Archiwum lipca 2014

Tego się nie robi czytelnikom
(Alan Bradley, „Speaking from among the bones”)



„To się nie może tak kończyć”, wykrzyknąłem, nie bacząc na kłębiące się dokoła pensjonatowe towarzystwo. Takich rzeczy nie robi się czytelnikom, panie Bradley! Nie rzuca się im pod nogi w ostatnim zdaniu eksplodującej bomby!

Namiętność Flawii de Luce do chemii nie słabnie. Nie słabnie też jej zainteresowanie kryminalnymi zagadkami, których – jak na zamówienie – nie szczędzi jej ciche na pozór Bishop’s Lacey. Ciche, bo w rzeczywistości targane ukrytymi namiętnościami. Tym razem lokalną społeczność elektryzuje wieść o planowanym otwarciu grobu św. Tankreda, patrona parafii. Na dodatek zniknął młody i bardzo utalentowany organista. Rzecz jasna, panna de Luce nie zamierza trzymać się od tych sensacji z daleka. Najwidoczniej nigdy nie słyszała przysłowia: „Nie wściubiaj nosa do cudzego prosa”. A nawet jeśli je słyszała, to nie zamierzała go stosować w praktyce. Chęć udowodnienia wszystkim własnego geniuszu jest po prostu nieprzeparta.

Życie rodzinne Flawii przynosi kilka zwrotów, które wprawiają ją w niebotyczne zdumienie. Odbywa poważną rozmowę z ojcem o matce, doczekuje się uznania od sekujących ją zazwyczaj sióstr, ale nie może długo pławić się w zdziwieniu, rodzinę dotyka bowiem ostateczna katastrofa finansowa, która może oznaczać pożegnanie z Buckshaw. I po raz kolejny Flawia postanawia wziąć sprawy we własne ręce.

Bradley wspiął się na wyżyny, a piąta część przygód Flawii jest najlepszym i najrówniejszym z dotychczas wydanych tomów. Niebanalna historia kryminalna z zaskakującym zakończeniem przeprowadzona jest w sposób konsekwentny i w równym tempie. Do tego pojawia się spora domieszka elementów grozy: nocne spacery po cmentarzu i kościele, grobowe krypty i ciemne korytarze, nietoperze i ukrywany przed światem chory syn wpływowej rodziny. Są też małomiasteczkowe obrazki i ploteczki oraz ludzkie dramaty.

Sama Flawia, zapewne w związku ze zbliżającymi się dwunastymi urodzinami, wydaje się dużo dojrzalsza. Wciąż oczywiście wierzy we własny geniusz, ale zdążyła się przekonać, że inni dorównują jej intelektem – a w tym tomie rywalem w śledztwie jest już nie tylko inspektor Hewitt. Wciąż świetnie sobie radzi z manipulowaniem dorosłymi – wyciąganie od nich rozmaitych sekretów idzie jej konkursowo – ale zaczyna też do niej docierać, że innym również nie jest łatwo, że mogą być (podobnie jak ona sama) poobijani emocjonalnie i potrzebować uwagi i ciepła. Czyżby odzywało się niej dziedzictwo matki?

Polski przekład „Speaking” ma się ponoć ukazać jesienią. Jeśli wydawnictwo Vesper nie chce się narazić wielbicielom Flawii, podrażnionym zakończeniem tego tomu, powinno czym prędzej wypuścić tłumaczenie kolejnej części, dostępnej po angielsku już od ponad pół roku.
Alan Bradley, Speaking from among the bones, Orion Books 2013.

Tagi , | 17 Komentarzy

Księgozbiory polskie, cz. 1: Na warszawskim Kercelaku



Wizytę w każdym domu zaczynam od niezbyt dyskretnego niekiedy przeglądu księgozbioru gospodarzy (lub skonstatowania ze zgrozą jego braku). Uwielbiam też opisy bibliotek: mniejszych lub większych, publicznych lub prywatnych, otaczanych szacunkiem i miłością lub zaniedbanych i niszczejących. Mam nadzieję, że nie jestem w tej manii osamotniony, więc co jakiś czas chciałbym tu zamieścić smakowity fragment zaczerpnięty z powieści, wspomnień czy reportażu.
Dziś reportaż Gustawy Jareckiej (1908–1942), lewicującej dziennikarki i pisarki, o tym, co czytali mieszkańcy ubogich dzielnic Warszawy tuż przed wojną. Niektóre zawarte w nim stwierdzenia i obserwacje wydają się wciąż aktualne.

Księgozbiór na Kercelaku i teatr na Dzikiej
O dziesięć, dwanaście minut jazdy tramwajem od samej jasnej Marszałkowskiej, pokreślonej kolorowymi zygzakami reklam, leży inna Warszawa.
O wieczornym zmroku, kiedy śródmieście rozbłyska najjaśniej, wąskimi rurkami płynie czerwona i błękitna krew neonów, leżą niedaleko ciemne, groźne i źle brukowane ulice: Krochmalna, Prosta, Pańska, i pod bladymi kręgami z rzadka rozstawionych żółtych lamp wiodą do kamienic o mokrych ścianach, wielu sieniach i ciasnych izbach. Stąd Towarową tylko parę kroków do egzotyki Warszawy, do Kercelaka.
Stragan z instrumentami, 1944 rok (źródło).
Już wszyscy to znają, widzieli, czytali. Kradzione buty i palta, używane sprzęty i przedmioty, psy wszelkich ras i bez rasy, perłowe, czarne i srebrne łagodne gołębie, krwawiące od bójek w ciasnocie klatki.
Wszyscy wiedzą o tutejszych wróżbitach, fotografach, sprzedawcach cudownych środków od „brodawek, a także i pluskiew", ale kto wie, że na Kercelaku stoi na drewnianych półkach, leży na lichym straganie tutejszy księgozbiór?
Obok blaszanych łóżek z medalionami kolorowych pejzaży, koło używanych płyt stoją w oszklonych półkach rzędem, leżą na stole stosami książki stare, bez okładek i z okładkami o zatartych napisach. Leżą najlichsze, bo stąd łatwo ściągnąć.
Coraz to ktoś przystaje i oczami wodzi po tytułach. Rinaldo Rinaldini wsparł się o Rewolucją St. Grabskiego. Inne rozchodzą się, jak przystoi wedle treści, na tej samej półce w różne strony. Z jednej Kryzys demokracji, z drugiej Wygnana w dzień ślubu. Tragedia panny z dobrego domu. Miłość i zbrodnia pochodzi z wydawnictwa polskiego i chrześcijańskiego, co zostało zaznaczone na okładce.
Łunaczarski stoi niedaleko Uboju rytualnego księdza Trzeciaka. Najwięcej widać egzemplarzy fizyki i chemii, jest jej nawet więcej niż romansu Potajemne zaślubiny, czyli Sekretarka króla.
Bo to nieprawda, że ludzie stąd nie czytają albo mają zainteresowanie tylko dla „ślepej hrabiny”. Głód pisanego słowa na pewno tu jest większy niż gdzie indziej. Świadczą o tym coraz gęściej wychodzące zeszyty tandety.
Antykwariat na Kercelaku, 1927 rok (źródło).

Ale ludzie czytają w pierwszym rzędzie to, co do nich dociera, a następnie to, co jest tanie. Chociaż zeszytów Ślepej hrabiny jest tasiemiec, każdy jako jednorazowy wydatek kosztuje dziesięć groszy. Zresztą mimo to czytają i te inne, które tu są. Widziałam wiele razy księgozbiór z Kercelaka, zawsze coś w nim ubyło, zawsze znajdowało się coś nowego, ale nigdy dotąd nie było za szkłem półki, tam gdzie są lepsze książki, Michałka, Katarynki, Wolnego najmity, Ogniw — tych pięknych, prostych książeczek, których cena w zeszytowym wydaniu mogłaby też nie przekraczać dziesięciu groszy.
Składy nie kupowanych książek rosną po księgarniach. Nie ma dla nich drogi tutaj, gdzie się kupuje stare, sprzed lat czasopisma, zbutwiałe powieści anonimowych autorów i przestarzałe broszury popularnonaukowe. Nowe, kto wie, jak długo poczekają, zanim tu przyjdą.
Na Kercelaku jest księgozbiór, na Dzikiej, na Chłodnej kino dodaje rewię do programu.
Sentymentalne piosenki o miłości i niedoli z zabłąkanym, czasem słowem prawdziwej rozpaczy. Chude, jak należy, malowane dziewczyny w kolorowych, brudnych szmatach z błyskotkami tańczą własne improwizacje. Płaskie dowcipy, stare skecze, ktoś gra na ksylofonie, ktoś płacze na harmonijce. Ludzie wyżywają tęsknotę do widowiska. Tam gdzie kino dodaje rewię, już na popołudniowych przedstawieniach jest pełno. Publiczność? Policjant, goniec, woźny, uczniaki z tych stron i człowiek, który stąd pewno pójdzie na nocną zmianę, bo w paczce na kolanach ma robocze ubranie. Na paczce spoczywają ręce. Za chwilę, kiedy Cygan zaśpiewa piosenkę o czarnych oczach, rymowaną na „mię” i „cię”, będą klaskać. W prawdziwym, szczerym zachwycie, który nie poznał nic piękniejszego i — kto wie, czy pozna?
Ludzie szukają repertuaru, repertuar butwieje po składach, błąka się w nie wydanych rękopisach.
Czytają Wampira Warszawy, tłoczą się do cyrku na „kobietę z męską brodą”. Przeczytaliby coś innego, gdyby mieli u siebie na Kercelaku, poszliby do teatru na Wolskiej, na Dzikiej, na Smoczej. 

Niepiękne dzielnice. Reportaże o międzywojennej Warszawie, oprac. Jan Dąbrowski, Józef Koskowski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1964, s. 190–192.

Tagi , , | 20 Komentarzy

Pomidorowe lektury, czyli co czytać przy uprawianiu ogródka




Na zdjęciu pomidor. Własnego chowu. Taka uprawa pomidorów to fajna rzecz, ale odciąga od blogowania. Tyle dobrego, że w przerwach między podlewaniem, pieleniem, nawożeniem i przyganianiem pszczół, żeby zapylały kwiaty, można sobie poczytać.


Na przykład ostatnią powieść Joanny Chmielewskiej. „Zbrodnia w efekcie” zaczyna się z przytupem, a właściwie z gwizdem lecącego odrąbanego łba. Potem niby wszystko jest poprawnie, ale stale do głowy ciśnie się myśl, że to wszystko już znamy, te postacie, te powiedzonka, te wydarzenia i historyjki. Na dodatek fabuła zaczyna się nieco sypać. Wielki plus tylko za ciocię Rychezę Klucznik i scenę rodzinnego obiadu z pierogami i walką o tajemniczą kasetkę z rodzinnymi sekretami. Do pilnowania roślinności w sam raz.

Ponoć wiara przenosi góry. Z „Człowieka, który wszedł na wzgórze, a zszedł z góry” Christophera Mangera wynika natomiast, że narodowa duma góry podwyższa. A precyzyjniej – podwyższa wzgórza, aby mogły stać się górami. Skomplikowane? Może nawet trochę bez sensu? Na pewno jednak nie dla mieszkańców szkockiego miasteczka, którzy od zawsze czerpali dumę z tego, że wznosząca się nad ich domami góra Ffynnon Garw jest pierwszą walijską górą, jaką widzi podróżny jadący od strony Anglii. Bolesnym ciosem okazuje się wynik pomiaru dokonanego przez dwóch wojskowych geometrów: Ffynnon Garw to zaledwie wzgórze! 

Na świecie trwa I wojna światowa, wielu mężczyzn z miasteczka walczy gdzieś daleko, a ich pozostali na miejscu ziomkowie obawiają się, że po powrocie żołnierze czynić im będą wyrzuty: „Jakże to tak, kiedy oni walczyli z Niemcami, miasteczko straciło górę? To nie do pomyślenia! Jak można było pozwolić, żeby Anglicy zabrali naszą górę, naszą walijskość?”. Walijczycy ruszają więc do walki w obronie swej narodowej godności.

Do powieści pasują wyświechtane określenia typu: ciepła, bezpretensjonalna, z subtelnym poczuciem humoru. Odrobina refleksji, trochę wzruszeń, ciekawa galeria typów ludzkich i analiza motywów kierujących ludzkimi zbiorowościami. Doskonała książka nie tylko do prac ogrodniczych.

Trzecią pomidorową lekturę wydawca zachwala tak: „Wilżyńska Dolina jest ukryta pośrodku Gór i – jakkolwiek władyka i pleban mogą mieć w tej kwestii inne zdanie – nieodwołalnie i niepodzielnie należy do Babuni Jagódki. Pełna zgryźliwego humoru, przewrotna opowieść, w której baśń miesza się z groteską i zaskakująco współczesną refleksją”. Babunia Jagódka, uściślijmy, jest wiedźmą – a literackie wiedźmy, od czasu zawarcia znajomości z czarownicami z Pratchettowskiego Lancre, budzą moje żywe zainteresowanie. Bohaterka opowiadań Anny Brzezińskiej stanowi połączenie Babci Weatherwax z jej dbałością o wiedźmią godność i odpowiedzialnością za lokalną społeczność z Nianią Ogg: Jagódka też za kołnierz nie wylewa, żadnemu (prawie) chłopu nie przepuści, a i figle jej się trzymają. 

Babcia Jagódka roboty ma huk. Samo tylko wydanie za mąż Jarosławny, pięknej młynarzówny, wymaga mnóstwa zabiegów. A gdzie czas na pokonanie grasantów i na odbudowę zniszczonej przez nich wsi? Drobniejszych spraw nie ma co wyliczać. Akcja płynie wartko i faktycznie, zgodnie z zapowiedzą wydawcy – i smieszno jest, i straszno. I całkiem niegłupio, bo sporo o ludzkiej naturze i mechanizmach zachowań można się dowiedzieć. Wszystko w atrakcyjnych plenerach, o ile ktoś lubi nibyśredniowieczne dekoracje, i jędrnym językiem spisane. Numerem jeden jest dla mnie zdecydowanie opowiadanie „Kot Wiedźmy” o damskim odpowiedniku słynnego Greebo, kocura Niani Ogg. Wiele w nim pazurów i krwi, ale w zasadzie jest to historia miłosna.

Babcia Jagódka zdecydowanie jest warta poznania; mam już kolejne opowieści w zapasie na czasy, gdy nadejdą „znów wieczory sałatki niejedzonej, tęsknoty dojmującej i łzy przełkniętej wpół”.

Wśród pomidorów czytałem:
Joanna Chmielewska, Zbrodnia w efekcie, Klin 2013.
Christopher Monger, Anglik, który wszedł na wzgórze, a zszedł z góry, tłum. Marek Cegieła, Prószyński i S-ka 1996.
Anna Brzezińska, Opowieści z Wilżyńskiej Doliny, Code Red 2014.

Tagi , , | 60 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.