Archiwum sierpnia 2014

Lektury z fasolowego zagonka, cz. 1



Jak się tak człowiek na serio zabierze za uprawę warzyw, to po robocie i owszem, ma ochotę poczytać coś lekkiego, ale żeby o tych lekturach napisać, to już niekoniecznie. Od pisania wzrok się psuje i plecy garbacieją, więc lepiej dać sobie spokój, internet nie zrobi się przez to uboższy. Nie powiem, przyjemna perspektywa, kusząca i demoralizująca. Nic tylko jej ulec, tym bardziej że z każdym dniem coraz trudniej wrócić do regularnego pisania. Na przełamanie więc tego rozleniwienia i w ramach rozgrzewki przed – mam nadzieję – powrotem już bez dłuższych przerw, notatka zbiorczo-wspomnieniowa.


Początek sierpnia niespodziewanie upłynął pod znakiem powtórki z Pratchetta. Bo jak tu nie przeczytać po raz kolejny „Straży nocnej”, skoro Królowa Matka tak gorąco ją rekomenduje jako swój ulubiony tom „Świata Dysku”? „Straż nocna” za każdym razem robi mocne wrażenie. A potem to już poleciało: i „Prawda”, i „Potworny regiment”, aż zaparło się na „Guards! Guards!” Takiego Pratchetta cenię najbardziej: celnie analizującego rzeczywistość i pokazującego jej absurdy, odsłaniającego mechanizmy społeczne, którym ulegamy. To, że z wygodnictwa i zwykłej bezmyślności robić będziemy to, co wszyscy (bo w końcu „iloraz inteligencji tłumu jest równy IQ najgłupszego jego przedstawiciela podzielonemu przez liczbę uczestników”), póki ktoś nie będzie miał odwagi przeciwstawić się stadnemu pędowi .


Niedawno rozgorączkowany czytałem piąty tom przygód Flawii de Luce i oszołomiony zakończeniem czym prędzej sięgnąłem po następną część, „Dead in their vaulted arches”. Nawet pół zdania o treści może zdradzić zbyt wiele, więc ograniczę się tylko do stwierdzenia, że odpalona bomba rzucona przez Bradleya w „Speaking” wybucha czytelnikowi prosto w twarz, zasypując go wykrzyknikami, pytajnikami oraz pyłem i gruzem ze wszystkich hipotez, jakie sobie zdążył przez pięć poprzednich tomów skonstruować. Tom siódmy zapowiadany jest na wiosnę przyszłego roku.


Kryminały retro mają się dobrze. Co prawda powieści Marka Krajewskiego mnie nie zachwyciły – powiem więcej: wynudziły mnie okrutnie – to jednak dałem szansę innemu przedstawicielowi gatunku. Marcin Wroński stworzył postać podkomisarza Zygi Maciejewskiego, któremu kazał penetrować zaułki międzywojennego Lublina. Zagadka kryminalna, osnuta wokół śmierci redaktora lokalnej gazety i cenzora, który kontrolował jej treść, jest co najwyżej przeciętna, na dodatek wyjaśnia się gdzieś w trzech czwartych książki. Lublin z lat trzydziestych też wypada blado – zaułki są ciemne i błotniste, w sam raz, żeby dostać w mordę albo kosą pod żebro, przedmieścia zaś ubogie (a także ciemne i błotniste). Padają nazwy ulic i dzielnic, ale równie dobrze akcja mogłaby się rozgrywać na przykład w Kielcach. Tych Kielcach, o których pisał Witkacy
Gdzie zwykła dorożkarska buda zastąpi wszelkie narkotyki świata,
I gdzie jedyne piękno jest: na zgniłych domkach jakaś, proszę pani, wieczorna, ta tak zwana,
ach, poświata,
I wszystko to na tle zupełnej nędzy
Ale! Główny bohater udał się Wrońskiemu nadzwyczajnie. Oczywiście jest ochlapusem i moczymordą, na dodatek mieszka w „zgniłym domku”. Ale jest też wdowcem, mistrzem bokserskim, a nade wszystko świetnym gliną z alergią na rozmaitych wazeliniarzy i nader trzeźwym spojrzeniem na układy i układziki rządzące i policją, i całym krajem (tło historyczne odmalowane jest zresztą dużo bardziej przekonująco niż koloryt lokalny). Do tego Zyga lubi „Proces” Kafki, potrafi rzucić sarkastyczną uwagę i ciętą ripostę. Widzę potencjał i zamierzam kontynuować znajomość.

Reszta potem.

Tagi , , | 23 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.