. Można, oczywiście, uznać, że jestem marudnym i czepialskim zgredem, ale progenitura też nie była zachwycona i poziewywała od połowy „Małej Armii”. Tak więc wciąż czekam na tom przygód FNiN, który dorówna „Teoretycznie Możliwej Katastrofie”.

Rafał Kosik, Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek, Powergraph 2008.
Rafał Kosik, Felix, Net i Nika oraz Orbitalny Spisek 2. Mała Armia, Powergraph 2009.

Tagi , , | 37 Komentarzy

Od kiedyś przez wtedy do teraz i wstecz
(Marcin Szczygielski, „Arka czasu”)


Marcin Szczygielski, Arka czasu, czyli wielka ucieczka Rafała od kiedyś przez wtedy do teraz i wstecz, ilustr. Daniel de Latour, Stentor 2013.

KIEDYŚ Rafał mieszkał z rodzicami na Saskiej Kępie.

KIEDYŚ Rafał będzie wynalazcą: stworzy jadalną trawę, lekarstwo na starość albo składane skrzydła.

KIEDYŚ nie było wojny ani Dzielnicy, w której Rafał mieszka z Dziadkiem.
KIEDYŚ podobno wcale nie miało większego znaczenia, jakiego kto był pochodzenia, tylko liczyło się to, jakim jest człowiekiem. Każdy mieszkał, gdzie chciał, bez względu na to, jakie miał nazwisko, w co wierzył i jaki miał kolor skóry, włosów czy oczu.
Ale TERAZ to wszystko ma znaczenie, przynajmniej dla złych Morloków, którzy ciemiężą dobrych Elojów, jak w „Wehikule czasu” Herberta George’a Wellsa. Rafał przeczytał tę książkę, chociaż ma dopiero osiem lat. Czytanie zastępuje mu szkołę, kontakty z rówieśnikami, widok drzew, których w Dzielnicy prawie nie ma. Książki pozwalają mu marzyć, snuć plany na KIEDYŚ i w myślach podróżować „od kiedyś przez wtedy do teraz i wstecz”.

Wielkim przeżyciem dla chłopca jest opuszczenie Dzielnicy; dziadek uznał, że za jej murami Rafał będzie bezpieczniejszy. Splot okoliczności sprawia jednak, że Rafał z opiekunką, Stellą, nie dotrze do umówionego celu; będzie musiał ukrywać się na własną rękę. Na szczęście spotka przyjaciół, którzy pomogą mu przetrwać w nowym otoczeniu, przeżyje też niewiarygodną przygodę rodem z powieści Wellsa.
 
Takie wydanie powieści H.G. Wellsa czytał Rafał.
Książka Marcina Szczygielskiego tchnie autentyzmem. Razem z Rafałem chodzimy ulicami warszawskiego getta, poznając ich nazwy, a nawet sklepy i warsztaty mijane po drodze. Pojawiają się informacje o warunkach życia: głodzie, chorobach i śmierci, brakach opału, kontrastach społecznych, które symbolizują żebracy siedzący pod luksusowymi restauracjami, szmuglowaniu żywności, szmalcownikach, wreszcie o tzw. Wielkiej Akcji, po której getto niemal się wyludniło. Jest też mowa o postawach Polaków wobec Żydów: o pomocy bezinteresownej i za pieniądze, ale również o ich szantażowaniu i wyłapywaniu. To wszystko jednak wplecione jest w historię Rafała; obserwujemy świat jego oczami – oczami przedwcześnie dojrzałego i boleśnie doświadczonego, ale jednak dziecka. Obraz przeszłości jest więc dopasowany do dziecięcego odbiorcy, który być może nie wszystkie szczegóły zauważy czy zrozumie, ale na pewno odczuje atmosferę lat okupacji, tak przecież różną od wszystkiego, co znają dzisiejsi rówieśnicy Rafała. Autor w zakończeniu powieści podkreśla, że opierał się na faktach; wymienia kilka książek, w tym Pamiętnik Janusza Korczaka. Część scen powieści mogły też zainspirować wstrząsające wiersze z tomu Dzieci getta Stefanii Ney. Najważniejsze było jednak wspomnienie znajomej pisarza, w powieści zwanej Stellą. To ona wraz ze swą przyjaciółką Sonią pomogła wydostać się z getta chłopcu, który stał się pierwowzorem Rafała. Mam wrażenie, że wiem, kim naprawdę były Stella i Sonia i od kogo Marcin Szczygielski usłyszał historię, która stała się podstawą „Arki czasu” (czyżby to był kolejny przykład upodobania pisarza do powieści z kluczem?).

Ważne miejsce w książce odgrywa wątek fantastyczny, inspirowany powieścią Wellsa, która mocno wpłynęła na wyobraźnię Rafała: Znalezienie wehikułu czasu pozwoliło chłopcu nie tylko ocalić życie, ale i odwiedzić nasze czasy. O dziwo, mimo iż bohater nie wiedział, co to blog czy hot dog, nie wzbudził podejrzliwości swojej rówieśniczki z XXI wieku – był po prostu trochę zagubionym, wychudzonym chłopcem w niemodnym ubraniu i z awangardową fryzurą, pamiątką po nieudanych próbach zmiany jego semickiego wyglądu przed ucieczką z getta. I tylko w głęboko poruszającej scenie, gdy Rafał chce ocalić poniewierany chleb, autor pokazał, że głodnego chłopca z roku 1942 i sytych czytelników z roku 2013 jednak coś różni.
 
Daniel de Latour stworzył ilustracje idealnie oddające atmosferę książki (więcej ilustracji tu). 
„Arka czasu” nawiązuje również, szczególnie w drugiej części, do powieści Juliusza Verne’a, które zresztą czytywał też Rafał. Bohater i dwójka jego dziecięcych przyjaciół, również uciekinierów z getta, muszą wysilać cały swój spryt, by przetrwać w nieprzyjaznym otoczeniu – niczym rozbitkowie na bezludnej wyspie. I faktycznie są rozbitkami, bez rodzin i domów, tyle że wyspa nie jest bezludna i to ludzie, a nie dzikie zwierzęta, są dla nich największym zagrożeniem. Z każdym dniem mali Robinsonowie nabierają nowych doświadczeń, uczą się sztuki życia, ale też – co bardzo ważne – nie zatracają swojego człowieczeństwa, mają nawet coś w rodzaju honorowego kodeksu: podkradają warzywa z działek, ale nigdy nie zabierają wszystkich plonów i starają się jakoś odpracować to, co wzięli: pieląc, podlewając, wykonując drobne prace. Nie tracą też nadziei na ocalenie, na spotkanie z bliskimi, na powrót do szczęśliwych czasów; symbolem tych nadziei jest budowana przez nich „arka”.

Dla mojego pokolenia książki o wojnie i okupacji były czymś zwyczajnym: „Czterej pancerni”, „Kaktusy z Zielonej ulicy” i inne książki Wiktora Zawady, cykl o Jarku i Marku Cezarego Leżeńskiego, „Dzieci Warszawy” Marii Zarębińskiej, „Mali bohaterowie” Zofii Lorentz, „Tarnina” Jerzego Szczygła – można długo wymieniać. Cała ta literatura po 1989 roku poszła do lamusa; zmieniły się zainteresowania wydawców, autorów i czytelników, nastąpiło zachłyśnięcie nowymi, barwniejszymi światami, może też pojawił się lęk, że te powieści są przestarzałe i niepoprawne historycznie, pisane na polityczne zamówienie (a pewnie niektóre z nich takie były). Od niedawna jednak widać nawrót do pisania o niełatwych czasach i przeżyciach wojennych (recenzowałem kilka z nich: „Asiunię” Joanny Papuzińskiej, „Zaklęcie na w” Michała Rusinka, „Pamiętnik Blumki” Iwony Chmielewskiej, „Jest taka historia” Beaty Ostrowickiej). „Arka czasu” bez wątpienia zajmie poczesne miejsce wśród tej nowej generacji książek o bolesnych wydarzeniach z przeszłości – zdecydowanie na to zasługuje dzięki połączeniu autentyzmu z wyobraźnią, swobodzie poruszania się między gatunkami i nienachalnemu przekazowi.

Bardzo dobrze, że zaczęło się nadrabianie dwóch dziesięcioleci zaległości. Ma ogromne znaczenie, by najmłodsi czytelnicy poznawali przeszłość. Jak napisał bowiem Marcin Szczygielski:
Przyszłość wynika z przeszłości. Jeśli pamięta się o tym, co było – zarówno o dobrych, jak i o złych rzeczach, które się wydarzyły – można kształtować przyszłość tak, aby była lepsza od przeszłości. [...] Dlatego trzeba pamiętać. Pamięć pozwala nam wystrzegać się raz już popełnionych błędów, a powtarzać to, co już raz się udało.
PS. O „Arce czasu” można też przeczytać u Kasi Sawickiej.  

Za książkę dziękuję wydawnictwu Stentor.

Tagi , , | 45 Komentarzy

„Życie wraca do mnie poprzez słuch”
(Zofia Posmysz, „Wakacje nad Adriatykiem”)


Dlaczego tak się dzieje, że przeżyte życie wraca do mnie poprzez słuch, a nie żaden z innych zmysłów, dlaczego najtrwalej zapisało się w warstwie dźwiękowej? Fragment melodii, szum deszczu, poświst wiatru, to są wizytówki z przeszłości, przesłania odbierane natychmiast, patrzę na parowóz i oczy moje są ślepe, a pamięć matowa jak nie wywołana klisza, tę samą lokomotywę, gdy posłyszę gwizd czy syk pary, zawsze, chociażby tylko przez ułamek sekundy, oczekuję wybuchu krzyku, szczekania psów, huku strzałów?
Usłyszane na adriatyckiej plaży zdanie po niemiecku, wypowiedziane imię wpychają narratorkę z powrotem do świata, który przeminął, ale który jednocześnie tkwi w niej ciągle i tylko czeka na pretekst, by się z powrotem wyłonić. Świat Kolonii z jego okrutnymi prawami, Rycerzami i Rycerkami pilnującymi tysięcy brudnych i śmierdzących kolonistów, Paniami Starszymi, które sprawują bezwzględny nadzór nad tłumami nędzarek. Jeśli straciłeś pragnienie życia, jeśli chęć przetrwania kolejnego kwadransa, kolejnego dnia zanikła – umierasz i stajesz się pożywieniem dla szczurów, a potem smugą dymu z krematorium.

Przypadek styka ze sobą dwie dziewczyny: bezimienną narratorkę, późnej zwaną Sekretarką, bo taką funkcję pełniła, i Ptaszkę. Pierwsza chce żyć, druga chce umrzeć, by odpokutować za jakiś niewyjawiony grzech. Pierwsza przypadkiem staje się posiadaczką tajemnicy wpływowych Pań Starszych i wykorzystuje ją sprytnie, by zyskać dolewkę zupy, lepszą pracę, zaciszniejszy kąt w baraku. Druga nie chce się ratować, chociaż ma wiele atutów: zna Język, co mogłoby ją uratować przed harówką w najgorszych komandach, a umiejętność gry na skrzypcach mogłaby z niej zrobić gwiazdę kolonijnej orkiestry.

Obserwujemy rozwój więzi między więźniarkami, dziwnej, kolonijnej przyjaźni, trwającej nie tylko wbrew kolonijnym regulacjom, ale – jak się niekiedy wydaje – i wbrew samym dziewczynom. Jedna chce działać, ratować siebie i Ptaszkę, druga chce jedynie powierzyć komuś swoją tajemnicę, wyspowiadać się z grzechu, który chciała okupić własną śmiercią. Zbliżają się do siebie i oddalają. Oczywiste wydaje się, kto dominuje, kto ma więcej do zaoferowania drugiej stronie, ale to pozór. Nawet słaba Ptaszka może dać coś swojej koleżance.

W tle toczy się życie, ostro skontrastowane luksusy, w jakie opływają funkcyjne, i śmierdzące bagno, w którym dosłownie i w przenośni tkwi szara masa wycieńczonych półtrupów. Jedne walą kijem, drugie przed kijem umykają albo od niego giną. Dla bitych kij symbolizuje wyższy status i władzę; dzierżące go kapo widzą w nim narzędzie własnej przemiany: „Człowiek, kiedy zgadza się wziąć w rękę kij, nie zawsze wie, co przyjmuje. Chętnie myśli, że to tylko symbol, że dzierżąc go można żyć tak, jakby się go nie miało. Nieprawda, to nie symbol. Nie ma nic mniej symbolicznego, nic bardziej rzeczywistego i konkretnego niż kij”. I dalej Posmysz przedstawia przemianę więźniarek politycznych w okrutne kapo i powód, dla którego bezwzględnie wspierały trwanie kolonijnego reżimu. Starsza Kolonii, wskazując swój czerwony trójkąt więźniarki politycznej, komunistki, mówi: „Ten powód zabił mnie raz, bo za jego sprawą dostałam się tutaj. Ten powód, jeśli zatriumfuje, zabije mnie drugi raz. Tym razem bezpośrednio, definitywnie, fizycznie mnie zabije. Rozumiesz, widzisz tę dialektykę. I dlatego dla mnie życie jest tutaj, ale to dla mnie i tylko dla mnie, rozumiesz?”

Posmysz jako jedna z niewielu daje w swojej powieści wgląd w „lepszy” świat funkcyjnych więźniarek. Lepszy, bo stosunkowo bezpieczny, ciepły i bez głodu; dzięki odpowiednim stosunkom można w nim sobie zapewnić dobre ubranie, alkohol, kąpiel, nawet latryna przysługuje wygodniejsza i czystsza. Można sobie także zapewnić namiastkę domu z „mamuśką”, która zadba o posiłek i pieszczoty. W „Wakacjach nad Adriatykiem” bowiem wprost mówi się o lesbijskich związkach w Kolonii.

Wydawać by się mogło, że każdy utwór zamieszczony w jednym tomie z „Pasażerką” jest na przegranej pozycji. Tymczasem „Wakacje” nie dość, że się obroniły w tej konfrontacji, to wręcz „Pasażerkę” przebiły: głębią psychologiczną, rozmachem opisu, dużo bardziej finezyjną konstrukcją przeplatających się planów: współczesnego i retrospekcji; narratorka przerzucana jest między nimi bez ostrzeżenia, pod wpływem jakiegoś bodźca, najczęściej dźwięku. Z tego powodu opowieść jest niespokojna, wręcz nerwowa, urywana. Wędrujemy wraz z bohaterką między sielską plażą, Kolonią, sanatorium, domem Ptaszki. Odżywają nie tylko kształty, kolory, zapachy i dźwięki z przeszłości, ale też uczucia i emocje. Narratorka po raz kolejny próbuje uporządkować przeszłe doświadczenia, uporać się z poczuciem winy, jakie budzi w niej to, że przeżyła, a tyle innych zginęło. Wraz z nią uczestniczymy w tym odtwarzaniu minionego świata i też musimy rozeznać się w obcym, przerażającym otoczeniu, ponazywać swoje uczucia, zweryfikować zbyt proste oceny obozowej rzeczywistości. Każdy może tę powieść odczytać trochę inaczej, zwrócić uwagę na inne kwestie, odmiennie odpowiedzieć na pytanie, o czym jest książka: warto przeczytać, co o „Wakacjach nad Adriatykiem” napisała Kasia Sawicka. Warto samodzielnie zmierzyć się z tą niełatwą powieścią.

Zofia Posmysz, Pasażerka; Wakacje nad Adriatykiem, Czytelnik 1980.
Wykorzystałem zdjęcie Zofii Posmysz wykonane w obozie Auschwitz.

Tagi , | 45 Komentarzy

Stało ich w rzędzie zawsze siedem
(Marcin Szczygielski, „Filipinki - to my!”)



Stoi nas w rzędzie zawsze siedem i chociaż chciałby zgadnąć widz, 
która z nas Anka, która Zosia, to nie odgadnie nic. [...] 
Jedno wspólne imię mamy: Filipinki.
Tak śpiewały „Filipinki” w swej firmowej piosence, choć na samym początku było ich aż dziewięć, a w chwili zakończenia kariery ledwie trzy. Zaczynały w 1959 roku jako uczennice szczecińskiego Technikum Handlowego od śpiewania na szkolnych akademiach, a potem poszło błyskawicznie: kolejne konkursy talentów, koncerty, programy telewizyjne, tournee w kraju i za granicą, przeboje, płyty...

Pod wieloma względami były fenomenem. Sympatyczne, bezpretensjonalne, utalentowane muzycznie, podbijały serca i rówieśników, i starszych słuchaczy, stanowiąc odtrutkę na kudłatych bigbitowców. Śpiewały melodyjne, wpadające w ucho piosenki, takie jak choćby żartobliwy hymn ku czci pierwszej kosmonautki Walentyny Tierieszkowej:


A równocześnie przez prawie piętnaście lat na scenie potrafiły pozostać sobą, grupą przyjaciółek, które po prostu dobrze czuły się w swoim towarzystwie, a śpiewanie i występy sprawiały im przyjemność. Wyróżniały się tym nawet na tle peerelowskiej siermiężnej rzeczywistości, o dzisiejszych kapryśnych gwiazdkach nie wspominając. Wszystkie zgodnie przyznają, że to zasługa ich profesora Jana Janikowskiego, który nie tylko uczył je śpiewać, nie tylko komponował piosenki, był ich menedżerem i specjalistą od reklamy, ale też dbał – niekiedy wręcz przesadnie – o to, by nie przewróciło im się w głowach.

„Filipinki” są dziś znane chyba wyłącznie wielbicielom muzyki lat sześćdziesiątych, ich repertuar nie był awangardowy, nie wytyczał nowych kierunków, przeminął, jak się wydaje, bezpowrotnie. A mimo to książka Marcina Szczygielskiego jest fantastyczną podróżą w czasie, bo mówi nie tylko o „pierwszym polskim girlsbandzie”, jak głosi podtytuł, ale jest też opowieścią o czasach owianych dziś mgłą sentymentu, a także kopalnią najróżniejszych ciekawostek i anegdot. Kariera „Filipinek” nie przypominała co prawda burzliwych dziejów Rolling Stonesów, ale na peerelowską skalę zdecydowanie nie była typowa. Można wręcz powiedzieć, że zespół i jego opiekun pod wieloma względami byli pionierami. „Filipinki” jako pierwsze miały podpisany kontrakt z zakładami odzieżowymi: w zamian za sceniczne kreacje reklamowały wyroby szczecińskiej „Dany”. Dbały o to, by wzmianki o nich pojawiały się w prasie – wysyłając do redakcji pocztówki z pozdrowieniami z koncertów czy informacje o swoich zamierzeniach. Lubiła je telewizja – a programy z nimi to zbiory teledysków, jak byśmy je dziś nazwali, na dodatek kręconych w szczecińskich plenerach (Szczecin, rzecz jasna, zajmuje ważne miejsce w historii „Filipinek” jako ich „port macierzysty”, co zawsze podkreślały). Dbały o fanów, odpisując pracowicie na listy (i naklejając na koperty dziesiątki znaczków kupowanych za własne pieniądze.



Pieniądze. Wydawałoby się, że grupa o statusie gwiazdy nie musiała się o nie troszczyć. Na Zachodzie pewnie opływałyby w luksusy, PRL jednak nie rozpieszczał przedstawicieli swojego show-biznesu. Jedna z „Filipinek wspominała: „Show może i był, ale biznes to akurat średni”. Jako niepełnoletnie, dziewczęta nie mogły dostawać pieniędzy za występy, obdarowywano je więc słodyczami, książkami, kompletami bielizny, a raz nawet podomkami. Gdy skończyły osiemnaście lat, sytuacja nieco się poprawiła: honoraria napływały, ale w wysokości ustalonej przez ministerstwo dla amatorów. Stawki podniosło nieco zdanie przez wokalistki egzaminu przed państwową komisją i uzyskanie statusu profesjonalnego. Z zachowanego rachunku wynika, że za nagranie trzech piosenek dla radia każda z nich dostała po 322 złote 80 groszy: 4 dolary według czarnorynkowego kursu, równoważnik 16 czekolad, 35 kilogramów ogórków małosolnych albo trzech obiadów w Bristolu. Średnia pensja w roku 1964 wynosiła 1800 złotych, one za koncert dostawały po 250 złotych. Z trzymiesięcznej trasy po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie każda przywiozła około 100 dolarów, bo i tam sprytny organizator płacił im głodowe stawki. Eldorado za to okazały się koncerty w Związku Radzieckim i tam dopiero „Filipinki” czuły się jak megagwiazdy.
 
To jest też książka do oglądania.
Jak dowiadujemy się ze zbioru ciekawostek o zespole, Marcin Szczygielski jest jednym z osiemnaściorga dzieci urodzonych przez wokalistki, nic więc dziwnego, że historię „Filipinek” spisał z pietyzmem godnym rodzinnej sagi. Zebrał relacje, przeszukał domowe archiwa koleżanek swojej mamy, w których kryły dziesiątki pamiątek: od wycinków prasowych i fotografii do kawałków materiałów ze scenicznych sukienek. Jest biżuteria z radzieckiej „Bieriozki”, czyli odpowiednika Pewexu, a nawet maskotka szympansa przywieziona z Ameryki, którą autor bawił się w dzieciństwie. Całe to bogactwo Szczygielski uporządkował i wyeksponował, sam chowając się w cieniu: głos zabierają przede wszystkim bohaterki wydarzeń i ich współpracownicy. Trudno w to uwierzyć, ale w tych relacjach, nawet o trudnych momentach, np. rozstaniu z Janikowskim, nie ma goryczy czy złośliwości. Czas pewnie zrobił swoje, ale i podejście dziewcząt do kariery odegrało swoją rolę. To była dla nich przygoda: wielka i wręcz niewiarygodna, w którą z radością się rzuciły, ale miały dość rozsądku, by pamiętać, że kiedyś się skończy. Zaczęły śpiewać jako nastolatki, a kiedy zespół przestał istnieć miały jeszcze całe życie przed sobą.

Marcin Szczygielski, Filipinki – to my!, Instytut Wydawniczy Latarnik, Wydawnictwo Agora, Oficyna Wydawnicza AS 2013.
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Agora.

Tagi , , | 44 Komentarzy

„Program nie bywa monotonny”
(Krystyna Siesicka, „Fotoplastykon”)



Łóżko, w którym po wypadku unieruchomiona jest Jana, staje się dla niej punktem obserwacyjnym. Przygląda się z niego życiu własnej rodziny, które dotąd uważała za zwyczajne i nieciekawe. Tymczasem wystarczyło baczniej popatrzeć, porozmawiać z młodszym rodzeństwem i okazało się, że codzienność niesie ze sobą wiele wydarzeń: zabawnych, smutnych, dających do myślenia i pozwalających zweryfikować swoją opinię o najbliższych. 

Piętnastoletnie bliźnięta Agata i Jasiek są dla Jany łącznikami ze światem; przychodzą do niej opowiedzieć o szkolnych wydarzeniach, nauczycielach, rówieśnikach. Siostra staje się dla nich powierniczką i niekiedy nawet mentorką – dzielące Janę i bliźnięta cztery lata wydają się czasem być jakimiś latami świetlnymi: z jednej strony jeszcze prawie dzieci, a z drugiej już całkowicie ukształtowana dorosła osoba, czasem aż nazbyt dorosła. W każdym razie Jana dowiaduje się o rozmaitych rozterkach rodzeństwa, postanowieniach i przemyśleniach. Odkrywa w Agacie i Jaśku dorastających ludzi, którzy mają co prawda cielęce zrywy, ale coraz poważniej myślą o sobie i własnym życiu, potrafią wnikliwie spojrzeć na koleżanki i kolegów, krytycznie na dorosłych. Leniwy i rozkojarzony koszykarz Janek znajduje w sobie społecznikowską pasję, prymuska Agata zmienia negatywną opinię o pani od wychowania obywatelskiego, Heniek Królik okazuje się wcale nie mieć zadatków na chuligana, a Andrzej Ględzion ujawnia romantyczną stronę swego obowiązkowego charakteru. Epizody zmieniają się jak w kalejdoskopie, czy raczej fotoplastykonie, każdy inny, każdy zajmujący i niosący jakąś (na szczęście dyskretnie podaną) życiową naukę. „[...] odkąd zaczęłam obserwować swoją rodzinę, mam własny fotoplastykon! I nie narzekam, program nie bywa monotonny”, stwierdza Jana.

Czytelnik też nie może narzekać. To wciąż dobrze napisana, niegłupia książka z przebłyskami humoru, sympatycznymi bohaterami przeżywającymi nastoletnie wzloty i upadki, młodzieńczymi idealistami, którym jednak nie chce się wynosić śmieci czy zmywać naczyń. Ma się jednak krzepiącą pewność, że wyrosną z nich w końcu sensowni, uczciwi ludzie, że uzbierane doświadczenia zaprocentują. Z kilku przeczytanych niegdyś powieści Krystyny Siesickiej „Fotoplastykon” to jedyna powieść, z której  pozostało mi po latach wspomnienie fabuły i przekonanie, że to całkiem fajna rzecz. Teraz miło było się przekonać, że tak jest w istocie.



Krystyna Siesicka, Fotoplastykon, Siedmioróg 1990.

Tagi , , | 61 Komentarzy

„Kobieta, która wymyka się swej kobiecości”
(Colette, „Narodziny dnia”)



Pięćdziesięcioletnia pisarka w domu w Prowansji snuje niespieszne refleksje o swym życiu, nie przestając równocześnie bacznie przyglądać się przyrodzie, ludziom i zwierzętom. Jak zwykle jej obserwacje są niezwykle przenikliwe, plastycznie oddane, pełne kolorów, dźwięków, zapachów, faktur i kształtów:
Słychać chrzęst koników polnych i nowej plecionki z chrustu opasującej taras, jakiś owad rozciera skrzydłami rozżarzone węgielki, czerwonawy ptak na sośnie woła co dziesięć sekund, a zachodni wiatr, który z uwagą krąży wokół moich ścian, zostawia w spokoju morze płaskie, gęste, twarde, którego nieugięty błękit złagodnieje dopiero u schyłku dnia. 
Bohaterka czuje się w tym pięknym otoczeniu równocześnie swojsko i nieswojo. Swojsko, bo zna te wszystkie prowansalskie odgłosy, widoki, barwy, i obco, bo sama wchodzi z nową, nieznaną fazę życia. Czy to „koniec moich kobiecych walk?”, zapytuje. I tak jest, przyznaje. Staje się „kobietą, która wymyka się swojej kobiecości”. Czas więc na bilans, na podsumowanie czasu piękna i miłości, a także na powitanie starości, która budziłaby pewnie lęk, gdyby nie dająca tak potrzebne pokrzepienie myśl o matce: dobrej, rozsądnej, dumnej. Minęła epoka szaleństw, miłosnej gorączki, miotającej zakochaną kobietą po świecie, pora na stabilizację – i wyczuwa to nie tylko pisarka, ale też jej służba, która bez szemrania podporządkowuje się poleceniom, a nawet zwierzęta, uspokojone i pewne, że ich pani nie będzie już cierpieć z powodu żadnego mężczyzny, a jej ból i nerwowość nie będą udzielać się im samym.
W wieczornym powietrzu błękitnym od powojów koty zaczną za chwilę prostopadłymi susami rzucać się na ćmy. Para japońskich kurek przysnęła – popiskujące gniazdko – na poręczy wiejskiego fotela. Psy, wyłączone już z tego świata, rozmyślać będą o jutrzejszym brzasku, a mnie pozostanie do wyboru książka, łóżko, droga nad morzem wytyczona fletniami śpiewających ropuch...
Polska okładka jest mało zachęcająca. Francuzi poradzili sobie lepiej.
Próg starości wydaje się już przekroczony, ale jeszcze w ostatniej chwili wahanie: uczucie mężczyzny dużo młodszego, uważanego za dobrego, wiernego przyjaciela. Przyjąć je czy odrzucić? Jeszcze raz ulec miłości czy oddać mężczyznę młodszej kobiecie, dla której byłby stosowniejszym partnerem? To cała fabuła: subtelnie zarysowana, rozwijająca się nieśmiało, w spojrzeniach i półsłówkach mężczyzny, wymijających gestach i zdaniach kobiety.

„Narodziny dnia” to powieść poetycka i melancholijna. Wszystko w niej współgra z nastrojami bohaterki: leniwe sjesty, celebrowane powoli posiłki, krótkie noce, poranne pływanie i wieczorne tańce. Sceneria jak impresjonistycznego obrazu; kilka zdecydowanych, wręcz brutalnych kresek lub kropek i widzimy kwiat: „płaski, żmijowaty, jakby za chwilę miał zasyczeć, łepek lilii jeszcze w pąku”, albo zmarłego staruszka: „Zeschły był jak martwa ropucha, którą południe spopiela, zanim jakiś drapieżnik zdąży wypruć z niej wnętrzności”. Ale linie mogą też być łagodne i miękkie: „Senny kocur zsuwa się z morwy, jak liana. Na tarasie, który znów do niej należy, jego czarująca towarzyszka układa się do góry brzuszkiem, na którym w obłoku niebieskawej sierści sterczy jedna jedyna różowa brodawka, ponieważ karmiła w tym roku tylko jedno kocię”. Albo też pełne mimowolnej czułości: „Trzydzieści pięć, trzydzieści sześć lat, ani brzydki, ani odrażający, ani zły... Grzęzłam powoli w tej nocy bez najlżejszego tchnienia, a od tego wzruszonego chłopca skąpo odzianego bił zapach miłosnej północy, który skłaniał mnie łagodnie w stronę smutku”.

Książkę Colette czytałem w sierpniu, ale nie nadawała się na wakacyjną lekturę, gdyż to opowieść o schyłku i przemijaniu. O końcu lata i początku starości, o pożegnaniu z miłością i kobiecością. Najwłaściwszą porą dla niej jest czas, kiedy lato ledwo dostrzegalnie, lecz nieuchronnie przechodzić zaczyna w jesień. Spóźniłem się więc z tym tekstem i ta idealna pora już przeminęła. Wróci za rok i wtedy pamiętajcie o Colette.




Colette, Narodziny dnia, tłum. Krystyna Dolatowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1975.

Tagi | 55 Komentarzy

Gulasz zawiesisty i smakowity
(Krzysztof Varga, „Gulasz z turula”)



Lubię takie pisanie: mocne, jędrne i obrazowe. Obrazowe do tego stopnia, że gotów byłbym narazić się na melancholię, jaką zdaniem Vargi wywołuje węgierska kuchnia, byle posmakować opisywanych czule specjałów: ciężkostrawnych, wyzutych z witamin, za to skąpanych w tłuszczu: zupy fasolowej a la Jokai, świeżo upieczonej hurki – kaszanki, a na deser retese, strudla z nadzieniem. Być może w jakimś poprzednim wcieleniu byłem Węgrem, bo mocno przemawia do mnie zsiros kenyer, chleb ze smalcem i czerwoną cebulą, lekko posypany sproszkowaną papryką. Jego polską wersją, bez papryki, zajadałem się na wakacjach u dziadków.

Ale „Gulasz z turula” to nie jest książka o węgierskiej kuchni, a w każdym razie nie wyłącznie o niej. To opowieść o Węgrzech i Węgrach, tak jednak odległa od wciskanych przez przewodniki turystyczne zachwytów, jak to tylko możliwe. To próba przedstawienia samej esencji węgierskości: nostalgii, która zdaniem autora „konstytuuje węgierskie życie”. Próba odpowiedzi na pytanie, skąd bierze się tamtejsza melancholia. Już to wydaje się być czymś zaskakującym, bo czyż w powszechnej świadomości Węgrzy nie są narodem kochającym muzykę i dobrą zabawę przy winie? A jednak dla Vargi są właśnie ludźmi pogrążonymi w tęsknocie za czasami dawno minionej świetności, która skończyła się wraz z upadkiem monarchii austro-węgierskiej, okrojeniem terytorium i utratą znaczenia. Żyją w cieniu skrzydeł turula, tego mitycznego ptaka, który przywiódł ich przodków na obecne ziemie. Lubują się w rozpamiętywaniu narodowych nieszczęść i klęsk, starannie spychając w niepamięć chwile zwycięstw i triumfów – fakt, że nieliczne. W tym dziwnie przypominają Polaków.

Turul z Tatabányáná (źródło).
Jest Varga pół-Polakiem, pół-Węgrem, co daje jego spojrzeniu szczególne właściwości: patrzy na Węgry jak Węgier, a równocześnie jak człowiek z zewnątrz. Jest znakomitym, wnikliwym obserwatorem, emocjonalnie zaangażowanym, ale równocześnie sentymenty i wspomnienia z dzieciństwa nie przesłaniają mu tego, co chciałby wydobyć i podkreślić. Opowieść o Węgrzech jest gorzka i przygnębiająca, ale równocześnie fascynująca. Niech sobie Węgrzy będą „jak konie ze spętanymi pęcinami”, niech celebrują swoje porażki, niech tęsknią za utraconą wielkością, a ja chciałbym przejechać się tramwajem numer dwa, jadącym wzdłuż Dunaju w Budapeszcie, i przejść się po stołecznym bazarze na Bosnyak ter, popatrzeć na secesyjne kamienice i zrobić rundę po knajpach, których nie wymieniają eleganckie przewodniki. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że Varga robi Węgrom antyreklamę, ale jest wręcz przeciwnie – on pokazuje kraj z duszą, co prawda zbolałą, ale prawdziwą i pociągającą. 

Krzysztof Varga, Gulasz z turula, Czarne 2008.

Tagi | 37 Komentarzy

„Wam wszystkim będą smakowały”
(Wojciech Herbaczyński, „W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich”)





Pamiętam swoją pierwszą wizytę w kawiarni. Właśnie skończyłem chlubnie pierwszą klasę i poszliśmy z rodzicami do „Filipinki” niedaleko mojej praskiej szkoły, przy placu (jeszcze wówczas) Juliana Leńskiego. Pojęcia nie mam, co zamówiliśmy: czy lody, czy ciastka, ale wciąż widzę wyblakłe pluszowe wnętrza w kolorze bordo i pomalowane farbą olejną na biało metalowe krzesełka na betonowym tarasie przylegającym do chodnika. Jakże odległy był ten socjalistyczny lokal od wspaniałych cukierni opisywanych przez Wojciecha Herbaczyńskiego.

Pierwsza kawiarnia pojawiła się w Warszawie w 1724 roku, a już sześćdziesiąt lat później kawiarni i cukierni było około dwudziestu. Daleko im jeszcze było do elegancji późniejszych lokali, co miało ponoć związek z tym, że nie bywały w nich kobiety. Mężczyznom najwyraźniej wszystko jedno było, czy jedzą przy stoliku nakrytym ceratą, czy krochmalonym obrusem. Dopiero pod koniec XIX wieku warszawianki przekroczyły progi kawiarni i cukierni, a ich właściciele od razu dostosowali się do potrzeb nowej klienteli: pojawiły się lustra, wykwintne nakrycia stołowe, wyściełane foteliki i wazoniki z kwiatami.

Rozkwitały najbardziej znane kawiarnie: Lourse’a, Semadeniego, Bliklego, Lardellego, ale i dziesiątki mniejszych – kolejne rozdział opowiadają o historii rodzin cukierników, rozwoju lokali, ich bywalcach i atmosferze. Niestety, jak smutny refren w opowieściach o kolejnych cukierniach i kawiarniach pojawiają się słowa: „I tak to zbliżał się rok 1944, Powstanie Warszawskie i koniec kawiarni”.

Oczywiście, mowa jest też o tym, co przyciągało do klientów: o niezrównanych wypiekach. Dowiadujemy się, na przykład, że „do specjalności Lourse’a należały ciastka półfrancuskie [...], obwarzanki-ósemki, rogaliki z masą migdałową, napoleonki z francuskiego ciasta z grylażem lub wiśniową konfiturą, niezrównane jako dodatek do białej kawy drożdżowe briosze [...]”. Do tego „sękacze, udekorowane ażurowymi elewacjami lub piramidkami [...]. Smakosze wspominają też prawie ze łzą w oku bombę hrabską – kulę waniliowych lodów powleczonych mrożonym kremem i czekoladą”. Reszty opisu oszczędzę, w każdym razie książka Herbaczyńskiego szalenie pobudza apetyt, bo autor o wypiekach i słodyczach pisze z prawdziwym znawstwem i zamiłowaniem, jako cukiernik z zawodu i gawędziarz z usposobienia.
 
Bogaty wybór drobnych ciasteczek.
Oczywiście, te cztery wymienione wyżej cukiernie i kawiarnie nie były jedynymi. „Słodkich lokali” w Warszawie było mnóstwo; każda miała swoją specjalność, gdyż bez tego nie dało się przyciągnąć wybrednych warszawiaków. „Ziemiańska” słynęła ze swych tortów – a wyrabiano ich tam („z prawdziwym nabożeństwem”) aż dziesięć rodzajów! „Na tort »Marcello«, z bitą śmietaną, wypiekano najpierw trzy delikatne blaciki, których fundament stanowiły żółtka utarte z cukrem bez mąki i dodatkiem kakao – do smaku. Ostudzone, przekładano równie delikatnym kremem z ubitej słodkiej śmietanki. Prowansalski – z czterech blacików migdałowo-bezowych, przekładano kremem russell, o wykwintnym smaku i kolorze, jaki nadawały mu zmielone, po zrumienieniu, migdały”. Był jeszcze tort hiszpański, „Stefania”, ananasowy, poziomkowy, „Duchesse”, czekoladowy, orzechowy, kawowy... Do wypieków popijano kawę: czarną i białą, mazagrany, lemoniady, wodę sodową.

Wiele miejsca poświęcił też Herbaczyński tradycjom cukierniczego rzemiosła: trybowi poznawania fachu, systemowi cechowemu, szkolnictwu, wprowadzaniu innowacji zarówno w asortymencie wyrobów (wyjazdy zagraniczne na naukę, przywożenie cudzoziemskich nowinek), jak i metod pracy (przywołuje opór przeciwko mechanizacji w pracowniach cukierniczych) oraz etyce zawodowej (powstało nawet „Dziesięcioro przykazań dla cukierników”, regulujących postępowanie „subiektów”, czyli czeladników), a nawet reklamom. Prawdziwe warszawskie kawiarnie skończyły się jednak, zdaniem Herbaczyńskiego, wraz z ich upaństwowieniem, a jedynie prywatne cukiernie przechowywały jeszcze, choć w coraz słabszym stopniu, dawne tradycje.

Na zakończenie jeszcze dorzucę cytat o słynnych warszawskich pączkach, serwowanych już podczas obiadów czwartkowych u króla Stasia:
[...] co cukiernia, to w wystawowych oknach, na ogromnych półmiskach i paterach, wznosiły się piramidy pączków i pączeczków – bo różnej bywały wielkości – woniejących wanilią i skórką pomarańczową, a nadziewanych różnymi sposobami, to po sułtańsku – daktylami, rodzynkami i migdałami, to po krajowemu – konfiturami z jabłek, malin, wiśni i najwytworniej – z płatków róży. Doprawdy, nie było przesady w dawnej wierszowanej reklamie, która po opisaniu pączkowych zalet głosiła: „Zaręczam, że Wam wszystkim będą smakowały”.

PS. A tu film dokumentalny o Wojciechu Herbaczyńskim:
http://ninateka.pl/film/maria-kwiatkowska-kronikarz

Wojciech Herbaczyński, W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich, Państwowy Instytut Wydawniczy 1983.

Tagi , , | 59 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.