Archiwum kwietnia 2014

Wyścigi w literaturze (IV): „Wyścigi” Joanny Chmielewskiej

Dziś rozpoczął się jubileuszowy sezon wyścigowy na warszawskim Służewcu – minęło 75 lat od otwarcia toru. Padało, więc warunki niezbyt sprzyjały rozrywce na świeżym powietrzu, ale to nie odstraszyło stałych bywalców. Starsi tłoczyli się przy kasach, a najmłodsi z upodobaniem brodzili w kałużach. Przed nami jeszcze wiele dni wyścigowych – oby pogoda była lepsza. A na zachętę dla tych, którzy chcieliby się wybrać na parę gonitw, fragment z absolutnego klasyka.

– A te robione gonitwy? Ciągle się słyszy o robionych gonitwach? Co to jest takiego?
Westchnęłam ciężko.
– Są dwie wersje… Zaraz, w ogóle robiona gonitwa to jest taka, w której ustala się wcześniej, co ma przyjść i bez względu na klasę, wagę i formę konia, to ustalone przychodzi. Lepszego konia, na przykład, dżokej ma obowiązek wstrzymać albo tak nim pojechać, żeby się nie zmieścił w porządku. Trzeci może sobie być. I, jak powiedziałam, są tu dwie wersje, jedna: że robione są wszystkie gonitwy, i druga: że nie robiona jest żadna, a najwyżej jedna w sezonie.
– A pani jest jakiego zdania?

Znów westchnęłam i popatrzyłam na niego w zadumie.

– Nie mam zdania – oznajmiłam stanowczo po chwili namysłu. – Powiem panu, co wiem, a pan niech sobie zdanie wyrabia beze mnie. [...] W punktach będzie. Po pierwsze, koń jest to silne zwierzę, które leci z zapałem i z tego wynika problem podstawowy: jak przytrzymać silne zwierzę, rwące się do galopu, w sytuacji, kiedy powinno się je poganiać, w taki sposób, żeby nikt tego przytrzymywania nie zauważył. Jest to wielka sztuka, przez naszych jeźdźców opanowana z precyzją najwyższą.
– Mam wrażenie, że od razu zaprezentowałaś określony pogląd? – zdziwił się Janusz i dolał mi wina.

– Masz złudne wrażenie, bo zaraz będzie po drugie. Mianowicie, te nasze stajnie, gracze, trenerzy, stajenni, dżokeje i cała reszta, to nie jest niebo, gdzie w białych szatach i przy dźwiękach harfy wszyscy świadczą sobie usługi z czułym uśmiechem na ustach i w sercu. Przeciwnie, to są koterie, kliki, sitwy, przyjaźnie i nienawiści, wzajemne animozje, niechęci, zawiści, interesy i szlamy. Żadna siła na świecie nie wmówi we mnie, że siadają przy kominku i życzliwie ustalają miedzy sobą, kto kiedy wygrywa, dbając jeszcze w dodatku o równość i sprawiedliwość. Po trzecie, wiem z całą pewnością, ze ukrywają przed sobą wzajemnie mnóstwo różnych rzeczy, w pierwszej kolejność jakość i formę koni, w drugiej własne, podstępne zamiary. Jedna stajnia nie ma pojęcia, co się dzieje w drugiej, oczywiście z wyjątkiem wydarzeń rażących, pożaru, ciężkiej infekcji i tak dalej. Nie zadają sobie trudu, żeby się w tym zorientować i w rezultacie gracze mają więcej wiedzy ogólnej i porównawczej niż ludzie ze stajni. A przynajmniej powinni mieć… Po czwarte, stajnia i jej wyniki to wizytówka trenera. Jak by nie było, jest to ich praca, każdy w swojej pracy coś chce osiągnąć, pewnie, że są ćwoki, którym ganc pomada, ale chyba większość… no, może połowa… jest takich, którym jednak zależy. Jak Boga kocham ekspedientka chce być dobrą ekspedientką, dostawać premie, pochwały, projektant chce być genialnym projektantem, hydraulik jest dumny, że potrafi, kierowca, lekarz, nauczyciel, policjant! Nawet bandzior…! A ci trenerzy to co, nie ludzie? [...]

– Po trzecie – powiedziałam, jeszcze trochę ze złością – nie, po czwarte. Nie, po które tam…?

– Po piąte – podsunął Józio Wolski delikatnie.
– Po piąte, może być. Po piąte, siedział kiedyś u mnie jeden taki, teraz jest trenerem we Wrocławiu, a wówczas był kandydatem dżokejskim, chłopak ze wsi, lubił konie i opowiadał, bardzo zmartwiony, jak się raz narwał sam na siebie. Umówione było, że przychodzi dwa cztery, on jechał na koniu numer trzy. – Wychodzę na prostą – powiada. – Widzę, że czwórka, co miała być druga, jest przede mną, oglądam się, dwójki, co miała być pierwsza, nie ma wcale, nie daje rady, czuję, że koń mnie niesie, wszystko się i tak połamało, puściłem go i przyszedłem pierwszy. I niech pani powie, siedemset złotych górą za mnie dali, a ja sam siebie nie grałem! – Nie łgał, żałował z całego serca. Po szóste, sytuacji, w których idzie bardzo dobry koń, najlepszy w stawce, faworyt toru, i ten koń przychodzi ni z tego, ni z owego trzeci albo nawet czwarty, a powinien być pierwszy z łatwością, widziałam setki. Nawet bym prawie umiała powiedzieć, jak który dżokej to zrobi, bo mają swoje metody, jeden straci start i za późno zacznie doganiać, drugi będzie prowadził, zmęczy konia, da się wyprzedzić w ostatniej chwili, trzeci pogoni na zakręcie, konia wyniesie, pójdzie na duże koło i do widzenia, już jest te parę długości do tyłu. [...]

– Po siódme, te nagrody i te pieniądze, które oni wszyscy uzyskują za zwycięstwo, od lat budzą śmiech pusty i trwogę. Policzcie sobie, za pierwsze miejsce w przeciętnej gonitwie dżokej dostaje dwieście tysięcy i nic więcej, nawet tej chwały w statystyce. Przychodzi do niego jakiś i daje mu dwa albo i trzy miliony, żeby nie przyszedł pierwszy. To co ten dżokej jest? Anachoreta? Derwisz? Święty Franciszek? Bierze dwa miliony i już go nie ma. Zyski z wygranych są groteskowe, chyba że gra sam na siebie, ale jeśli jest faworytem, niewiele zyska…[...]

– Po ósme, na ludzkie gadanie nie wolno zwracać uwagi, bo ten cały tłum jest poszkodowany na umyśle. Tysiąc wypadków było takich, że przyszedł fuksowy porządek, krzyk się podniósł, że robione i butelkami od piwa w okna rzucali, tymczasem ja to miałam wytypowane, bo tak mi poprzedniego dnia wieczorem wyszło w domu. To co, ja tę gonitwę robiłam, czy jak? Z kariery koni wynikło, że wygrać powinny te dwa, te dwa wygrały, mogę wam pokazać, na programach mam to pozapisywane… [...]

– Po dziewiąte, uczciwość gonitwy sprawdza się po wypłacie. Tu już potrzebne są lata doświadczeń wyścigowych. I dostrzegam osobliwe zjawisko… [...]

– Widzi się najpierw konia w programie – rzekłam powoli. – Można odgadnąć, że będzie to faworyt i ludzie będą go grali. Widzi się następnie, co się dzieje w kasach i co grają. Na jakiegoś tam konia wiszą zerowe bilety, nikt go nie rusza, wszyscy się pchają na faworyta. Przychodzi nagle ten fuks od zerowych biletów, powinni zapłacić majątek, powiedzmy sześćdziesiąt tysięcy górą. Płacą dziesięć. Znaczy, ten niezwykły fuks został przez kogoś ostro zagrany. To samo w porządkach i triplach, fuks, grane zupełnie co innego, wypłata powinna być monstrualna, a tu chata. Ledwo przeciętna. Ktoś zagrał. [...]
– Po dziesiąte. Dżokej spada z konia, częściowego, powiedzmy, faworyta. Krzyk na torze, specjalnie zleciał! Szczególnie na płotach to było, pojechałam kiedyś z Jeremiaszem na tor, patrzyłam z bliska. Konie idą z szybkością prawie 60 kilometrów na godzinę. Leci ich wielka kupa, wszystkie mają kopyta, zleciałby pan pod te kopyta dobrowolnie? Paru dżokejów już w szpitalu leżało, paru przestało jeździć, paru ma trwały uraz. Ja poważnie wątpię, czy oni spadają specjalnie. [...]

– W kwestii robionych gonitw mamy już do przemyślenia dziesięć punktów. Będzie jedenasty?

– Przy odrobinie uporu można by dojść do sto jedenastego – uszczęśliwiłam go. – Po jedenaste zatem, bywa tak, że jeden drugiego puszcza z grzeczności. Lecą razem dwa konie, ścigają się jak szatany, któryś wygrywa o nos, to tez wielka sztuka. Ten drugi puścił tego pierwszego i dał mu ten nos, bo akurat były tamtego imieniny. Prezent mu zrobił. Albo siostra tamtego kończyła nim triplę. Oczywiście muszą to być przyjaciele, a nie wrogowie, ale ostatnio był wypadek, że jechali razem ojciec i syn. Jest tu dżokej, którego syn też jeździ, mało mu brakuje do kandydata, dwie gonitwy chyba, wszyscy uważali, że ojciec puści syna, niech sobie leci i zrobi kolejne zwycięstwo, ojciec mu pokaże sztukę przegrywania na celowniku o nos, tymczasem nic podobnego. Ojciec mu pokazał sztukę wygrywania na celowniku o nos. Nawet się dopytywałam, w jakich oni są ze sobą stosunkach, bo różnie bywa, ale okazało się, że w dobrych. W ogóle dżokej z prawdziwego zdarzenia… a, to powinno być po dwunaste. Dżokej z prawdziwego zdarzenia leci odruchowo. Jeśli koń ciągnie, jeździec zapomina o wszystkich i pcha się do przodu, niesie go, można powiedzieć, powołanie. [...]

– Jest jeszcze coś…?

Zastanowiłam się, którym problemom dać pierwszeństwo i wypiłam wino do końca.
– Jest. Plotki. Innymi słowy, gadanie. Że działa tajemnicza mafia, która płaci za przegranie gonitwy na faworytach. Że tkwią w tym bukmacherzy, co mi się wydaje o tyle wątpliwe, że bukmacherzy przyjmują stawki do końca, nie są w stanie przewidzieć, na co ludzie będą grali, bo naród jest nieobliczalny, nie mogą z góry z dżokejem załatwiać, a w ostatniej chwili nie mają już szans. Ktoś inny chyba… że pomiędzy dżokejami istnieją układy, jedni ze sobą współpracują, a drudzy się nienawidzą. Że jeden taki na dole zawsze trafia i to wysoko, nie wiem, czy trafia, ale za to wiem kto to jest. Były pracownik byłego MSW, stopnia nie znam. Że stajnie dają… A, co do dawania stajni, to będzie po trzynaste. Osobiście, przez całe lata, byłam świadkiem następujących wydarzeń: primo, jest kowal na wyścigach. Znam go, porządny człowiek i zdaje się, że najlepszy kowal w Europie. Nie ma takiego trenera, takiego dżokeja i w ogóle takiego pracownika stajni, który nie chciałby być z kowalem w jak najlepszych stosunkach. Dawali mu ostatnią gonitwę, stałam za nim do kasy, dwie stówy w ręku trzymał, przypominam panu, że wtedy stawka wynosiła dwadzieścia złotych, widziałam co stawia i stawiał na to, co mu dawali. Nie przypominam sobie wypadku, żeby to przyszło i nie wierzę, że oszukiwali go złośliwie. Secundo: był taki kulturalno-oświatowy dla chłopaków, uczniów, praktykantów i tak dalej, od niego zależała ich egzystencja, czas wolny, odpoczynek, rozrywki i tym podobne, zasługiwali mu się wszyscy z całej siły. I też mu dawali, wszystkie gonitwy. Sprawdzało się mniej więcej jak trzy do ośmiu, czasem cztery, to znaczy na osiem gonitw trzy do czterech mógł trafić, przy czym to samo trafić to i ja umiałam sama z siebie, z programu wychodziło. To co oni wiedzą? Jak mogą przy tej wiedzy robić gonitwy?

Joanna Chmielewska, Wyścigi, PDW 1992, s. 51–61.

Tagi , | 13 Komentarzy

Dojrzewanie w warunkach infernalnych
(Yehuda Nir, „Utracone dzieciństwo”)



Julek Grünfeld miał dziewięć lat, gdy wybuchła wojna. Mieszkał we Lwowie; jego ojciec prowadził dobrze prosperującą firmę, matka spędzała czas w kawiarniach, a dziećmi (Julek miał starszą siostrę, Lalę) zajmowała się guwernantka. Wrzesień 1939 roku przerwał beztroskie życie Grünfeldów: najpierw tułali się w kierunku granicy z Rumunią, potem wrócili do miasta zajętego przez Armię Czerwoną. Jako „kapitaliści”, stracili mieszkanie i firmę, ale przynajmniej uniknęli deportacji. Pod koniec czerwca 1941 do Lwowa wkroczyli Niemcy i zaczął się nowy okres w wojennych dziejach rodziny. Ojciec został aresztowany, a rodzina musiała sobie jakoś radzić z codziennymi trudnościami i zaostrzającą się antyżydowską polityką: brutalnymi „akcjami”, podczas których Żydów wyłapywano i wywożono z miasta, i koniecznością przeprowadzki do getta. Zapadła decyzja o ucieczce, wciąż jednak odwlekana: „Nasze wahania powodowane były strachem przed nieznanym i niepewnością, czy podołamy przekonywająco grać rolę Polaków-katolików. [...] Nie wiedzieliśmy zbytnio jak się z nimi identyfikować – co najwyżej mogliśmy ich naśladować”.
 
Julek Grünfeld.
I rzeczywiście, po ucieczce do Krakowa Grünfeldowie żyją w ciągłym strachu. Nie mają (poza matką) „aryjskiego” wyglądu, zdradzić ich może wszystko: źle dobrane słowo, gest, nieznajomość jakiegoś powszechnego zwyczaju. Zaczynają ściągać na siebie podejrzenia otoczenia, więc przenoszą się do Warszawy – tam jednak nie jest lepiej. Mimo usilnych starań, Julek wciąż odstawał od swych polskich rówieśników; nie miał, na przykład, zdjęcia od pierwszej komunii, które legitymizowałoby jego pochodzenie i wyznanie. Zdobycie odpowiedniej fotografii wymagało wielu zabiegów. Ponieważ matka i siostra Julka pracowały u niemieckich chlebodawców, co zapewniało im niejakie bezpieczeństwo, postanowiono również i jego ukryć w ten sposób, odsuwając od podejrzliwych Polaków.

I tak aż do samego powstania warszawskiego Grünfeld pracował jako goniec w gabinecie niemieckiej dentystki. „Wydawało nam się, że Niemcy nie będą zdolni odróżnić polskich Żydów od polskich katolików, podczas gdy Polacy łatwo wychwytywali niuanse zachowań, wynikające z odmienności naszego wychowania”. I faktycznie, Julek pewnego razu spytał na przykład polską współpracowniczkę, czy w związku z tym, że Wielkanoc przypadła bardzo późno, przesunie się też Boże Narodzenie! Zatarcie tej gafy wymagało wielu zabiegów. Po wybuchu powstania czternastoletni Grünfeld przyłączył się do jednego z oddziałów jako łącznik: walczył, oglądał śmierć kolegów, błąkał się w kanałach, wreszcie po kapitulacji trafił do obozu w Pruszkowie.

Mimo iż spisana po latach, opowieść Julka Grünfelda (Yehudą Nirem stał się dopiero po wojnie, by nie nosić niemieckiego nazwiska), jest szczegółowa i barwna. Autor przywołuje liczne epizody, przedstawia swoje ówczesne odczucia i emocje: nieustanny strach przed dekonspiracją, stałą czujność, która pozwalała w porę zauważyć wszelkie niebezpieczeństwa, wielkie napięcie nerwów. Julek nie tylko przeżył, ale i miał podczas wojny warunki stosunkowo lepsze niż wielu innych ukrywających się Żydów. Nie zmienia to jednak faktu, że stracił dzieciństwo, że dojrzewał, jak napisał Władysław Bartoszewicz, „w warunkach infernalnych”. Oglądamy świat jego oczami, poznajemy jego subiektywne opinie o ludziach i wydarzeniach, niekiedy gorzkie dla nas, Polaków, jak wtedy, gdy pisał o niechęci Armii Krajowej wobec Żydów: „Przypuszczam, że większość Polaków nie zwalczała nazizmu, a raczej walczyła z Niemcami – ich odwiecznym, historycznym wrogiem. To zaś pozwalało znacznej ich części zachować swój antysemityzm nawet wtedy, gdy [Żydzi] przelewali własną krew w walce ze wspólnym wrogiem”. Po części z tego powodu nawet w czasie powstania Julek ukrywał swe pochodzenie – chociaż napisał, że robił tak z obawy o swój los, gdyby wpadł w ręce Niemców. Obszernie opisał pogrzeb poległego czternastolatka, który okazał się Żydem, ku zaskoczeniu wszystkich. Jego dowódca powiedział wtedy nad grobem: „Nasuwa mi się smutna refleksja, że nawet teraz – wśród nas, uwolnionych już od Niemców – on nie ośmielił się ujawnić swojej prawdziwej tożsamości”. Oficer ten zresztą był jednym z niewielu, o których Grünfeld wyrażał się z szacunkiem, gdyż ogólnie nie miał wysokiego mniemania o dowódcach; uważał ich za zadufanych i nieliczących się z ludzkim życiem. Można się oburzać i prostować fakty, ale – jak zauważył ks. Adam Boniecki – „sprostowania [...] są bez sensu, bo widziane od strony świata żydowskiego fakty takimi były, widziani z tamtej strony tacy byliśmy”.
 
Yehuda Nir, psychiatra i psychoterapeuta.
Profesor Michał Głowiński w swoim słowie wstępnym (nieduża książka zaopatrzona jest w aż pięć takich krótkich wstępów: Władysława Bartoszewskiego, ks. Adama Bonieckiego, Michała Głowińskiego, autora i tłumacza) napisał: „Wszystko jest tu dokumentem wielkiej klasy, całość zaś stanowi przejmującą relację, pisaną nader wprawnym piórem”. Niestety, w polskim wydaniu to wprawne pióro zostało może nie całkiem złamane, ale na pewno bardzo mocno stępione. Tłumacz przełożył tekst koślawym stylem: zachował angielską składnię, zbyt kurczowo trzymał się oryginału, tworząc niezrozumiałe zdania-potworki, upstrzone kalkami językowymi. Żeby nie być gołosłownym, kilka przykładów: „Osłabiona pozycja ojca wobec świata zewnętrznego zdegradowała w jakimś sensie jego rolę w naszej rodzinie” (s. 18), „Konflikt między mym doświadczeniem wyniesionym z domu a doznawanym w otaczającym zewnętrznym świecie, przybierał intensywnie na sile” (s. 19), „Soczewkę ogniskującą ich zainteresowanie na istotnych wydarzeniach stanowiło radio, zwłaszcza dla ojca” (s. 23). Są strony, na których jest po kilka tego rodzaju zdań. A wystarczyła dokładniejsza redakcja, by tych wpadek uniknąć. Również korekta była mistyfikacją, ponieważ w wielu miejscach szwankuje zarówno ortografia, jak i interpunkcja. Ogromna to szkoda, ponieważ wspomnienia Nira doskonale nadawałyby się dla młodzieży. Trudno jednak polecać uczniom tekst, który choć wartościowy historycznie i pozwalający się wczuć w sytuację ukrywającego się rówieśnika, równocześnie stanowi zaprzeczenie zasad poprawności językowej. Starszy czytelnik, zgrzytając zębami i odruchowo korygując błędy, zdoła się jakoś skupić na dramatycznych losach Julka i jego rodziny. W każdym razie warto ten wysiłek podjąć.

Yehuda Nir, Utracone dzieciństwo, tłum. Jacek Mazur, Nowy Świat 2011.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Nowy Świat.

Tagi , , | 22 Komentarzy

Łurzowy Kłulik zwiastujący Zagładę, czyli o spotkaniu z Martą Kisiel


Takie plakaty jak ten poniżej zapraszały warszawiaków w sobotnie popołudnie na spotkanie z Martą Kisiel, ałtorką (pisownia oficjalna!) „Dożywocia”, które ma już status prawdziwego białego kruka, i wydanego w lutym „Nomen omen” (recenzja, miejmy nadzieję, już wkrótce).
 
Ałtorka paczy znacząco.
Pracownicy księgarni „Matrasa” jasno dali do zrozumienia, jaki tytuł powinien być absolutnym hitem list sprzedaży i zajmować w Top 10 wszystkie piętnaście miejsc. Pod tym wyrazem uznania Ałtorka, na pozór nieporuszona gromadzącym się tłumkiem czytelników, omawiała tajemnicze sprawy.



Wreszcie jednak frekwencja okazała się zadowalająca, co Marta sprawdziła kątem oka:


I się zaczęło. Ałtorkę przepytywał Michał Czajkowski z bloga FUNtastyka:


Potoczyło się wartko, a zebrani reagowali spontanicznie, wznosząc okrzyki, rzucając komentarze i wybuchając śmiechem. Marta została odpytana na okoliczność:
a) odkrycia fabuły w swojej drugiej książce;
b) chęci napisania kiedyś naprawdę poważnej powieści;
c) namiętności do Warcrafta (wina męża) i gier planszowych (też wina męża);
d) czytania dziecku i pisania dla dzieci (czekamy na bajkę o złym czarodzieju Stefanie i żabie z temperówką!);
e) pornografii z elementami paranormalnymi (tak, tak, istnieje cały taki dział „literatury”, przy którym ponoć słynne „50 twarzy Greya” jest kawałem dobrej powieści);
f) planów literackich, które mnożą się jak Łurzowe Kłuliki, a ich realizacja zajmie Ałtorce najbliższe kilkanaście lat (w wersji optymistycznej). W każdym razie wielbiciele „Dożywocia” dostali potwierdzenie, że kontynuacja będzie;
g) miłości do romantyzmu – tu Marta jako prawdziwa miłośniczka epoki popłynęła, a słuchacze wraz z nią (ręka do góry, kto nabrał ochoty, żeby poczytać Słowackiego czy Mickiewicza pod kątem klimatów wampiryczno-horrorycznych).

Poza tym było o wybuchach natchnienia dopadających Ałtorkę przy bliskim kontakcie z wodą i o sposobach utrwalania pomysłów w środowisku wilgotnym oraz o praniu ręcznym jako niezawodnym źródle inspiracji. Konkurs na najciekawsze pytanie z sali wygrało pytanie o to, dlaczego papuga z „Nomen omen” nazywa się Roy Keane. Przy tej okazji Marta przyznała się do oglądania meczy piłkarskich i sympatii do Manchesteru United. Zdradziła też kulisy powstania swoich pierwszych opowiadań oraz postaci Łurzowego Kłulika zwiastującego Zagładę.
 
Wierne fanki w pierwszym rzędzie.
Wreszcie nadejszła wiekopomna chwila i Ałtorka zaczęła wypisywać dedykacje w swoich książkach, a ogon po autograf wił się długi, cętkowany, kręty i rozgadany. Na sali zauważono: Agnieszkę z „Książkowa”, Kasię z „Mojej pasieki” oraz Inwentaryzację Krotochwil. Ktoś jeszcze ujawni się w komentarzach?
 
Ałtorka, jak widać, dokonała zupełnie niepotrzebnej samokrytyki.
Po części oficjalnej, która przedłużyła się ogromnie, uniemożliwiając punktualne zamknięcie księgarni, część zebranych udała się na pogaduchy w ściślejszym gronie, by spiskować w celu przejęcia władzy nad światem. O terminie nadciągającej apokalipsy powiadomimy w osobnym komunikacie.

PS. Ruszyła oficjalna strona ałtorska: martakisiel.pl



Tagi , | 32 Komentarzy

Wyrwani z korzeniami
(Jerzy Krzysztoń, „Wielbłąd na stepie” i „Krzyż Południa”)


Janek Kos z „Czterech pancernych” trafił na Syberię w poszukiwaniu ojca, który zaginął podczas kampanii wrześniowej. Ale skąd w Związku Radzieckim wzięła się Lidka i pozostali żołnierze, którzy ciągnęli najpierw do armii Andersa, a potem do Dywizji Kościuszkowskiej? Temu pytaniu Janusz Przymanowski, przypuszczalnie w obawie przed naruszeniem polsko-radzieckiego braterstwa, nie poświęcił uwagi. Pewnie jakoś tak samo wyszło w tym całym wojennym zamieszaniu.

O tym, skąd wzięli się w ZSRR przyszli żołnierze Berlinga, nie wspominał też Alojzy Sroga, autor obszernego, ewidentnie wzorowanego na Wańkowiczu dzieła „Początek drogi – Lenino”. A przecież cały pierwszy rozdział, zatytułowany sugestywnie „Idą tułacze”, poświęcił losom Polaków ciągnących z Syberii i Kazachstanu nad Okę. Najwyraźniej wygłodzeni, schorowani i jedzeni przez wszy nędzarze również zupełnym przypadkiem dali się porwać wichrowi wojny. Już samo ich istnienie było wystarczająco niewygodne dla władz, o wnikaniu w przyczyny ich tułactwa nie mogło być mowy.

Wiedział o tym też Jerzy Krzysztoń, który w swoim „Wielbłądzie na stepie” zastosował ten sam schemat. Bohaterów książki: Jankę z dwoma synami: Jurkiem i Mariuszkiem, siostrą Zosią i jej narzeczonym Stachem oraz jego matką poznajemy w chwili, gdy opuszczają stepowy kołchoz, by przenieść się na budowę linii kolejowej. W kolejnych epizodach obserwujemy ich dalsze losy: codzienną ciężką pracę, zmagania z głodem i chorobami, tęsknotą za domem, podsłuchujemy rozważania o przyszłości i wspomnienia z przedwojennej Polski. Ale nie tylko o nich pisze autor: pojawiają się nowi bohaterowie: inni Polacy, Rosjanie, Ukraińcy, Kazachowie, niektórzy na dłużej, inni przelotnie. Część tych epizodów jest znakomita i głęboko poruszająca, jak samotny bieg Mariuszka po stepie, historia wojennej wdowy Nastii czy śmierci Samojłowa i Wasyla podczas burzy śnieżnej. Wszystko rozgrywa się w stepowej scenerii, opisywanej plastycznie i z rozmachem: grozę budzi pożar stepu, step zimowy jest majestatyczny, ale i śmiertelnie groźny. Świetnie odmalowana jest też burza piaskowa.

„Krzyż Południa” opowiada o dalszych losach małej grupki Polaków, ewakuowanej do Persji. Tam w obozie przejściowym czekają na decyzję, dokąd podążą dalej. Tymczasem jednak poznają nowy świat, tak odmienny i od Polski, i Związku Radzieckiego: egzotyczny, barwny, tajemniczy, ale i obcy. Początkowo Krzysztoń stosuje zabieg znany z poprzedniej części: przedstawia kolejne epizody, nie skupiając się dłużej na żadnym z bohaterów. Ostatecznie jednak na pierwszy plan wysuwa się dwunastoletni Jurek, który zaczyna dojrzewać, a po rosyjskich doświadczeniach wreszcie zaznaje stabilizacji – kruchej, ale przynajmniej pozwalającej skupić się na czymś więcej niż tylko egzystowanie z dnia na dzień. Obserwujemy jego oczami wschodni targ, wchłoniemy wraz z nim opowieści innych uchodźców, żyjemy nadzieją na powrót ojca, przeżywamy nieśmiałe zainteresowanie dziewczyną. Przypuszczam, że pobrzmiewają tu własne przeżycia Krzysztonia, który został jako chłopiec wywieziony do Kazachstanu, a potem trafił do Persji i Indii.

W „Wielbłądzie” Krzysztoń jedynie bardzo oględnie sugeruje czytelnikowi, jakie były losy bohaterów przed pojawieniem się na stepie. W pisanym później (i wydanym już po śmierci autora) „Krzyżu” pozwala sobie na więcej – korzystając zapewne z poluzowania cenzury w okresie „karnawału Solidarności”. Mamy nie tylko opis wywózki z Grodna (bardzo oględny), ale i mocno przejrzyste aluzje do mordu w Katyniu. Mimo tych wszystkich ograniczeń dylogia Krzysztonia jest bardzo dobrą – i mimo wszystko zaskakująco bezpośrednią – opowieścią o trudnych polskich losach podczas wojny, walce o przetrwanie, w której główną rolę odgrywały kobiety, gotowe na wszystko, byle utrzymać siebie i dzieci, podsycające wciąż wątłą nadzieję na powrót do domu, na spotkanie z mężami, na normalność. Krzysztoń znakomicie pokazuje napięcie, w jakim żyły bohaterki, i fakt, że wystarczyła choćby odrobina stabilizacji, by pękał psychiczny pancerz:
W skwar i mróz budowała kolej. Miesiła nogami glinę ze słomą. Głodowała. I było dobrze. Dopiero gdy tę nędzę i znój miała za sobą, ogarnęło ją przeczucie nieszczęścia. Wypełniał ją zapiekły żal. Zapomniani od Boga, leżą pokotem wyrzuceni na piasek, jakby ich morze wypluło. Zbędni i niepotrzebni nikomu. Schną wyrwani z korzeniami. [...] Nie ma żadnej rękojmi powrotu, żadnej bożej obietnicy. Wygnańcy mogą żywić płonne nadzieje, ale nikt im nie przyobiecał, że wrócą żywi i cali.
Krzysztoń potrafi stylem oddać specyfikę miejsc, w których rozgrywają się jego książki: część „stepowa” jest bujna, czuje się wręcz rozległość trawiastych przestrzeni; nie tylko słowa czy zdania pobrzmiewają z rosyjska, ale i sposób budowania zdań, ich rytm wydaje mi się podobny do rosyjskiej prozy. Część perska jest już odmienna: język staje się bardziej ozdobny, miejscami poetyzujący czy barokowy, pojawiają się nawiązania mistyczne i biblijne. Gdybym miał wybrać, która z dwóch powieści jest lepsza, miałbym problem. Obie są miejscami nierówne, ale każda z nich ma sceny czy epizody prawdziwie znakomite i zapadające w pamięć.

PS. Po Krzysztonia sięgnąłem dzięki jego wielbicielce Kasi. Na jej blogu znajdziecie więcej autorze i jego książkach

Jerzy Krzysztoń, Wielbłąd na stepie, Czytelnik 1978.

Jerzy Krzysztoń, Krzyż Południa, Czytelnik 1983.

Tagi | 41 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.