Archiwum września 2014

Czytajcie „Położną”!
(Jennifer Worth, „Zawołajcie położną”; „Shadows of the Workhouse”; „Farewell to the East End”)


On weterynarz, ona – pielęgniarka i położna; on zaczynał swą zawodową karierę w latach trzydziestych w górach na północy Anglii, ona – w latach pięćdziesiątych w najuboższej dzielnicy Londynu. Oboje mieli dar obserwacji i lekkie pióro; oboje wbrew wszelkim codziennym trudnościom i frustracjom kochali swoją pracę, oddani byli swoim pacjentom, których mogli nie lubić – bez względu na to, czy chodziło o złośliwego knura, czy niedomytą, krzykliwą kobietę – ale którym zobowiązali się pomagać. U obojga też widać zachwyt życiem w rozmaitych jego przejawach. James Herriot doczekał się godnego następcy. A raczej, precyzyjnie mówiąc, następczyni.

Jennifer Worth była już pielęgniarką, kiedy postanowiła zdobyć również kwalifikacje położnej w (jak sądziła) małym, prywatnym szpitalu w londyńskiej dzielnicy dokerów, Poplars. Ku jej zdziwieniu prywatna placówka okazała się klasztorem; zamieszkujące go zakonnice od końca XIX wieku niosły pomoc medyczną i położniczą najuboższym mieszkańcom, których nie stać było nawet na chleb, o lekarzu nie wspominając. Porody domowe były tu normalnością, wizja szpitala wywoływała grozę wśród ludzi wciąż pamiętających brudne umieralnie z przeszłości i wiktoriańskie przytułki. Zakonnice i ich współpracowniczki wprowadzały nowe standardy w opiece nad ciężarnymi (rzecz wcześniej tu niespotykana) i podczas porodów (począwszy od zapewnienia specjalnych pakietów z materiałami sanitarnymi).

Wraz z kilkoma świeckimi koleżankami Jennifer pod okiem sióstr zaczyna swoją praktykę. Zgłębia tajniki położnictwa, a równocześnie nieustannie poznaje toczące się wokół niej życie stołecznych slumsów: zatłoczonych ponad miarę, pozbawionych bieżącej wody i kanalizacji, a niekiedy nawet ogrzewania. Poznaje ich mieszkańców: tych mających pracę i bezrobotnych, spokojnych i brutali, trzeźwych i pijanych, czystych i brudasów. Każde wezwanie do porodu oznacza wejście w nową ludzką historię; zazwyczaj typową dla okolicy, niekiedy jednak odsłaniającą przed Jennifer i jej koleżankami jakiś nowy wymiar ludzkiej egzystencji.
 
Dzieci z East Endu w ruinach zbombardowanego domu.
W trzech tomach swych wspomnień Worth zbiera historie, które szczególnie zapadły jej w pamięć. Trzeba przyznać, że i czytelnik nie może długo zapomnieć o zwariowanej siostrze Monice Joan, o perfekcyjnym angielsko-hiszpańskim małżeństwie, które odkryło tajemnicę idealnego pożycia, czy o dziewczynie dwudziestu jeden marynarzy. Jak w życiu – dramat przeplata się ze śmiechem, ktoś się rodzi, a ktoś umiera, jednym się wiedzie, innym świat wali się na głowę. Zakonnice i położne zazwyczaj są tylko świadkami, i to przelotnymi. Przychodzą odebrać poród albo zająć się chorym i odchodzą. Odgrywają małą rolę w opowieści, której początku i końca nigdy nie poznają, chyba że w wyjątkowych okolicznościach.

Kiedy niedawno w antologii reportażu polskiego czytałem tekst o położnej, która prowadziła po wojnie pionierską działalność na zabitej dechami wsi, kiwałem głową nad naszym zapóźnieniem cywilizacyjnym. Okazuje się jednak, że rzeczywistość polskiej wioski i londyńskich slumsów niezbyt się różniła – fatalne warunki higieniczne, słaba świadomość, jak powinna wyglądać opieka nad ciężarną i noworodkiem, opór przed przyjmowaniem porodu przez fachową siłę, a nie babkę, sąsiadkę czy „znającą”... Książki Worth są więc też pożyteczną lekcją historii społecznej Anglii; pozwalają wniknąć w nieznany świat cockneyów, ich codzienne życie, zwyczaje, łączące ich więzi, codzienne problemy – biedę i bezrobocie, ale i występujące wśród nich patologie – alkoholizm, przemoc domową, przestępczość, prostytucję. Świat pod wieloma względami niezmieniony od czasów Dickensa.

Jennifer Worth w zakończeniu „Zawołajcie położną” potwierdziła, że wzorem dla niej były książki Jamesa Herriota. Chciała wprowadzić położne na karty literatury. W pełni jej się udało (na dodatek, sądząc po liczbie wspomnień pielęgniarek i położnych, jakie można znaleźć w anglojęzycznych księgarniach, pociągnęła za sobą całą rzeszę naśladowczyń). Cały cykl, że użyję banału, po prostu wciąga. Zacząłem pierwszą część i oprzytomniałem pod koniec trzeciej. Z tym światem i zaludniającym go postaciami trudno się rozstać, mimo iż czasem mowa jest o sprawach bardzo bolesnych, jak wiktoriański system przytułków i tamtejszych metod wychowawczych, tragiczne losy dotkniętych gruźlicą Mastertonów, pokątne aborcje czy pozbywanie się niechcianych dzieci.
 
Położna podczas wizyty, East End, Londyn, lata pięćdziesiąte.
Worth zmienia nastroje, prowadzi nas od postaci do postaci, od epizodu do epizodu, nie tracąc rytmu, chociaż zdarzają się drobne, konieczne powtórzenia pewnych detali. Używa nieskomplikowanego języka, a mimo to świetnie oddaje wszelkie subtelności. Trzeba też przyznać, że obcując na co dzień z narodzinami i śmiercią potrafi pisać o nich bez patosu i zawsze znajduje właściwe słowa. Używa też, oczywiście, mnóstwa medycznej terminologii, a także cockneya i oddaje specyfikę miejscowego akcentu. Mając porównanie oryginału i polskiego przekładu, muszę złożyć wyrazy uznania i zawodowej zawiści Marcie Kisiel, która nie zagubiła żadnej z cech języka autorki. Mam też nadzieję, że dwa kolejne tomy wspomnień Jennifer Worth szybko ukażą się po polsku, bo już nabrałem ochoty na powtórkę.

Jennifer Worth, Zawołajcie położną, tłum. Marta Kisiel-Małecka, Wydawnictwo Literackie 2014.
Jennifer Worth, Shadows of the Workhouse, HarperCollins 2013.
Jennifer Worth, Farewell to the East End, HarperCollins 2013.

Tagi , , | 38 Komentarzy

Księgozbiory polskie, cz. 2: Gabinety lektury


Kilka słów o historii prywatnych wypożyczalni i czytelni warszawskich. Bez względu na okres czytelnicy bardzo nie lubili zwracać pożyczonych książek. Tekst dotyczy Warszawy, więc dla równowagi ilustracje z innych miast i miasteczek, gdzie również rozwijały się podobne instytucje.
Zwyczaj płatnego wypożyczania książek rozpowszechnił się w XVIII wieku we Francji. W Warszawie pierwszą wypożyczalnię zwaną czytelnią, albo gabinetem lektury (z francuskiego cabinet de lecture) założył w 1768 Michał Gröll; „posiadając w swej Księgarni na Marywilu niezmierny zasób dzieł ówczesnej beletrystyki zagranicznej — jak pisze jego biograf — pierwszy u nas ożywił czytelnictwo przez wprowadzenie wypożyczania książek”. Wśród wypożyczanych książek były nie tylko romanse i powieści, ale również dzieła naukowe, o czym świadczą zamieszczane w prasie spisy „książek wypożyczonych i po upływie kilku lat nie oddanych, o zwrot których księgarz przez pisma publiczne usilnie upraszał”. 
Dużym powodzeniem cieszył się otwarty w 1778 r. „gabinet lektury” przy księgarni Józefa Lexa, początkowo na Długiej, później na Senatorskiej, a następnie na Lesznie.
 

Dziesięć lat później w 1788 r. Fryderyk Pfaff, sąsiad Grölla z Marywilu, otworzył wypożyczalnię dzieł obcojęzycznych francuskich, a zwłaszcza niemieckich. Jednak interes Pfaffa szedł kulawo z powodu braku czytelników („Niemcy osiadli w Warszawie dla rzemiosł swych — pisał autor Podróży Inflantczyka Fryderyk Schulz — mają co innego do roboty aniżeli czytanie”). [...] 
Inny charakter miała czytelnia Jana Potockiego. Była to czytelnia w dzisiejszym znaczeniu tego słowa. Jej opis zostawił F. Schulz: „Jan Potocki urządził u siebie czytelnię dla wszystkich otwartą. Kazał wyporządzić trzy piękne obszerne pokoje w bocznym skrzydle swego pałacu, opatrzył je w krzesła, stoły, potrzeby do pisania i mnóstwo krajowych i zagranicznych gazet, broszur. Paru jego ludzi zawsze stało w pogotowiu i można było z rana lub po obiedzie w pewnych godzinach jakiś czas tu spędzić”. [...]
 
Jakie były warunki wypożyczania książek? Zachował się prospekt gabinetu do czytania krakowskiego księgarza Jana Maja z r. 1791: „Wolno będzie abonowanym brać książki do siebie — czytamy w nim — ale pod kondycją, żeby je często oddawali i niechaj się nikt nie uraża, że bez względu na osobę każdy biorący książkę będzie musiał jej wartość zostawić dopóty, dopóki jej nie odda. Nie będzie zaś wolno nikomu dłużej nad wymówiony sobie czas książki trzymać, a to dlatego, żeby drudzy na tym nie cierpieli...” [...]
 
Abonenci rekrutowali się niemal wyłącznie z warstw oświeconych. Wypożyczano przede wszystkim książki obcojęzyczne. „Księgarze — pisze prof. K. Świerkowski — ogłaszali drukiem katalogi swych wypożyczalń. Na katalogach niemieckich figurował napis «Leihbibliothek», na francuskich «cabinet de lecture». Kiedy zrodził się popyt na książki polskie... wraz z zapożyczeniem innych terminów francuskich przetłumaczono „«cabinet de lecture» na «czytelnię», nie zaś na «wypożyczalnię, o którą właśnie chodziło. I tak już zostało. Terminologia ta przetrwała dłużej niż wiek cały”. [...]
 

W r. 1802 prasa doniosła o otwarciu przy księgarni Walentego Nawarskiego na Świętojańskiej „gabinetu czytania”, w którym za odpowiednią opłatą można było „czytać na miejscu książki francuskie i polskie oraz prasę krajową”. Ale księgarnia Nawarskiego została zamknięta w 1803 r. Podobnie kilka innych wypożyczalni uruchomionych w początku ubiegłego wieku nie przetrwało dłużej niż dwa, trzy lata. [...] Na ogół jednak w czasach Królestwa Kongresowego powstaje niewiele nowych czytelni [...].

Pewne ożywienie następuje w latach trzydziestych po likwidacji Towarzystwa Przyjaciół Nauk i zaniknięciu Uniwersytetu. Wobec zastoju na rynku wydawniczym i zmniejszonej sprzedaży książek niemal przy wszystkich księgarniach prowadzone są wypożyczalnie. [...] Z czasem jednak w miarę ożywienia koniunktury i rozwoju większych przedsiębiorstw księgarsko-wydawniczych, wypożyczalnie odgrywają coraz mniejszą rolę. Tak np. znany księgarz-wydawca S. Orgelbrand otwartą w 1840 r. czytelnię książek polskich zamyka w r. 1851. Najdłużej, bo ponad siedemdziesiąt lat czynna była wypożyczalnia przy księgarni Sennewalda.
 

W latach osiemdziesiątych coraz częściej zaczynają się pojawiać w Warszawie wypożyczalnie jako placówki samodzielne, nie związane z księgarniami. Wtedy też wchodzi w użycie nazwa „wypożyczalnia”. Po raz pierwszy użyła jej ponoć w swym katalogu Maria Dzierżanowska dopiero w r. 1886. [...] W stosunkowo krótkim czasie „wypożyczalnia” zdobywa prawo obywatelstwa, nie wypierając jednak dawnej „czytelni”. [...] Owe prywatne wypożyczalnie czy czytelnie odgrywają dużą rolę w życiu kulturalnym Warszawy. Z roku na rok rośnie ich liczba.
 
Największą popularnością cieszyła się na przełomie wieków „Czytelnia Powszechna” sióstr Marii i Jadwigi Zaborowskich na ul. Mazowieckiej 11. Właścicielki — jedne z pierwszych kobiet w Polsce z wyższym wykształceniem — potrafiły zgromadzić ok. 20 tys. książek w sześciu językach i stworzyć księgozbiór, który poza beletrystyką obejmował dzieła naukowe z różnych dziedzin. Nic więc dziwnego, że oprócz normalnej klienteli szukającej nowości beletrystycznych z czytelni sióstr Zaborowskich korzystali dziennikarze, literaci i elita intelektualna Warszawy. Czytelnię sióstr Zaborowskich wspominają niemal wszyscy autorzy pamiętników. Ostatnio przypomniał ją prof. Tatarkiewicz w Zapisach do autobiografii. Wygląd czytelni na Mazowieckiej i nastrój w niej panujący opisała w drugim tomie wspomnień o dawnej Warszawie Jadwiga Dmochowska: „Czytelnia mieściła się w drugiej poprzecznej oficynie głębokiego podwórza... Prowadziły do niej wąskie schody... Lokal składał się z dużych, ale niskich pokoi. W pierwszym była kancelaria, gdzie załatwiało się sprawy zapisu, kaucji, opłat miesięcznych i gdzie na stołach leżały drukowane co parę lat katalogi, podzielone na «działy» i «języki». Na osobnym stoliku leżały nie objęte katalogiem «nowości»... W pokojach zastawionych półkami panował zawsze półmrok... Oświetlały je początkowo lampy naftowe, z czasem wprowadzono elektryczność, ale słabe żarówki, ocienione stereotypowym zielonym krążkiem z blachy nigdy nie rozpraszały cienia”.
 
Wypożyczalnie prywatne przez szerzenie czytelnictwa w średnio zamożnych warstwach społeczeństwa, zwłaszcza wśród inteligencji — odegrały ważną rolę w życiu kulturalnym miasta. [...]
Olgierd Gustawski, Echa minionej Warszawy, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe 1989, s. 79-83.

Tagi , , , | 23 Komentarzy

„Migotliwa wiązka potencjalnych elementów”
(Jan Zieliński, „Słowacki. Szatanioł”)



Ubiegłoroczna lektura listów Słowackiego do matki, w wydaniu pozbawionym jakichkolwiek przypisów i objaśnień, pozostawiła mnie w zachwycie dla daru słowa poety, ale i z obietnicą, że uzupełnię obraz wyrobiony na podstawie tej korespondencji jakąś biografią. A akurat pod ręką miałem „Szatanioła” Jana Zielińskiego.

Autor tak definiuje swoje credo pisarskie:
Skąd to się bierze, że to, co było, wolę opisywać za pośrednictwem tego, czego nie było, bo z powodów czasowych być nie mogło, albo nie było, bo zdarzyło się inaczej. Choć prawie równie dobrze mogło się było tak właśnie zdarzyć, albo choć nie było faktycznie, to przecież jednak zaistniało potencjalnie, w jego [Słowackiego] wyobraźni, w jego oczekiwaniu, w jego poczuciu symetrii wreszcie?
Wyjaśnia, że biografię traktuje „nie jako zamkniętą, jednoznaczną całość, ale raczej jako migotliwą wiązkę potencjalnych elementów, na plan dalszy schodzi faktyczne i niepodważalne udowodnienie hipotezy. Nie musiało wcale tak być ważne, że tak być mogło”. I sam podsumowuje: „Stąd w tej biografii tyle odrzuconych hipotez, tyle czasowych przeskoków, tyle czasu niedokonanego”. Od siebie dodam, że wiele w tej biografii hipotez błyskotliwych czy wręcz szokujących (a może tylko obliczonych na zaszokowanie odbiorcy przyzwyczajonego do ugrzecznionych portretów wielkich Polaków), ale niekoniecznie – moim zdaniem – przekonujących.

Oczywiście nie jest tak, że Zieliński czerpie wyłącznie ze swej wyobraźni; cytuje obficie listy, wspomnienia, poezje, monografie. Uzyskany w ten sposób materiał dzieli na kolejne etapy życia poety, a w ich obrębie systematyzuje: poznajemy miejsca pobytu poety, jego wygląd, ludzi z otoczenia, przedstawienia teatralne, na które chadzał (niekiedy tylko potencjalnie), muzykę, której słuchał, i obrazy, które oglądał. Do tego w miarę potrzeby dołączane są inne „wiązki”, typowe dla danego okresu. Trudno nazwać to systematycznym i pełnym wykładem (wiele faktów i ciekawostek wrzuconych jest po prostu do podrozdziałów zatytułowanych „Okruchy”). Miałem wrażenie, że o teatrze i malarstwie mówi się aż za dużo, dziwnie zaś mało o przyczynach, dla których Słowacki znalazł się na emigracji, czy o relacjach z matką (włącznie z zasygnalizowanym jedynie ostatnim spotkaniem z nią we Wrocławiu). [W tym momencie zajrzałem, dla porównania, do wydanej w serii „Biografie Sławnych Ludzi” PIW-u książki Marii Dernałowicz, i muszę zwrócić honor Janowi Zielińskiemu. Dernałowicz zbyła ostatnie spotkanie Juliusza z matką dwoma (!) zdaniami].

Napisałem wyżej o ryzykownych hipotezach, które przedstawia Zieliński. Pierwsza zawarta jest już w tytule książki: słynna modlitwa Słowackiego „O Boże! daj mi sławę po śmierci, a za to niech będę najnieszczęśliwszym, pogardzonym i niepoznanym w moim życiu” staje się asumptem do rozważań, czy poeta zawarł swój pakt z Bogiem, czy z Szatanem. Wiadomo, że atrakcyjniejszy jest pakt z szatanem, iście faustowski, i z zacięciem tropi autor szatańskie tropy w życiu wieszcza (rzekomo nazywanego przez Mickiewicza „Szatanem poezji”), aczkolwiek jakoś szczególnie wiele ich nie napotykamy.

Dalej mamy obszerne rozważania o narkotykowym uzależnieniu Słowackiego, który w Lambro nader realistycznie pokazuje skutki używania opium (chociaż od modnych eksperymentów z narkotykiem do nałogu droga daleka); o homoseksualnych namiętnościach; wreszcie o tym, czy poecie „choć raz w życiu zdarzyło [...] się odbyć stosunek seksualny. Może tak, ale może nie”. Po cóż te rozważania, skoro później, co prawda z wieloma zastrzeżeniami, przedstawia się nam historię księżnej Charlotty Bonaparte, z którą Polaka miał łączyć romans i która umarła wskutek cesarskiego cięcia – umarło też jej dziecko, domniemany potomek Słowackiego. Bez względu na to, czy tajemniczym kochankiem arystokratki był nasz poeta, czy nie, to jeden z barwniejszych epizodów w tej książce, daru opowiadania bowiem Zielińskiemu odmówić nie można.

„Szatanioł” to jednak nie tylko zaskakujące hipotezy, lecz również masa cennej wiedzy. Znalazłem odpowiedzi na wiele pytań, jakie zadawałem sobie podczas czytania listów do matki, w tym na zasadnicze: o szczerość tej korespondencji. Zieliński wypowiada się na ten temat mimochodem, ale dobitnie:
korespondencja S. jest często miejscem swoistej gry, prowadzonej z adresatami, a może także z potomnością. W owej grze istotne tropy są starannie zacierane. O rzeczach naprawdę ważnych mówi się tonem lekkim, niezobowiązującym, nieodpowiedzialnie. A zarazem jakiś ślad, intrygujący przez swą nikłość, pozostaje.
I faktycznie, kiedy już sobie to uświadomimy, będziemy inaczej odczytywać listy do pani Becu. Wiele zresztą owych przemilczeń podsuwa i analizuje Zieliński. Z rzeczy drobniejszych: z zaskoczeniem dowiedziałem się, że cebulki tulipanów, za które często Juliusz dziękował matce, nie są dowodem jego ogrodniczych pasji – chodziło po prostu o kolejne przesyłki pieniężne.

Błyskotliwy i prowokujący, czasem posuwający się zbyt daleko w domniemaniach, a niekiedy jedynie zahaczający o jakąś kwestię, ale w każdym wypadku fascynujący – taki jest „Szatanioł”. Z bogatej biografii i twórczości Słowackiego Jan Zieliński wybrał to, co jego samego interesowało, co pasowało mu do tezy o „szatańskim pakcie”. Takie jest prawo autora. Czytelnik może poprzestać na tym lub ruszyć na dalsze poszukiwania. Ja już wiem, że na pewno będę szukał dalej.

Jan Zieliński, Słowacki. Szatanioł, PWN 2011.



Dzisiejszy wpis sponsoruje niespodziewane L-4 oraz GoogleDoodle, przypominające, że właśnie mija 205. rocznica urodzin Juliusza Słowackiego. Uczciwość nakazuje też dodać, że swoje zrobiły też liczne entuzjastyczne opinie o wieszczu wygłaszane przez Ałtorkę Martę Kisiel w okolicznościach służbowych i prywatnych. Będę sobie spokojnie namierzał wątki wampiryczne u wieszcza...

Tagi , , | 18 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.