Archiwum 2014

Proszę wycieczki...


Jak się obiecało, to mus dotrzymać. Stosowna liczba lajków na fejsbuku się pojawiła, więc zapraszam na wycieczkę zakładową. Proszę nałożyć ochraniacze, wyłączyć telefony i nie dotykać eksponatów. Zwiedzanie zaczniemy od regału, który był już tu kiedyś prezentowany, jeszcze wtedy niedokończony i nie do końca wypchany, za to budzący fascynację najmłodszego pokolenia.


Po trzech latach został wypchany do pełna, przeorganizowany kilka razy i chwilowo wygląda tak (znaczy w naturze jest prosty, ale nie wymagajmy za dużo od fotografii [edit: zdjęcia się miały otwierać jako galeria, ale coś nie działa, więc chyba najlepiej otwierać je w nowych kartach]):



A teraz przegląd szczegółowy. Zanim padną pytania:
– tak, mam książki ułożone alfabetycznie;
– tak, mam część książek obłożonych w folię;
– tak, mam komplet Chmielewskiej i Pratchetta;
– i nie, to nie jest mój jedyny regał, ale będę Szanownemu Państwu dawkował, przynajmniej do wiosny będą tematy na posty.

I już po wykonaniu stosownych kadrów okazało się, że jedna półka się nie załapała. Więc dokładam:
Na kolejną turę zwiedzania zapraszam wkrótce.

Tagi , | 81 Komentarzy

Wcale nie takie sobie bajeczki
(Terry Pratchett, „Smoki na zamku Ukruszon”)




Coś dla wielbicieli „Takich sobie bajeczek” Rudyarda Kiplinga i opowiastek Roalda Dahla. I sposób, by dzieci od najmłodszych lat zaznajamiały się z wyobraźnią  i poczuciem humoru Terry’ego Pratchetta.

Najstarsze opowiadanie w tym zbiorze powstało w 1966 roku, gdy Pratchett miał 18 lat i pracował dla lokalnego pisma. Na jego łamach też drukował swoje historyjki dla dzieci, po latach odszukane i wydane na nowo (a ponoć też nieco podrasowane przez dojrzałego już pisarza). Można by się krzywić, że to cyniczny skok na kasę przed świętami i naciąganie wielbicieli na zakup podejrzanych juweniliów, gdyby nie to, że tom mnie tylko prezentuje się smakowicie, ale i jest smakowity.

Wytrawny fan Pratchetta znajdzie tu wiele materiału do rozważań, czy żółw Herkules pragnący poznawać świat, przekształcił się potem w żółwia A’Tuina dryfującego w kosmosie, a czarodziej Fossfiddle dał początek wszystkim magom z Niewidzialnego Uniwersytetu. Czy książę Edwo był wybitniejszym znawcą smoków niż lady Sybil Ramkin, a samochód parowy z firmy Gritshire Steam Typewriter and Laundry Company po latach odrodził się w postaci Żelaznej Belki z „Pary w ruch”? Jak się ma poszukujący pracy Święty Mikołaj do Wiedźmikołaja? Na pewno jednak klechdy o ludzie Dywanu stały się zalążkiem jednej z pierwszych powieści Pratchetta „Dywanu”, a występujące w powieściach oTiffany Obolałej obrazki z wiejskich jarmarków mają wiele wspólnego z podobnymi imprezami w hrabstwie Buckinghamshire.
 
Dużo ilustracji i spora, przyjazna młodym czytelnikom czcionka.

Wszystkie te kwestie można analizować jedynie ubocznie, bo bez względu na nasz staż jako fanów Pratchetta zajmujemy się głównie pochłanianiem absurdalnie pokręconych opowieści i podziwianiem świetnych ilustracji Marka Beecha. Rysunki moim zdaniem wykazują pokrewieństwo z ilustracjami Quentina Blake’a do książek Roalda Dahla, podobnie jak historyjki sir Terry’ego nasuwać mogą skojarzenia z twórczością autora „Matyldy” (teoretycznie Pratchett mógł znać kilka pierwszych książeczek Dahla). Jest tu też coś z klimatu „Takich sobie bajeczek” Kiplinga i w ogóle angielskich klasyków literatury dziecięcej. Uciechę czytelnika podnosi przekład  Macieja Szymańskiego, który wyraźnie się rozkręca jako tłumacz Pratchetta.

Położę teraz „Smoki na zamku Ukruszon” gdzieś w zasięgu najmłodszych czytelników w nadziei, że złapią się na rozkoszną okładkę i najpierw obejrzą obrazki, a potem pochłoną też zawartość.


Terry Pratchett, Smoki na zamku Ukruszon, tłum. Maciej Szymański, Rebis 2014.

Tagi , | 21 Komentarzy

Najmodniejsze łańcuszki pod choinkę



Usiłuję się zreanimować po wyczerpującym listopadzie i równie pracowitym początku grudnia. Odwykłem od pisania, więc na rozgrzewkę szybki przegląd najmodniejszych w tym sezonie łańcuszków, które pobłyskują i pobrzękują ze wszystkich stron, kusząc do mniej lub bardziej intymnych wynurzeń.
Najpierw dwie siostry, Milvanna i Grendella, które równo miesiąc temu wypisały swoją jedenastkę pytań. Państwo wybaczą niejaką lakoniczność wypowiedzi, za to na pociechę dorzucam garść obrazków mniej lub bardziej od czapy.

1. Gdybyś wybrał(a) się na bal kostiumowy, w jakiej epoce historycznej szukał(a)byś inspiracji?
Inspiracji to mógłbym szukać w różnych epokach, ale wykonanie własnymi siłami takiego na przykład kontusza z pasem słuckim albo jedwabnych pludrów i kryzy zdecydowanie przekraczałoby moje możliwości. Preferuję starożytny Rzym, model senator: sandały, gołe nogi, toga z prześcieradła i wieniec laurowy z papierowych liści. Sam smak i oryginalność.

2. Masz słabość do...
Mam wyliczać wszystkie swoje słabości? Do książek, do pizzy, do słodyczy pod każdą postacią, do książek, do eee... Do kotów, o.

3. Gdybyś był(a) potworem, jaki to byłby potwór?
Puchaty, lekko kulisty, leniwy, chociaż mógłby od czasu do czasu zionąć ogniem. Tak od niechcenia.

4. Twój ulubiony czarny charakter?
Czy ja mam ulubiony czarny charakter? Klasyczna gonitwa myśli nikogo mi nie podsuwa, zawsze wolałem tych dobrych. Więc jak czarny charakter, to trochę niezdarny, a w gruncie rzeczy okazuje się poczciwy, jeśli ktoś we właściwej chwili poda mu pomocną dłoń. Ale zawsze szalenie mnie bawi don Pedro z Krainy Deszczowców, carramba:

5. Czekolada czy papryczka chilli?
Czekolada, może być z chilli, ale wolę z orzechami. To już wiadomo, czemu w roli potwora byłbym kulisto-puchaty.

6. Herbatka u królowej angielskiej czy lunch z prezydentem USA?
U obojga trzeba by prowadzić lekką konwersację w lengłydżu, niestety. U królowej herbatka i biszkopty, u prezydenta może by lepiej nakarmili. Chociaż patrzeć przy obiedzie na skrzywione prezydenckie córki... Jak siebie znam, znalazłbym jakiś porządny wykręt w przypadku obu zaproszeń.

7. Jakbyś nazwał(a) odkrytą przez siebie gwiazdę?
http://www.zacofany-w-lekturze.pl/. I najlepiej, żeby nazwa była wymalowana na powierzchni dużymi literami, żeby z ziemi gołym okiem było je widać.

8. Gdybyś miał(a) jedną godzinę w ciągu doby więcej, na co byś ją poświęcił(a)?
Teraz na spanie. A ogólnie, to chętnie bym sobie poczytał w spokoju.

9. Otaczają cię zombie, nie masz żadnej broni, co robisz?
Pewnie dałbym się zadeptać tłumowi, nie mam dużego doświadczenia z zombie. Ale może dałyby się przekupić gumą do żucia albo garścią ołówków. Albo ładowarką do telefonu, bo nic ciekawszego nie noszę w plecaku.

10. Gdybyś musiał(a) wybierać, zrezygnował(a)byś ze wzroku czy słuchu?
Pytanie w stylu: czy bardziej kochasz tatusia, czy mamusię. Uszy mi są potrzebne do słuchania muzyki, chociaż już niekoniecznie do wysłuchiwania kłócących się dzieci, oczy wykorzystuję dużo bardziej wszechstronnie. I nie lubię audiobooków. Najchętniej jednak pozostałbym z kompletem zmysłów.

11. Blogujesz, bo...
Lubię, chociaż od roku coraz słabiej, jakoś nie mogę się pozbierać. Ale zamierzam się zmobilizować. 

A poza tym okna umyte, choinka ubrana, a kot śpi w pudle na papiery...

Tagi | 31 Komentarzy

„Dobry reporter upędzi bimber nawet z nogi od krzesła”
(„100/XX. Antologia polskiego reportażu XX wieku”, pod red. Mariusza Szczygła)


Gdyby miał tę antologię polskiego reportażu XX wieku określić jednym słowem, to nie użyłbym przymiotnika „znakomita”.
Ani „rewelacyjna”.
Ani „wybitna”.
Nie „nowatorska”, „odkrywcza”, bynajmniej nie „wiekopomna”.
Użyłbym słowa „inspirująca”.

Czytywałem w życiu różne antologie, w tym również reportażu, ale żadna nie sprawiła, że wypisywałem na kartce kolejne nazwiska i tytuły do zdobycia i przeczytania. Może to być, rzecz jasna, kwestia skali przedsięwzięcia Mariusza Szczygła, który postanowił zebrać setkę najlepszych reportaży z ubiegłego stulecia. W takim zbiorze trudno o rzeczy przypadkowe. W każdym razie już wśród pierwszych dziesięciu tekstów, tych sprzed 1918 roku, trzy pierwsze trafienia. O ile o reporterskim zacięciu Reymonta miałem pojęcie, o tyle Konopnicka i Rodziewiczówna nieco mnie ogłuszyły – szczególnie ta ostatnia napisała tekst stylem odległym od poetyzowania w „Lecie leśnych ludzi”, rzeczowym, konkretnym, a równocześnie barwnym i poruszającym. Napisałbym, że „męskim”, ale niekoniecznie byłby to dla autorki komplement, szczególnie gdyby zestawić ją z pompatycznym reportażem Żeromskiego lub wyrafinowanym stylistycznie, ale zwyczajnie nudnym Parandowskim.
 
Pod wpływem antologii wyciągnąłem z półek zebrane niegdyś reportaże...
Rodziewiczówna (opis rozbicia magazynu ze spirytusem):
Przy spirytusie była już wojskowa władza – tłum pomimo to rzucał się do rowu, kędy ciekł strumień ognisty. Pod groźbą kul chłeptał i czerpał. Zaczęto zarzucać gnojem i ludzkimi ekskrementami – bezskutecznie – jeszcze był pożądany i smaczny. Kto nie docisnął się, by pić, ten przesiąkłą płynem ziemię ssał i połykał. Przy oświetleniu pochodni obraz był ciekawy jako studium ludzkości z XX wieku. Homo sapiens używał. Wracając, zajrzałam do mych pszczół. Kłębami całymi osiadły puste ściany swych siedzib, otulając swymi ciałami matkę, do śmierci wierne, karne, przywiązane.
A to Żeromski o zamku w Malborku (wybrałem najciekawszy fragment tekstu):
Po zwiedzeniu go zostaje wrażenie nudy i pustki. Nie ma tam ani jednego dzieła sztuki, a to, co zostało wskrzeszone z ruiny zamczyska, z ruiny, w którą je pogrążył wandalizm Fryderyka II, zostało odrestaurowane na życzenie Wilhelma II z taką starannością, że jest pomnikiem nie tyle kultury, obyczajów i czasu Krzyżaków, ile monumentem manii wielkości i krzyżackich gustów ekscesarza. Cały ów zamek i znaczna większość dawnej twierdzy ma nowe czerwone lub zielone dachy, nowe podmurowania i łuki przyporne, zaopatrzony jest w chodniczki, opatrzony drzewkami, wyszorowany, wymieciony, wyświechtany i wypucowany z pruską dokładnością, jak stary szyszak, który by się chciało wsadzić sobie na głowę. Wiekowa zbójecka czatownia na Litwiny, Prusy i Słowiany, która w ruinie taiła w sobie z pewnością dziką poezję dzikich rycerzy z nad Nogatu, dziś daleko bardziej niż zamek w Kwidzynie jest jak gdyby przechowywaną w wacie i dydaktycznie wydobywaną na pokaz z zamczystego pudełka. „Cokolwieczek zanadto tu jest czysto” – jakby powiedział rosyjski pisarz Szczedryn.
...ale też zaopatrzyłem się w kilka nowych tomów.
Duże wrażenie robią reportaże międzywojenne – według mnie najciekawsze są te poświęcone sprawom społecznym: biedzie, bezrobociu, przestępczości. Plejada wielkich nazwisk, ale też autorów znanych tylko historykom prasy albo miłośnikom reportażu. Z jednej strony Nałkowska, Szelburg-Zarembina, Krzywicka, Uniłowski, Słonimski, Wańkowicz, Pruszyński, z drugiej zaś fenomenalny Konrad Wrzos odmalowujący pogrążone w kryzysie Zawiercie, Tadeusz Staniewski odtwarzający historię strajku szkolnego we Wrześni czy Tadeusz Dębicki piszący o sytuacji w Kongu („I aby utrzymać swój autorytet, biali uczą się, jak należy bić krajowców. Ja sam otrzymałem również wskazówki w tym zakresie. Głowy, plecy i karki mają twarde, uderzenia tam wymierzone mijają się z celem. Skutecznie za to jest bić kijem w łydki i pod kolana. Przewracają się od razu na ziemię. Trzciną lepiej jest bić po rękach i po twarzy. Kto wie, czy świat cywilizowany nie wyda kiedyś podręcznika o tym, jak należy bić Murzynów? Wszak idziemy ciągle naprzód”). Tematów do reportaży nie brakowało, ale nawet przy chwilowej posusze „dobry reporter upędzi bimber nawet z nogi od krzesła”. Tak twierdził Józef Moszyński, reprezentowany przez błyskotliwy drobiazg o wpływie radia na życie Polaków.

W moich notatkach co jakiś czas pojawiają się wykrzykniki przy kolejnych nazwiskach (Perec Opoczyński! Dąbrowska! Brandys! Strońska! Łopieńska! Mularczyk! Kąkolewski!) albo lakoniczne uwagi (Roszko – bdb, Redliński – „kupić reportaże!”, Nawrocki – bdb, Krall – „rewelacja”, Miller – „świetny”, Pietkiewicz – „takie sobie”, Lipiński – „rewelacyjny!”). W całym tym bogactwie zdarzają się też teksty, które odbierałem gorzej, tematy mniej interesujące, styl i konstrukcja, które do mnie nie przemawiały. Wspomniałem już o Parandowskim; irytujący był Lovell, nudzili Święch, Giełżyński i Jagielski.
 
Tak wyglądają moje notatki z lektury.
Mistrzostwem samym w sobie są wstępy Mariusza Szczygła do poszczególnych tekstów: minieseje składające się na fascynującą historię polskiego reportażu:
A więc przy oczywistych autorach – nieoczywiste teksty. A poza tym – mnóstwo autorów nieoczywistych. Z jednej strony ci, którzy zupełnie się z reportażem nie kojarzą, jak Maria Rodziewiczówna czy Michał Ogórek. Z drugiej – wspaniali reporterzy z różnych powodów zapomniani. Są tu autorzy wyłącznie jednej książki, a czasem tylko jednego reportażu. Jeden był dyrektorem szkoły, inny architektem, jeszcze inny pilotem, a wielu, zwłaszcza przed wojną, było pisarzami.
Szczygieł jednak wskazuje nie tylko na bogactwo biografii, zawodów, życiowych doświadczeń. Pokazuje też różnorodność definicji reportażu – wielu twórców definiowało ten gatunek na swój użytek. Każdy miał własne podejście do tematu, do swoich bohaterów. Jedni wysuwali siebie na pierwszy plan, inni starannie trzymali się w cieniu. Jedni komentowali i oceniali, inni pozostawiali to czytelnikom. Jedni poruszali sprawy poważne i zasadnicze, innym wystarczał drobny epizod. Ta rozmaitość jest wielką zaletą polskiego reportażu, chociaż wzbudzała też głosy krytyki:
Nigdy nie byłem entuzjastą reportażu impresyjnego, lubującego się w drobnych incydentach, nic nieznaczących wydarzeniach i wypadkach – a gdzie coraz częściej reporterzy szukają schronienia przed ważnymi problemami. Zaczęło się to od słynnego Buszu po polsku Ryszarda Kapuścińskiego. Książki naprawdę pięknej i wzruszającej, ale składającej się jedynie ze świetnie napisanych impresji. A tymczasem przy impresyjnym ukazywaniu problemu reporter wymiguje się od jednoznacznego osądu i wzięcia zań odpowiedzialności. (Jerzy Lovell; jego reportaż, chociaż poświęcony wstrząsającej sprawie, pisany jest w nieznośnej manierze, a sam autor feruje wyrok tonem nieznoszącym sprzeciwu)
Hanna Krall zasługuje na oddzielne zdjęcie. I porządną powtórkę.
Mierzi mnie atmosfera nabożeństwa wokół pisania i czytania reportaży. Teoretyków będzie niebawem więcej niż praktyków, a praktyków więcej niż napisanych przez nich tekstów. Gatunków i rodzajów, w których nie umiem się połapać, więcej niż tytułów. Dawanie mleka jest powinnością krowy, jak powinnością reportera jest pokazywanie życia. Jeżeli tego nie robi, jeżeli jego bohaterowie szeleszczą papierem, a konflikty śmieszą czytelników – należy po prostu zwolnić z pracy, a nie budować teorię o jeszcze jednym, nowym, kreatywno-interwencyjno-psychologiczno-neoklasycystycznym gatunku reportażu. […] Czytelnik znajduje w gazetach wiele artykułów mówiących o tym, jak powinno być. I tylko jeden mówiący jak jest. To reportaż właśnie. (Andrzej Krzysztof Wróblewski)
W reportażach wybranych przez Szczygła bohaterowie nie szeleszczą papierem, a ich konflikty nie wydają się trywialne. Natomiast bez wątpienia teksty te spełniają zasadniczy warunek postawiony przez Wróblewskiego: pokazują życie. W całym bogactwie jego przejawów, we wszystkich barwach.
 
A ci autorzy zapewne znajdą się w edycji reportaży XXI wieku...

PS. Antologię zacząłem czytać 7 czerwca, skończyłem wczoraj. Czytałem zrywami, po kilka tekstów, z dłuższą przerwą pomiędzy tomami. Taki tryb zupełnie nie przeszkadza w odbiorze; zresztą zbiór można czytać według dowolnie wybranych kryteriów. Z bólem serca zrezygnowałem z kupna wersji papierowej, poprzestając na e-booku (przekonany przez Kasię.Eire) – i był to niegłupi pomysł. Wielkość papierowych tomiszcz ogranicza możliwość czytania do wygodnego fotela, dzięki czytnikowi natomiast miałem książkę zawsze pod ręką: nieoceniona rzecz dla kogoś, kto musi wykorzystywać na czytanie każdą chwilę i każde miejsce. Chociaż nie pogniewałbym się, gdyby ktoś umeblował moją bibliotekę również dwoma imponującymi tomami.

Tagi , , , | 57 Komentarzy

Mokną smętnie na deszczu badyle
(Terry Pratchett, „Para w ruch”; Rafał Kosik, „Felix, Net i Nika oraz nadprogramowe historie” i „Bunt maszyn”)


Za oknem mokną w deszczu smętne badyle niegdysiejszych pomidorowych krzaczków. Rozregulowany po zmianie czasu organizm domaga się kolejnej porcji snu, a gnuśny umysł melduje, że właśnie popada w jesienną deprechę i co mu zrobisz? Możemy sobie od rana pośpiewać:

albo jednak trochę powalczyć. No to powalczyłem, a rezultaty są takie:

Do Ankh-Morpork zupełnie niespodziewanie zajechał parowóz, dzieło genialnego wynalazcy Dicka Simmlera, sponsorowane przez wzbogaconego na miejskich nieczystościach Harry’ego Króla. Patrycjusz szybko pojmuje, jakie możliwości otwiera żelazna zabawka wożąca gawiedź, i w pogoń za uciekającym postępem technicznym rzuca Moista von Lipwiga, człowieka, który jak nikt inny nadaje się do realizowania misji, przynajmniej na pozór, z góry skazanych na porażkę. W końcu to jego sprytowi sukces zawdzięcza i miejska poczta, i lokalna mennica. Moist jest „katalizatorem świata”, osobnikiem, który sprawia, że rzeczy posuwają się do przodu. Tymczasem nowy wynalazek staje się solą w oku reakcyjnych krasnoludów i równocześnie jedynym ratunkiem dla świeżo wypracowanego pokoju między krasnoludami a trollami.
 
Zdjęcie kota zawsze gwarantuje sukces...
Moist von Lipwig to jeden z fajniejszych bohaterów, jacy wyszli spod pióra Terry’ego Pratchetta. Kuty na cztery nogi spryciarz, obdarzony niezwykłymi zdolnościami do kierowania (czy wręcz manipulowania) ludźmi pełnię swych możliwości zaprezentował od razu w „Piekle pocztowym”, swym debiutanckim występie w „Świecie Dysku”. W „Świecie finansjery” Pratchett pokazał, że nie ma na tę postać pomysłu, gdyż powtórzył wszystkie chwyty z poprzedniej części. To wrażenie pogłębia fakt, że wieloma cechami Moista obdarzył Dodgera, tytułowego spryciarza z Londynu – jakby w poszukiwaniu zadowalającego sposobu wykorzystania tak bujnej osobowości.

Niestety, nie tylko na Moista nie miał Pratchett pomysłu. Również cała fabuła wydaje się dość nijaka i jakby pośpiesznie klecona – szczególnie w miarę zbliżania się do końca. Świetny Harry Król i jego małżonka wyrastają na najbardziej wyraziste postacie; bardzo podobało mi się też odkrywanie przez bohaterów kolejnych zastosowań parowozu – taki szybki kurs historii transportu włącznie z wpływem kolejnictwa na przemiany społeczne i kulturowe (pani Georgina Bradshaw i jej zapiski podróżne!). Poza tym niewiele pozostaje w pamięci.
 
...więc nie należy sobie kocich portretów żałować.
Pisałem już chyba kiedyś, że Rafał Kosik, moim zdaniem, doskonale by się sprawdził w krótszych formach. Po zbiorze opowiadań „Felix, Net i Nika oraz nadprogramowe historie” muszę przyznać, że może nie jest doskonale, ale na pewno przyzwoicie, niekiedy zaś nawet bardzo dobrze. Teraz niezainteresowani mogą przejść do następnego akapitu, bo będę się rozdrabniał. „Tajemnica kredokrada” – plus za szkolne klimaty i fajny pomysł, minus za takie sobie zakończenie. „Metoda Sześciopalczastego” – rasowy thriller, niesamowita wioska odcięta od świata i znowu rozczarowujący finał. „Bardzo Senna Ryba” – Kosik puścił wodze wyobraźni i mimo mojej niechęci do snów i śnienia w literaturze, muszę przyznać, że mnie wciągnęło (sen o biurowcu pełnym pań Helenek, wzorowanych na szkolnej sekretarce – no miodzio!). Ciut bym tylko skrócił całość. „Ściema Smoczysława” – mój faworyt. Nawet wycieczka do Muzeum Gazownictwa nie musi być nudna, wszystko bowiem zależy od przewodnika. „Wysłannicy” – rzecz dzieje się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, nawet ciekawej; trochę tylko przekombinowane, za to sporo za długie. „Romantyczny Interdyscyplinarny Projekt” – to, co zacofani w lekturze lubią najbardziej, czyli soczyste opowiadanie z życia gimnazjum im. Kuszmińskiego. Na dodatek jest to specjał walentynkowy. „Priorytet Zero” – zręczne nawiązanie do „TeoretycznieMożliwej Katastrofy”, pierwsze spotkanie z tajemniczym agentem Mamrotem. „Wędrujące samogłoski” – zaskakujące, znowu z alternatywnej rzeczywistości, nie wiem, czy nie najlepsze ze wszystkich.



Krótsze formy krótszymi formami, ale już w „Trzeciej Kuzynce” Kosik po okresie niejakiego rozmemłania fabularnego wrócił do niezłej dyspozycji, którą potwierdził „Buntem maszyn”. Tradycyjne wątki szkolno-domowe tym razem połączone zostały z historią zbuntowanego odkurzacza z Instytutu Badań Nadzwyczajnych. Bardzo duży plus za wątek Niki, kochanej ciotuni i restauracji Staropolskiej (opowieści z życia knajpy i typologia gości – świetne!), a sceny z Instytutu niczym z thrillera science-fiction. Na dokładkę garść zjadliwości na temat funkcjonowania współczesnych mediów. Bardzo dobry tom. Wciąż jeszcze mam kilka do nadrobienia, a to już wkrótce ukazuje się tom trzynasty.

Terry Pratchett, Para w ruch, tłum. Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka 2014.
Rafał Kosik, Felix, Net i Nika oraz nadprogramowe historie, Powergraph 2013.
Rafał Kosik, Felix, Net i Nika oraz bunt maszyn, Powergraph 2011.

Tagi , , | 46 Komentarzy

Księgozbiory polskie, cz. 3: Biblioteki unicestwione

Punkt dziesiąty umowy kapitulacyjnej powstania warszawskiego mówił m.in. „Umożliwi się ewakuację przedmiotów posiadających wartość artystyczną, kulturalną i kościelną. Dowództwo niemieckie dołoży starań, by zabezpieczyć pozostałe w mieście mienie publiczne i prywatne”.

Z miasta dochodziły jednak wieści o zgoła innym postępowaniu. Grupa polskich muzealników, bibliotekarzy, archiwistów postanowiła ratować stołeczne dobra kultury. Wynegocjowano z Niemcami zasady prowadzenia akcji, dostarczenie przepustek i transportu. Pierwsza ekipa wyjechała do Warszawy 7 listopada 1944 roku.
Było jeszcze ciemno, kiedy pierwsze grupy bibliotekarzy przebiegały przez mroczny zagajnik na przystanek kolejki EKD w Leśnej Podkowie.

[...] oto zajeżdżają dwa odkryte ciężarowe auta. Jedno zabiera dwunastu bibliotekarzy z profesorem Makowieckim. Pasażerowie są mocno podnieceni. Wkrótce zobaczą znów swoje miasto, miasto, które już nie istnieje – zburzoną Warszawę. [...] W jakim stanie jest Biblioteka Uniwersytecka, będąca pierwszym celem ich wyprawy? [...]
Po obu stronach mijanych ulic kikuty kamienic. Wszędzie czuć swąd spalenizny i trupi odór. [...] Na Mar­szałkowskiej pusto, ani żywego ducha. Auto jedzie teraz wolno, kołysze się na wpół zasypanych bombowych lejach, przeciska przez wyłomy w powstańczych barykadach, przejeżdża pod pochylonymi latarniami, wymija leżące tramwaje i wypalone czołgi. Na Królewskiej znów Niemcy. Oddział podpalaczy. Na plecach mają zbiorniki z ropą do miotaczy płomieni. Przerwali na chwilę pracę, patrzą zdziwieni na ciężarówkę. [...]
Niemiecki oddział podpalaczy w Warszawie, jesień 1944 roku (źródło).
Samochód powoli wtacza się na dziedziniec Uniwersytetu. Pozornie wszystko tu niemal jak kiedyś. Ściany budynku biblioteki pokryte zrudziałym winem. Prawie nietknięte stoją gmachy: muzeum ornitologicz­nego i medycyny. Tylko chodniki – zasypane szkłem i cegłami, podziurawione od pocisków – przypominają o niedawnych wydarzeniach na tym terenie.
[...] wchodzą do pierwszej sali, rozgarniając stosy papierów i gazet, sięgające wysokości człowieka. W czytelniach i biurach stoły poprzewracane, szafy puste, w szerokich oknach strzelnice zbudowane z ciężkich tomów. Członkowie ekipy przechodzą teraz pośpiesznie do magazynu, gdzie znajdują ponad dwadzieścia tysięcy książek rozrzuconych i podeptanych; reszta, czyli około miliona, stoi nie tknięta na swoich miejscach. Na twarzach naukowców widać radosne podniecenie. Jest jednak jakaś szansa ocalenia tych zbiorów, które do tej pory ominęła barbarzyńska akcja okupanta. Wszyscy zdają sobie sprawę, iż czeka ich tu olbrzymia praca. Trzeba za wszelką cenę wymyślić jakąś chytrą metodę zmylenia czujności Niemców. Nikt jeszcze nie wie, na czym będzie ona polegała, natomiast jedno jest pewne – muszą tu wrócić nazajutrz.
Klakson ciężarówki wzywa do powrotu. Wsiadają ponaglani przez żandarma. Samochód rusza. [...]
W połowie ulicy Ordynackiej ciężarówka staje, dalej trzeba iść pieszo przez zwaliska wielopiętrowych kamie­nic. Szczygła nie istnieje. Wreszcie Okólnik – Biblioteka Krasińskich.
Gromadka bibliotekarzy stanęła w skupieniu. Wszystkie okna gmachu czarne i puste. Powoli, ostrożnie, grzęznąc w popiele schodzą do ogromnych piwnic. Musiały być podpalane każda z osobna, systematycznie. Zgromadzono w nich największe skarby: rękopisy, starodruki, ryciny, nuty, mapy, Bibliotekę Załuskich, zbiory Stanisława Augusta, resztę zbiorów raperswilskich, archiwa Krasińskich, cymelia z wszystkich bibliotek Warszawy.
Pozostały po nich stosy popiołu. Z górą 100 000 pozycji rękopiśmiennych nigdy nie drukowanych. Od iluminowanych złotem miniatur z XIV w. poprzez bezcenne silva rerum polskie do nieznanych listów Żeromskiego, Reymonta, Berenta. Wszystko pochłonął ogień. [...]

Biblioteka Krasińskich, 1945 rok (źródło).
Następny etap to Biblioteka Zamoyskich na Żabiej.
Tu też pogorzelisko. Zabytkowa sala kolumnowa z galerią, z globusami i portretami, ongiś wypełniona pod sufit oprawnymi w skórę dziełami, jest teraz pustą, czarną jamą. Ale w piwnicach są książki. Ocalały, i to te najcenniejsze. Wspaniałe, brązowe oprawy z wytłokami orłów królewskich; biblioteka Zygmunta Augusta, kilkadziesiąt cieniutkich broszur oprawnych w skórę z włóczniami Zamoyskich – to inkunabuły polskie, krakowskie druki, wśród których są liczne unikaty, kilkanaście rękopisów ilustrowanych, cała ściana archiwum hetmana Zamoyskiego. [...]
Trzeba się śpieszyć, kierowca samochodu twierdzi, że widział w pobliżu Niemców, którzy podpalają resztki ocalałych piwnic. Mogą tu być lada chwila. [...]
Bilans akcji („Biuletyn Informacyjny”, 18 grudnia 1944 roku):
[...] z Biblioteki Narodowej wywozi się przede wszystkim polonica, a z Biblioteki Uniwersyteckiej najnowsze książki naukowe (po r. 1930), russica i baltica oraz wszystko, co pozostało jeszcze z Biblioteki Zamoyskich. Do 2 XII włącznie wywieziono ogółem 4 kryte wagony książek o pojemności 15 ton każdy – razem 120 000 książek. W tym trzy czwarte poloników. Z Biblioteki Narodowej wywieziono między innymi katalogi, materiały bibliograficzne, dużo czasopism, spuścizny kilku polskich uczonych (np. Krzywickiego) i prawie cały gabinet historii literatury polskiej (tzw. Korbutianum), z Biblioteki Uniwersyteckiej wybór starszych druków polskich, czasopisma warszawskie, czasopisma naukowe niemieckie (około 20%). W piwnicy Biblioteki Uniwersyteckiej zabezpieczono około 50% zawartości biblioteki, gros księgozbioru czytelni i wydawnictw polskich towarzystw naukowych i kolekcją podręczników uniwersyteckich. Z Biblioteki Zamoyskich wywieziono wszystko, co ocalało, m. in. zdeponowaną tam korespondencją Orzeszkowej. Ogólnie można powiedzieć, że istnieje nadzieja, iż uda się uratować najcenniejszy zrąb tego, co ocalało po bitwie warszawskiej z Biblioteki Uniwersyteckiej i Narodowej. Ewakuacja bibliotek ma być zakończona do dnia 20 XII.
Stanisław Kopf, Sto dni Warszawy, Książka i Wiedza 1975, s. 58–64, 67–68.

O akcji ratowania dóbr kultury z Warszawy zob. Krzysztof Dunin-Wąsowicz, Warszawa w latach 1939–1945, PWN 1984, s. 360–362

Tagi , , , | 16 Komentarzy

Embarras de richesse
(Mariola Zaczyńska, „Kobieta z Impetem”)


Sądząc po „Kobiecie z Impetem”, Mariola Zaczyńska lubi opowiadać barwne, złożone historie rozgrywające się w scenerii, którą dobrze zna – w tym wypadku w Siedlcach i okolicach, aż do białoruskiej granicy. Lubi zwierzęta i przejmuje się ich losem. Tworzy bohaterów, których chętnie poznałoby się lepiej i polubiło (lub nie), gdyby tylko miało się taką szansę, gdyby nie przemykali przed naszymi oczami w szalonym pędzie od epizodu do epizodu. A jest ich spora gromadka: fotograf zwierząt Mikołaj, mimo licznych sukcesów, pozostaje ciepłym facetem, który martwi się problemami swoich chrześniaków; celebryta Janusz, aspirujący do gwiazdki Michelina restaurator, jest w gruncie rzeczy spragniony ciepła i akceptacji; dynamiczna Olga zmaga się z demonami przeszłości i nawet najnormalniejsza z tego towarzystwa, Irena, ma swoje tajemnice, nieułożone stosunki z matką i obawy związane z dziećmi. Do tej grupy przyjaciół należy jeszcze para neurotyków: bibliotekarka Regina i malarz Ignacy. Już problemy tego towarzystwa z nawiązką wypełniłyby spory tomik. Autorka jednak dokłada do tego wątek kryminalny i początkującą policjantkę aspirant Zuzannę Brodzik (również po przejściach osobistych). Nic w tym nagannego, porządna zbrodnia i życiowo-romansowe perypetie mogą stanowić apetyczną mieszankę – pod warunkiem jednak, że zachowane zostaną właściwe proporcje składników.

A tu właśnie zaczyna się mój problem z tą książką – problem nadmiaru. Prawdziwy embarras de richesse. Wszystkiego robi się za dużo: bohaterów i wątków, co powoduje pobieżne ich traktowanie. Złapałem się w pewnym momencie na tym, że skupiam się nie na akcji, ale na przesuwaniu fabularnych klocków i zamaszystym cięciu wyimaginowanymi nożycami. I na złoszczeniu się, że masa świetnego materiału nie doczekała się takiego dopracowania, na jakie zasługiwała. Każdy bowiem bohater i każdy wątek sam w sobie ma potencjał, rozbudowany i pogłębiony dałby punkt wyjścia do pokazania jakiejś życiowej sytuacji czy problemu. Weźmy taką Olgę, bizneswoman usiłującą utrzymać się na powierzchni w obliczu kryzysu, z problemami uczuciowymi, skłonnością do alkoholu i tatusiem, który objawił się po kilkudziesięciu latach. Albo Irena, zdecydowanie najbardziej rozbudowana postać: kobieta po przejściach, a mimo to dość pozbierana (które to wrażenie psuje absurdalny romans, w jaki się wdała – chociaż z kolei jej kochanek wnosi nieco humoru). Porządkowanie stosunków z matką, zamartwianie się popsutymi relacjami między własnymi dziećmi Ireny i dochodzenie do konkluzji, kto jest mężczyzną jej życia, spokojnie udźwignęłoby książkę. Na okrasę mielibyśmy barwnego Janusza z jego huśtawkami nastroju i wątek kryminalny.

I takiego wątku kryminalnego, jak mogę sądzić z mojej nader pobieżnej znajomości najnowszych kryminałów, jeszcze nie było. Chodzi bowiem o przemyt egzotycznych i niebezpiecznych zwierząt i zagrożenia, jakie niesie to nie tylko dla poszukiwanego przez kolekcjonerów „towaru”, ale i dla ludzi. Niektóre sceny godne są thrillera; na okładce powinno widnieć ostrzeżenie: „Jeśli boisz się pająków, nie sięgaj po tę książkę”. Wątek ten angażuje kilkoro z bohaterów w wystarczającym, moim zdaniem, stopniu, by urozmaicić fabułę. Wprowadzenie więc do niej początkującej policjantki Zuzanny uważam za niepotrzebne.

Niepotrzebne już choćby z tego powodu, że w gęstwinie bohaterów i wątków aspirant Brodzik nie może się rozwinąć. A to, co autorka o niej pisze, jest bardzo interesujące: ucieczka z rodzinnych stron przed niechcianym uczuciem, pierwsze kroki w śledztwie, próba urządzenia się w nowym miejscu – aż się prosi o więcej detali, scenek z komisariatu, technicznej strony dochodzenia. Zuzanna, moim zdaniem, to doskonała bohaterka dla całego kryminalnego cyklu osadzonego w siedleckiej scenerii. Do tego nieco perypetii osobistych, dawka humoru – i ja bym to kupił. Szczególnie jeśli znalazłoby się więcej miejsca dla psa Impeta i pana majstra. Oraz więcej lokalnych widoków, smaków i smaczków. Nie wątpię, że byłoby z czego czerpać.
Siedlce w powieści zasługują na więcej niż tylko wzmianka o więzieniu w centrum.

Lubię dobrze skrojone powieści rozrywkowe i wiele razy narzekałem na blogu, że zbyt liczne wątki i zwichnięta konstrukcja pozbawiają mnie w mniejszym lub większym stopniu przyjemności czytania (tak było choćby przy okazji kolejnych części „Felixa, Neta i Niki” Rafała Kosika czy „Pl-Boya” Marcina Szczygielskiego). Z opinii znalezionych w sieci wynika, że „Kobieta z Impetem” mało kogo uwiera do tego stopnia, by bawił się w prucie i fastrygowanie na nowo powieściowej materii. Ja też nie robiłbym tego, gdybym nie widział potencjału i w autorce, i w jej historii. Pisarski temperament trudno jest powściągnąć, żal wycinać bohaterów czy sceny, warto jednak pamiętać, że „less is more”. Tak jak w kuchni – nie zawsze wszystkie składniki do siebie pasują. To, co dobre samo w sobie, niekoniecznie musi smakować w zestawieniu z innym smakołykiem. W literaturze podobnie: suma dobrych, ciekawych wątków nie musi dawać dobrej i ciekawej powieści.

A o cyklu o aspirant Brodzik pisałem jak najbardziej serio. Może mieć Sandomierz ojca Mateusza, mogą mieć Siedlce śledczą Zuzannę. Z Impetem. I z impetem.


Mariola Zaczyńska, Kobieta z Impetem, Prószyński i S-ka 2014.

Tagi | 24 Komentarzy

Gdzie biskup nie może, tam mniszkę pośle
(Borys Akunin, „Pelagia i biały buldog” oraz „Pelagia i Czarny Mnich”)


Zawołże to ziemia odległa od gwaru i pośpiechu stołecznego. Żyje się tam jak u Pana Boga za piecem, trzymając się starych obyczajów. „Nawet wilki w lasach tutejszych dla obfitości pożywienia wyraźnie tłustsze są i bardziej leniwe niż w innych guberniach”.

Jest to też świat do szpiku kości tradycyjny i patriarchalny, przynajmniej w teorii:
Mężczyzna to niby jedynka, a kobieta – zero. Kiedy każde żyje z osobna, to on wart jest niewiele, ona zaś w ogóle nic, ale wystarczy, by wzięli ślub, i powstaje pewna nowa liczba. Jeśli żona jest udana, to staje za jedynką i jej siłę powiększa dziesięciokrotnie. A jeśli kiepska, to pcha się naprzód i tyleż razy mężczyznę osłabia, zamieniając w zero i jedną dziesiątą.
Rzeczywistość jednak rozmija się z teorią. Nie dość, że i na sielankowym Zawołżu zdarzają się przestępstwa, to na dobitek – jeśli zawiedzie policja – ich wyjaśnianiem zajmuje się kobieta, cicha współpracowniczka biskupa Mitrofaniusza.
Gdyby tak mimochodem ktoś na nią spojrzał, powiedziałby: młodziutka panna – twarz czysta, o miłym owalu, budząca sympatię i z pozoru naiwna. Ale to mylne wrażenie brało się z zadartego nosa i uniesionych zdziwieniem brwi, a ciekawskie, okrągłe, ciemne oczy patrzyły zza takichże okrągłych okularów wcale a wcale nie prostodusznie i widać było po tych oczach, że to nie żadna dzierlatka: i nacierpieć się zdążyła, i pożyć, i porozmyślać o tym, co przeżyła. 
Na co dzień rudowłosa i piegowata siostra Pelagia uczy gimnastyki w szkole dla dziewcząt; sprawność fizyczna przydaje jej się w najmniej spodziewanych momentach. Cieszy się zaufaniem biskupa Mitrofaniusza, który docenia jej inteligencję i bystre spojrzenie. A także łatwość, z jaką potrafi się przedzierzgnąć w atrakcyjną światową damę. Czego nie dowie się niepozorna mniszka, niemal niedostrzegalna dla otoczenia, to przejrzy jej bardziej pewne siebie alter ego.

Znalezienie dwóch bezgłowych ciał na brzegu rzeki burzy spokój całej guberni; śmierć białych buldogów pani Tatiszczewej burzy natomiast spokój Mitrofaniusza, gdyż poszkodowana jest jego ciotką i domaga się pomocy w odkryciu sprawcy psiobójstwa. Bezgłowymi zajmuje się policja, psami zaś z polecenia władyki ma się zająć Pelagia, która wyrusza do majątku biskupiej ciotki. Oj, nie jest Pelagia zadowolona z tego zadania, bo ma się buldogami zajmować, podczas gdy w atmosferze wisi coś naprawdę niedobrego, czym warto by się zainteresować. Całe Zawołże zelektryzowała bowiem wieść o przyjeździe inspektora ze stolicy, który wprowadza dodatkowy ferment w prowincjonalnych umysłach. Ledwie zaś uda się uspokoić wzburzone umysły i wyjaśnić zagadkowe wydarzenia, a już spada kolejna plaga – widmo Czarnego Mnicha nawiedza doskonale prosperującą wyspę klasztorną, odstraszając pielgrzymów i podkopując dobrobyt mniszego udzielnego księstewka.


Akunin wnika w umysły prowincjonalne i opisuje lokalne koterie, salony, intrygi i gierki z prawdziwą finezją, jak godny następca Gogola (a co najmniej zręczny naśladowca). Weźmy chociażby utrzymaną w tonie humorystycznym analizę dwóch rywalizujących stronnictw, które trzęsły miastem gubernialnym: jednemu przewodziła żona gubernatora, drugiemu zaś żona pocztmistrza (to tyle w kwestii lokalnego patriarchatu). Obie damy, żelazną ręką kontrolujące swych małżonków, konkurowały zajadle ze sobą i uchodziły za osoby niezależne i wpływowe. Widać jednak nie do końca tak było, skoro bez trudu omotał je przybyły ze stolicy zręczny manipulator.

Albo taki światek duchownych: klasztor na wyspie to prawdziwe miniimperium z własnym absolutnym władcą, perfekcyjnie zorganizowane i zdecydowanie mizoginiczne. Chociaż wystarczy odpowiednio wysoki datek, by archimandryta, przełożony klasztoru, zgodził się łaskawie przyjąć każdą grzesznicę. Dla kontrastu na wyspie funkcjonuje też bardzo nietypowy szpital dla psychicznie chorych, co znakomicie uatrakcyjnia fabułę.

Akunin ma dar tworzenia postaci – nie tylko pierwszoplanowych, jak Pelagia i Mitrofaniusz, ale i drugoplanowych, czy wręcz zupełnie pobocznych. Mamy więc wysokich dygnitarzy gubernialnych: gubernatora, policmajstra, prokuratora, ich małżonki, przeora klasztoru na wyspie, namiętną księżniczkę, barwnych pacjentów psychiatry Korowina i jego samego. Jest stara generałowa Tatiszczewa (i jej buldogi, same w sobie warte wzmianki, jako perfekcyjne okazy „faflastości, płaskomordzia i ślinowatości”), stołeczny inspektor Bubiencow i jego pomagier. Nie sposób się z nimi nudzić.

Akunin umiejętnie zmienia tempo akcji i klimat. W „Białym buldogu” wydarzenia toczą się jak to zwykle na prowincji: to przyspieszają, to zwalniają, meandrując niczym Wołga, przepływająca przez okolicę. Czytelnik niecierpliwie wypatrujący rozwiązania kryminalnej zagadki może się zżymać na wykłady biskupa Mitrofaniusza o dobrym rządzeniu, chociaż wiele one mówią o samym władyce i świetnie charakteryzują gubernię. Nagrodą będzie jednak kilka prawdziwie emocjonujących epizodów. „Czarny mnich” jest natomiast bardziej powieścią grozy, z nocnymi wędrówkami w nawiedzone miejsca i zjawami. Atmosferę niesamowitości podsyca nie tylko mroczna sceneria, ale i niepewność, która z postaci jest niewinnym obywatelem, a która pacjentem kliniki psychiatrycznej.

Akunin zrobił wszystko, by „kryminał prowincjonalny”, jak głoszą okładki, nie był prowincjonalnie monotonny, ani też by nie był wyłącznie kryminałem. Licząc na przyjemne zaskoczenie tomem trzecim, deklaruję się jako wielbiciel siostry Pelagii.

Borys Akunin, Pelagia i biały buldog, tłum. Wiktor Dłuski, Noir sur Blanc 2004.
Borys Akunin, Pelagia i Czarny Mnich, tłum. Wiktor Dłuski, Noir sur Blanc 2004.


Tagi , | 38 Komentarzy

Czytajcie „Położną”!
(Jennifer Worth, „Zawołajcie położną”; „Shadows of the Workhouse”; „Farewell to the East End”)


On weterynarz, ona – pielęgniarka i położna; on zaczynał swą zawodową karierę w latach trzydziestych w górach na północy Anglii, ona – w latach pięćdziesiątych w najuboższej dzielnicy Londynu. Oboje mieli dar obserwacji i lekkie pióro; oboje wbrew wszelkim codziennym trudnościom i frustracjom kochali swoją pracę, oddani byli swoim pacjentom, których mogli nie lubić – bez względu na to, czy chodziło o złośliwego knura, czy niedomytą, krzykliwą kobietę – ale którym zobowiązali się pomagać. U obojga też widać zachwyt życiem w rozmaitych jego przejawach. James Herriot doczekał się godnego następcy. A raczej, precyzyjnie mówiąc, następczyni.

Jennifer Worth była już pielęgniarką, kiedy postanowiła zdobyć również kwalifikacje położnej w (jak sądziła) małym, prywatnym szpitalu w londyńskiej dzielnicy dokerów, Poplars. Ku jej zdziwieniu prywatna placówka okazała się klasztorem; zamieszkujące go zakonnice od końca XIX wieku niosły pomoc medyczną i położniczą najuboższym mieszkańcom, których nie stać było nawet na chleb, o lekarzu nie wspominając. Porody domowe były tu normalnością, wizja szpitala wywoływała grozę wśród ludzi wciąż pamiętających brudne umieralnie z przeszłości i wiktoriańskie przytułki. Zakonnice i ich współpracowniczki wprowadzały nowe standardy w opiece nad ciężarnymi (rzecz wcześniej tu niespotykana) i podczas porodów (począwszy od zapewnienia specjalnych pakietów z materiałami sanitarnymi).

Wraz z kilkoma świeckimi koleżankami Jennifer pod okiem sióstr zaczyna swoją praktykę. Zgłębia tajniki położnictwa, a równocześnie nieustannie poznaje toczące się wokół niej życie stołecznych slumsów: zatłoczonych ponad miarę, pozbawionych bieżącej wody i kanalizacji, a niekiedy nawet ogrzewania. Poznaje ich mieszkańców: tych mających pracę i bezrobotnych, spokojnych i brutali, trzeźwych i pijanych, czystych i brudasów. Każde wezwanie do porodu oznacza wejście w nową ludzką historię; zazwyczaj typową dla okolicy, niekiedy jednak odsłaniającą przed Jennifer i jej koleżankami jakiś nowy wymiar ludzkiej egzystencji.
 
Dzieci z East Endu w ruinach zbombardowanego domu.
W trzech tomach swych wspomnień Worth zbiera historie, które szczególnie zapadły jej w pamięć. Trzeba przyznać, że i czytelnik nie może długo zapomnieć o zwariowanej siostrze Monice Joan, o perfekcyjnym angielsko-hiszpańskim małżeństwie, które odkryło tajemnicę idealnego pożycia, czy o dziewczynie dwudziestu jeden marynarzy. Jak w życiu – dramat przeplata się ze śmiechem, ktoś się rodzi, a ktoś umiera, jednym się wiedzie, innym świat wali się na głowę. Zakonnice i położne zazwyczaj są tylko świadkami, i to przelotnymi. Przychodzą odebrać poród albo zająć się chorym i odchodzą. Odgrywają małą rolę w opowieści, której początku i końca nigdy nie poznają, chyba że w wyjątkowych okolicznościach.

Kiedy niedawno w antologii reportażu polskiego czytałem tekst o położnej, która prowadziła po wojnie pionierską działalność na zabitej dechami wsi, kiwałem głową nad naszym zapóźnieniem cywilizacyjnym. Okazuje się jednak, że rzeczywistość polskiej wioski i londyńskich slumsów niezbyt się różniła – fatalne warunki higieniczne, słaba świadomość, jak powinna wyglądać opieka nad ciężarną i noworodkiem, opór przed przyjmowaniem porodu przez fachową siłę, a nie babkę, sąsiadkę czy „znającą”... Książki Worth są więc też pożyteczną lekcją historii społecznej Anglii; pozwalają wniknąć w nieznany świat cockneyów, ich codzienne życie, zwyczaje, łączące ich więzi, codzienne problemy – biedę i bezrobocie, ale i występujące wśród nich patologie – alkoholizm, przemoc domową, przestępczość, prostytucję. Świat pod wieloma względami niezmieniony od czasów Dickensa.

Jennifer Worth w zakończeniu „Zawołajcie położną” potwierdziła, że wzorem dla niej były książki Jamesa Herriota. Chciała wprowadzić położne na karty literatury. W pełni jej się udało (na dodatek, sądząc po liczbie wspomnień pielęgniarek i położnych, jakie można znaleźć w anglojęzycznych księgarniach, pociągnęła za sobą całą rzeszę naśladowczyń). Cały cykl, że użyję banału, po prostu wciąga. Zacząłem pierwszą część i oprzytomniałem pod koniec trzeciej. Z tym światem i zaludniającym go postaciami trudno się rozstać, mimo iż czasem mowa jest o sprawach bardzo bolesnych, jak wiktoriański system przytułków i tamtejszych metod wychowawczych, tragiczne losy dotkniętych gruźlicą Mastertonów, pokątne aborcje czy pozbywanie się niechcianych dzieci.
 
Położna podczas wizyty, East End, Londyn, lata pięćdziesiąte.
Worth zmienia nastroje, prowadzi nas od postaci do postaci, od epizodu do epizodu, nie tracąc rytmu, chociaż zdarzają się drobne, konieczne powtórzenia pewnych detali. Używa nieskomplikowanego języka, a mimo to świetnie oddaje wszelkie subtelności. Trzeba też przyznać, że obcując na co dzień z narodzinami i śmiercią potrafi pisać o nich bez patosu i zawsze znajduje właściwe słowa. Używa też, oczywiście, mnóstwa medycznej terminologii, a także cockneya i oddaje specyfikę miejscowego akcentu. Mając porównanie oryginału i polskiego przekładu, muszę złożyć wyrazy uznania i zawodowej zawiści Marcie Kisiel, która nie zagubiła żadnej z cech języka autorki. Mam też nadzieję, że dwa kolejne tomy wspomnień Jennifer Worth szybko ukażą się po polsku, bo już nabrałem ochoty na powtórkę.

Jennifer Worth, Zawołajcie położną, tłum. Marta Kisiel-Małecka, Wydawnictwo Literackie 2014.
Jennifer Worth, Shadows of the Workhouse, HarperCollins 2013.
Jennifer Worth, Farewell to the East End, HarperCollins 2013.

Tagi , , | 38 Komentarzy

Księgozbiory polskie, cz. 2: Gabinety lektury


Kilka słów o historii prywatnych wypożyczalni i czytelni warszawskich. Bez względu na okres czytelnicy bardzo nie lubili zwracać pożyczonych książek. Tekst dotyczy Warszawy, więc dla równowagi ilustracje z innych miast i miasteczek, gdzie również rozwijały się podobne instytucje.
Zwyczaj płatnego wypożyczania książek rozpowszechnił się w XVIII wieku we Francji. W Warszawie pierwszą wypożyczalnię zwaną czytelnią, albo gabinetem lektury (z francuskiego cabinet de lecture) założył w 1768 Michał Gröll; „posiadając w swej Księgarni na Marywilu niezmierny zasób dzieł ówczesnej beletrystyki zagranicznej — jak pisze jego biograf — pierwszy u nas ożywił czytelnictwo przez wprowadzenie wypożyczania książek”. Wśród wypożyczanych książek były nie tylko romanse i powieści, ale również dzieła naukowe, o czym świadczą zamieszczane w prasie spisy „książek wypożyczonych i po upływie kilku lat nie oddanych, o zwrot których księgarz przez pisma publiczne usilnie upraszał”. 
Dużym powodzeniem cieszył się otwarty w 1778 r. „gabinet lektury” przy księgarni Józefa Lexa, początkowo na Długiej, później na Senatorskiej, a następnie na Lesznie.
 

Dziesięć lat później w 1788 r. Fryderyk Pfaff, sąsiad Grölla z Marywilu, otworzył wypożyczalnię dzieł obcojęzycznych francuskich, a zwłaszcza niemieckich. Jednak interes Pfaffa szedł kulawo z powodu braku czytelników („Niemcy osiadli w Warszawie dla rzemiosł swych — pisał autor Podróży Inflantczyka Fryderyk Schulz — mają co innego do roboty aniżeli czytanie”). [...] 
Inny charakter miała czytelnia Jana Potockiego. Była to czytelnia w dzisiejszym znaczeniu tego słowa. Jej opis zostawił F. Schulz: „Jan Potocki urządził u siebie czytelnię dla wszystkich otwartą. Kazał wyporządzić trzy piękne obszerne pokoje w bocznym skrzydle swego pałacu, opatrzył je w krzesła, stoły, potrzeby do pisania i mnóstwo krajowych i zagranicznych gazet, broszur. Paru jego ludzi zawsze stało w pogotowiu i można było z rana lub po obiedzie w pewnych godzinach jakiś czas tu spędzić”. [...]
 
Jakie były warunki wypożyczania książek? Zachował się prospekt gabinetu do czytania krakowskiego księgarza Jana Maja z r. 1791: „Wolno będzie abonowanym brać książki do siebie — czytamy w nim — ale pod kondycją, żeby je często oddawali i niechaj się nikt nie uraża, że bez względu na osobę każdy biorący książkę będzie musiał jej wartość zostawić dopóty, dopóki jej nie odda. Nie będzie zaś wolno nikomu dłużej nad wymówiony sobie czas książki trzymać, a to dlatego, żeby drudzy na tym nie cierpieli...” [...]
 
Abonenci rekrutowali się niemal wyłącznie z warstw oświeconych. Wypożyczano przede wszystkim książki obcojęzyczne. „Księgarze — pisze prof. K. Świerkowski — ogłaszali drukiem katalogi swych wypożyczalń. Na katalogach niemieckich figurował napis «Leihbibliothek», na francuskich «cabinet de lecture». Kiedy zrodził się popyt na książki polskie... wraz z zapożyczeniem innych terminów francuskich przetłumaczono „«cabinet de lecture» na «czytelnię», nie zaś na «wypożyczalnię, o którą właśnie chodziło. I tak już zostało. Terminologia ta przetrwała dłużej niż wiek cały”. [...]
 

W r. 1802 prasa doniosła o otwarciu przy księgarni Walentego Nawarskiego na Świętojańskiej „gabinetu czytania”, w którym za odpowiednią opłatą można było „czytać na miejscu książki francuskie i polskie oraz prasę krajową”. Ale księgarnia Nawarskiego została zamknięta w 1803 r. Podobnie kilka innych wypożyczalni uruchomionych w początku ubiegłego wieku nie przetrwało dłużej niż dwa, trzy lata. [...] Na ogół jednak w czasach Królestwa Kongresowego powstaje niewiele nowych czytelni [...].

Pewne ożywienie następuje w latach trzydziestych po likwidacji Towarzystwa Przyjaciół Nauk i zaniknięciu Uniwersytetu. Wobec zastoju na rynku wydawniczym i zmniejszonej sprzedaży książek niemal przy wszystkich księgarniach prowadzone są wypożyczalnie. [...] Z czasem jednak w miarę ożywienia koniunktury i rozwoju większych przedsiębiorstw księgarsko-wydawniczych, wypożyczalnie odgrywają coraz mniejszą rolę. Tak np. znany księgarz-wydawca S. Orgelbrand otwartą w 1840 r. czytelnię książek polskich zamyka w r. 1851. Najdłużej, bo ponad siedemdziesiąt lat czynna była wypożyczalnia przy księgarni Sennewalda.
 

W latach osiemdziesiątych coraz częściej zaczynają się pojawiać w Warszawie wypożyczalnie jako placówki samodzielne, nie związane z księgarniami. Wtedy też wchodzi w użycie nazwa „wypożyczalnia”. Po raz pierwszy użyła jej ponoć w swym katalogu Maria Dzierżanowska dopiero w r. 1886. [...] W stosunkowo krótkim czasie „wypożyczalnia” zdobywa prawo obywatelstwa, nie wypierając jednak dawnej „czytelni”. [...] Owe prywatne wypożyczalnie czy czytelnie odgrywają dużą rolę w życiu kulturalnym Warszawy. Z roku na rok rośnie ich liczba.
 
Największą popularnością cieszyła się na przełomie wieków „Czytelnia Powszechna” sióstr Marii i Jadwigi Zaborowskich na ul. Mazowieckiej 11. Właścicielki — jedne z pierwszych kobiet w Polsce z wyższym wykształceniem — potrafiły zgromadzić ok. 20 tys. książek w sześciu językach i stworzyć księgozbiór, który poza beletrystyką obejmował dzieła naukowe z różnych dziedzin. Nic więc dziwnego, że oprócz normalnej klienteli szukającej nowości beletrystycznych z czytelni sióstr Zaborowskich korzystali dziennikarze, literaci i elita intelektualna Warszawy. Czytelnię sióstr Zaborowskich wspominają niemal wszyscy autorzy pamiętników. Ostatnio przypomniał ją prof. Tatarkiewicz w Zapisach do autobiografii. Wygląd czytelni na Mazowieckiej i nastrój w niej panujący opisała w drugim tomie wspomnień o dawnej Warszawie Jadwiga Dmochowska: „Czytelnia mieściła się w drugiej poprzecznej oficynie głębokiego podwórza... Prowadziły do niej wąskie schody... Lokal składał się z dużych, ale niskich pokoi. W pierwszym była kancelaria, gdzie załatwiało się sprawy zapisu, kaucji, opłat miesięcznych i gdzie na stołach leżały drukowane co parę lat katalogi, podzielone na «działy» i «języki». Na osobnym stoliku leżały nie objęte katalogiem «nowości»... W pokojach zastawionych półkami panował zawsze półmrok... Oświetlały je początkowo lampy naftowe, z czasem wprowadzono elektryczność, ale słabe żarówki, ocienione stereotypowym zielonym krążkiem z blachy nigdy nie rozpraszały cienia”.
 
Wypożyczalnie prywatne przez szerzenie czytelnictwa w średnio zamożnych warstwach społeczeństwa, zwłaszcza wśród inteligencji — odegrały ważną rolę w życiu kulturalnym miasta. [...]
Olgierd Gustawski, Echa minionej Warszawy, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe 1989, s. 79-83.

Tagi , , , | 23 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.