Gdzie biskup nie może, tam mniszkę pośle
(Borys Akunin, „Pelagia i biały buldog” oraz „Pelagia i Czarny Mnich”)


Zawołże to ziemia odległa od gwaru i pośpiechu stołecznego. Żyje się tam jak u Pana Boga za piecem, trzymając się starych obyczajów. „Nawet wilki w lasach tutejszych dla obfitości pożywienia wyraźnie tłustsze są i bardziej leniwe niż w innych guberniach”.

Jest to też świat do szpiku kości tradycyjny i patriarchalny, przynajmniej w teorii:
Mężczyzna to niby jedynka, a kobieta – zero. Kiedy każde żyje z osobna, to on wart jest niewiele, ona zaś w ogóle nic, ale wystarczy, by wzięli ślub, i powstaje pewna nowa liczba. Jeśli żona jest udana, to staje za jedynką i jej siłę powiększa dziesięciokrotnie. A jeśli kiepska, to pcha się naprzód i tyleż razy mężczyznę osłabia, zamieniając w zero i jedną dziesiątą.
Rzeczywistość jednak rozmija się z teorią. Nie dość, że i na sielankowym Zawołżu zdarzają się przestępstwa, to na dobitek – jeśli zawiedzie policja – ich wyjaśnianiem zajmuje się kobieta, cicha współpracowniczka biskupa Mitrofaniusza.
Gdyby tak mimochodem ktoś na nią spojrzał, powiedziałby: młodziutka panna – twarz czysta, o miłym owalu, budząca sympatię i z pozoru naiwna. Ale to mylne wrażenie brało się z zadartego nosa i uniesionych zdziwieniem brwi, a ciekawskie, okrągłe, ciemne oczy patrzyły zza takichże okrągłych okularów wcale a wcale nie prostodusznie i widać było po tych oczach, że to nie żadna dzierlatka: i nacierpieć się zdążyła, i pożyć, i porozmyślać o tym, co przeżyła. 
Na co dzień rudowłosa i piegowata siostra Pelagia uczy gimnastyki w szkole dla dziewcząt; sprawność fizyczna przydaje jej się w najmniej spodziewanych momentach. Cieszy się zaufaniem biskupa Mitrofaniusza, który docenia jej inteligencję i bystre spojrzenie. A także łatwość, z jaką potrafi się przedzierzgnąć w atrakcyjną światową damę. Czego nie dowie się niepozorna mniszka, niemal niedostrzegalna dla otoczenia, to przejrzy jej bardziej pewne siebie alter ego.

Znalezienie dwóch bezgłowych ciał na brzegu rzeki burzy spokój całej guberni; śmierć białych buldogów pani Tatiszczewej burzy natomiast spokój Mitrofaniusza, gdyż poszkodowana jest jego ciotką i domaga się pomocy w odkryciu sprawcy psiobójstwa. Bezgłowymi zajmuje się policja, psami zaś z polecenia władyki ma się zająć Pelagia, która wyrusza do majątku biskupiej ciotki. Oj, nie jest Pelagia zadowolona z tego zadania, bo ma się buldogami zajmować, podczas gdy w atmosferze wisi coś naprawdę niedobrego, czym warto by się zainteresować. Całe Zawołże zelektryzowała bowiem wieść o przyjeździe inspektora ze stolicy, który wprowadza dodatkowy ferment w prowincjonalnych umysłach. Ledwie zaś uda się uspokoić wzburzone umysły i wyjaśnić zagadkowe wydarzenia, a już spada kolejna plaga – widmo Czarnego Mnicha nawiedza doskonale prosperującą wyspę klasztorną, odstraszając pielgrzymów i podkopując dobrobyt mniszego udzielnego księstewka.


Akunin wnika w umysły prowincjonalne i opisuje lokalne koterie, salony, intrygi i gierki z prawdziwą finezją, jak godny następca Gogola (a co najmniej zręczny naśladowca). Weźmy chociażby utrzymaną w tonie humorystycznym analizę dwóch rywalizujących stronnictw, które trzęsły miastem gubernialnym: jednemu przewodziła żona gubernatora, drugiemu zaś żona pocztmistrza (to tyle w kwestii lokalnego patriarchatu). Obie damy, żelazną ręką kontrolujące swych małżonków, konkurowały zajadle ze sobą i uchodziły za osoby niezależne i wpływowe. Widać jednak nie do końca tak było, skoro bez trudu omotał je przybyły ze stolicy zręczny manipulator.

Albo taki światek duchownych: klasztor na wyspie to prawdziwe miniimperium z własnym absolutnym władcą, perfekcyjnie zorganizowane i zdecydowanie mizoginiczne. Chociaż wystarczy odpowiednio wysoki datek, by archimandryta, przełożony klasztoru, zgodził się łaskawie przyjąć każdą grzesznicę. Dla kontrastu na wyspie funkcjonuje też bardzo nietypowy szpital dla psychicznie chorych, co znakomicie uatrakcyjnia fabułę.

Akunin ma dar tworzenia postaci – nie tylko pierwszoplanowych, jak Pelagia i Mitrofaniusz, ale i drugoplanowych, czy wręcz zupełnie pobocznych. Mamy więc wysokich dygnitarzy gubernialnych: gubernatora, policmajstra, prokuratora, ich małżonki, przeora klasztoru na wyspie, namiętną księżniczkę, barwnych pacjentów psychiatry Korowina i jego samego. Jest stara generałowa Tatiszczewa (i jej buldogi, same w sobie warte wzmianki, jako perfekcyjne okazy „faflastości, płaskomordzia i ślinowatości”), stołeczny inspektor Bubiencow i jego pomagier. Nie sposób się z nimi nudzić.

Akunin umiejętnie zmienia tempo akcji i klimat. W „Białym buldogu” wydarzenia toczą się jak to zwykle na prowincji: to przyspieszają, to zwalniają, meandrując niczym Wołga, przepływająca przez okolicę. Czytelnik niecierpliwie wypatrujący rozwiązania kryminalnej zagadki może się zżymać na wykłady biskupa Mitrofaniusza o dobrym rządzeniu, chociaż wiele one mówią o samym władyce i świetnie charakteryzują gubernię. Nagrodą będzie jednak kilka prawdziwie emocjonujących epizodów. „Czarny mnich” jest natomiast bardziej powieścią grozy, z nocnymi wędrówkami w nawiedzone miejsca i zjawami. Atmosferę niesamowitości podsyca nie tylko mroczna sceneria, ale i niepewność, która z postaci jest niewinnym obywatelem, a która pacjentem kliniki psychiatrycznej.

Akunin zrobił wszystko, by „kryminał prowincjonalny”, jak głoszą okładki, nie był prowincjonalnie monotonny, ani też by nie był wyłącznie kryminałem. Licząc na przyjemne zaskoczenie tomem trzecim, deklaruję się jako wielbiciel siostry Pelagii.

Borys Akunin, Pelagia i biały buldog, tłum. Wiktor Dłuski, Noir sur Blanc 2004.
Borys Akunin, Pelagia i Czarny Mnich, tłum. Wiktor Dłuski, Noir sur Blanc 2004.


Tagi , . Pobierz permalink. RSS dla tego wpisu.

38 odpowiedzi do: Gdzie biskup nie może, tam mniszkę pośle
(Borys Akunin, „Pelagia i biały buldog” oraz „Pelagia i Czarny Mnich”)

  1. Bardzo, bardzo mi się podobało. Może nawet bardziej niż Fandorin.
    Na początku trochę nie mogłam się wciągnąć, ale potem - jak śliwka w kompot. ;)

    Nie sięgnęłam tylko po Pelagię i czerwonego koguta - za dużo wpadło mi w oko w recenzjach i jakoś boję się tej książki. Bardzo jestem ciekawa Twoich wrażeń z trzeciej części.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fandorin zbyt wyrafinowany, a Pelagia swoja kobitka jest :)) Mnie wchłonęło od początku, bo od razu poczułem, że to mój klimat. O kogucie będzie, bo też słyszałem, że ponoć przekombinowany i nie odpuszczę, żeby się nie przekonać.

      Usuń
  2. Zaczynam dochodzić do wniosku, że jednak bezpieczniej jest dla mnie jak piszesz rzadziej ;P mniej biegania do biblioteki tudzież księgarń ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bieganie zdrowe przecież! ;)

      Usuń
    2. Właśnie! Poza tym możesz dobiec do biblioteki i zawrócić, nie wchodząc do środka :P

      Usuń
  3. ja od dawna przedkładam Pelagię ponad Fandorina. I aż żal że to już koniec cyklu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tkwię w połowie cyklu o Fandorinie i pewnie go kiedyś skończę, ale to jednak nie to samo co Pelagia :) Mam słabość do kobiet detektywów, pannę Marple też przedkładam nad Poirota :P

      Usuń
  4. Pamiętam tę modę na Akunina kiedy byłam na studiach:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To więcej niż moda, moim zdaniem, bo jednak Akunin bardzo dobrze pisze, bez ograniczania się tylko do intrygi kryminalnej.

      Usuń
  5. Znam Pelagię dokładnie z tych samych tomów i również mogę powiedzieć, że to super kobitka.;) Bije Fandorina na głowę.
    Fabuła i sceneria palce lizać, a potyczki słowne z biskupem cudne. Może sobie przypomnę te tomy, niektórzy straszą, że ten z czerwonym kurem jest zbyt odjechany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko zależy od tego, w którą stronę Akunin kazał Pelagii odjechać :) Ja zaryzykuję na pewno.

      Usuń
    2. W stronę Chrystusa Pana.;) Mimo wszystko ja też zaryzykuję, i to z przyjemnością.

      Usuń
    3. Dla mniszki to jak najbardziej stosowny kierunek :)

      Usuń
    4. Pod warunkiem że nie kojarzy się tak jak mnie się skojarzyło. Z powieściami Anny Rice choć właściwie to już po nawróceniu więc ... ;-)

      Usuń
    5. Czyżby pojawiały się jakieś wampiry?

      Usuń
  6. Ja znam tylko Fandorina, na dodatek słabo. Znajomość zaczęła się jakiś czas temu, mocno sobie nawzajem przypadliśmy do gustu, ale życie jest pełne niezapowiedzianych wydarzeń i nasze drogi się rozeszły. Ale wrócę do niego. Na pewno. A po prowincjonalny kryminał też chętnie sięgnę.

    A tak w ogóle, to wiesz, reckę napisałeś miodzio :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fandorin jest fajny dlatego, że każdy tom jest w innej konwencji.
      Co do miodzio, to szalenie się starałem, mimo przerwy, wysoko nieść sztandar blogosfery :P

      Usuń
    2. Wiem właśnie i bardzo mnie to interesuje, ale ktoś mi miał pożyczyć, zapomniał, potem ja zapomniałam, potem ktoś zapomniał... Lecytynę muszę zacząć brać chyba, bo umysł już patrzę nie ten :)

      Sztandar blogosfery naszej niech powiewa, a kaganek niech rozjaśnia mroki ;)

      Usuń
    3. To świństwo zapomnieć, że się miało komuś pożyczyć książkę :)
      A kaganek niech rozjaśnia, byle się od niego sztandar nie zajął :P

      Usuń
  7. Wrrr... Skasował mi się komentarz!
    Stanowczo stoję po stronie Fandorina! Co za mężczyzna! Jeśli to za mało - dodaję Masę i nic więcej do szczęścia mi nie trzeba.
    Pelagia bardzo mi się podobała, ale Akunin rozczarował mnie zakończeniem w "Kogucie". Ale - jakby nie było - Akunina czyta się zawsze i wszędzie bardzo dobrze, bo niezależnie od książki - napisane jest tak dobrze, że zawsze jest mi smutno, gdy zbliżam się do ostatniej strony...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się Fandorin momentami wydawał trochę przekombinowany, ale co kto lubi :)
      Mimo to Akunina się zawsze czyta dobrze, nawet te relatywne słabizny o Magistrze.

      Usuń
  8. Widzę, że jestem w doborowym towarzystwie osób, które Fandorina, owszem, znają, ale Pelagia jest im obca. Niestety, do tego towarzystwa zalicza się też moja biblioteka. W zasadzie powinno być mi wszystko jedno, bo i tak nie mam czasu na czytanie czegokolwiek, ale po Twojej miodzio recce (to chyba jakaś nowatorska odmiana, ale co mi tam) jakoś żal...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie zawsze recki są miodzio, a na brak Pelagii w bibliotece zawsze można coś zaradzić, gdybyś znalazła czas na czytanie :)

      Usuń
    2. Zapisuję sobie w rozumie. Jak na razie na czas zanosi się po Nowym Roku, ale może wcześniej padnę trupem, to podeślesz mi do trumny:P

      Usuń
    3. Do trumny na zmarnowanie nie dam! :P

      Usuń
  9. Pokażę Kitkowi, niech wie, że mimo zakończenia dostępnych po polsku tomów Fandorina jest jeszcze dla niej nadzieja :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przesadzaj z tym pogłębianiem myśli blogowej :P

      Usuń
    2. Zdecydowanie idę w stronę tabloidyzacji :)

      Usuń
    3. Rzucając złotymi myślami? Iii tam :)

      Usuń
    4. A czyż nie była to złota myśl na poziomie Faktu?

      Usuń
    5. Biorąc pod uwagę literackie konotacje, to jednak chyba nie :)

      Usuń
    6. Konotacje? I kto tu zawyża poziom, hę?

      Usuń
    7. Z tłumaczem Google'a, to nawet obcym językiem mogę błysnąć. "Sacra populi lingua est" na ten przykład. Wraz z odcięciem od Internetu moje IQ spada w zastraszającym tempie. Zostaje tylko wrodzony urok, którym tuszuje ignorancję :P

      Usuń
    8. Wrodzony urok to podstawa, więc reszta przestaje się liczyć.

      Usuń
    9. Szarm, mój drogi, to podstawa :P

      Usuń
    10. W sensie, że masz rację. Chciałem się tylko popisać słówkiem :P

      Usuń
    11. Ponieważ masz szarm, to wybaczam skłonność do popisywania się :P

      Usuń

Swoje komentarze proszę zostawiać na nowej stronie bloga: http://zacofany-w-lekturze.pl/, tam na pewno na nie odpowiem.

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.