Archiwum stycznia 2014

Skarbiec wiedzy dziwnej, cz. 7: O wyborze żony



Znalezienie dobrej żony zawsze było problemem, nawet w odległym VII wieku p.n.e., gdy nikomu się jeszcze nie śniło o równouprawnieniu i związkach partnerskich. Grek musiał się nieźle nakombinować, żeby nie ściągnąć sobie na głowę sekutnicy albo rozpustnicy. Poeta Hezjod wyczuł rynkowe zapotrzebowanie na poradnictwo i w swym dydaktycznym poemacie „Prace i dnie” poświęcił kilka linijek wyborowi małżonki.

Miary przestrzegaj i pory właściwej we wszystkim dokładnie.
W wieku dojrzałym ci żonę do domu wprowadzić wypadnie.
Tuż po trzydziestce najlepiej założyć domowe ognisko
Albo też kiedy trzydziesty rok życia zupełnie jest blisko.
W piątym zaś roku panieństwa niech za mąż wychodzi niewiasta.
Żeń się z dziewicą; niech w dobrych postępkach przy tobie urasta.
Taką bierz zwłaszcza za żonę, co mieszka w pobliżu twej włości.
Rozejrz się dobrze, byś swoim sąsiadom nie sprawił radości.
Skarbu większego nad dobrą małżonkę wszak człek nie zdobędzie,
Ani też zła groźniejszego nad żonę przewrotną, co wszędzie
Szuka rozkoszy. Bo ona mężczyznę, choć wielkie ma siły,
Spali bez ognia i wnet go zawiedzie do progu mogiły. [...]

Ufność nadmierna jest równie zdradliwa jak brak zaufania.
Niech cię kobieta nie okpi, co tylko za strojem ugania,
Szepce ci mile do ucha, a w twoją spiżarnię się wkrada.
Bo kto kobietom zawierzył, zawierzył złodziejom nie lada.
Syna jednego wychowaj, by twoją zagrodę wziął w spadku.
Tak niezawodnie żyć będziesz w ciągle rosnącym dostatku.
 
Oblubienica prowadzona do narzeczonego.

Hezjod, Prace i dnie, tłum. W. Steffen, Ossolineum 1952, w. 695–705, 372–377.

Tagi , | 8 Komentarzy

„To wszystko świnie”
(Emil Zola, „Kuchenne schody”)




Dwudziestodwuletni Oktaw Mouret przybywa do Paryża z niewielkim kapitalikiem w kieszeni i z głową pełną wielkich planów. Zamierza podbić Paryż, a narzędziem do tego celu mają się stać kobiety. Wierzy, że je rozumie, zamierza roztaczać swój czar, a potem wykorzystywać kobiety, by osiągnąć sukces w handlu, który go pasjonuje

Na początku jednak niewiele wskazuje na to, by Oktawowi mogło się udać. Zamieszkuje w solidnej, mieszczańskiej kamienicy przy ulicy Neuve-Saint-Augustin, która każdym detalem świadczy o bogobojności i prawym życiu jej lokatorów:
Panował tu martwy spokój mieszczańskich salonów, gdzie nie dociera nawet najsłabszy podmuch zła. Rzekłbyś, że niezgłębionej cnoty strzegą te mahoniowe drzwi, piękne i błyszczące.
W miarę upływu dni Mouret zaczyna poznawać prawdziwą naturę tego małego światka: państwa z salonów i służby z kuchni. Nawiązuje romans z niepozorną panią Pichon, zaczyna bywać na przyjęciach, zawiera znajomość z kilkoma bywalcami i – rzecz jasna – bacznie wszystko obserwuje i słucha plotek. Stateczność i zamożność lokatorów okazują się równie fałszywe jak marmury na klatce schodowej. Wszędzie panuje ta sama atmosfera, a panie z towarzystwa prowadzą się tak samo jak ich służące. I czasem nawet nie są dużo czystsze od swoich pokojówek.
 
Paryska kamienica z połowy XIX wieku.
Próby nawiązania kolejnych romansów przez Moureta przeplatają się z losami rodziny Josserandów. Mimo swego ubóstwa starają się oni podtrzymywać pozory zamożności, byle tylko wydać za mąż dwie córki. Oszczędza się na jedzeniu, byle móc wydawać wtorkowe przyjęcia, suknie nicuje się przed każdym sezonem balowym, a halek nie pierze – w końcu nikt ich nie ogląda. Przytłoczony wymaganiami swej małżonki pan domu, któremu nie starcza na fanaberie, po nocach wypisuje za grosze opaski adresowe. Złapanie męża przez młodszą pannę Josserand niewiele zmienia w sytuacji rodziny. W matrymonialnych gierkach oszukują bowiem obie strony, a przykre rozczarowanie następuje po ślubie.

„Kuchenne schody” to frontalny atak na mieszczańską moralność, pełną obłudy i zakłamania, na podtrzymywanie pozorów, dbałość wyłącznie o to, by domowe brudy nie ujrzały światła dziennego. „To wszystko świnie”, ocenia swych chlebodawców jedna ze służących. Nawet ksiądz Mauduit nie różni się od swych owieczek: zawsze gładkimi pouczeniami potrafi załagodzić każdy skandal. Tylko służące wykrzykują przez kuchenne okna pełnym głosem to, o czym wszyscy wiedzą: kto z kim sypia, kto ma długi, kochankę, wstydliwą chorobę. Same zręcznie wykorzystują domową sytuację, podkradają jedzenie, przyjmują kochanków w służbowych pokoikach, demoralizują niedoświadczone dziewczyny – nie ma dla nich nic świętego. Doktor Juillerat, który doskonale zna sprawki swych pacjentów, wystawia brutalną diagnozę:
[...] kobiety: jedne to lalki bądź głupie, bądź zdeprawowane przez złe wychowanie, drugie, na skutek dziedzicznej neurozy mają zwyrodniałe skłonności i uczucia. Wszystkie puszczają się w bezsensowny, upodlający sposób, wbrew woli i bez żadnej przyjemności. Zresztą, nie okazał więcej pobłażania dla mężczyzn, tych – pod maską elegancji – drani i utracjuszów. Z pasją jakobina ogłaszał alarm dla całej mieszczańskiej klasy, rozpad i ruinę gmachu, którego zgniłe rusztowanie trzeszczy.
Dla Zoli wszyscy są równi w swej niemoralności: łajdaczą się mężczyźni i kobiety; jedni bardziej dbają o pozory, inni mniej. Część żon przymyka oczy na kochanki mężów, byle oddalić od siebie pańszczyznę małżeńskich obowiązków; inne – wobec niedołęstwa małżonków – same szukają gachów. Jednym uczciwym lokatorem w kamienicy wydaje się być stolarz, wyrzucony z mieszkania za... niemoralność, nikt bowiem nie uwierzył, że odwiedzająca go w pokoju kobieta jest jego żoną. On to podsumowuje najdobitniej atmosferę kamienicy – i szerzej – całego mieszczaństwa:
Mam po dziurki w nosie tej parszywej kamienicy! Ładne rzeczy się tu dzieją! Co za brudy! Człek nie może mieć żony u siebie, ale wyelegantowanym dziwkom na każdym piętrze wolno po kryjomu prowadzić się jak suki. Banda skurczybyków! Banda burżujów!
Oktaw Mouret z kochanką.
Sporą winę za te wszystkie zwyrodnienia zdaje się Zola przypisywać instytucji małżeństwa w ówczesnej formie, wobec której nie ma żadnych złudzeń: to cyniczny związek oparty na oszustwie, bez którego panna nie znajdzie męża, pozbawiony ciepła i zaufania. Nic zresztą dziwnego: „Ludzie nie pobierają się nigdy wedle swych upodobań... Urządzić się potem możliwie najlepiej to jeszcze najmądrzejsze”, stwierdza jednak z opisanych mężatek. O to możliwie najlepsze urządzenie dbają matki, takie jak pani Josserand, rozgrywająca matrymonialne kampanie niczym Napoleon i trzymająca swoje wojsko silną ręką niczym sierżant.

„Kuchenne schody”, jak przypuszczam, musiały wywołać skandal: nie tylko bezkompromisowym podważaniem mieszczańskiej moralności, ale i nader przejrzystymi aluzjami seksualnymi, dokładnym opisem porodu, wzmianką o dzieciobójstwie, szczegółowym przedstawieniem sposobów „łapania męża” (chociaż pewnie wszyscy je doskonale znali), soczystym językiem. Bohaterowie reprezentują raczej pewne typy potrzebne Zoli do scharakteryzowania środowiska: Oktaw – młody, ambitny, dążący do celu; Maria Pichon – bezwolna, nieciekawa kobietka; pan Josserand – zahukany pantoflarz; pani Josserand – megiera; ich córka Berta – zepsuta panna; wuj Bachelard – stary rozpustnik i pijak; ksiądz Mauduit – obłudnik; lekarz Juillerat – radykał i bezbożnik; cała gama dam: dewotka, histeryczka, chora, energiczna kupcowa; do tego służące brudne i zdemoralizowane i tak dalej. Mimo to nie ma się wrażenia papierowości postaci, każda jest odrębna, każda ma do odegrania jakąś rolę, a Zola dba o to, by nie popaść w sztampę i funduje czytelnikom sporo zwrotów akcji. Oszczędnie dawkowane są opisy, daleko tu jeszcze do orgii detali cechującej „Wszystko dla pań”; dowiadujemy się jednak dość o wnętrzach, toaletach, posiłkach, sklepach, salonach i służbówkach.

Na przykładzie kamienicy przy Neuve-Saint-Augustin pokazana jest cała sfera mieszczańska, wszędzie bowiem jest tak samo i bez względu na to, jakie burze przetoczą się przez salony i kuchnie, nic się nie zmieni. Trzeszczący gmach mieszczaństwa miał się bowiem jeszcze przez jakiś czas opierać wichrom.

Emil Zola, Kuchenne schody, tłum. Nina Gubrynowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1959 [Rougon-Macquartowie, tom 10].

Tagi | 55 Komentarzy

Na wczasach w tych góralskich lasach...
(Rafał Kosik, „Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka”)



Po stresujących przeżyciach warto się odprężyć w pięknych okolicznościach przyrody, pooddychać świeżym powietrzem i oddać słodkiemu nicnierobieniu. Szczególnie jeśli kilka dni wcześniej głowiło się, jak sprowadzić na ziemię rakietę zrobioną z rury kanalizacyjnej i zneutralizować chmary mikroskopijnych robotów. Tego właśnie rodzaju przeżycia stały się udziałem Felixa, Neta i Niki w rozbudowanym do dwóch tomów „Orbitalnym spisku”. Bohaterowie mieli więc prawo być zmęczeni.

Wyjazd na ferie w góry nie zapowiadał się sensacyjnie. Wręcz przeciwnie, wszystko miało być typowe: tani turnus z nieznanym biurem podróży, rozgruchotany autokar i niezbyt ciekawe towarzystwo w autokarze. Dopiero w przedziwnym pensjonacie „Trzy Kuzynki” stopniowo okazuje się, że na pewno nie będzie nudno. Nasza trójka od początku zarzeka się, że absolutnie nie będzie szukać nowych przygód. Pech dzieciaków polega jednak na tym, że przygody same ich znajdują. W pensjonacie zaczynają dziać się dziwne rzeczy, Nice śnią się niesamowite sny i szybko staje się jasne, że Felix, Net i Nika znowu wdepnęli w coś niezwykłego. Atmosfera mrocznieje powoli...

Zmiana scenerii i bohaterów drugoplanowych bardzo dobrze zrobiła tej książce. Pensjonat Trzy Kuzynki w odludnej okolicy, zamieszkany przez dziwaczne staruszki, od początku budzi niepokój, który narasta w miarę jak pojawiają się kolejne niewytłumaczalne zdarzenia i poznajemy elementy historii właścicielek pensjonatu. Nowych bohaterów jest cały autokar: para opiekunów młodzieży – nerwowa Olga i wyluzowany Krzysztof (typy znane doskonale każdemu, kto choć raz był na koloniach), kierowca Janusz, traktujący swoją pracę nader niezobowiązująco, oraz młodzieżowa menażeria: dwóch osiłków, niewidzący świata wokół siebie gracz, dwie chichotki, gotka w czerni, dla kontrastu jedna czerwonowłosa, jeden lizus i – co budzi szczególną niechęć trójki przyjaciół – konkurencyjna, również trzyosobowa paczka. Integracja młodzieży idzie opornie, każdy woli trzymać się na uboczu: jak się okaże, niemal wszyscy mają ku temu powody.

Tym razem Rafał Kosik z zadziwiającą konsekwencją trzymał się głównego wątku, powoli odsłaniając kolejne tajemnice pensjonatu i bohaterów i budując napięcie aż do samego finału. Tu i ówdzie, szczególnie w zakończeniu, można by się przyczepić przekombinowania, ale równie dobrze można uznać, że to cechy charakterystyczne całej serii i w końcu za to ją lubimy. Tak naprawdę niedosyt pozostawiły jedynie kreacje bohaterów drugoplanowych, traktowanych trochę jak marionetki do wygłaszania kwestii stosownych w danym momencie; różnili się od siebie jedynie akcesoriami: kolorem włosów, zamiłowaniem do pająków, nieodłącznym PSP czy podejrzaną torbą w ręku. Chyba tylko lizus Kleofas miał bardziej rozbudowany zestaw cech. To samo można wszakże powiedzieć i o kolegach Felixa, Neta i Niki ze szkoły, którzy pojawiają się w innych tomach. Szkoda jednak, że potencjał nowych postaci, szczególnie czerwonowłosej Laury, nie został wykorzystany w trochę większym stopniu.

Bez względu jednak na te utyskiwania, „Trzecia Kuzynka” to najlepszy tom od czasów „Pałacu Snu”, zwarty, z fabułą, która nie meandruje niepotrzebnie, z ograniczoną liczbą epizodów, które nie służą rozwojowi wydarzeń. Nawiązania do klasycznych powieści grozy: ponure domostwo na odludziu, dziwaczne właścicielki, odcięcie od cywilizacji, senne koszmary, tajemnicze przejścia i drzwi, samomalujące się obrazy są przyjemną odmianą po nasyconej techniką atmosferze poprzedniej części. Tym razem bohaterowie muszą sobie radzić sposobami chałupniczymi, bez używania wyrafinowanych wynalazków. Nie brakuje też humorystycznych scenek rodzajowych z życia zimowiska oraz zawirowań uczuciowych: Felix i Net nie należą do najlepszych znawców kobiecej natury.

Wyjście z utartych kolein znakomicie zrobiło cyklowi Rafała Kosika. Felix, Net i Nika raczej nie wrócą ze swoich ferii wypoczęci i zrelaksowani, za to ja z nowym optymizmem sięgnę po kolejny tom.

Rafał Kosik, Felix, Net i Nika oraz Trzecia Kuzynka, Powergraph 2012.

Tagi , | 47 Komentarzy

Podsumowania nie będzie, będzie bufet



Opada powoli fala noworocznych postanowień i podsumowań ubiegłego roku. Sam zwykle wstrzymywałem się z czytelniczą refleksją do urodzin bloga – a dziś wypadają trzecie, o ile dobrze liczę. Proszę więc wziąć sobie po kawałku tortu i zasiąść wygodnie na czas krótkiej części oficjalnej.


Krótkiej, gdyż po przejrzeniu archiwalnych zapisków muszę stwierdzić, że podsumowania nie będzie. Rok 2013 był co prawda udany pod względem liczby przeczytanych książek, ale żadna z nich nie wyróżniła się aż tak, by zostać książką roku. Były w większości dobre, nawet bardzo dobre, a mimo to na tytuł chyba żadna nie zasłużyła. Zauważywszy pod koniec wakacji, że zanosi się na taki kryzysik, przeczytałem „Grona gniewu”, żeby mieć jakiegoś pewniaka. I chociaż to jest znakomita powieść, to moje doznania tym razem były tak odmienne od zapamiętanych sprzed dwóch dziesięcioleci, że i nad wyróżnieniem dla Steinbecka się zawahałem. Nie odżyły tamte emocje, chociaż wzrósł podziw dla literackiego kunsztu autora.

Żeby jednak nie wyjść na takiego zupełnego malkontenta, postanowiłem przyznać swój tytuł autora roku Marcinowi Szczygielskiemu, którego rozwój obserwuję od lat i któremu kibicuję. Rok 2013 przyniósł dwie zupełnie różne książki: „Filipinki – to my”, barwną monografię zapomnianej grupy wokalnej, i „Arkę czasu” – opowieść dla dzieci o warszawskim getcie i o wielkim marzeniu. Mam jeszcze do nadrobienia kilka zaległości i już się na nie cieszę.



To może wystarczy już tej celebry, zapraszam wszystkich do bufetu na małą przekąskę i na lampkę szampana.


Tagi , | 91 Komentarzy

„Człowiek przyjemnie jednoznaczny”
(„Akademia Pana Brzechwy”)



Roku czytania biografii nie wymyśliłem tak całkiem bezinteresownie. Chciałem się w ten sposób zmobilizować do napisania o kilku przeczytanych książkach, które być może wstawiłbym na półkę bez poświęcenia im chociaż kilku słów. A tak, to proszę: jest cel, jest i motywacja, więc przedstawiam pierwszą z zeszłorocznych zaległości.

Jan Brzechwa, prawnik z wykształcenia, chciał zabłysnąć jako poeta, w końcu pokrewieństwo z Bolesławem Leśmianem zobowiązywało. Zadebiutował wierszem w wieku piętnastu lat, ostatecznie jednak, niejako wbrew sobie, skupił się na twórczości dla dzieci, która przyniosła mu nie tylko miłość małych czytelników, ale i upragnioną sławę, i stabilność finansową. Sam żartował, że pisanie dla dzieci jest dla niego sposobem, by trafiać do ich... matek:
Wiadomo przecież od stuleci,
że taki rzeczy jest porządek:
do matek trafia się przez dzieci
tak jak do mężczyzn – przez żołądek.
Czy to uwłacza matkom miłym?
No cóż, przyznaję się: zgrzeszyłem.


Lubię twarzyczki wasze młode
i często sobie wyobrażam
wasz wdzięk i powab, i urodę,
i mimo woli się rozmarzam.
A gdy marzenie mnie kołysze,
wtedy dla dzieci wiersze piszę.
„Akademia pana Brzechwy” to typowy zbiór wspomnień – najpierw siostra przedstawia dom rodzinny przyszłego bajkopisarza, a potem żona, przyjaciele, koledzy i współpracownicy dorzucają własne historie, anegdoty, charakterystyki. (Grono autorów jest zresztą wyborne. Jak napisała Stefania Grodzieńska: „Powiedz mi, kto napisał o tobie wspomnienie pośmiertne, a powiem ci, kim byłeś”. Stosując to kryterium, możemy uznać, że Jan Brzechwa był wielkością niekwestionowaną).

Z tych wszystkich materiałów wyłania się Jan Brzechwa jako wybitny znawca prawa autorskiego, niespełniony poeta, uwielbiany bajkopisarz, człowiek szarmancki, czuły na damskie wdzięki, smakosz i miłośnik kart. Jednym słowem, jak stwierdziła redaktor Irena Szymańska, „człowiek przyjemnie jednoznaczny”, życzliwy, pogodny, taktowny, upiornie pracowity i obdarzony wielkim poczuciem humoru. Nawet pieniądze tracił z wdziękiem i jednego nie znosił nade wszystko – nudy.

Młode matki, dla których ponoć pisał Brzechwa, chyba wolałyby nie wiedzieć, w jakich okolicznościach rodziły się pomysły na utwory dla dzieci. Takie „Opowiadał dzięcioł sowie” to rezultat suto zakrapianej kolacji, podczas której pijany w drzazgi działacz spółdzielczy zamówił książkę propagującą spółdzielczość u równie pijanego poety i niewylewającego za kołnierz ilustratora. Jak podsumował ów rysownik, Eryk Lipiński: „Książeczka ta może służyć nie tylko dzieciom, ale przeciwnikom prohibicji jako niezbity dowód pożytków wynikających z picia wódki w dobrym towarzystwie”. 

Pan Kleks, rys. Jan Marcin Szancer, 1963 rok.
Wspomnienia te czyta się trochę jak jedną z baśni Brzechwy. Rzadko się bowiem zdarza, by nawet w tego rodzaju publikacjach – z definicji mających nieco hagiograficzny charakter – panowała powszechna zgodność co do charakteru bohatera i taka temperatura uczuć wobec niego (oraz równie wysoki poziom literacki). Mnie w pamięć zapadł szczególnie tekst Seweryny Szmaglewskiej, bardzo osobisty i pokazujący nie tylko Brzechwę jako prezesa łódzkiego oddziału Związku Literatów Polskich, ale przede wszystkim jako mentora młodej pisarki, który zachęcał ją do pracy nad „Dymami nad Birkenau” i przeprowadzał przez czyhające po drodze debiutantki pułapki.
  
Przyjemna jednoznaczność bajkopisarza bywa współcześnie podważana, co jakiś czas na nowo budzi bowiem kontrowersje aktywność Brzechwy w okresie stalinowskim. Autorzy wspomnień z dyskrecją przemykają się nad tą kwestią. Chyba tylko Ryszard Matuszewski napisał o tym ciut więcej: „Janek nie był typem opozycjonisty [...]. Nie wstydził się też wierszy pełniących funkcje wyraźnie usługowe: od tego był mistrzem w pisarskim rzemiośle, żeby umieć napisać na odgórne zamówienie również tren, pean czy panegiryk”. Tego typu utwory pisał zresztą i przed wojną: wydał w 1938 roku tom „Imię wielkości. Wiersze o Józefie Piłsudskim”. Nie wypierał się go nigdy, tak samo jak nie wypierał się o trzynaście lat późniejszych „Strof o Planie Sześcioletnim”. Rozmaitym wojenkom i dyskusjom właściwe proporcje przywrócił niedawno Krzysztof Varga i pod jego zdaniem mógłbym się podpisać
Ja „Pana Kleksa” uwielbiam i nic nie zmienia mojego uwielbienia dla Brzechwy; gdyby „Pana Kleksa” napisała, dajmy na to, Wanda Wasilewska – Wandę Wasilewską bym sławił.
Swoją drogą, może warto sprawdzić, co też Wasilewska napisała?

Akademia pana Brzechwy. Wspomnienia o Janie Brzechwie, red. Antoni Marianowicz, Czytelnik 1984.

Wykorzystałem fragment felietonu Krzysztofa Vargi „Brzechwa dzieciofob, czyli kompleks bajkopisarza” („Gazeta Wyborcza”, 16 maja 2013 roku), za który dziękuję Ani

Tagi , , | 73 Komentarzy

Będzie się czytać!


Znam siebie i doskonale wiem, że robienie jakichkolwiek noworocznych postanowień mija się z celem. Szkoda pluć sobie w brodę za każdym razem, gdy przypomni sobie człowiek o tej czy o tamtej obietnicy. Fajnie jest spojrzeć w lustro i ujrzeć kogoś, kto dotrzymuje słowa – choćby tylko dlatego, że go nie dawał.

Nie będzie więc zobowiązań, zapewnień, zaklęć, planów i harmonogramów. Będzie się czytać! A jest co, bo tak mniej więcej wygląda regał z książkami, które dopiero przede mną:



Żeby jednak tak zupełnie nie puścić samopas własnego czytelnictwa, chciałbym trochę częściej sięgać na tę półkę:



I jeszcze na tę:



(Czyżbym zarzekając się, że nie będzie żadnych postanowień, właśnie jakieś uczynił? Typowo męska konsekwencja). Jednym słowem, raz na jakiś czas, ale częściej niż dotychczas, postaram się poczytać biografie, rozumiane jednak dość szeroko, łącznie z powieściami biograficznymi, wspomnieniami, dziennikami i zbiorami listów. Gdyby ktoś chciał wesprzeć mnie moralnie – zapraszam. Nie trzeba się deklarować, zamieszczać banerów, wrzucać linków w komentarze. Nie trzeba wbrew sobie przebijać się przez potężne tomy poświęcone politykom, królom, wielkim myślicielom. Wystarczy autobiografia Justina Biebera (tak, ponoć jest taka).


I oczywiście życzę wszystkim udanego pod każdym względem roku pełnego radości i samych dobrych chwil. Bez rozczarowań życiowych i czytelniczych. 

Tagi | 126 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.