Archiwum lutego 2014

„Jak będę duży, to odkopię Troję!”
(H.A. Stoll, „Sen o Troi”)




Kiedy w 1871 roku Henryk Schliemann wbijał łopatę w tureckie wzgórze Hissarlik, miał 49 lat. Wydobył się z nędzy, poznał wiele języków obcych, zdobył majątek, prowadząc interesy na niemal całym świecie, ale przede wszystkim wreszcie realizował swoje dziecięce marzenie: odkrywał Troję, opiewaną przez Homera, gród, o którego istnieniu nie wszyscy byli przekonani, uznawany niekiedy za wymysł poety.

Troja była jego obsesją od chwili, gdy w bibliotece swego ojca, pastora, odkrył wiersze Homera. Ilion owładnął wyobraźnią chłopca; już gdy miał osiem i pół roku zamierzał wyruszyć na poszukiwania, nauczywszy się wpierw po grecku. Henryk nie wiedział wtedy, ile czasu minie, zanim faktycznie zbliży się do swego celu.
 
Wykopaliska w Troi, drzeworyt, ok. 1873 roku.
Historia opisana przez H.A. Stolla dawno temu owładnęła moją wyobraźnią jak chyba żadna inna, może poza „Bogami, grobami i uczonymi” W. Cerama. Trudno, żeby tak się nie stało: obie są porywającymi, barwnymi opowieściami o odkrywaniu zaginionych skarbów, o wielkiej przygodzie, która dała początek archeologii. Schliemann to jeden z jej pionierów; self-made man, poliglota, samouk, obdarzony niezwykłą intuicją i wyobraźnią, a przede wszystkim ogromną wiarą w to, że Troja istniała i da się odnaleźć jej ślady. Rok za rokiem śledzimy jego życie, razem z nim pokonujemy przeciwności losu, uczestniczymy w przełomowych chwilach, obserwujemy fantastyczną karierę od zabiedzonego subiekta do kupca prowadzącego interesy na wszystkich kontynentach. Stoll mówi wyraźnie: jeśli macie cel, marzenie, nie rezygnujcie z niego, nie zapominajcie o nim, walczcie o jego realizację mimo przeszkód, szyderstw, ludzkiej niechęci. Schliemannowi się powiodło, zapisał się w historii jako odkrywca Troi, udowodnił przeciwnikom, że ma rację.
 
Zofia Schliemann w tzw. klejnotach Heleny znalezionych w Troi.
Powieść przeznaczona jest dla młodzieży, więc autor tak rozkłada akcenty, by czytelnicy mogli uważać Schliemanna za wzór do naśladowania: podkreśla ambicję, upór w dążeniu do celu, pilną naukę na własną rękę, odwagę w stawianiu pytań i znajdowaniu odpowiedzi sprzecznych z uznanymi poglądami. „Ci, którzy torują nowe drogi – żyją wiecznie”, podkreśla. Nie da się jednak ukryć, że bohater książki nie był postacią świetlaną. Jego sen o Troi przeradzał się niekiedy w przerażającą obsesję: włos staje na głowie, gdy czytamy, że w ramach konkurów o rękę swej drugiej żony urządził jej regularny egzamin z Homera, a całej służbie nadawał imiona zaczerpnięte z „Iliady”; pokolenia archeologów wpadają w rozpacz na myśl o tym, ile strat przyniosły gorączkowe wykopaliska Schliemanna, który pogardzał wszystkim, co nie należało do jego ukochanej epoki, i jak gruz i śmieci traktował znaleziska greckie, hellenistyczne czy rzymskie. Wytrwałość w dążeniu do celu stawała się uporem, który nie zważał na zdrowie własne i cudze, zmieniała się w porywczość, gdy coś stawało jej na przeszkodzie. To wszystko jednak zauważą pewnie dorośli czytelnicy, a mimo to – tak jak i ja po latach – dadzą się porwać tej historii i będą śledzić zmienne koleje życia Schliemanna: może nie dla niego samego, ale by ujrzeć, jak realizuje się marzenie z dzieciństwa, jedno z tych, o których większość z nas szybko zapomina, a którego Schliemann nie zapomniał.
 
Henryk Schliemann.

H.A. Stoll, Sen o Troi, tłum. Halina i Stanisław Kowalewscy, Nasza Księgarnia 1988. 

Tagi , , | 31 Komentarzy

„Podobno niezły był z niego łakomczuszek”
(Juliusz Słowacki o rozkoszach stołu)





– Dlaczego wy ciągle jecie? – z rozpaczą krzyknęła Cesia.
– Tak już zostaliśmy skonstruowani – powiedział uprzejmie Żaczek. – [...] Nawet Słowacki miał zwyczaj jadać.
– Podobno niezły był z niego łakomczuszek – filuternie powiedziała ciocia Wiesia. 
Ten fragment z „Szóstej klepki” miałem stale w pamięci, gdy czytałem listy Słowackiego do matki i natykałem się w nich na kwestie dietetyczne. Wzmianki o jedzeniu nie są bardzo częste, dużo częściej żali się poeta na swoją samotność i tęsknotę, dziękuje za wsparcie finansowe i ubolewa nad tym, że nie jest doceniany za swą twórczość, co tylko pogłębia jego spleen i podsuwa myśli o wycofaniu się w jakieś klasztorne zacisze albo do małego domku na wsi, gdzie będzie mógł żyć spokojnie u boku ukochanej matki. W listach górnolotne westchnienia przeplatają się z kwestiami nader przyziemnymi; Juliusz zdawał matce sprawę nie tylko ze swych myśli, ale i detali codziennego bytowania. Zresztą nie ma chyba takiej matki, szczególnie syna jedynaka, która by na takie wiadomości nie czekała i nie wypytywała o nie.

Dobry syn, rzecz jasna, nie będzie matki niepokoił swoim trybem życia, stąd uspokajające doniesienia z Londynu z sierpnia 1831 roku:
Mam ładny pokój, z rana angielskie śniadania, o godzinie 1-szej drugie śniadanie bardzo pięknie zastawione, o godzinie 6-stej obiad wykwintny – wino osobno kupuję... Po obiedzie pijemy my mężczyźni aż do 8, ale pijemy bardzo skromnie, nigdy więcej nad pół butelki...

Osiadłszy kilka miesięcy później w Paryżu, przedstawił Słowacki sprawozdanie z kosztów wyżywienia:
Za 2 franki mam w Palais Royal obiad bardzo dobry – zupa, trzy lub cztery potrawy i deser – z pół butelką wina. Potrawy wybierają się w karty, na której ze sto jest do wyboru – i można kazać dawać najwykwintniejsze. Wino zwyczajne szkaradne...
"Trois Frères Provençaux" restauracja in Palais Royal
staloryt J.B.Allena według obrazu Eugène'a Lami, ok. 1840 roku.

Aż nieprawdopodobny wydaje się nam ten wykwint za jedne 2 franki. I faktycznie, po roku i do Juliusza zaczęło docierać to i owo na temat paryskiej gastronomii:
I tak, dawniej jadłem obiady po dwa franki – wyborne na pozór – ale przekonałem się, że mi szkodzą – bo w tych traktierniach skupują potrawy z innych drogich traktierów i różnymi sposobami chronią je od zepsucia – tak, że na stół podane, pięknie się wydają – i są smaczne, ale przez długi czas używane, niszczą zdrowie. Ponieważ zaś nie życzę sobie otruć się obiadami, chodzę więc do traktierów, gdzie a la carte jeść dają... bifsztyk tam sam franka bez dwóch sous kosztuje, ale przynajmniej zdrowy i posilny, a zjadłszy zupę, dwie potrawy i deser, można być sytym – obiad zaś taki dwa franki i pół – albo trzy franki kosztuje...
Jak widać, jakaś ówczesna Magda Gessler miałaby sporo roboty i kilka niezłych rewolucji dałoby się przeprowadzić w stołecznych jadłodajniach. Słowacki zresztą nie powinien narzekać, bo powodziło mu się całkiem nieźle, szczególnie w porównaniu z wieloma rodakami:
Są Polacy, którzy po 18 sous jedzą obiad i mają trzy potrawy, deser – pół butelki wina. Boże, zmiłuj się nad nimi! W menażerii królewskiej, gdzie dawniej co miesiąc dla zwierząt dostarczano z pewnego okręgu miasta 15 zdechłych koni, teraz tylko dwa przysłano... więc trzynaście musiało dwunożne żywić zwierzęta.
Uznawszy najwyraźniej, że matka uspokojona jest w kwestii synowskich posiłków, przestał Juliusz o nich donosić. Tylko w liście z podróży na Wschód w 1837 roku napomyka, że nawykł do wielu niewygód: „przekonałem się, że obiad bez mięsa obejść się może i że na[leży] czasem pościć, tak jak nieraz pościliśmy razem z Zenonem żyjąc przez dzień cały ryżu garsteczką, przez mi[iesiąc] jedząc tylko kury”. Oczywiście, nie tylko drób trafiał się w drodze; na pokładzie okrętu poeta skosztował dania bardziej egzotycznego: „Wczoraj jadłem nową potrawę – był to żółw morski, któregośmy ułowili spiącego na wodzie; mięso jego dobre mi się wydało i trochę do łososia podobne”.

Początek lat czterdziestych XIX wieku to chwilowe związanie się Słowackiego z Towiańskim i zwrot w stronę refleksji dużo mniej przyziemnych. Listy zaczynają przypominać nabożne kazania, niemal znikają z nich opisy codziennego życia. Na szczęście nie do końca. Na rok przed śmiercią na przykład poeta prosi wuja Teofila, „by cydr robił z jabłek – i tego napoju używanie wprowadził między lud. [...] Zresztą jabłeczne to zdrowie może jest w tym ochładzającym napoju”. Niecałe dwa tygodnie później zaś przyznaje się, że znów prowadzi uregulowany tryb życia („na pamiątkę Twoją jadam o godzinie drugiej obiad [...] – a to mi zdrowiej”) i kupił sobie taki sam serwis do kawy, jakim posługiwała się matka

Jak widać, ciocia Wiesia mogła mieć rację: Słowacki lubił dobrze zjeść i nawet – choć pisał to żartobliwie – potrafił sobie odpowiednią dietą regulować poetycką wenę:
Dziwnie byłem wtedy [w Damaszku] skłonny do improwizacji, bo zazwyczaj głodny od obiadu klasztornego wstawałem. Teraz, Bogu dzięki, co dnia władze imaginacyjne przygaszam i przytłumiam tęgim bifstekiem i wcale jestem niepoetycznym.


Juliusz Słowacki, Listy do matki, oprac. Zofia Krzyżanowska, Ossolineum 1983.

Tagi , , , | 42 Komentarzy

Mam i ja!




Dziś oficjalna premiera „Nomen omen”, drugiej książki Marty Kisiel, której „Dożywocie” kilka lat temu rozbawiło parę osób (w tym i mnie). Ałtorka, molestowana, naciskana, szantażowana i zastraszana przez grono wielbicieli, oparła się psychicznej presji, by napisać dalszy ciąg przygód Licha, Konrada i innych mieszkańców Lichotki. Stworzyła nową, obiecującą bohaterkę, a pojawiające się tu i ówdzie (głównie na profilu autorki na facebooku) fragmenty przygotowywanej powieści podsycały oczekiwania czytelników. 

„Nomen omen” pojawił się w sprzedaży już w zeszłym tygodniu. Pierwsi recenzenci (Książkowo, Tramwaj nr 4,  Krakowskie czytanie) nie kryli entuzjazmu, śrubując oczekiwania. Stosownego zakupu dokonałem w piątek. Po przedłużającym się oczekiwaniu, nerwowym wypytywaniu pani listonosz o przesyłkę i wydzwanianiu do naczelnika lokalnej poczty wreszcie i ja odebrałem swoją paczkę. Wielkie otwieranie wyglądało tak:



Tak wygląda główna bohaterka, obdarzona przez Ałtorkę nie tylko temperamentem:



A takie miejsce zajmie „Nomen omen” – między Kapuścińskim a Kołakowskim, ciut przed Konopnicką:



Wkrótce przedstawię swoje wrażenia, tylko najpierw stoczę walkę o egzemplarz, który już został podstępnie zawłaszczony.   

Tagi | 32 Komentarzy

Oderwać się nie można
(Aleksander Dumas, „Hrabia Monte Christo”)


Gdybym nie był taki obrzydliwie obowiązkowy, a przede wszystkim gdybym nie musiał zrywać się do pracy bladym świtem (jaki on tam teraz blady o tej porze roku, ciemna noc, ale tak się utarło), to pewnie zawaliłbym ze trzy noce i czytał „Hrabiego Monte Christo”, póki nie doszedłbym do napisu „Koniec”. Z powodu skrzeczenia rzeczywistości nieśmiertelne dzieło Aleksandra Dumas zajęło mi ponad tydzień, podczas którego opędzałem się niecierpliwie od natrętów domagających się włączenia dobranocki, zrobienia kolacji czy wyniesienia śmieci.

Bo jak tu się oderwać od powieści, gdy młody marsylski marynarz Edmund Dantes w dniu swych zaręczyn z piękną Mercedes zostaje aresztowany wskutek intrygi uknutej przez zawistnego o powodzenie chłopaka Danglarsa, a przeprowadzonej rękami zazdrosnego o Mercedes Fernanda przy milczącym współudziale Caderousse’a? Niepomyślny zbieg okoliczności sprawia, że z rozkazu prokuratora Villeforta Dantes trafia do lochów ponurego zamku If, gdzie ma zgnić w zapomnieniu jako niebezpieczny spiskowiec, zwolennik Napoleona. Dantes załamuje się i marzy tylko o śmierci. I pewnie zmarłby, ku radości nieprzyjaciół, gdyby nie spotkanie z księdzem Farią, również więźniem, który jednak nie poddał się rozpaczy i wykorzystując całą swą ogromną wiedzę, próbował uciec z twierdzy. Dzięki niemu Edmundowi wróciło pragnienie życia i zyskał cel: „Chcę żyć i walczyć do końca; chcę odzyskać szczęście, które mi skradziono. Zapomniałem, że przed śmiercią muszę jeszcze pokarać moich prześladowców, a kto wie, czy i nie nagrodzić kilku przyjaciół?”
Edmund Dantes, rycina Pierre’a Gustave’a Eugene’a Staala z 1888 roku.

Czternaście lat później, gdy już wszyscy zapomnieli o nieszczęsnym Dantesie, pojawia się we Francji tajemniczy hrabia Monte Christo: prawdziwy dżentelmen, wszechstronnie wykształcony, a na dodatek bajecznie bogaty. Kryje przed światem swą prawdziwą tożsamość i prawdziwe zamiary: chce ukarać tych, którzy skrzywdzili Dantesa, chce odegrać rolę Opatrzności. Zaczyna tkać misterną sieć, która stopniowo oplątuje winnych jego niedoli.

Z zapartym tchem śledzimy fabułę, zastanawiając się wciąż, czemu ma służyć opowieść o młodym francuskim arystokracie, którego perypetie we Włoszech śledzimy, po co serwuje się nam historie o herszcie bandytów Luigim Vampie, Korsykańczyku Bertuccio czy panach Cavalcantich. Jednak każda postać prędzej czy później odegra swoją rolę w skomplikowanym planie hrabiego Monte Christo, który niczym szachista rozstawia pionki i na wiele posunięć do przodu planuje swoją rozgrywkę z wrogami. Dla nich znikąd nie będzie ratunku – nie uratują ich ani ludzie, ani Bóg, za którego narzędzie uważa się tajemniczy mściciel.
Aresztowanie Dantesa, rys. Antoniego Uniechowskiego.
Ta koronkowość fabuły zadecydowała chyba o tym, że „Hrabia Monte Christo” wciąż jest czytany, ba! wręcz pochłaniany. Bo przecież inne składniki książki są mniej wyrafinowane, a niektóre wręcz lekko się przeterminowały. Bohaterowie dzielą się na dobrych i złych, każdy ma zestaw sztampowych cech: młody Edmund jest sympatyczny i trochę naiwny, hrabia Monte Christo to człowiek o żelaznej woli, który nie okazuje uczuć, Mercedes jest piękna i zakochana, dranie są draniowaci na pierwszy rzut oka i tak dalej. Wyróżnia się jedynie córka bankiera Danglarsa, niezależna młoda dama, która zamiast iść za mąż, wolałaby zostać artystką. Cały ten zbiór postaci wygłasza kwieciste tyrady zamiast prowadzić dialogi (jest to szczególnie domeną zakochanych), a Monte Christo lubi sobie pomonologować, co ma nas wprowadzać w jego złożoną psychikę:
– Odwagi – szepnął do siebie. – Nawykłszy do walki z przeciwnościami, nie dajmy się pokonać rozczarowaniu: inaczej na darmo tyle bym wycierpiał! Serce pęka, kiedy nadmiernie wezbrane pod łagodnym tchnieniem nadziei, cofa się i zamyka w zetknięciu z zimną rzeczywistością!
Zgrzytamy zębami i czytamy z wypiekami na twarzy: niech sobie gadają, chcę wiedzieć, co będzie dalej. Oczywiste jest, że zemsta hrabiego się dopełni, pasjonujące są jednak sposoby wywarcia odwetu, szczególnie że Monte Christo dokładnie wie, jakiego rodzaju pomsta go zadowoli:
[...] w zamian za ból przewlekły, nieustanny, głęboki, wypłaciłbym, gdybym tylko zdołał, bólem takim, jaki mi zadano: oko za oko, ząb za ząb, jak mówią ludzie Wschodu, nasi niedoścignieni mistrze, wybrani spośród wybranych, którzy potrafili utkać sobie życie ze snu, a świat ich otaczający zamienić w raj.
Dantes w zamku If, rycina Pierre’a Gustave’a Eugene’a Staala z 1888 roku.
W tej opowieści o zemście trafiają się też detale zupełnie niespodziewane, na przykład barwny opis przeżyć po zażyciu haszyszu, którego koneserem jest główny bohater. Natykamy się również na perły złotych myśli o życiu rodzinnym: „Żona to mebel na całą wieczność”; albo: „zdaje się, że być ojcem dorosłej córki to rzecz nader męcząca; dostaje się od tego gorączki, puls bije dziewięćdziesiąt razy na minutę, dopóki panna jest w domu”. Poza tym tło obyczajowe nakreślone jest mocno stereotypowo, a szkoda, bo Dumasowi wymyka się czasem celniejsze spostrzeżenie, jak choćby to o uczestniczkach wielkiego przyjęcia: „Kobiety najstarsze były najbardziej wystrojone, a najbrzydsze najbardziej wydekoltowane. Zjawisko to pospolite. Kto chciałby znaleźć białą lilię, różę delikatną i wonną, musiałby jej szukać w kącie, gdzie ukryła ją matka w turbanie albo ciotka w rajerach”.

Różne zarzuty można postawić „Hrabiemu Monte Christo”, jednak Dumas dokładnie wiedział, czego oczekują czytelnicy: emocji, wyrazistych postaci i gwałtownych uczuć, atmosfery tajemnicy i napięcia i hojnie szafował tymi ingrediencjami, ocierając się wręcz o granice nieprawdopodobieństwa. Wydawało mi się, że dawno temu wyrosłem z takiej literatury, a tymczasem dałem się porwać bez reszty. Podobało mi się do tego stopnia, że zamierzam powtórzyć tę przygodę: „Trzej muszkieterowie już czekają.

Aleksander Dumas, Hrabia Monte Christo, t. 1–3, tłum. Julian Rogoziński, Iskry 1988.


Tagi | 62 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.