Archiwum listopada 2014

„Dobry reporter upędzi bimber nawet z nogi od krzesła”
(„100/XX. Antologia polskiego reportażu XX wieku”, pod red. Mariusza Szczygła)


Gdyby miał tę antologię polskiego reportażu XX wieku określić jednym słowem, to nie użyłbym przymiotnika „znakomita”.
Ani „rewelacyjna”.
Ani „wybitna”.
Nie „nowatorska”, „odkrywcza”, bynajmniej nie „wiekopomna”.
Użyłbym słowa „inspirująca”.

Czytywałem w życiu różne antologie, w tym również reportażu, ale żadna nie sprawiła, że wypisywałem na kartce kolejne nazwiska i tytuły do zdobycia i przeczytania. Może to być, rzecz jasna, kwestia skali przedsięwzięcia Mariusza Szczygła, który postanowił zebrać setkę najlepszych reportaży z ubiegłego stulecia. W takim zbiorze trudno o rzeczy przypadkowe. W każdym razie już wśród pierwszych dziesięciu tekstów, tych sprzed 1918 roku, trzy pierwsze trafienia. O ile o reporterskim zacięciu Reymonta miałem pojęcie, o tyle Konopnicka i Rodziewiczówna nieco mnie ogłuszyły – szczególnie ta ostatnia napisała tekst stylem odległym od poetyzowania w „Lecie leśnych ludzi”, rzeczowym, konkretnym, a równocześnie barwnym i poruszającym. Napisałbym, że „męskim”, ale niekoniecznie byłby to dla autorki komplement, szczególnie gdyby zestawić ją z pompatycznym reportażem Żeromskiego lub wyrafinowanym stylistycznie, ale zwyczajnie nudnym Parandowskim.
 
Pod wpływem antologii wyciągnąłem z półek zebrane niegdyś reportaże...
Rodziewiczówna (opis rozbicia magazynu ze spirytusem):
Przy spirytusie była już wojskowa władza – tłum pomimo to rzucał się do rowu, kędy ciekł strumień ognisty. Pod groźbą kul chłeptał i czerpał. Zaczęto zarzucać gnojem i ludzkimi ekskrementami – bezskutecznie – jeszcze był pożądany i smaczny. Kto nie docisnął się, by pić, ten przesiąkłą płynem ziemię ssał i połykał. Przy oświetleniu pochodni obraz był ciekawy jako studium ludzkości z XX wieku. Homo sapiens używał. Wracając, zajrzałam do mych pszczół. Kłębami całymi osiadły puste ściany swych siedzib, otulając swymi ciałami matkę, do śmierci wierne, karne, przywiązane.
A to Żeromski o zamku w Malborku (wybrałem najciekawszy fragment tekstu):
Po zwiedzeniu go zostaje wrażenie nudy i pustki. Nie ma tam ani jednego dzieła sztuki, a to, co zostało wskrzeszone z ruiny zamczyska, z ruiny, w którą je pogrążył wandalizm Fryderyka II, zostało odrestaurowane na życzenie Wilhelma II z taką starannością, że jest pomnikiem nie tyle kultury, obyczajów i czasu Krzyżaków, ile monumentem manii wielkości i krzyżackich gustów ekscesarza. Cały ów zamek i znaczna większość dawnej twierdzy ma nowe czerwone lub zielone dachy, nowe podmurowania i łuki przyporne, zaopatrzony jest w chodniczki, opatrzony drzewkami, wyszorowany, wymieciony, wyświechtany i wypucowany z pruską dokładnością, jak stary szyszak, który by się chciało wsadzić sobie na głowę. Wiekowa zbójecka czatownia na Litwiny, Prusy i Słowiany, która w ruinie taiła w sobie z pewnością dziką poezję dzikich rycerzy z nad Nogatu, dziś daleko bardziej niż zamek w Kwidzynie jest jak gdyby przechowywaną w wacie i dydaktycznie wydobywaną na pokaz z zamczystego pudełka. „Cokolwieczek zanadto tu jest czysto” – jakby powiedział rosyjski pisarz Szczedryn.
...ale też zaopatrzyłem się w kilka nowych tomów.
Duże wrażenie robią reportaże międzywojenne – według mnie najciekawsze są te poświęcone sprawom społecznym: biedzie, bezrobociu, przestępczości. Plejada wielkich nazwisk, ale też autorów znanych tylko historykom prasy albo miłośnikom reportażu. Z jednej strony Nałkowska, Szelburg-Zarembina, Krzywicka, Uniłowski, Słonimski, Wańkowicz, Pruszyński, z drugiej zaś fenomenalny Konrad Wrzos odmalowujący pogrążone w kryzysie Zawiercie, Tadeusz Staniewski odtwarzający historię strajku szkolnego we Wrześni czy Tadeusz Dębicki piszący o sytuacji w Kongu („I aby utrzymać swój autorytet, biali uczą się, jak należy bić krajowców. Ja sam otrzymałem również wskazówki w tym zakresie. Głowy, plecy i karki mają twarde, uderzenia tam wymierzone mijają się z celem. Skutecznie za to jest bić kijem w łydki i pod kolana. Przewracają się od razu na ziemię. Trzciną lepiej jest bić po rękach i po twarzy. Kto wie, czy świat cywilizowany nie wyda kiedyś podręcznika o tym, jak należy bić Murzynów? Wszak idziemy ciągle naprzód”). Tematów do reportaży nie brakowało, ale nawet przy chwilowej posusze „dobry reporter upędzi bimber nawet z nogi od krzesła”. Tak twierdził Józef Moszyński, reprezentowany przez błyskotliwy drobiazg o wpływie radia na życie Polaków.

W moich notatkach co jakiś czas pojawiają się wykrzykniki przy kolejnych nazwiskach (Perec Opoczyński! Dąbrowska! Brandys! Strońska! Łopieńska! Mularczyk! Kąkolewski!) albo lakoniczne uwagi (Roszko – bdb, Redliński – „kupić reportaże!”, Nawrocki – bdb, Krall – „rewelacja”, Miller – „świetny”, Pietkiewicz – „takie sobie”, Lipiński – „rewelacyjny!”). W całym tym bogactwie zdarzają się też teksty, które odbierałem gorzej, tematy mniej interesujące, styl i konstrukcja, które do mnie nie przemawiały. Wspomniałem już o Parandowskim; irytujący był Lovell, nudzili Święch, Giełżyński i Jagielski.
 
Tak wyglądają moje notatki z lektury.
Mistrzostwem samym w sobie są wstępy Mariusza Szczygła do poszczególnych tekstów: minieseje składające się na fascynującą historię polskiego reportażu:
A więc przy oczywistych autorach – nieoczywiste teksty. A poza tym – mnóstwo autorów nieoczywistych. Z jednej strony ci, którzy zupełnie się z reportażem nie kojarzą, jak Maria Rodziewiczówna czy Michał Ogórek. Z drugiej – wspaniali reporterzy z różnych powodów zapomniani. Są tu autorzy wyłącznie jednej książki, a czasem tylko jednego reportażu. Jeden był dyrektorem szkoły, inny architektem, jeszcze inny pilotem, a wielu, zwłaszcza przed wojną, było pisarzami.
Szczygieł jednak wskazuje nie tylko na bogactwo biografii, zawodów, życiowych doświadczeń. Pokazuje też różnorodność definicji reportażu – wielu twórców definiowało ten gatunek na swój użytek. Każdy miał własne podejście do tematu, do swoich bohaterów. Jedni wysuwali siebie na pierwszy plan, inni starannie trzymali się w cieniu. Jedni komentowali i oceniali, inni pozostawiali to czytelnikom. Jedni poruszali sprawy poważne i zasadnicze, innym wystarczał drobny epizod. Ta rozmaitość jest wielką zaletą polskiego reportażu, chociaż wzbudzała też głosy krytyki:
Nigdy nie byłem entuzjastą reportażu impresyjnego, lubującego się w drobnych incydentach, nic nieznaczących wydarzeniach i wypadkach – a gdzie coraz częściej reporterzy szukają schronienia przed ważnymi problemami. Zaczęło się to od słynnego Buszu po polsku Ryszarda Kapuścińskiego. Książki naprawdę pięknej i wzruszającej, ale składającej się jedynie ze świetnie napisanych impresji. A tymczasem przy impresyjnym ukazywaniu problemu reporter wymiguje się od jednoznacznego osądu i wzięcia zań odpowiedzialności. (Jerzy Lovell; jego reportaż, chociaż poświęcony wstrząsającej sprawie, pisany jest w nieznośnej manierze, a sam autor feruje wyrok tonem nieznoszącym sprzeciwu)
Hanna Krall zasługuje na oddzielne zdjęcie. I porządną powtórkę.
Mierzi mnie atmosfera nabożeństwa wokół pisania i czytania reportaży. Teoretyków będzie niebawem więcej niż praktyków, a praktyków więcej niż napisanych przez nich tekstów. Gatunków i rodzajów, w których nie umiem się połapać, więcej niż tytułów. Dawanie mleka jest powinnością krowy, jak powinnością reportera jest pokazywanie życia. Jeżeli tego nie robi, jeżeli jego bohaterowie szeleszczą papierem, a konflikty śmieszą czytelników – należy po prostu zwolnić z pracy, a nie budować teorię o jeszcze jednym, nowym, kreatywno-interwencyjno-psychologiczno-neoklasycystycznym gatunku reportażu. […] Czytelnik znajduje w gazetach wiele artykułów mówiących o tym, jak powinno być. I tylko jeden mówiący jak jest. To reportaż właśnie. (Andrzej Krzysztof Wróblewski)
W reportażach wybranych przez Szczygła bohaterowie nie szeleszczą papierem, a ich konflikty nie wydają się trywialne. Natomiast bez wątpienia teksty te spełniają zasadniczy warunek postawiony przez Wróblewskiego: pokazują życie. W całym bogactwie jego przejawów, we wszystkich barwach.
 
A ci autorzy zapewne znajdą się w edycji reportaży XXI wieku...

PS. Antologię zacząłem czytać 7 czerwca, skończyłem wczoraj. Czytałem zrywami, po kilka tekstów, z dłuższą przerwą pomiędzy tomami. Taki tryb zupełnie nie przeszkadza w odbiorze; zresztą zbiór można czytać według dowolnie wybranych kryteriów. Z bólem serca zrezygnowałem z kupna wersji papierowej, poprzestając na e-booku (przekonany przez Kasię.Eire) – i był to niegłupi pomysł. Wielkość papierowych tomiszcz ogranicza możliwość czytania do wygodnego fotela, dzięki czytnikowi natomiast miałem książkę zawsze pod ręką: nieoceniona rzecz dla kogoś, kto musi wykorzystywać na czytanie każdą chwilę i każde miejsce. Chociaż nie pogniewałbym się, gdyby ktoś umeblował moją bibliotekę również dwoma imponującymi tomami.

Tagi , , , | 57 Komentarzy

Mokną smętnie na deszczu badyle
(Terry Pratchett, „Para w ruch”; Rafał Kosik, „Felix, Net i Nika oraz nadprogramowe historie” i „Bunt maszyn”)


Za oknem mokną w deszczu smętne badyle niegdysiejszych pomidorowych krzaczków. Rozregulowany po zmianie czasu organizm domaga się kolejnej porcji snu, a gnuśny umysł melduje, że właśnie popada w jesienną deprechę i co mu zrobisz? Możemy sobie od rana pośpiewać:

albo jednak trochę powalczyć. No to powalczyłem, a rezultaty są takie:

Do Ankh-Morpork zupełnie niespodziewanie zajechał parowóz, dzieło genialnego wynalazcy Dicka Simmlera, sponsorowane przez wzbogaconego na miejskich nieczystościach Harry’ego Króla. Patrycjusz szybko pojmuje, jakie możliwości otwiera żelazna zabawka wożąca gawiedź, i w pogoń za uciekającym postępem technicznym rzuca Moista von Lipwiga, człowieka, który jak nikt inny nadaje się do realizowania misji, przynajmniej na pozór, z góry skazanych na porażkę. W końcu to jego sprytowi sukces zawdzięcza i miejska poczta, i lokalna mennica. Moist jest „katalizatorem świata”, osobnikiem, który sprawia, że rzeczy posuwają się do przodu. Tymczasem nowy wynalazek staje się solą w oku reakcyjnych krasnoludów i równocześnie jedynym ratunkiem dla świeżo wypracowanego pokoju między krasnoludami a trollami.
 
Zdjęcie kota zawsze gwarantuje sukces...
Moist von Lipwig to jeden z fajniejszych bohaterów, jacy wyszli spod pióra Terry’ego Pratchetta. Kuty na cztery nogi spryciarz, obdarzony niezwykłymi zdolnościami do kierowania (czy wręcz manipulowania) ludźmi pełnię swych możliwości zaprezentował od razu w „Piekle pocztowym”, swym debiutanckim występie w „Świecie Dysku”. W „Świecie finansjery” Pratchett pokazał, że nie ma na tę postać pomysłu, gdyż powtórzył wszystkie chwyty z poprzedniej części. To wrażenie pogłębia fakt, że wieloma cechami Moista obdarzył Dodgera, tytułowego spryciarza z Londynu – jakby w poszukiwaniu zadowalającego sposobu wykorzystania tak bujnej osobowości.

Niestety, nie tylko na Moista nie miał Pratchett pomysłu. Również cała fabuła wydaje się dość nijaka i jakby pośpiesznie klecona – szczególnie w miarę zbliżania się do końca. Świetny Harry Król i jego małżonka wyrastają na najbardziej wyraziste postacie; bardzo podobało mi się też odkrywanie przez bohaterów kolejnych zastosowań parowozu – taki szybki kurs historii transportu włącznie z wpływem kolejnictwa na przemiany społeczne i kulturowe (pani Georgina Bradshaw i jej zapiski podróżne!). Poza tym niewiele pozostaje w pamięci.
 
...więc nie należy sobie kocich portretów żałować.
Pisałem już chyba kiedyś, że Rafał Kosik, moim zdaniem, doskonale by się sprawdził w krótszych formach. Po zbiorze opowiadań „Felix, Net i Nika oraz nadprogramowe historie” muszę przyznać, że może nie jest doskonale, ale na pewno przyzwoicie, niekiedy zaś nawet bardzo dobrze. Teraz niezainteresowani mogą przejść do następnego akapitu, bo będę się rozdrabniał. „Tajemnica kredokrada” – plus za szkolne klimaty i fajny pomysł, minus za takie sobie zakończenie. „Metoda Sześciopalczastego” – rasowy thriller, niesamowita wioska odcięta od świata i znowu rozczarowujący finał. „Bardzo Senna Ryba” – Kosik puścił wodze wyobraźni i mimo mojej niechęci do snów i śnienia w literaturze, muszę przyznać, że mnie wciągnęło (sen o biurowcu pełnym pań Helenek, wzorowanych na szkolnej sekretarce – no miodzio!). Ciut bym tylko skrócił całość. „Ściema Smoczysława” – mój faworyt. Nawet wycieczka do Muzeum Gazownictwa nie musi być nudna, wszystko bowiem zależy od przewodnika. „Wysłannicy” – rzecz dzieje się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, nawet ciekawej; trochę tylko przekombinowane, za to sporo za długie. „Romantyczny Interdyscyplinarny Projekt” – to, co zacofani w lekturze lubią najbardziej, czyli soczyste opowiadanie z życia gimnazjum im. Kuszmińskiego. Na dodatek jest to specjał walentynkowy. „Priorytet Zero” – zręczne nawiązanie do „TeoretycznieMożliwej Katastrofy”, pierwsze spotkanie z tajemniczym agentem Mamrotem. „Wędrujące samogłoski” – zaskakujące, znowu z alternatywnej rzeczywistości, nie wiem, czy nie najlepsze ze wszystkich.



Krótsze formy krótszymi formami, ale już w „Trzeciej Kuzynce” Kosik po okresie niejakiego rozmemłania fabularnego wrócił do niezłej dyspozycji, którą potwierdził „Buntem maszyn”. Tradycyjne wątki szkolno-domowe tym razem połączone zostały z historią zbuntowanego odkurzacza z Instytutu Badań Nadzwyczajnych. Bardzo duży plus za wątek Niki, kochanej ciotuni i restauracji Staropolskiej (opowieści z życia knajpy i typologia gości – świetne!), a sceny z Instytutu niczym z thrillera science-fiction. Na dokładkę garść zjadliwości na temat funkcjonowania współczesnych mediów. Bardzo dobry tom. Wciąż jeszcze mam kilka do nadrobienia, a to już wkrótce ukazuje się tom trzynasty.

Terry Pratchett, Para w ruch, tłum. Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka 2014.
Rafał Kosik, Felix, Net i Nika oraz nadprogramowe historie, Powergraph 2013.
Rafał Kosik, Felix, Net i Nika oraz bunt maszyn, Powergraph 2011.

Tagi , , | 46 Komentarzy

Księgozbiory polskie, cz. 3: Biblioteki unicestwione

Punkt dziesiąty umowy kapitulacyjnej powstania warszawskiego mówił m.in. „Umożliwi się ewakuację przedmiotów posiadających wartość artystyczną, kulturalną i kościelną. Dowództwo niemieckie dołoży starań, by zabezpieczyć pozostałe w mieście mienie publiczne i prywatne”.

Z miasta dochodziły jednak wieści o zgoła innym postępowaniu. Grupa polskich muzealników, bibliotekarzy, archiwistów postanowiła ratować stołeczne dobra kultury. Wynegocjowano z Niemcami zasady prowadzenia akcji, dostarczenie przepustek i transportu. Pierwsza ekipa wyjechała do Warszawy 7 listopada 1944 roku.
Było jeszcze ciemno, kiedy pierwsze grupy bibliotekarzy przebiegały przez mroczny zagajnik na przystanek kolejki EKD w Leśnej Podkowie.

[...] oto zajeżdżają dwa odkryte ciężarowe auta. Jedno zabiera dwunastu bibliotekarzy z profesorem Makowieckim. Pasażerowie są mocno podnieceni. Wkrótce zobaczą znów swoje miasto, miasto, które już nie istnieje – zburzoną Warszawę. [...] W jakim stanie jest Biblioteka Uniwersytecka, będąca pierwszym celem ich wyprawy? [...]
Po obu stronach mijanych ulic kikuty kamienic. Wszędzie czuć swąd spalenizny i trupi odór. [...] Na Mar­szałkowskiej pusto, ani żywego ducha. Auto jedzie teraz wolno, kołysze się na wpół zasypanych bombowych lejach, przeciska przez wyłomy w powstańczych barykadach, przejeżdża pod pochylonymi latarniami, wymija leżące tramwaje i wypalone czołgi. Na Królewskiej znów Niemcy. Oddział podpalaczy. Na plecach mają zbiorniki z ropą do miotaczy płomieni. Przerwali na chwilę pracę, patrzą zdziwieni na ciężarówkę. [...]
Niemiecki oddział podpalaczy w Warszawie, jesień 1944 roku (źródło).
Samochód powoli wtacza się na dziedziniec Uniwersytetu. Pozornie wszystko tu niemal jak kiedyś. Ściany budynku biblioteki pokryte zrudziałym winem. Prawie nietknięte stoją gmachy: muzeum ornitologicz­nego i medycyny. Tylko chodniki – zasypane szkłem i cegłami, podziurawione od pocisków – przypominają o niedawnych wydarzeniach na tym terenie.
[...] wchodzą do pierwszej sali, rozgarniając stosy papierów i gazet, sięgające wysokości człowieka. W czytelniach i biurach stoły poprzewracane, szafy puste, w szerokich oknach strzelnice zbudowane z ciężkich tomów. Członkowie ekipy przechodzą teraz pośpiesznie do magazynu, gdzie znajdują ponad dwadzieścia tysięcy książek rozrzuconych i podeptanych; reszta, czyli około miliona, stoi nie tknięta na swoich miejscach. Na twarzach naukowców widać radosne podniecenie. Jest jednak jakaś szansa ocalenia tych zbiorów, które do tej pory ominęła barbarzyńska akcja okupanta. Wszyscy zdają sobie sprawę, iż czeka ich tu olbrzymia praca. Trzeba za wszelką cenę wymyślić jakąś chytrą metodę zmylenia czujności Niemców. Nikt jeszcze nie wie, na czym będzie ona polegała, natomiast jedno jest pewne – muszą tu wrócić nazajutrz.
Klakson ciężarówki wzywa do powrotu. Wsiadają ponaglani przez żandarma. Samochód rusza. [...]
W połowie ulicy Ordynackiej ciężarówka staje, dalej trzeba iść pieszo przez zwaliska wielopiętrowych kamie­nic. Szczygła nie istnieje. Wreszcie Okólnik – Biblioteka Krasińskich.
Gromadka bibliotekarzy stanęła w skupieniu. Wszystkie okna gmachu czarne i puste. Powoli, ostrożnie, grzęznąc w popiele schodzą do ogromnych piwnic. Musiały być podpalane każda z osobna, systematycznie. Zgromadzono w nich największe skarby: rękopisy, starodruki, ryciny, nuty, mapy, Bibliotekę Załuskich, zbiory Stanisława Augusta, resztę zbiorów raperswilskich, archiwa Krasińskich, cymelia z wszystkich bibliotek Warszawy.
Pozostały po nich stosy popiołu. Z górą 100 000 pozycji rękopiśmiennych nigdy nie drukowanych. Od iluminowanych złotem miniatur z XIV w. poprzez bezcenne silva rerum polskie do nieznanych listów Żeromskiego, Reymonta, Berenta. Wszystko pochłonął ogień. [...]

Biblioteka Krasińskich, 1945 rok (źródło).
Następny etap to Biblioteka Zamoyskich na Żabiej.
Tu też pogorzelisko. Zabytkowa sala kolumnowa z galerią, z globusami i portretami, ongiś wypełniona pod sufit oprawnymi w skórę dziełami, jest teraz pustą, czarną jamą. Ale w piwnicach są książki. Ocalały, i to te najcenniejsze. Wspaniałe, brązowe oprawy z wytłokami orłów królewskich; biblioteka Zygmunta Augusta, kilkadziesiąt cieniutkich broszur oprawnych w skórę z włóczniami Zamoyskich – to inkunabuły polskie, krakowskie druki, wśród których są liczne unikaty, kilkanaście rękopisów ilustrowanych, cała ściana archiwum hetmana Zamoyskiego. [...]
Trzeba się śpieszyć, kierowca samochodu twierdzi, że widział w pobliżu Niemców, którzy podpalają resztki ocalałych piwnic. Mogą tu być lada chwila. [...]
Bilans akcji („Biuletyn Informacyjny”, 18 grudnia 1944 roku):
[...] z Biblioteki Narodowej wywozi się przede wszystkim polonica, a z Biblioteki Uniwersyteckiej najnowsze książki naukowe (po r. 1930), russica i baltica oraz wszystko, co pozostało jeszcze z Biblioteki Zamoyskich. Do 2 XII włącznie wywieziono ogółem 4 kryte wagony książek o pojemności 15 ton każdy – razem 120 000 książek. W tym trzy czwarte poloników. Z Biblioteki Narodowej wywieziono między innymi katalogi, materiały bibliograficzne, dużo czasopism, spuścizny kilku polskich uczonych (np. Krzywickiego) i prawie cały gabinet historii literatury polskiej (tzw. Korbutianum), z Biblioteki Uniwersyteckiej wybór starszych druków polskich, czasopisma warszawskie, czasopisma naukowe niemieckie (około 20%). W piwnicy Biblioteki Uniwersyteckiej zabezpieczono około 50% zawartości biblioteki, gros księgozbioru czytelni i wydawnictw polskich towarzystw naukowych i kolekcją podręczników uniwersyteckich. Z Biblioteki Zamoyskich wywieziono wszystko, co ocalało, m. in. zdeponowaną tam korespondencją Orzeszkowej. Ogólnie można powiedzieć, że istnieje nadzieja, iż uda się uratować najcenniejszy zrąb tego, co ocalało po bitwie warszawskiej z Biblioteki Uniwersyteckiej i Narodowej. Ewakuacja bibliotek ma być zakończona do dnia 20 XII.
Stanisław Kopf, Sto dni Warszawy, Książka i Wiedza 1975, s. 58–64, 67–68.

O akcji ratowania dóbr kultury z Warszawy zob. Krzysztof Dunin-Wąsowicz, Warszawa w latach 1939–1945, PWN 1984, s. 360–362

Tagi , , , | 16 Komentarzy
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Obserwatorzy

Swedish Greys - a WordPress theme from Nordic Themepark. Converted by LiteThemes.com.