Archiwum października 2014

Embarras de richesse
(Mariola Zaczyńska, „Kobieta z Impetem”)


Sądząc po „Kobiecie z Impetem”, Mariola Zaczyńska lubi opowiadać barwne, złożone historie rozgrywające się w scenerii, którą dobrze zna – w tym wypadku w Siedlcach i okolicach, aż do białoruskiej granicy. Lubi zwierzęta i przejmuje się ich losem. Tworzy bohaterów, których chętnie poznałoby się lepiej i polubiło (lub nie), gdyby tylko miało się taką szansę, gdyby nie przemykali przed naszymi oczami w szalonym pędzie od epizodu do epizodu. A jest ich spora gromadka: fotograf zwierząt Mikołaj, mimo licznych sukcesów, pozostaje ciepłym facetem, który martwi się problemami swoich chrześniaków; celebryta Janusz, aspirujący do gwiazdki Michelina restaurator, jest w gruncie rzeczy spragniony ciepła i akceptacji; dynamiczna Olga zmaga się z demonami przeszłości i nawet najnormalniejsza z tego towarzystwa, Irena, ma swoje tajemnice, nieułożone stosunki z matką i obawy związane z dziećmi. Do tej grupy przyjaciół należy jeszcze para neurotyków: bibliotekarka Regina i malarz Ignacy. Już problemy tego towarzystwa z nawiązką wypełniłyby spory tomik. Autorka jednak dokłada do tego wątek kryminalny i początkującą policjantkę aspirant Zuzannę Brodzik (również po przejściach osobistych). Nic w tym nagannego, porządna zbrodnia i życiowo-romansowe perypetie mogą stanowić apetyczną mieszankę – pod warunkiem jednak, że zachowane zostaną właściwe proporcje składników.

A tu właśnie zaczyna się mój problem z tą książką – problem nadmiaru. Prawdziwy embarras de richesse. Wszystkiego robi się za dużo: bohaterów i wątków, co powoduje pobieżne ich traktowanie. Złapałem się w pewnym momencie na tym, że skupiam się nie na akcji, ale na przesuwaniu fabularnych klocków i zamaszystym cięciu wyimaginowanymi nożycami. I na złoszczeniu się, że masa świetnego materiału nie doczekała się takiego dopracowania, na jakie zasługiwała. Każdy bowiem bohater i każdy wątek sam w sobie ma potencjał, rozbudowany i pogłębiony dałby punkt wyjścia do pokazania jakiejś życiowej sytuacji czy problemu. Weźmy taką Olgę, bizneswoman usiłującą utrzymać się na powierzchni w obliczu kryzysu, z problemami uczuciowymi, skłonnością do alkoholu i tatusiem, który objawił się po kilkudziesięciu latach. Albo Irena, zdecydowanie najbardziej rozbudowana postać: kobieta po przejściach, a mimo to dość pozbierana (które to wrażenie psuje absurdalny romans, w jaki się wdała – chociaż z kolei jej kochanek wnosi nieco humoru). Porządkowanie stosunków z matką, zamartwianie się popsutymi relacjami między własnymi dziećmi Ireny i dochodzenie do konkluzji, kto jest mężczyzną jej życia, spokojnie udźwignęłoby książkę. Na okrasę mielibyśmy barwnego Janusza z jego huśtawkami nastroju i wątek kryminalny.

I takiego wątku kryminalnego, jak mogę sądzić z mojej nader pobieżnej znajomości najnowszych kryminałów, jeszcze nie było. Chodzi bowiem o przemyt egzotycznych i niebezpiecznych zwierząt i zagrożenia, jakie niesie to nie tylko dla poszukiwanego przez kolekcjonerów „towaru”, ale i dla ludzi. Niektóre sceny godne są thrillera; na okładce powinno widnieć ostrzeżenie: „Jeśli boisz się pająków, nie sięgaj po tę książkę”. Wątek ten angażuje kilkoro z bohaterów w wystarczającym, moim zdaniem, stopniu, by urozmaicić fabułę. Wprowadzenie więc do niej początkującej policjantki Zuzanny uważam za niepotrzebne.

Niepotrzebne już choćby z tego powodu, że w gęstwinie bohaterów i wątków aspirant Brodzik nie może się rozwinąć. A to, co autorka o niej pisze, jest bardzo interesujące: ucieczka z rodzinnych stron przed niechcianym uczuciem, pierwsze kroki w śledztwie, próba urządzenia się w nowym miejscu – aż się prosi o więcej detali, scenek z komisariatu, technicznej strony dochodzenia. Zuzanna, moim zdaniem, to doskonała bohaterka dla całego kryminalnego cyklu osadzonego w siedleckiej scenerii. Do tego nieco perypetii osobistych, dawka humoru – i ja bym to kupił. Szczególnie jeśli znalazłoby się więcej miejsca dla psa Impeta i pana majstra. Oraz więcej lokalnych widoków, smaków i smaczków. Nie wątpię, że byłoby z czego czerpać.
Siedlce w powieści zasługują na więcej niż tylko wzmianka o więzieniu w centrum.

Lubię dobrze skrojone powieści rozrywkowe i wiele razy narzekałem na blogu, że zbyt liczne wątki i zwichnięta konstrukcja pozbawiają mnie w mniejszym lub większym stopniu przyjemności czytania (tak było choćby przy okazji kolejnych części „Felixa, Neta i Niki” Rafała Kosika czy „Pl-Boya” Marcina Szczygielskiego). Z opinii znalezionych w sieci wynika, że „Kobieta z Impetem” mało kogo uwiera do tego stopnia, by bawił się w prucie i fastrygowanie na nowo powieściowej materii. Ja też nie robiłbym tego, gdybym nie widział potencjału i w autorce, i w jej historii. Pisarski temperament trudno jest powściągnąć, żal wycinać bohaterów czy sceny, warto jednak pamiętać, że „less is more”. Tak jak w kuchni – nie zawsze wszystkie składniki do siebie pasują. To, co dobre samo w sobie, niekoniecznie musi smakować w zestawieniu z innym smakołykiem. W literaturze podobnie: suma dobrych, ciekawych wątków nie musi dawać dobrej i ciekawej powieści.

A o cyklu o aspirant Brodzik pisałem jak najbardziej serio. Może mieć Sandomierz ojca Mateusza, mogą mieć Siedlce śledczą Zuzannę. Z Impetem. I z impetem.


Mariola Zaczyńska, Kobieta z Impetem, Prószyński i S-ka 2014.

Tagi | 24 Komentarzy

Gdzie biskup nie może, tam mniszkę pośle
(Borys Akunin, „Pelagia i biały buldog” oraz „Pelagia i Czarny Mnich”)


Zawołże to ziemia odległa od gwaru i pośpiechu stołecznego. Żyje się tam jak u Pana Boga za piecem, trzymając się starych obyczajów. „Nawet wilki w lasach tutejszych dla obfitości pożywienia wyraźnie tłustsze są i bardziej leniwe niż w innych guberniach”.

Jest to też świat do szpiku kości tradycyjny i patriarchalny, przynajmniej w teorii:
Mężczyzna to niby jedynka, a kobieta – zero. Kiedy każde żyje z osobna, to on wart jest niewiele, ona zaś w ogóle nic, ale wystarczy, by wzięli ślub, i powstaje pewna nowa liczba. Jeśli żona jest udana, to staje za jedynką i jej siłę powiększa dziesięciokrotnie. A jeśli kiepska, to pcha się naprzód i tyleż razy mężczyznę osłabia, zamieniając w zero i jedną dziesiątą.
Rzeczywistość jednak rozmija się z teorią. Nie dość, że i na sielankowym Zawołżu zdarzają się przestępstwa, to na dobitek – jeśli zawiedzie policja – ich wyjaśnianiem zajmuje się kobieta, cicha współpracowniczka biskupa Mitrofaniusza.
Gdyby tak mimochodem ktoś na nią spojrzał, powiedziałby: młodziutka panna – twarz czysta, o miłym owalu, budząca sympatię i z pozoru naiwna. Ale to mylne wrażenie brało się z zadartego nosa i uniesionych zdziwieniem brwi, a ciekawskie, okrągłe, ciemne oczy patrzyły zza takichże okrągłych okularów wcale a wcale nie prostodusznie i widać było po tych oczach, że to nie żadna dzierlatka: i nacierpieć się zdążyła, i pożyć, i porozmyślać o tym, co przeżyła. 
Na co dzień rudowłosa i piegowata siostra Pelagia uczy gimnastyki w szkole dla dziewcząt; sprawność fizyczna przydaje jej się w najmniej spodziewanych momentach. Cieszy się zaufaniem biskupa Mitrofaniusza, który docenia jej inteligencję i bystre spojrzenie. A także łatwość, z jaką potrafi się przedzierzgnąć w atrakcyjną światową damę. Czego nie dowie się niepozorna mniszka, niemal niedostrzegalna dla otoczenia, to przejrzy jej bardziej pewne siebie alter ego.

Znalezienie dwóch bezgłowych ciał na brzegu rzeki burzy spokój całej guberni; śmierć białych buldogów pani Tatiszczewej burzy natomiast spokój Mitrofaniusza, gdyż poszkodowana jest jego ciotką i domaga się pomocy w odkryciu sprawcy psiobójstwa. Bezgłowymi zajmuje się policja, psami zaś z polecenia władyki ma się zająć Pelagia, która wyrusza do majątku biskupiej ciotki. Oj, nie jest Pelagia zadowolona z tego zadania, bo ma się buldogami zajmować, podczas gdy w atmosferze wisi coś naprawdę niedobrego, czym warto by się zainteresować. Całe Zawołże zelektryzowała bowiem wieść o przyjeździe inspektora ze stolicy, który wprowadza dodatkowy ferment w prowincjonalnych umysłach. Ledwie zaś uda się uspokoić wzburzone umysły i wyjaśnić zagadkowe wydarzenia, a już spada kolejna plaga – widmo Czarnego Mnicha nawiedza doskonale prosperującą wyspę klasztorną, odstraszając pielgrzymów i podkopując dobrobyt mniszego udzielnego księstewka.


Akunin wnika w umysły prowincjonalne i opisuje lokalne koterie, salony, intrygi i gierki z prawdziwą finezją, jak godny następca Gogola (a co najmniej zręczny naśladowca). Weźmy chociażby utrzymaną w tonie humorystycznym analizę dwóch rywalizujących stronnictw, które trzęsły miastem gubernialnym: jednemu przewodziła żona gubernatora, drugiemu zaś żona pocztmistrza (to tyle w kwestii lokalnego patriarchatu). Obie damy, żelazną ręką kontrolujące swych małżonków, konkurowały zajadle ze sobą i uchodziły za osoby niezależne i wpływowe. Widać jednak nie do końca tak było, skoro bez trudu omotał je przybyły ze stolicy zręczny manipulator.

Albo taki światek duchownych: klasztor na wyspie to prawdziwe miniimperium z własnym absolutnym władcą, perfekcyjnie zorganizowane i zdecydowanie mizoginiczne. Chociaż wystarczy odpowiednio wysoki datek, by archimandryta, przełożony klasztoru, zgodził się łaskawie przyjąć każdą grzesznicę. Dla kontrastu na wyspie funkcjonuje też bardzo nietypowy szpital dla psychicznie chorych, co znakomicie uatrakcyjnia fabułę.

Akunin ma dar tworzenia postaci – nie tylko pierwszoplanowych, jak Pelagia i Mitrofaniusz, ale i drugoplanowych, czy wręcz zupełnie pobocznych. Mamy więc wysokich dygnitarzy gubernialnych: gubernatora, policmajstra, prokuratora, ich małżonki, przeora klasztoru na wyspie, namiętną księżniczkę, barwnych pacjentów psychiatry Korowina i jego samego. Jest stara generałowa Tatiszczewa (i jej buldogi, same w sobie warte wzmianki, jako perfekcyjne okazy „faflastości, płaskomordzia i ślinowatości”), stołeczny inspektor Bubiencow i jego pomagier. Nie sposób się z nimi nudzić.

Akunin umiejętnie zmienia tempo akcji i klimat. W „Białym buldogu” wydarzenia toczą się jak to zwykle na prowincji: to przyspieszają, to zwalniają, meandrując niczym Wołga, przepływająca przez okolicę. Czytelnik niecierpliwie wypatrujący rozwiązania kryminalnej zagadki może się zżymać na wykłady biskupa Mitrofaniusza o dobrym rządzeniu, chociaż wiele one mówią o samym władyce i świetnie charakteryzują gubernię. Nagrodą będzie jednak kilka prawdziwie emocjonujących epizodów. „Czarny mnich” jest natomiast bardziej powieścią grozy, z nocnymi wędrówkami w nawiedzone miejsca i zjawami. Atmosferę niesamowitości podsyca nie tylko mroczna sceneria, ale i niepewność, która z postaci jest niewinnym obywatelem, a która pacjentem kliniki psychiatrycznej.

Akunin zrobił wszystko, by „kryminał prowincjonalny”, jak głoszą okładki, nie był prowincjonalnie monotonny, ani też by nie był wyłącznie kryminałem. Licząc na przyjemne zaskoczenie tomem trzecim, deklaruję się jako wielbiciel siostry Pelagii.

Borys Akunin, Pelagia i biały buldog, tłum. Wiktor Dłuski, Noir sur Blanc 2004.
Borys Akunin, Pelagia i Czarny Mnich, tłum. Wiktor Dłuski, Noir sur Blanc 2004.


Tagi , | 38 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.