Archiwum marca 2014

Pisarze ze starej szkoły (XXI): „Nie było w tych książkach kłamstwa”, czyli Antoni Słonimski o Bolesławie Prusie


W roku 1932 przypadała 85 rocznica urodzin i 20 rocznica śmierci Bolesława Prusa. W styczniu redakcja „Wiadomości Literackich” poświęciła temu pisarzowi cały numer pisma. Również Antoni Słonimski w „Kronice tygodniowej” złożył hołd swojemu ulubionemu autorowi. Mimo upływu lat, nie zdezaktualizowały się w sporej części ani felietony Prusa, ani opinia Słonimskiego o nich. 
Bolesław Prus (źródło).
Prus jest moim ulubionym pisarzem. [...] skromnie we własnym kącie postanowiłem uczcić pamięć wielkiego pisarza, poświęcając swą „Kronikę tygodniową” – „Kronikom tygodniowym” Prusa. [...] 
Kroniki, o których mówię, wyszły zebrane w książce w r. 1895. Jest to data mego urodzenia. Cóż mogę wiedzieć o tych czasach pozornie tak spokojnych? Zakosztowałem jeszcze tej atmosfery ogródków, handelków winnych, powolnych rozmów nie przyspieszonych tempem ulicy ani gwałtownością tłoczących się myśli, żyłem na początku swej młodości w starej Warszawie Prusa, ale trudno mi dzisiaj wyrozumieć, czy ta pogoda rozlana była nad naszym miastem, czy też skojarzenia młodości tak beztrosko zabarwiły mi we wspomnieniu ten czas miniony. [...]  Sam tok narracyjny, styl pisarski „Kronik” Prusa zdradzają nam spokojniejszy i łagodniejszy puls tych dni i nocy warszawskich. Na świecie tak podważonym i rozkołysanym, w epoce względności i niepewności rozciągającej się na wszystkie dziedziny życia i myśli, dzisiaj wziąć do ręki książkę Prusa – znaczy prawie to samo, co ciepłym latem położyć się w krzakach malin, zamyślić się o dzieciństwie albo przeglądać stare fotografie przy lampie naftowej. Nie wiem czemu, ale lektura Prusa łączy mi się zawsze z pojęciem ciepła i cichej pogody. Mam uparte przekonanie, że w tamtych czasach było znacznie cieplej, że inny i lepszy smak miały serdelki, o których Prus często wspomina, a zapach „porcji pieczeni”, którą sobie wraz z kufelkiem piwa zafundował stary Rzecki, dystansuje wszystkie obecne, realne i namacalne, majonezy od Hirszfelda. Jakże wtedy żyło się wygodnie. [...] 
A przecież czytając „Kroniki” Prusa, chwilami doznawałem zamroczenia, przecierałem oczy, powracałem raz jeszcze do przeczytanej stronicy i sprawdzałem datę. Co parę kartek spotykałem dobrze znajome i bardzo mi bliskie sprawy. W „Kronice” z dn. 26 kwietnia 1875 r. pisze Prus o stanie rolnictwa, o dziesiątkach majątków wystawionych na licytację. Mówi po prostu o kryzysie i przytacza takie fakty: „Mówią niektórzy, że herbata zdrożała i że dziś płaci się kop. 50 za to, co przed miesiącem kosztowało 30. I to nas nie dziwi, słyszeliśmy bowiem, że zniszczono 1530 funtów »prawdziwej lądowej kiachtyńskiej herbaty«, wyprodukowanej na plantacjach w San Francisco”. Cóż się zmieniło? Za naszych czasów niszczy się kawę i zboże. Wtedy niszczono herbatę. Gdy Prus mówi o konieczności tworzenia bibliotek gminnych i miejskich, gdy mówi o potrzebie szkół rzemieślniczych i wyższej szkoły politechnicznej, o zwalczaniu gruźlicy, o obłudzie szowinistów nawołujących do bicia Żydów i sprowadzających do własnych fabryk Niemców, gdy nawołuje do stworzenia domu noclegowego, bibliotek szpitalnych, gdy wyszydza skłonność do blichtru i fałszywej elegancji, gdy walczy o prawa kobiet – wszystko to właściwie można by przedrukować prawie bez zmian dzisiaj, w kilkadziesiąt lat później. 
Plac Grzybowski w Warszawie, II poł. XIX wieku (źródło).
A jednak nie były takie ciche i pogodne te noce warszawskie. Czas jak na starych freskach wytworzył glazurę łagodną i przejrzystą, ale wystarcza popatrzeć dłużej, aby rozpoznać znane nam ciemne i smutne malowidło. Oto Prus mówi, że leżał gdzieś stos belek czy desek: „idziesz tam, lecz stos znikł, rozebrali go. A deszcz tymczasem pada, wlazł ci już za kołnierz, zamoczył plecy, a nawet i po nogach ciec zaczyna... O gdybyś mógł znaleźć jaki dom nowo budujący się z jego wilgocią, brakiem drzwi i okien, jakże byś chętnie zakwaterował się choćby do piwnicy... Ileż to już takich nocy przespała Warszawa...”. A w innym miejscu mówi o swym kochanym mieście: „O ty, miasto ślepe i głuche, o ty, szczurze, któremu kadzidło pochwał do reszty zamąciło w głowie”. Nazwanie Warszawy „szczurem” miało prawdopodobnie jakieś głębsze usprawiedliwienie. Trudno dzisiaj zrozumieć to porównanie, jak również nie bardzo wiemy, kto wtedy i dlaczego kadził szczurom. [...]
  
Rynek Starego Miasta w Warszawie, ok. 18821888 (źródło).
Czy wszystko, o co walczył Prus, zostało zrealizowane, czy obraz Warszawy zmienił się przez jego pracę na korzyść? Jakiś człowiek o ponurym spojrzeniu mógłby nam powiedzieć, że od czasów Prusa na świecie się pogorszyło i że nasze starania o poprawę życia są czczą walką z mechanicznymi wiatrakami, które przez nas stworzone, głodzą nas dzisiaj i chłodzą. Nie, to nieprawda. Bez społecznej pracy pisarzy nie byłoby na świecie lepiej, ale gorzej. To, że wiatr zrywa nam dachy nad głową, nie znaczy wcale, aby nie miał racji ten, który chciał, abyśmy nie żyli w brudzie i zaduchu. Prus jest nam bliższy dzisiaj i droższy od pięknoduchów bajdurzących o tęczowych Polskach. Większy był pisząc o potrzebie kanalizacji w białych dworkach z kolumienkami niż ci, którzy z tych dworków robili świętość narodową. Była w tym pisarzu jakaś żarliwa troska o człowieka przyszłości, był jednym z wielkich wychowawców, mądrym i cierpliwym profesorem, i nie jego to wina, że miał gnuśnych i leniwych uczniów. Czyż możemy widzieć, które ze słów jego przerodziły się w cegłę i budulec, które zostały w życiu, a które rozjaśniły tylko na chwilę serca czytelników? Słowa rozrastają się albo martwieją. Jak zabawnie jest spotkać w tych starych „Kronikach” jakiś wyraz, epitet, nazwę nic prawie nie znaczącą dla Prusa, a dziś zamykającą cały ogrom zjawisk, które dopiero przyjść miały. Zamyśliłem się nad jednym takim niewinnym zdaniem o modach damskich: „Długi ogon wprawdzie dla znających teorię komentatorów nieszczęsnego Darwina może być symbolem postępu i radykalizmu, dziś jednak wydaje się anachronizmem, choćby dlatego że cesarsko-niemieckie demokratki i komunistki nie za pomocą ogonów, ale za pomocą czerwonych krawatów wyróżniają się od niepostępowych kobiet”. O tym zdaniu można by nie manierą Prusa, ale Prousta napisać cały tom. Czas jest tu przyłapany na jakimś zakręcie perspektywicznym. Pisząc słowo „komunistki”, Prus czuł niewinny i sielankowy smak tych paru liter. Czyż mógł przewidzieć, że ten wyraz rozsadzi mu całą stronę drobnego petitu? A czy dzisiaj znamy moc i zasięg słów, embrionów, z których budujemy nasze książki i życie całe? Któż wie, co wyrośnie z tych liter, z tych trzydziestu paru znaków na klawiaturze maszyny? Pisarze umierają i zmartwychpowstają nie raz jeden. Wracają jak słowa o zmienionym często brzmieniu, mimo to przecież przekazywanie pokoleniom wieści o ludziach, którzy odeszli, a którzy byli nam bliscy, ma swoją mądrość.
Halo! Czy słyszycie? Powtórzcie znowu za lat pięćdziesiąt, że był taki pisarz Prus, któregośmy czcili i podziwiali. Jesteśmy pewni, że przeczytacie jego książki z zadowoleniem. Nie było w tych książkach kłamstwa. Było dużo serca i prawdy. Tu mówi rok 1932. Halo?! Rozmowa skończona? Skończona. Proszę się rozłączyć. 


Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1932–1935, oprac. Rafał Habielski, LTW 2001, s. 1–3.

Tagi , , | 29 Komentarzy

Szperanie na antresoli
(Agnieszka Osiecka, „Szpetni czterdziestoletni”)



Miałem tylko sprawdzić jeden cytat do celów służbowych, ale gdy kartkowałem „Szpetnych czterdziestoletnich” w jego poszukiwaniu, wzrok co chwilę padał mi a to na wierszyk o wrednym Muminku („Raz pewien Muminek spod Sopot – z gotówką gdzieś przepadł za mgłą. Dziś każdy kto znał go, ma kłopot – bo Muminki-skurwysynki straszne są”), a to na opis niemalże kastowej struktury bywalców warszawskiego basenu Legii. Potrzebny cytat znalazł się na samym początku książki (a poszukiwania zacząłem od końca, rzecz jasna), więc właściwie uznałem, że mogę przystąpić do powtórkowego podczytywania tego – jak nazwała go sama autorka – „małego słowniczka odwilży”.
Bukiety wtenczas jak wiadomo,
z czerwonych plotło się goździków.
Ojczyźnie naszej, krytej słomą,
nigdy nie dosyć Październików.
Kilkadziesiąt alfabetycznie ułożonych haseł: od „Aby artystą zostać” do „Żałobnicy i żartownisie” to bardzo osobisty i tym samym szalenie subiektywny zbiór wspomnień z lat pięćdziesiątych, „zapiski z pamięci, rezultat szperania na antresoli”: przewijają się tu ludzie, rzeczy, slogany i pojęcia, anegdota sąsiaduje z melancholijną refleksją, wiersz z opisem wizyty u Dygatów. Obok klasyfikacji prywatek (cielęce, mysie, lisie i tygrysie) – portret Tyrmanda, obok elementów stroju – zapis wrażeń z wysłuchiwanego po raz pierwszy tajnego referatu Chruszczowa. Epoka w historii i historie o epoce. Mieszanina spraw wielkich i błahych, takich, którymi żył świat, i takich, którymi żyła tylko Osiecka i jej koledzy. 
Chłopa zbudzili, by brał ziemię,
kołchozowego zmietli stracha,
i nowe nam wschodziło plemię
od Toeplitza do Himilsbacha. 
Ale nie tylko odbycie podróży sentymentalnej było celem autorki. Próbowała też po latach spojrzeć na siebie i swoje pokolenie, by zrozumieć własną zmianę: przejście od pokolenia pieczonego „w przeraźliwym tyglu przeciętności”, uczestniczącego w zbiorowych rytuałach narzucanych przez władze (wykopki, akcja zwalczania analfabetyzmu, kursokonferencje, wieczornice) i – czego się nie wypiera – o lewicowych przekonaniach, do ludzi, którzy zachłysnęli się nagle odzyskanymi barwami świata i zwiększoną (co prawda na krótko) dawką swobody.
Ja – wychowana bez historii,
pomiędzy Marksem a matczyskiem,
ja nie wiedziałam, co tak boli,
gdy agitator idzie rżyskiem...
I nagle patrzcie – parlamenty,
O demokracji dyskusyje...
Ta przemiana (nie tylko zresztą ta) samej Osieckiej wydaje się niepokojąca i niezbyt jasna:
W roku pięćdziesiątym piątym i szóstym wielu ludzi zapragnęło zmienić skórę. Inni, czyści lub półczyści, umieścili się na balkonach i robili im „zyg, zyg, marchewka”. [...]
My – zmienialiśmy się w dobrej wierze, dla jasnej przyszłości własnej i narodu. Inni – zmieniali się dla hecy albo dla kariery.
Nic tu nie można stwierdzić na pewno:
...Prześledzić Zmianę, a tym bardziej opisać ją i objaśnić in statu nascendi, tak u siebie, jak i u kogoś, jest potwornie, niewyobrażalnie trudno. [...] Czy my, w wędrówce swojej, popychani przez wiatry i prądy, przywdziewamy wciąż nowe twarze, których przedtem nie było, czy też my [...] już dawno te nowe twarze dźwigaliśmy, tylko prądy i wichry nie pozwalały nam ich odkryć? [...] Czy dogrzebujemy się siebie, zrzucamy kolejne skorupy, czy też przeciwnie – rozrastamy się dookoła, przywdziewamy wciąż nowe skóry?
Bo pytanie kluczowe brzmi: „czy Zmiana, w ogóle, istnieje?? Czy coś, co w pewnej skali jest Zmianą, w innej skali w ogóle istnieje?” Niektórzy pewnie zechcą szukać odpowiedzi samodzielnie, inni będą woleli nie wgłębiać się w ten problem, tylko po prostu korzystać z nowych możliwości otwieranych przez „wiatry i prądy”.

„Szpetni czterdziestoletni” to rzecz pełna zmiennych nastrojów i stylów: dobrze opowiedziana anegdota sąsiaduje tu z poetycką refleksją, spiętrzone metafory obok nader trzeźwych uwag o przemianach języka i obyczaju. Można książkę kartkować, zatrzymując wzrok tu i ówdzie, albo czytać od a do zet, można śledzić tropy obyczajowe, literackie, towarzyskie, śmiać się lub irytować, albo i ziewnąć, jeśli stężenie poezji zrobi się za wysokie, nie da się jednak zaprzeczyć, że nawet przefiltrowane przez czas i owiane mgiełką sentymentu wspomnienia Osieckiej to jedna z najciekawszych, moim zdaniem, obok dziennika Tyrmanda, opowieści o latach pięćdziesiątych.
Bukiety wtenczas, jak wiadomo,
z czerwonych plotło się goździków.
Jeszcze mi dzisiaj w oczach słono,
kiedy się nagle budzę – w krzyku.


Agnieszka Osiecka, Szpetni czterdziestoletni, ilustr. Jan Młodożeniec, Iskry 1987. 

Tagi , , , | 57 Komentarzy

Kameralny dramat
(Magda Szabó, „Piłat”)


„Piłat” na tle innych znanych mi książek Magdy Szabó wydawał się najmniej efektowny. Uczucia bohaterów nie znajdują ujścia w gwałtownych scenach, nie ma burzliwych zwrotów akcji. Dominuje szarość, wszystko jest przytłumione, ale to nie znaczy, że nijakie czy mniej przejmujące. Mamy do czynienia z kameralnym dramatem, którego właściwie z początku nic nie zapowiada.

Po śmierci ojca Iza zabiera swoją matkę do siebie, do Budapesztu. Staruszka ulega Izie, wszak córka zawsze ma rację, jest wykształcona i wręcz doskonała. Pani Szöcs układa plany wspólnego życia z Izą, cieszy się, że jej meble i rozmaite drobiazgi zapełnią mieszkanie w stolicy, że się na coś przydadzą. Młoda lekarka nie należy jednak do osób sentymentalnych, zabiera więc jedynie garść rzeczy, do których jej matka tak była przywiązana. Już w ten sposób określa wzajemne stosunki, jakie będą panować między nimi – nie zamierza bowiem zmieniać dla Staruszki swoich przyzwyczajeń i trybu życia. Wzięła matkę do siebie, bo tak należało, by spłacić dług wdzięczności za wychowanie i wykształcenie.

Staruszka w nowym miejscu czuje się obca i niepotrzebna. Każda próba pomocy córce czy gosposi Teresie traktowana jest jak naruszenie istniejących zwyczajów, jak wścibstwo. Niezdarne poczynania Staruszki drażnią i Izę, i Teresę. Pani Szöcs prowadzi więc jałową egzystencję, rzucając się na każdy okruch uwagi, jaką jej poświęcą obie kobiety. Ma wyrzuty sumienia wobec córki, która „rozdziela siebie jak chleb”, nie pozostawiając nic dla siebie. Starsza pani powoli zamyka się w sobie, we wspomnieniach próbuje odtwarzać detale dawnego życia, z mężem i córką. Jak refren powraca myśl, że Iza zawsze była doskonała, perfekcyjna, zorganizowana, natomiast w żadnym wspomnieniu nie ma mowy o czułości, miłości czy bliskości z córką. Iza coraz częściej czuje się zmęczona obecnością matki, sztorcuje ją, odbierając resztki pewności siebie i inicjatywy. Jest urażona brakiem wdzięczności ze strony matki: „Odkąd jestem na świecie, robiłam dla niej wszystko, choćby to przekraczało moje siły i możliwości. Uczyniłam dla niej rzecz największą – podzieliłam z nią moje życie, czego nie sposób zrobić nawet dla ukochanego mężczyzny”.

Zaczynałem pisać ten tekst kilka razy, bo wciąż miałem wrażenie, że skupiając się na detalach fabuły, pomijam to, co w książce Magdy Szabó najważniejsze: znakomicie zarysowane portrety psychologiczne dwóch bohaterek: matki i córki oraz równie ciekawe postacie trójki postaci drugoplanowych, które pełnią rolę chóru rodem z greckiej tragedii: dopełniają opowieść i komentują ją. Do tego trzeba dodać subtelnie, podobnie jak w znakomitym „Świniobiciu”, nakreślone tło historyczne i dorzucane mimochodem detale z codziennego życia.

Szabó opowiada historię matki i córki w charakterystyczny dla siebie sposób: teraźniejszość przeplata się z retrospekcjami; wprowadzane są też relacje „chóru”: Antala, byłego męża Izy (jego historia sama w sobie jest świetnym materiałem na osobną opowieść), Lidii, pielęgniarki, która opiekowała się umierającym panem Szöcsem, i Domokosa, partnera Izy. Ich zmieniające się perspektywy uzupełniają obraz Staruszki i Izy, pozwalając zrozumieć stosunki między bohaterkami oraz sytuacje z przeszłości, które doprowadzają do końcowej tragedii. Wiele tu goryczy, wzajemnych niewypowiedzianych pretensji. Jest dojmująca klęska matki, która pojmuje, że jej idealna córka nie jest tak wspaniałym człowiekiem, jak sobie wyobrażała. Jest też porażka córki, która przegrała życie, odrzuciła miłość, jaką obdarzyli ją rodzice – porażka dojmująca, chociaż sama Iza długo nie chce jej przyjąć do wiadomości.



Tagi | 30 Komentarzy

Wszeteczeństwa i macki
(Marcin Mortka, „Morza Wszeteczne”)




Zaczyna się z takim przytupem, jaki rozlega się tylko wtedy, gdy pirat łomocze drewnianą nogą o pokład. I z gwizdem. Gwizdem pocisków padających na Necroville, podupadające miasto, gdzie z upodobaniem zabawiają się korsarze z Mórz Wszetecznych. Kapitan Roland Wywijas i jego wierna załoga, oderwani od portowych rozrywek, szybko namierzają agresora i ruszają do walki. Zastosowawszy nader oryginalne środki bojowe, pokonują agresorów i zagarniają nowy statek w miejsce swojej starej łajby. Zdobyczna jednostka budzi niepokój, tu i ówdzie spod farby przebija jakiś pentagram, a z różnych miejsc zaś dobiegają dziwne ryki.

Byle ryczący demon nie jest w stanie wystraszyć piratów, którzy sami w sobie są dość straszni jako mutanci, wyrzuceni poza nawias społeczeństwa i obdarzeni rozmaitymi nadprogramowymi narządami lub zdolnościami – kapitan Roland, na przykład, nader sprawnie posługuje się wyrastającymi z pleców mackami, dzięki którym zdołał udaremnić niejeden bunt na pokładzie. Wokół Rolanda i jego załogi zaczyna się jednak dziać zbyt dużo zastanawiających rzeczy, by przejść nad nimi do porządku dziennego. Kapitan zaczyna drążyć, a to, czego się dowiaduje, wcale mu się nie podoba...

„Wyspa skarbów”, „Złoto z Porto Bello” czy „Kapitan Blood” to pirackie powieści, które wspominam z przyjemnością. Miałem nadzieję, że Marcin Mortka napisał podobną historię i ponownie przeniosę się na pokład żaglowca, między załogę, w której na bank będzie jeden jednooki, jeden z drewnianą nogą i obowiązkowa papuga, a podchmieleni rumem marynarze wyśpiewywać będą fałszywie „Johoho i butelka rumu”. Abordaże, statki ze skarbami, piękne branki... Ech. Nie powiem, autor bardzo udanie nawiązał do klimatu pirackich klasyków: nie żałuje czytelnikowi egzotycznych żeglarskich terminów i nieco mniej egzotycznych dosadnych przekleństw. Nie żałuje także rubasznego humoru budzącego zdrowy rechocik, i efektownych scen walki. Nadprzyrodzone elementy: mutacje, szamańska magia, a nawet demony obsługujące statek są atrakcyjnym urozmaiceniem pirackiego sztafażu. Niestety, gdzieś tak w połowie książki powoli zacząłem tracić nadzieję, że Marcin Mortka podąży za tak pożądanymi przeze mnie klimatami awanturniczymi. Wyobraźnia skierowała go bowiem w teoretycznie również atrakcyjnym kierunku ogólnoświatowej apokalipsy wywołanej starciem rywalizujących od wieków Demonów i Aniołów. Też pięknie, ale w miarę lektury coraz silniejsze stawało się wrażenie, że wątek piracki i paranormalny sklejane są nieco na siłę, a finał w ogóle mnie nie przekonał: za dużo gadania, za mało akcji.

Krótko mówiąc: mnóstwo udanych pomysłów, spory potencjał i barwny styl; ciekawa piracka banda i wiele świetnych epizodów, ale i niezbyt spójna koncepcja całości. Z zapowiedzi na okładce wynika jednak, że Marcin Mortka nie porzuca Mórz Wszetecznych i spotkamy jeszcze Rolanda, Baobaba, Julię i Berbelucha. Liczę, że następnym razem dostanę solidną porcję piratowania: wszeteczeństw, łupienia i żeglarskich manewrów z rubasznymi powiedzonkami. Materiał jest tej klasy, że obejdzie się bez udziwniania na siłę.


Marcin Mortka, Morza Wszeteczne, Uroboros 2013. 

Tagi | 27 Komentarzy

To były czasy
(Hanna Ożogowska, „Tajemnica zielonej pieczęci”)



To były czasy, gdy kierownik szkoły cieszył się autorytetem wśród uczniów, a rower stanowił niedościgłe marzenie.
Czasy, gdy ojcowie za grubsze rozróbki spuszczali synom lanie, a chłopcy do nieznajomej rówieśniczki zwracali się per „koleżanko”.
Czasy, gdy nastała popaździernikowa odwilż, a robotnicy w fabrykach mogli na zebraniach domagać się sprawiedliwości w przydziale awansów i podwyżek.
Czasy, gdy przed świętami matki łamały sobie głowę, czy stać je będzie na większą szynkę, czy tylko na mniejszą.

Jednym słowem, czasy wspominane często przez moich rodziców, którzy są tylko o kilka lat młodsi od bohaterów powieści Hanny Ożogowskiej: grupy łódzkich chłopców o głowach, w których rodziły się znakomite pomysły. Dziwnym jednak trafem realizacja tych świetnych idei ściągała na głowy Stefka, Wiktora i Bartka prawdziwe burze. Zupełnie jakby wszystko sprzysięgło się przeciwko nim. Bo kto mógł przypuszczać, że przywiązanie obsadki do kałamarza na katedrze skończy się zniszczeniem białej bluzki nauczycielki? Albo że chęć wstąpienia do związku morowych chłopaków niemal pchnie Stefka w objęcia podejrzanej bandy?

Kłopoty w szkole, kłopoty w domu, próby pracy nad własnym charakterem i do tego wątek sensacyjny oraz początki fascynacji siostrą kolegi, czyli rok obfitujący w wydarzenia wesołe, smutne, godne potępienia, szlachetne. Stefek i jego koledzy na pewno się nie nudzą, nie dają też odetchnąć swoim rodzicom i nauczycielom, a przy okazji i czytelnikom. Mnie szczególnie pochłonęło tropienie realiów późnych lat pięćdziesiątych: aluzji do Października ’56, wzmianek o sytuacji materialnej rodzin i problemach takich jak alkoholizm czy chuligaństwo. O tym wszystkim napomyka autorka mimochodem, bo przecież pisała o perypetiach nastolatków, a nie o przemianach społeczno-politycznych.
 
Ul. Piotrkowska w Łodzi w 1957 roku podczas strajku tramwajarzy.

Wydana ponad pół wieku temu „Tajemnica zielonej pieczęci” urzekała kolejne pokolenia – o czym świadczy choćby zwycięstwo tej powieści w zeszłorocznym plebiscycie na książkę młodzieżową z czasów PRL-u. Ja sam co prawda zawsze wolałem, i nadal wolę, inne powieści Hanny Ożogowskiej, z niezrównanym „Uchem od śledzia” na czele, ale nie odmówię „Tajemnicy” uroku, dzięki któremu spędziłem kilka przyjemnych godzin. 

Hanna Ożogowska, Tajemnica zielonej pieczęci, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza 1983.

Tagi , , | 35 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.