Archiwum maja 2014

Pisarze ze starej szkoły (XXII): „W futerale powiastek podrzucać tę i ową prawą myśl – jest obrzydłą dla mnie robotą”


Literatura, zdaniem niektórych, jest sprawą śmiertelnie poważną. Pewnie już Homerowi robiono zarzuty, że tumani gawiedź historyjkami o wojenkach i romansach, zamiast opiewać bogów i zgłębiać tajemnice Bytu, zapewniając tym samym słuchaczom odpowiednio treściwą strawę duchową. Niegodne literatury jest też przemycanie treści głębszych odzianych w atrakcyjne szatki – nawet najlepszy kryminał poruszający bolesne problemy społeczne gorszy będzie od eksperymentalnej powieści pisanej krwią i innymi wydzielinami i tak głębokiej, że jej dna nie da się dostrzec. Radykalny pogląd na tę kwestię wyraził w 1868 roku Cyprian Kamil Norwid w liście do zapomnianej już dziś zupełnie pisarki Łucji Rautenstrauchowej. Miał rację?

[...] Widziałem ja marchew i rzepę w rosole pięknie zgotowanym, a marchew i rzepę krajaną sztucznie w arcynadobne formy: gwiazdy i cyfry, w serca gorejące, a krzyże nawet!...

Wszelako i marchew, i rzepa pozostawały marchwią i rzepą, mimo ze wszech miar dziwne i udatne onej reformy. O! ty rzepo – o! ty marchew etc... Fidias gdyby ostrugał cię za dni Peryklesa, azali nie przestałabyś być leguminą? – wątpię.

Cyprian Kamil Norwid, Autoportret, 1847 rok.



Z tych to względów tam, gdzie kardynalnych zbywa rzeczy i prawd, tam na sposób (skądinąd płynnego) Kraszewskiego w futerale powiastek podrzucać tę i ową prawą myśl – jest obrzydłą dla mnie robotą.

Niewolnicy taką czynią i czynili – i czynili tak niewolnicy starożytni, w powiastek formie mimochodem podrzucając rzecz sumienia Panu swojemu.

Nędzę tę, że ją mam za takową, wie i zna ode mnie i ze słów mych Kraszewski.

Oni gotowi by Dekalogu Mojżeszowego i Dwunastu Tablic rzymskich nauczać w romansach, a Ezechiela na fortepian i na nutę Trzeciego maja!

Zniewieścieli i niewolnicy są!

[...] Powiadają mi na to: że tym sposobem zyskuje się powolność czytelnictwa... Niech go pioruny zapalą! niech go nie będzie wcale – to lepiej jest. Niech wszyscy pisarze polscy założą ręce i milczą – to lepiej.

[...] Jać wiem, że dla publiczności polskiej trzeba tak, jak dla niektórych romantycznych starych panien, które życzą sobie bardzo uprzejmie, aby ów przyszły szczęśliwy (nieszczęśliwy!) był niesłychanie piękny, i niesłychanie dobrze urodzony, i genialny, i doskonałego zdrowia, i wielkiego doświadczenia, i rozsądku, i aby był jak Solon, i jak Plato, i jak Fidias, i jak Rafael, i jak Herkules, i jak Beethoven, i jak Aleksander Macedoński, i jak pasterz z fletem wierzbowym, i jak Savonarola, i jak panna Taglioni, i jak baron James Rotschild i Spółka – amen. [...]

Zoilus, rys. Cyprian Kamil Norwid.
Dzikie nasze położenie. Wybór listów romantycznych, oprac. Danuta Sosnowska, Siedmioróg 1997, s. 97–98.

Tagi , | 42 Komentarzy

„Przeszedłem trochę do dandyzmu”, czyli Słowacki i moda


Poeta, jak powszechnie wiadomo, powinien chodzić okryty obszerną peleryną, która litościwie osłoni wszelkie braki w jego garderobie, wystrzępione mankiety koszuli, pocerowaną na łokciach marynarkę czy zgoła rozciągnięty sweter i powycierane na kolanach spodnie. Tylko dziurawych butów nie osłoni. Zdarzają się jednak poeci bardziej dbali o garderobę i w ogóle o swój wygląd – zwykle to ci sami, którzy w przeciwieństwie do mniej szczęśliwych kolegów nie muszą żywić się energią słoneczną czy miską zupy cebulowej raz na dwa dni.

To im troskliwe matki zapewniają środki do życia, skromne, ale wystarczające, oraz posyłają od czasu do czasu parę koszul, które synowie wydzierają do cna i traktują niczym relikwie:
Ach! za wszystko, Mamo droga, mam Tobie wdzięczność. [...] Dotąd jeszcze w rzeczach najpotrzebniejszych widzę Twoją rękę – dotąd chodziłem w koszulach, które miałem od Ciebie, i dopióro teraz, gdy się podarły, sprawiam sobie nowe za pośrednictwem pani Pattey, która zna się na tym. Mała to rzecz, ale wiesz, Mamo, że mię smuci rozłączenie się z dawnymi moimi koszulami. [...] wkrótce oprócz kilku książek nic nie będę miał z kraju [...].
Być może jedna z tych matczynych koszul w towarzystwie najmodniejszych dodatków pozwoliła Słowackiemu dwa lata wcześniej, w 1832 roku, przedzierzgnąć się w złotego młodzieńca:
Po przeczytaniu romansu Pelham przez pana Bulwer, z zamyślenia oswaldowskiego przeszedłem trochę do dandyzmu – i dziś właśnie udała mi się moja rola w ogrodzie Tuilleries: pierwszy raz ubiorem zwróciłem oczy dam – bo miałem białe szarawarki, kamizelkę białą kaszmirową, w ogromne różnokolorowe kwiaty, tak jak dawne suknie damskie, i kołnierz od koszuli odłożony – do tego dodajcie laseczkę z pozłacaną główką i glansowane rękawiczki, a będziecie mieli Julka...
Poeta i jedna z jego słynnych koszul.
Ta staranność w ubiorze bynajmniej nie była oznaką próżności. Poeta bowiem cierpi za miliony – w tym wypadku za cały ród poetów:
I zapytasz zapewne Mama, dlaczego to robię? Oto dlatego, iż raz zostawszy poetą, chcę ujść powszechnej nagany, która nasz ród wystawia jako opuszczony i niedbały... i nie chcę, aby mię tak jak Mickiewicza do domu gry nie wpuszczono – bo go służący wzięli za lokaja i dali odpowiedź, że ma źle zawiązaną chustkę...
O zaniedbaniu Mickiewicza jest zresztą mowa jeszcze w innym miejscu: 
Na wieczorze był Mickiew[icz] – nie możecie sobie wystawić, jak po liderlichowsku wygląda z pomiętym od koszuli kołnierzem i we fraku zasmolonym...
Nic więc dziwnego, że Juliusz wysoko chciał dzierżyć sztandar mody męskiej.

Nie tylko eleganckie salony i ogrody Paryża wymagały stosownego stroju. Również na górskie szlaki nie wypadało ruszać w byle czym:
Abyś mię sobie, Mamo, dobrze wystawić mogła, muszę Ci opisać mój fantastyczny ubior. Miałem płócienną blousę, haftowaną zielonym jedwabiem czy też włóczką, pas czarny skórzany, białe szarawary, kapelusz ze słomy białej i czarnej pleciony, dosyć niski, z ogromnymi skrzydłami i opasany purpurową wstążką – do tego na grubej podeszwie trzewiki – i kij wyższy ode mnie, biały z żelaznym kolcem, jakiego zwyczajnie górale używają. W ubiorze tym wyglądałem tak młodo, że mi dawano lat 15 wieku.
Białe szarawary na alpejską wędrówkę budzą dreszcz, ale być może łono natury w roku Pańskim 1834 było dużo czystsze niż obecnie.

Zdaje się, że braki finansowe dość szybko uniemożliwiły Słowackiemu niewolnicze podążanie za modą. Już w 1835 roku ubolewa, donaszając zapewne ów świetny strój, którym olśnił Tuilleries:
Ty chodzisz w podartym szlafroku, ale ja – także – od czterech lat jeden frak mam czarny – i tylko sobie co lata jeden tużurek robić każę, aby między ludźmi dziurami nie świecić. Kilka dni temu kazałem sobie frak robić, bo już w dawnym paryskim nie mogłem nawet na domowych wieczorach pokazywać się.
Słowacki w wersji bardziej eleganckiej.
Ostatecznym ciosem zadanym Juliuszowej garderobie była wyprawa do Ziemi Świętej w 1837 roku:
Wracam z mojej wschodniej podróży zupełnie odarty: jak Babka mówiła, spanachawszy manatki. Koszule moje noszą pięć ran Chrystusowych; będę się musiał zupełnie na nowo oszywać i opierać. Wiozę sobie na ranne wstanie zamiast szlafroka płaszcz arabski wełniany; wiozę także dywanik, który mi za pościel służył, w Kairze kupiony. [...] Mam jeszcze skarpetki perskie z różnokolorowej wełny, bardzo gustowne, które mi za meszty [pantofle] służyć mogą.
Jest więc Słowacki prekursorem peerelowskich bikiniarzy. Słowa „będę się musiał zupełnie na nowo oszywać i opierać” zaś dają nadzieję, że i w kolejnych latach poeta nie spadł do poziomu niechlujnego Mickiewicza, o tym jednak niestety listy już milczą.
 
Wieszcz w nakryciu głowy.
Cytaty za: Juliusz Słowacki, Listy do matki, oprac. Zofia Krzyżanowska [w:] Dzieła wybrane, t. 6, Ossolineum 1983.



Tagi | 21 Komentarzy

Takich trzech jak ich czterech - to nie ma ani jednego
(Aleksander Dumas, „Trzej muszkieterowie” )


Trzej muszkieterowie (plus d’Artagnan – swoją drogą, zawsze mnie ciekawiło, czemuż to on, w końcu główny bohater powieści, w tytule nie został uwzględniony) byli dla mnie zawsze symbolami przyjaźni – i to wrażenie powtórka po latach potwierdziła – oraz rycerzami bez skazy, którzy w obronie swego honoru, króla i kobiety wyciągną szpadę i pojedynkować się będą do upadłego. To wrażenie teraz rozwiało się niczym kurz na gościńcu, którym zmierzał do Paryża młody gaskoński szlachcic.

D’Artagnan, gdyż o nim mowa, jechał do stolicy, by zaciągnąć się na służbę do muszkieterów królewskich. W drodze zdarzyło mu się zadrzeć z człowiekiem z blizną, ujrzeć w przelocie blond piękność i utracić list polecający do dowódcy muszkieterów, pana de Treville. W jego też pałacu nadepnął na odciski trzem walecznym kompanom: Atosowi, Portosowi i Aramisowi. Potem, jak chyba wszystkim wiadomo, był potrójny pojedynek zakończony zawarciem dozgonnej przyjaźni, masa innych walk na szpady, zadarcie z potężnym kardynałem Richelieu, parę romansów, sieć intryg oraz szaleńcza wyprawa do Londynu.

Powieść Dumas dzieli się na dwie części: pierwsza jest spójną i dość dynamiczną historią pierwszych kroków d’Artagnana w wielkim świecie, zwieńczoną eskapadą po spinki królowej Anny Austriaczki, druga natomiast snuje się najpierw wokół prób zdobycia ekwipunku na wyprawę wojenną i niemrawych starań wykrycia porywaczy ukochanej d’Artagnana, potem wyczynów militarnych, by wreszcie skupić się na losach Milady, owej tajemniczej blondynki, którą Gaskończyk dostrzegł na początku swej wyprawy do Paryża. Sceny finałowe melodramatyzmem nie przebijają co prawda zgonu Stefci Rudeckiej, niebezpiecznie jednak się do tego ideału zbliżają. Na szczęście Dumas dorzucił tu i ówdzie epizod niemal heroikomiczny, jak śniadanie w bastionie Świętego Gerwazego, albo wdał się w analizę charakterów służących i ich stosunków z chlebodawcami, pokazując, że nie było mu obce poczucie humoru.
Do skrzyżowania szpad każdy pretekst jest dobry
(ilustr. Jerzego Skarżyńskiego).

Autor nie wpadł też na pomysł, by swoich bohaterów uczynić herosami bez skazy. Wręcz przeciwnie, obdarzył ich całą masą cech mocno sprzecznych ze stereotypowym wyobrażeniem szlachetnych szermierzy honoru. Bo i ten honor często pojmują nader pokrętnie – w myśl zasady, że jeśli chcemy się z kimś pojedynkować, to za pretekst wystarczy byle głupstwo. Poza tym Portos jest próżny i z jego poczuciem honoru nie kłóci się żerowanie na uczuciach starszej kobiety, d’Artagnan – ponoć szaleńczo zakochany w pani Bonacieux – w ramach poszukiwań porwanej kochanki najpierw uwodzi pokojówkę, by zdobyć dostęp do jej pani, a potem bez szczególnych szmerów w podświadomości zaczyna sypiać również z Milady. Aramis to cicha woda, wygląda na takiego, co to „modli się pod figurą, a diabła ma za skórą”. Najlepiej na ich tle wypada Atos: co prawda za dużo pije, ale przynajmniej ma porządny powód, by zalewać robaka. Jego kompani zresztą też za kołnierz nie wylewają.

Wynika z tego, że „Trzej muszkieterowie” na pewno nie są umoralniającą powiastką dla dzieci, chociaż w moim pokoleniu, a i pewnie wcześniej powszechnie była chyba czytana w wieku dwunastu czy trzynastu lat. Wtedy walor czysto przygodowy przesłania całą resztę, a górnolotne hasła o obronie honoru wnikają w pamięć, pozostawiając fałszywe wrażenie, że świat opisany przez Dumasa jest czarno-biały: wszyscy albo obrzydliwie szlachetni, albo podli. Tymczasem podła jest wyłącznie piękna Milady (skądinąd najciekawsza postać), ale cała reszta bohaterów również ma rozmaite skazy – może poza panią Bonacieux, której przypadła niewdzięczna rola przeciwwagi dla Milady; rola, która skazała ją na zupełną nijakość.  

Bez względu jednak na wszystko powieść Dumasa daje masę uciechy, ciut tylko mniejszą niż ta dawna radziecka adaptacja filmowa:



Aleksander Dumas, Trzej muszkieterowie, tłum. Joanna Guze, ilustr. Jerzy Skarżyński, Krąg-Officina 1993. 

Tagi | 69 Komentarzy

„Tani w eksploatacji i łatwy w utrzymaniu”
(Robin McKie, „Małpolud”)


Ewolucję człowieka zwykle przedstawia się jako linearne przejście od małp człekokształtnych do Homo sapiens. Graficznie wygląda to z grubsza tak:


Taki schemat bardzo ułatwia nam pojmowanie procesu ewolucji i zgadza się z naszym rozumieniem idei postępu, który polega na nieustannym pięciu się w górę. Życie jednak nie podporządkowuje się naszym wyobrażeniom; jest – jak pisze amerykański antropolog Stephen Jay Gould – „bujnie rozgałęzionym krzewem, nieustannie przycinanym przez nieubłagany sekator wymierań, nie zaś drabiną dającego się przewidzieć postępu”.

Odnogi tego krzewu są nie tylko rozgałęzione, ale i mocno poplątane. Laik, który chciałby się w tym gąszczu rozeznać, potrzebuje przewodnika: przystępnie napisanego, bogato ilustrowanego i aktualnego. „Małpolud” Robina McKie jest idealną książką tego rodzaju. Opowieść o antropogenezie rozpoczyna od znaleziska, które może wydawać się zupełnie nieciekawe, ale które fachowcy uznali za przełomowe – chodzi o odciśnięte w wilgotnym popiele wulkanicznym ślady stóp dwóch istot dwunożnych. Popiół zastygł, ślady przykryły kolejne pokłady popiołu. Odkryto je, jak to zwykle bywa, przypadkowo. Laetoli w północnej Tanzanii dostarczyło sposobności do zbadania jednego z zasadniczych przełomów w rozwoju hominidów, który nastąpił między 3,8 a 3,6 miliona lat temu. Stanięcie na dwóch nogach uwolniło ręce Australopithecus afarensis i otworzyło niezliczone nowe możliwości ich wykorzystania: do przenoszenia przedmiotów, wytwarzania narzędzi, skomplikowanych manipulacji.

Ślady z Laetoli podważyły hipotezę, że z trzech głównych wyróżników człowieka dwunożność pojawiła się dopiero po zwiększeniu objętości mózgu i wynalezieniu narzędzi. Co więcej, gdyby hominidy najpierw rozwinęły mózg, być może nigdy nie stanęłyby na dwóch nogach! Postawa wyprostowana bowiem oznacza znaczne utrudnienia podczas porodu i sprawia, że ludzkie dzieci rodzą się bezradne i skazane na rodzicielską opiekę:
Podczas gdy szympansy przechodzą przez podstawowy rozwój neurologiczny w łonie matki, istota ludzka rodzi się po przejściu niespełna połowy tego zasadniczego rozrostu – ponieważ głowa dziecka byłaby zbyt duża, by przejść przez miednicę jakiejkolwiek kobiety mającej aspiracje do bycia stworzeniem dwunożnym.
To z kolei w sposób zasadniczy wpłynęło na podział ról w społeczeństwie: mężczyzna dostarczał pożywienia i ochrony kobiecie i dzieciom w tym kluczowym okresie. Zadecydowało też o innych kwestiach: „kobiety mają biodra nieco szersze niż mężczyźni, by do minimum zredukować urazy porodowe. Ale oznacza to, że kobiety naszego gatunku poruszają się na dwóch nogach nieco mniej sprawnie niż mężczyźni i są w związku z tym nieco gorszymi piechurami, biegaczami i skoczkami [...]”.
 
Odciski stóp z Laetoli (źródło).
Dalej autor śledzi kolejne formy rozwojowe hominidów, od australopiteka do człowieka współczesnego. Barwnie opisuje rozwój biologiczny, wynikający z konieczności przystosowania się do zmieniających się warunków przyrodniczych, pojawianie się zachowań społecznych, coraz bardziej skomplikowanych narzędzi, wreszcie mowy i myślenia abstrakcyjnego, a wraz z nim pierwszych kultów religijnych i sztuki. Wiele miejsca poświęca rywalizacji Homo sapiens z neandertalczykiem, z której nasi przodkowie wyszli zwycięsko, gdyż w ostatecznym rozrachunku okazali się „tani w eksploatacji i łatwi w utrzymaniu”.

Opowieść o antropogenezie jest też opowieścią o kolejnych odkryciach i uczonych, którzy w trudnych warunkach ich dokonywali. „Małpolud” dostarcza jedynie podstawowej wiedzy, spragnionych „romansu paleontologicznego” na miarę Cerama mogę odesłać do prac Herberta Wendta – starszych, ale zapierających dech w piersiach barwnością opisu. Z książki McKie poznamy jednak okoliczności odkrycia śladów z Laetoli, chłopca z Nariokotome, który zmarł w wyniku zakażenia, jakie wywiązało się po utracie mlecznego zęba, czy słynnej Lucy „zwanej paleontologicznym darem niebios”. Na kilku przykładach można dostrzec, jak z pozoru oderwane od siebie informacje służą do rekonstruowania niedostępnego w inny sposób świata emocji i przeżyć naszych odległych w czasie krewnych. Na szkielecie kobiety Homo erectus sprzed około 1,5 mln lat znaleziono ślady choroby, która uniemożliwiła jej poruszanie się, a tym samym powinna spowodować szybki zgon. Tymczasem kobieta żyła nadal, bo najwyraźniej ktoś ją karmił i chronił. Mielibyśmy więc dowód na wczesny rozwój więzi społecznych, a może i uczuciowych. Podobnych historii jest tu więcej, a każda zachęca do rozszerzania wiedzy o najdawniejszych dziejach człowieka.

Robin McKie, Małpolud. Opowieść o ewolucji człowieka, tłum. Andrzej Jacek Tomaszewski, Muza 2001.

Tagi , | 22 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.